Król. Twardoch. Tak.

Proza Szczepana Twardocha jakoś mnie dotychczas omijała – czy raczej, ja ją omijałam na moich czytelniczych ścieżkach, aczkolwiek nie było to działaniem specjalnie celowym i zamierzonym. Czasem jednakowoż potrzeba szturchnięcia w odpowiednią stronę i takimż właśnie szturchnięciem była sugestia Mamy-Mality. Weź, czytaj „Króla”. Wzięłam. Słusznie. Czytaj dalej „Król. Twardoch. Tak.”

To twoja wina, Jakubie

Malitową opowieść o „Księgach” sponsoruje liczba trzy. Trzy miesiące je czytałam, trzy tygodnie zbierałam się do spisania przemyśleń, trzy dni je spisywałam. Już samo to daje pewien obraz wrażeń i odczuć. Bo wiecie. Nagrody były wręczane, peany były piane, zachwyty były wyrażane. Oczekiwania były wysokie. I nie da się ukryć, że „Księgi Jakubowe” to wielka rzecz. Objętościowo, to na pewno. Pod kątem konceptu, wydania, opracowania, przygotowania. Ale czy się podobała? Ech, nie bardzo.

Ale zacznijmy od początku.

Początek sytuuje się w połowie XVIII wieku, w polskim gąszczu kultur, religii, narodów i stanów. Gdy chłopi niezależnie od sytuacji geopolitycznej ciężko pracują, arystokraci mniej lub bardziej subtelnie rozgrywają swoje gierki, a Żydzi pokornie czekają na Mesjasza, gdzieś w zakątku Podola zjawia się on. Tajemniczy, egzotyczny, noszący się z turecka. Niby nasz, niby pochodzi z Korolówki, ale jednak nie-nasz – czyż prorok nie musi być obcy, nieznany, przybyły z daleka? Jakub Lejbowicz, Jakub Frank, przybywa więc ze Smyrny, a sława go wyprzedza. Przywozi nowe, przywozi objawienie: długie mowy, pełne przypowieści, o połączeniu religii, o nowej drodze do zbawienia. I tak rozpoczyna się na dobre wielka historia Jakuba Franka i jemu wiernych. Historia jednego człowieka i tysięcy kolejnych, którzy podążają za nim po połowie Europy, przyjmują chrzest (pobożni Żydzi!) i już na zawsze pozostaną odmienieni. Dziwują się temu – i czasem próbują wyciągnąć własne korzyści – bierni i czynni obserwatorzy: biskup Kajetan Sołtyk, kasztelanowa kamieniecka Katarzyna Kossakowska, piszący swoje opus magnum ksiądz Benedykt Chmielowski (swego czasu czerpałam dużą uciechę z lektury „Nowych Aten”, mam sentyment i do dzieła, i do autora), awanturnik Moliwda, a nawet cesarz Józef II.

Plejada znanych postaci historycznych przeplata się z legionem bohaterów mniej znanych, wymyślonych. Oto w zalawirowaniu dziejów przedzaborowej Polski spotykają się ci najwięksi z tymi najmniejszymi, Żydzi z katolikami, wierzący z wątpiącymi. Każdy ma swoją osobną opowieść, cały żywot do pokazania. Zresztą, Tokarczuk daje popis nie tylko w obfitości postaci, ale i w gąszczu miejsc: od Rohatyna i Kamieńca, przez małą wieś nad Dniestrem i stołeczną Warszawę, aż po sam cesarski Wiedeń. Wyobrażam sobie, jak wiele nakładu pracy wymagało odtworzenie nie tylko historii samego Jakuba (tak zdumiewającej, że trudno uwierzyć, że zdarzyła się naprawdę, jak mówi autorka), ale i zapewnienie tego klimatu tętniącego tygla, pełnego niemożliwości. Przed tą pracą chylę czoła.

A teraz co było nie tak.

Uczciwszy pracę i konstruowanie postaci, historii, zdarzeń, stwierdzam, że było za dużo. Wszystko splotło się w przytłaczającą, nużącą całość, która – czytana, przyznam, na raty – nie potrafiła zachwycić na dobre. Ale nie ma się co wymawiać objętością dzieła czy nadmiarem wątków, wszak „Wojna i pokój” do najkrótszych i najprostszych nie należy, a jakoś nie było dramatu. Dramat leży w czymś zupełnie innym. Czasem narzekam, że nie lubię bohaterów, że przeszkadzają, irytują, załamują bezmyślnością. Ale Jakub, o Jakub, śliski, wszechwładny, nieznośny, lubieżny Jakub. Jego to po prostu nie znoszę. Pasjami.

Jeszcze z innej strony: przyznaję, jest w Księgach kilka takich zwrotów, co chwytają za miękką część serduszka i dają moment rozrzewnienia (jak modlitwa, zanotowana w „Resztkach” Nachmana z Buska). Czasem się zdarza, że jedna taka chwila ratuje całą książkę („Dostatek” Crumneya, pamiętacie?), ale nie tym razem. Parę pięknych cytatów nie uratowało Jakuba i jego Ksiąg.

PS. Myszkovska pożyczyła egzemplarz z dedykacją. Dziękuję.

„Historia miłości” Nicole Krauss

„Historia miłości” Nicole KraussOstatnio coś miewam szczęście do pięknych a smutnych książek. Ba, pięknych a smutnych książek, w których pojawia się dziewczyna imieniem Alma. Niech Was nie zwiedzie tytuł, nie oczekujcie ckliwego romansidła. Są bowiem książki o miłości i książki o miłości – ta należy do tych drugich.

Leonard Górski zaczął umierać 18 sierpnia 1920 roku Słonimiu. Potem zakochał się. Stracił dziewczynę, którą kochał. Napisał książkę. Stracił ją. Miał przyjaciela, ale stracił go… i odzyskał. Gdy poznajemy Leonarda – teraz Leo Gursky’ego – ma lat osiemdziesiąt, mieszka w Nowym Jorku i czasem popełnia różne głupstwa, by ludzie go zauważyli – ot, rozsypie popcorn w kinie, pomarudzi w sklepie z butami, kupi sok, choć wcale nie chce mu się pić. Wciąż kocha tę jedną, jedyną dziewczynę. Dziewczynę imieniem Alma.

Alma Singer odziedziczyła imię po bohaterce „Historii miłości”, książki, którą jej ojciec podarował jej matce. Ma piętnaście lat i pisze kolejne tomy dzienników, zatytułowane „Jak przetrwać w dziczy”.  Przyjaźni się z rosyjskim imigrantem, chłopcem imieniem Misza. Ciekawi ją zwłaszcza to, co nie powinno – na przykład książka, którą tłumaczy jej matka, i zleceniodawca tego tłumaczenia. Kolorowego obrazu dopełnia jej młodszy brat, zwany Ptakiem, absolutnie przekonany o tym, że należy do grona łamed-wowników i wszystkie przedmioty – swoje i nieswoje – ozdabia tetragramem.

Nicole Krauss już niejeden raz pokazała, że potrafi ułożyć historię splątaną i prostą zarazem. A ja raz jeszcze nie bardzo umiem wypowiedzieć się na temat tak, by uniknąć wspinania się na wyżyny banału. Jedna opowieść przechodzi w drugą, raz słuchamy ciekawskiej a upartej Almy S., raz pogodnego mimo wszystko Leonarda, to znów czytamy fragmenty „Historii miłości”. Całość – od bardzo klimatycznie wprowadzającej dedykacji („poświęcam moim dziadkom, którzy nauczyli mnie nie znikać”*) aż po kluczowe napisy końcowe – urzeka bez miary. Powiedziałabym, że jest magiczna, ale to też wypadłoby jak banalna klisza.

Więc powiem tylko,  że smutna i piękna, znów. Koniecznie.

PS. Zdjęłam z półki.

* Nicole Krauss, Historia miłości, przeł. Katarzyna Malita, Świat Książki 2006, s. 5.

„Na szczęście to Żyd. Polskie figurki Żydów” Erica Lehrer

"Na szczęście to Żyd: Polskie figurki Żydów" Erica LehrerKażde krakowskie dziecko ma kilka obligów do wypełnienia: wśród obowiązkowe zdjęcie podczas karmienia gołębi (dotyczy też dzieci przyjezdnych, gołębie nie zwracają uwagi na proweniencję karmicieli) oraz wizyta na największym odpuście w mieście – Emausie – w wielkanocny poniedziałek. Odpust, jak to odpust, obfituje w kicz stosowany, od pokracznych plastikowych samochodzików, przez lalki i piernikowe serducha, po ozdoby do włosów, peruki i różnorakie figurki. W tym – figurki Żydów. Na szczęście.

Koło tych bardzo prześlicznych drobiazgów z Emausu – na odpuście bywam od zarania dziejów, rokrocznie a namiętnie – przechodziłam bezrefleksyjnie, ba, niektórych nawet nie zauważałam. Kiedyś poproszono mnie o nabycie stosownej figurki Żyda, a ja nie wiedziałam, że można się w nie zaopatrzyć, gdzieś między strzelnicą, watą cukrową a balonikami na hel. W końcu nabyłam dwie – jedną z pieniążkiem, a drugą bez. Obdarowany był zachwycony i do dziś trzyma je na biurku.

Żyd z pieniążkiem.

Antropolożka Erica Lehrer już we wstępie pisze, że tych figurek – z pieniążkiem, z fragmentem Tory, ze skrzypkami, kiwających się, z drewna, z modeliny – dziś jest w Polsce więcej niż samych Żydów. Ba, „większość mieszkańców Polski nigdy nie spotkała Żyda”*. Kiedyś barwne, rzeźbione postaci Żydów były częścią bożonarodzeniowych szopek i innych chrześcijańskich przedstawień okołoteatralnych (herody, jasełka i inne). Po Zagładzie pojawiły się znów, tym razem jako wytwór sztuki ludowej (cepelia, wiadomo). Od niedawna funkcjonują w formie Żyda na szczęście – figurynki wyposażonej w błyszczący grosik, czasem z inskrypcją w stylu „kto ma w domu Żyda, temu nie grozi bida”. Urody raczej wątpliwej, mają przynosić bogactwo, szczęście i ogólną prosperity w firmie, domu i zagrodzie.

Bańka na choinkę: jest nawet menora.

„W odbywanych w ciągu dwóch ostatnich dziesięcioleci podróży po Polsce figurki stale mi towarzyszyły”**, mówi Lehrer. Zadziwiła ją ich różnorodność i skrajne reakcje, jakie wywołują. Od słowa do słowa, od figurki do figurki, powstała wystawa „Pamiątka, Zabawka, Talizman”, można ją było zobaczyć w krakowskim Muzeum Etnograficznym w zeszłym roku (dokładniej, 25 czerwca – 14 lipca, współorganizował ją Festiwal Kultury Żydowskiej). Sama publikacja to coś na kształt albumowo-esejowej wersji rzeczonej wystawy, z dużą ilością zdjęć figurek, ale i z krótkimi refleksjami naukowymi: antropologicznymi, psychologicznymi, etnologicznymi.

Najbardziej zafrapował mnie w tym wszystkim ogrom treści, jakie można wyciągnąć z takiej figurki. Dla niektórych jest niezbitym dowodem na silne poczucie antysemityzmu w Polsce, inni widzą ją jako wstrętny stereotyp, jeszcze inni jako zabawną ozdobę. Od wstydu po zachwyt – pełne spektrum. Przyczynek do całej dyskusji stanowią przedrukowane wpisy odwiedzających wystawę: zdarzył się nawet list do Ministra Turystyki od Żydówki z Izraela, sugerującą zakaz sprzedaży figurynek. Więcej wpisów i przemyśleń można znaleźć na stronie powystawowej, tam również przebogata galeria.

Nie będzie celnej pointy na koniec, pozostawiam Wam do przemyślenia osobistego. Jest czy nie jest taka figurka antysemicka? Jest czy nie jest zabawnym amuletem, przynoszączym pomyślność finansową?

Odpowiedź jest równie ważna jak namysł nad nią.

PS. Za książkę dziękuję korporacji ha!art.
PPS. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Żyd na szczęście.

* Erica Lehrer, Na szczęście to Żyd. Polskie figurki Żydów, korporacja ha!art 2014, s. 12.
** Tamże, s. 12.

„Kabalista” Geert Kimpen

J„Kabalista” Geert Kimpenedną z największych zalet pisania o literaturze jest to, że jedna książka prowadzi w sposób naturalny tudzież przewidywalny do drugiej – to może też być zgubne, wszak owo prowadzenie idzie w setki nowych potencjalnie świetnych lektur, ale mniejsza o to. W każdym razie, pojawia się jakiś ciąg mniej lub bardziej logicznych skojarzeń, które kierują do kolejnej powieści. I tak „Gołębiarki” zaprowadziły mnie do „Kabalisty” (poziom symbolicznych interakcji… drżyjcie interpretatorzy!).

Rzecz dzieje się w XVI wieku w Safedzie (dzisiejsza Palestyna), gdzie bije serce myśli kabalistycznej. Młody a ambitny Chaim Wital przeszedł od zapalonych prób alchemicznych (nieudanych) do kabały, która jawi mu się jako droga do zaszczytów, sławy i ogólnie pojętego spełnienia. Po śmierci swego dotychczasowego nauczyciela dość nieoczekiwanie trafia do mocno nietuzinkowego mistrza, Izaaka Lurii. Miała być sława i chwała, a jest krew, pot, zawiść i zawiedzione nadzieje – w każdym razie, bardzo burzliwa to relacja. Zwłaszcza, że Chaim zakochuje się bez pamięci w córce Izaaka, Francesie, a będzie to miłość zgubna i eksplodująca zakazaną namiętnością. W pakiecie do tej miłości mistyczne rozważania, 72 imiona Boga, zadry i zazdrości z przeszłości, zaraza, Arka Przymierza i jeden prawie-że-samozwańczy Mesjasz: nie można odmówić Autorowi rozmachu.

Kimpen bynajmniej nie siadł i nie wymyślił wszystkiego ex nihilo, o nie. Zarówno Chaim, jego mistrz Izaak czy choćby sędzia Karo istnieli naprawdę, a księga spisana przez Chaima, „Drzewo życia”, do dziś pozostaje arcyważnym pismem kabalistycznym. „Kabalista” reprezentuje starą, dobrą tradycję pisarską „jak to było naprawdę”, czyli na gruncie faktycznych wydarzeń snujemy historię intrygującą, wciągającą i naprawdę zacną. Co prawda, czytałam rzecz mocno na wyrywki – ech ech milijon zobowiązań pozostałych – i trochę się gubiłam, zapominałam, zapętlałam. Ale gdyby siąść i przeczytać na spokojnie w dwa dni, byłoby idealnie.

Ps. Dziękując Wojtkowi.

„Gołębiarki” Alice Hoffman

„Gołębiarki” Alice HoffmanDzieje Masady znam od dawna – udało mi się nawet odkopać notatki z historii z liceum, w których czarno na białym stało, cytuję, „w 73 r. Rzymianie po 7 miesiącach zdobyli twierdzę Masada, ostatni punkt oporu” (to było przy wojnie żydowskiej). Tylko jedno zdanie, dodane prawie że na marginesie – a ja tak mam, że najszybciej i najlepiej zapamiętuję ciekawostki rzucone mimochodem czy wyjaśnienia dodane w nawiasie.

Więcej treści i szczegółów na temat Masady było już na studiach, zwłaszcza, jeśli idzie o zbiorowe samobójstwo mieszkańców twierdzy – wszystko, byle nie dostać się w ręce rzymskich legionów. Do dziś zresztą nie odnaleziono ciał powstańców. Masada stała się zaś symbolem heroizmu i walki aż do samego końca, a izraelscy żołnierze do dziś składają przysięgę, że już nigdy więcej nie zostanie zdobyta.

Fakty historyczne swoją drogą – ale niejedna powieść już pokazała, że zupełnie inaczej patrzy się na jakieś wydarzenie z przeszłości, gdy ma się jakiś „osobisty” punkt zaczepienia. Nawet jeśli jest to fikcyjna opowieść na motywach. Fikcyjna, ale jednak w pewien sposób „urzeczywistniona” przez postać, która tę opowieść „przeżyła”.

W „Gołębiarkach” postaci są cztery. Jael, Riwka, Aziza i Szira. Cztery niezwykłe kobiety, przygniecione – choć nie złamane – całym pasmem wojennych nieszczęść. Dzielą się pracą w gołębniku i mierzą z nieuchronnym przeznaczeniem. Każda z nich przybyła do twierdzy, skrywając własną, skomplikowaną historię, każda w pewnym sensie pozostaje poza nawiasem społeczności w Masadzie. Każda z nich chce chronić swoich bliskich – rodzeństwo, ukochanych, dzieci – i nie zawaha się przed zapłaceniem jakiejkolwiek ceny.

Może brzmi to wszystko górnolotnie i (uwaga, moje ulubione słowo) egzaltowanie, niemniej to dlatego, że bardzo mnie ta książka poruszyła. Ogrom nieszczęść, jaki staje na drodze gołębiarek, jest przytłaczający – tym bardziej, że nieustannie kołata się przeświadczenie, że tak przecież mogło być. A nawet, że tak było.

O to chyba chodzi w powieściach historycznych – żeby pod płaszczykiem fikcji przekazać prawdziwą, tragiczną, bolesną historię. Już zawsze, gdy będę myśleć o Masadzie, to przez pryzmat Jael, Riwki, Azizy, Sziry. Nieważne, że nie istniały.

A może… istniały?

PS. Zdjęłam z półki.

„Żona inkwizytora” Jeanne Kalogridis

„Żona inkwizytora” Jeanne KalogridisŻywię do Jeanne Kalogridis duży sentyment – lata temu, jeszcze przed moją epoką fascynacji Tudorami, Borgiami i innymi dworskimi aferami, przeczytałam „Poślubioną Borgii” o księżniczce Sanchy Aragońskiej, co to się wżeniła w pierwszą mafijną rodzinę. Potem była jeszcze „Ja, Mona Lisa”, jedna z ciekawszych opowieści o powstaniu portretu La Giocondy. Po kilku latach przerwy wydano po polsku trzecią historyczną powieść Kalogridis – i tym razem przenosimy się do Sewilli za rządów Izabeli Kastylijskiej.

Marisol, wielkiej urody młoda dama, pochodzi z szanowanej i dobrze sytuowanej rodziny tak zwanych „nowych chrześcijan”. Uwielbiana przez rodziców, żyje beztrosko – dopóki przypadkiem nie pada pod jej adresem wyzwisko marrana – dosłownie „świnia”, czyli konwertytka. Gdy rozpętują się poszukiwania tych, którzy w ukryciu wyznają judaizm, cień podejrzenia pada na Marisol i jej rodzinę. Ojciec postanawia ratować dziewczyną – i wydaje ją za sąsiada, przyszłego inkwizytora. I tu historia właściwie dopiero się rozpoczyna.

Bardzo mnie to wszystko poruszyło – może nawet nie tyle historia Marisol, bo bywała mocno afektowana, ale same realia historyczne. Kalogridis opisuje bardzo okrutne relacje miedzy nowymi a starymi chrześcijanami, pełne nietolerancji, uprzedzeń, a niekiedy wręcz czystej nienawiści. Wyzwiska, podejrzenia, donosy, tortury w lochach inkwizycji – gęsta od wzajemnych podejrzeń atmosfera w mieście, pragnienie władzy i żądza zysku przynoszą wiele niewinnych ofiar.

Sama powieść – nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak poprzednie. Dzięki pierwszoosobowej narracji poznajemy historię z punktu widzenia Marisol, ale to nie do końca jest zaleta. Naiwne z niej dziewczę i egzaltowane. Zatem – „Żona inkwizytora” bardziej jako punkt wyjścia do zgłębienia sytuacji Żydów i konwertytów w XV-wiecznej Hiszpanii. Takie inspiracje zawsze są cenne.

PS. Niniejszym wpisem inauguruję nie tylko książkowe recenzje i impresje Anno Domini 2o14, ale również wyzwanie „Z półki – edycja 2o14”. To właściwie jedyne, jak dotąd, okołoblogerskie wyzwanie, w którym uczestniczę. Idea czytania, tego, co się ma w domu, jest ze wszech miar wskazana, a w moim wypadku (stosy zalegające) wręcz konieczna.

„Skrawek nieba” Janina David

„Skrawek nieba” Janina David„Skrawek nieba” bardzo długo czekał na swoją kolej na mojej półce. Rzadko czytam książki o II wojnie światowej, jeśli już, to raczej powieści, niż relacje czy autobiografie. Osobiste przemyślenia osób, które przeżyły wojenną zawieruchę, są dużo bardziej poruszające niż jakakolwiek fikcja.

Jasia Dawidowicz miała 9 lat, gdy nad jej rodzinnym Kaliszem zawisły czarne wojenne chmury. Rodzice, niespecjalnie religijni Żydzi, zdecydowali się na przeprowadzkę do Warszawy. Po różnych zalawirowaniach, podróżach i ucieczkach trafili wreszcie do getta, skąd małą Jasię przemycono najpierw do zaprzyjaźnionej rodziny po aryjskiej stronie, a gdy i to stało się zbyt niebezpieczne, ukryto w klasztorze. Tam doczekała końca wojny, ale już nigdy nie spotkała swoich rodziców – słuch po nich zaginął.

Pani David przez bardzo długi czas unikała opowiadania o swoich przejściach i o utraconej rodzinie, ale wreszcie uświadomiła sobie, że pamięć o jej bliskich nie może zaginąć. Na podstawie pamiętnika pisanego w klasztorze spisała swoje wspomnienia – po angielsku, gdyż, jak mówiła, użycie języka polskiego było zbyt bolesne. W ten sposób powstało kilka książek, a polskie wydanie to kompilacja dwóch pierwszych: „A Square of Sky” (o dzieciństwie i pierwszy latach wojny) i „A Touch of Earth” (o pobycie w kolejnych klasztorach).

Poruszająca książka. Niesamowite były nie tylko opowieści o czasach sprzed wojny, relacjach z rodzicami, fascynacji książkami i religią katolicką, ale i cała część wojenna: zwłaszcza te fragmenty o klasztorze. Niektóre siostry zakonne wykazywały się ogromnym heroizmem i miłosierdziem, ale były i takie, które jeszcze potęgowały wszechobecne piekło. Biorąc pod uwagę to wszystko, po prostu nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, co musiała czuć opuszczona i samotna dziewczynka z dala od wszystkiego, co kiedyś znała.

Nie jestem pogodzona z przeszłością, pisze pani David*. Mam nadzieję, że mimo wszystko ta książka pozwoliła jej nie tylko upamiętnić bliskich, ale i przyniosła upragniony spokój. Mnie dała wiele do przemyślenia. To rzecz, nad którą po prostu warto przysiąść dłużej,

*cytat z okładki, Janina David, Skrawek nieba, przeł. Elżbieta Olender-Dmowska i Katarzyna Malita, Wydawnictwo Magnum, 2012.

PS. Wyzwaniowo „Z półki”, edycja 2013′.

„Opowieść o miłości i mroku” Amos Oz

„Opowieść o miłości i mroku” Amos OzByło tak: odezwał się do mnie kolega, że dawno temu polecałam mu książki Oza i pytał, czy coś szczególnie rekomenduję. Wzbudziło to co nie miara konsternacji, bom w życiu żadnej powieści Oza nie czytałam. Ale za to przypomniałam sobie o autobiografii Autora, która czekała na mnie od dłuższej chwili.

Może autobiografia to nie jest najlepsze słowo – bo Amos Oz tworzy raczej długaśną gawędę o swojej rodzinie, o sobie, o Jerozolimie lat czterdziestych ubiegłego wieku. Nie ma w tym za wiele chronologii, poukładania (wiele opowieści zwykło się powtarzać) – to raczej kolaż wspomnień z lat dziecięcych. Oczytany ojciec i targana niepokojami matka, imigranci z Europy (on z Odessy, ona z Równego); wuj Josef Klausner, wielki intelektualista; obsesyjnie dbająca o higienę babcia Szlomit; kokietujący płeć piękną dziadek Aleksander… to tylko nieliczne z postaci, zaludniające karty „Opowieści…”. Jest też cała plejada jerozolimskich inteligentów (spotkania na szczycie i dyskusje o literaturze to dla małego Amosa prawie że codzienność), różni dalsi i bliżsi krewni, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele, w jednym epizodzie pojawia się nawet sam Ben Gurion. Autor przedstawia czytelnikom coraz to nowe historie, z międzywojnia, z czasów jerozolimskich, z kibucu Chulda: aż trudno spamiętać to wszystko.

Domyślam się, że bardziej doceniłabym erudycję Oza – Autor niemal wychowywał się w bibliotece – gdybym trochę lepiej znała hebrajską literaturę. Oz garściami rzuca cytatami, odwołaniami, nawiązaniami – od Bialika po Agnona. A tak to zauroczyły mnie głównie aforystyczne rozważania dziadka Aleksandra („kobieta jest pod paroma względami zupełnie taka sama jak my. Toczka w toczkę. Ale pod paroma innymi (…) absolutnie niepodobna”*) albo opowieści i marzenia o książkach:

„Gdy byłem chłopcem, miałem nadzieję, że kiedy dorosnę, zostanę książką. Nie pisarzem, tylko właśnie książką. Ludzi można wybić jak mrówki, nawet pisarzy nietrudno jest zabić. W przypadku książki wszakże, nawet gdyby ją niszczyć metodycznie, pozostaje szansa, że jakiś egzemplarz ocaleje i przez wieki całe będzie wiódł swój cichy żywot na regale, na półce w zapomnianej bibliotece”**

Ozowa Jerozolima wydaje się być właśnie taką żywą biblioteką, o klimacie nieco dusznym, przytłoczonym rozlicznymi tragediami i nieszczęściami: Holokaustu, konfliktami z Palestyńczykami, codziennymi rozterkami. Szczególnym dla Autora wydarzeniem – o którym po raz pierwszy w tej książce mówi tak szeroko – było samobójstwo matki. On sam miał wtedy 12 lat i to dramatyczne wydarzenie wniosło w jego życie tytułowy mrok.

Nie jestem zupełnie oczarowana. Owszem, poszczególne opowieści potrafiły mnie zachwycić, ale całość… nie bardzo odpowiada mi taki styl pisania, barwny, ale trochę chaotyczny. Może też dlatego, że przeczytałam książkę dość szybko, a lepiej robić to po kawałeczku, po rozdziale – tak smakować po trochu. Spróbujcie, a nuż Wam spasuje opowieść chłopca z Jerozolimy.

PS. Maciek, dzięki za inspirację!
PPS.  „Z półki – 2013”, wyzwania ciąg dalszy.

* Amos Oz, „Opowieść o miłości i mroku”, orzeł. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2005, s. 143.
** Tamże, s. 27

„Najtrudniej jest spotkać Lilit” Anka Grupińska

Tytułem wstępu: na wykład z ogólnie pojętego gender studies miałam przeczytać kilka rozdziałów z tej książki – mieliśmy zajęcia pt. „Kobieta w judaizmie”. Przeczytałam i spodobało mi się na tyle, że popędziłam do biblioteki, coby wypożyczyć i przeczytać całość.

Rzecz traktuje o współczesnych chasydach w Izraelu (przede wszystkim w Jerozolimie, w Mea Szarim, i w Bnei Brak). Chasydyzm, w dużym uproszczeniu, to żydowski mistyczny ruch religijny. Grupa chasydów skupia się wokół swojego mistrza, cadyka – mówi się, że przynależą do jego dworu lub dynastii. Tych dworów jest naprawdę mnóstwo. Ich nazwy najwcześniej wywodzą się od żydowskich określeń polskich miast (jeśli chodzi o polskich chasydów): Gur, Belz, Dynow, Bobow, Aleksander. Są i chabadnicy rodem z Rosji, litewski dwór Karlin, białoruski Slonim, a to tylko zaledwie kilka grup. Każda ma nieco inne przekonania, sposoby uwielbienia Imienia i obchodzenia Soboty, charakterystyczny ubiór… tu też można wymieniać i wymieniać. Ale praktycznie we wszystkich przewija się jeden wątek: miejsce kobiety jest w domu, przy dzieciach i koszernej kuchni. Chasyd studiuje Torę, a jego żona prowadzi koszerny dom. I właśnie o kobietach opowiada Anka Grupińska.

Szybko okazało się, że te najciekawsze – czyli o kobietach traktujące – rozdziały już przeczytałam na zajęcia. Zostało mi sporo zarysu historycznego o samym chasydyzmie, ale szczerze przyznam, że trochę się w tym pogubiłam. Drzewa genealogiczne dynastii poszczególnych cadyków wcale mi nie pomogły. Pomocny byłby też słowniczek (większość specjalistyczny terminów, typu tisz i mykwa, wyjaśniana jest w przypisach, ale zestawienie objaśnień byłoby bardziej funkcjonalne). Więc brnęłam przez kolejne historie o cadykach, ale tylko z myślą, żeby już dotrzeć na koniec. Same kobiece historie są do siebie bardzo podobne: młodsze kobiety opowiadają, że chodziły do ultrareligijnej szkoły, potem wyszły za mąż i teraz wychowują dzieci, często ledwie wiążąc koniec z końcem. Starsze panie z reguły przywołują życie sprzed wojny, twierdząc, że wtedy nastroje nie były tak „ortodoksyjne” – bo na przykład chadzały do kina i przyjaźniły się z gojkami – i przy okazji krytykują własne córki za nadgorliwość w pobożności. Nieliczne zdecydowały się odejść ze świata chasydzkiego – i to chyba były najciekawsze historie.

Anka Grupińska przeprowadziła ponad 100 wywiadów, rozmawiała z kobietami, chasydami, rabinami i rebecynami (czyli żonami rabinów). Opisuje ich życie codzienne, ale też relacje ze świecką stroną państwa Izrael i różne zalawirowania polityczne. Liczba ultraortodoksów w Izraelu rośnie z roku na rok – niektórzy chasydzi upatrują w tym zapowiedź przyjścia Mesjasza. Oprócz religijnych rozważań, ciekawe było to, że rozmowy Autorki z chasydzkimi kobietami mocno dawały też do myślenia samym rozmówczyniom. Najczęściej wcześniej nie zastanawiały się nad tym, jak żyją, czy mogą to zmienić i czy warto. Uprzedzę – w 9 przypadkach na 10 nie chciały nic zmieniać.

Z gatunku przemyśleń: mam mieszane uczucia co do tej książki i mentalności opisanych w niej pań. Moja kobieca dusza buntuje się przeciwko temu, że chasydzkie kobiety nie mają zbyt wielkich możliwości studiowania (nawet czytanie Tory? Zapomnij!). Są zredukowane do bycia żoną i matką (im więcej potomstwa, tym lepiej), choć może określenie „zredukowane” jest krzywdzące. Chasydzkie żony są na tyle zindoktrynowane, że nie znają i nie chcą innego sposobu życia. Ale z drugiej strony, troszkę zazdroszczę im tej pewności: od samego początku wiedzą, jak będzie wyglądało ich życie, jakie są ich obowiązki. Na pewno ciężar decydowania na temat swojej egzystencji został z ich bark zdjęty. Niemniej, wolę się miotać i decydować, czasem błędnie, niż dać się zamknąć w bezpiecznym bagienku Mea Szarim. I tyle autorefleksji.