Moja kochana, dumna prowincja. Filipowicz. Zachwyt.

Powróćmy na chwilę do uroczego weekendu na Śląsku Cieszyńskim i nieoczekiwanego odkrycia przybytku książkowo-księgarnio-kawiarnianego, jakim jest „Kornel i przyjaciele”. Otóż niepodobnym zdawało się opuszczenie tego przybytku bez nabycia książki, a już najlepiej – książki patrona kawiarni, czyli Kornela Filipowicza. Prozaika, którego, przyznaję bez bicia, rozpoznawałam wcześniej przede wszystkim jako partnera Wisławy Szymborskiej. Śpieszę zatem donieść, że teraz będę rozpoznawać Wiadomego Literata jako autora wspaniałych opowiadań. Chodzi tu konkretnie o zbiór „Moja kochana, dumna prowincja” – jestem wprost oczarowana! Continue reading „Moja kochana, dumna prowincja. Filipowicz. Zachwyt.”

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. I już.

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
W roli obierków z ziemniaka – cukinia i ogórek.

Zazwyczaj książki czytam według uprzednio przygotowanej listy, ale czasem wszechświat działa w taki sposób, że trzeba plan na lekturę nieco zmodyfikować. Ergo, kiedy poprosiłam myszkovską o pożyczenie czegoś na drogę do domu, zaproponowała mi „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” Annie Barrows i Mary Ann Shaffer, cytuję: „Przeurocza książka o wojennych strasznych rzeczach. Nie wiedziałam, że tak się da napisać”. Nie bardzo leżały mi klimaty wojenne i wyraziłam chęć na fantastykę („Pół króla” Abercrombiego – bardzo zacne!). ale następnego dnia Mama-Malita powitała mnie słowami: „Wiesz, jaki śliczny film widziałam wczoraj?”. Domyśliłam się w pół słowa… i poszłam przeprosić się z czytnikiem. Na szczęście. Continue reading „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. I już.”

Co by było, gdyby, czyli King i Dallas

Ale co by było, gdyby…? Pytanie filozoficzno-rozważająco-kreatywne zadają sobie różne istoty ludzkie i nie tylko. Zarówno na poziomie osobistym (co by było, gdybym nie zdążyła na ten tramwaj, co by było, gdybym poszedł na inny kierunek studiów, gdybym się przeniósł do Borobudur, gdybym…), jak i na poziomie nieco bardziej meta, dość często historycznym. Co by było, gdyby Japonia wygrała II wojnę światową (podpowiedź literacką zapewnia mister Philip K. Dick)? Co by było, gdyby powstanie listopadowe się powiodło? Co by było, gdyby Lee Harvey Oswald nie pociągnął za spust w Dallas w 1963 roku?

To ostatnie pytanie  zadali sobie bohaterowie „Dallas ‘63” Stephena Kinga, książki wydanej już kilka lat temu – ale tym razem jest to pytanie w formie misji. Otóż w prowincjonalnym Lisbon Falls, w spiżarni pewnego baru, mieści się przejście do Anno Domini 1958 roku. Można wkroczyć w czas miniony, pozostać tam przez bliżej nieokreśloną chwilę (ba, nawet lata!), a po powrocie i tak zawsze okazuje się, że we współczesności minęły zaledwie dwie minuty. Wycieczkę w przeszłość można traktować po prostu jako okazję do rozrywki i zaopatrzenia się w różne tanie dobra, ale i do poczynienia Zmian Dla Świata. Albo chociaż Dla Poszczególnych Ludzi. A plan maksimum zakłada zmianę dziejów całego kraju: ocalić prezydenta Kennedy’ego przed fatalnym strzałem z 22 listopada 1963 roku i tym samym zapobiec zamieszkom, a może, dzięki efektowi motyla, uniknąć śmierci Martina Luthera Kinga, a nawet wojny w Wietnamie? Co by było, gdyby…?

Z całym tym bagażem rozważań zostaje nie kto inny, a Bohater Misji, poczciwy Jake Epping, nauczyciel angielskiego w lokalnym liceum. Namaszczony na następcę przez właściciela baru z „króliczą norą”, wyposażony w dokumenty na nazwisko George Amberson wyrusza do Stanów Zjednoczonych sprzed kilkudziesięciu lat i czeka. Do Dallas zostało mu jeszcze trochę czasu, więc trzeba czymś wypełnić kolejne dni. Owszem, obserwacja Oswalda i jego bliskich to jedno, ale codzienne życie to drugie. I tak Jack/George podejmuje się zajęcia, które wykonuje najlepiej na świecie, czyli… uczy angielskiego w lokalnym liceum. Okazuje się, że nastolatki są nastolatkami niezależnie od tego, czy przygrywa im Elvis, czy Shakira, a szkolny teatrzyk nieodmienne pozostaje przedsięwzięciem pełnym wyzwań.

„Normalne”, nauczycielskie życie Jake’a czyta się przezacnie, ale jego wielki quest okazuje się oczywiście mocno skomplikowany, nie tylko z uwagi na moralne implikacje (może Oswald w tej wersji przeszłości jednak nie zastrzeli JFK?) i tajemnicze siły, przeciwdziałające jakimkolwiek większym zmianom biegu historii, ale także – a może przede wszystkim – z powodów dość osobistych. Bo w przeszłości czeka nie tylko znakomite piwo korzenne i fedory (pomińmy na razie wszystkie mniej przyjemne aspekty życia w USA lat 60-tych), ale i wysoka bibliotekarka imieniem Sadie o wyjątkowej zdolności do potykania się o własne nogi.

Słynny Skład Podręczników obecnie (to jest, w 2015 roku)

Całość jest po prostu obłędna: sam koncept „króliczej nory”, misja ocalenia Kennedy’ego (i innych osób również), klimat początku lat 60-tych, pieczołowicie odtworzony dzięki przekopaniu się przez dziesiątki lektur i, to chyba przede wszystkim, wspaniali bohaterowie, którym kibicuje się z całego serca. Nie tylko Jake/George i urocza Sadie, ale cały szereg bohaterów drugoplanowych (pani Mimi!) – Stephen King nieraz już udowodnił, że aspekt społeczny i „ludzki” to mocna strona jego prozy. Dodajcie do tego szczyptę nostalgii oraz nutkę grozy (Skład Podręczników naprzeciwko Dealey Plaza w Dallas funkcjonuje jako wyborna przypominajka o nadchodzącym dniu zamachu) i przepis na książkę, jak to się ładnie mówi w języku Szekspira, unputdownable, gotowy.

Jak już donosiłam w social media, oderwać się nie szło. Czytałam po nocach, woziłam ze sobą tu i ówdzie (draństwo liczy sobie prawie że 900 stron, nie woziło się łatwo), obiecywałam sobie „tylko jeden rozdział” i jakoś orientowałam się pięćdziesiąt stron później… to jest wspaniałe uczucie, kiedy cieszy każdy moment, w którym ponownie sięga sę po książkę. A to zakończenie! Przyznaję, że byłam przekonana, że będzie inaczej, ale jest po prostu tak, jak być musiało. Czyli wspaniale. Tak, uroniłam łezkę. Czy tam całą fontannę.

Dodam jeszcze tytułem końcowych zachwytów, że stacja Hulu dwa lata temu wypuściła ośmioodcinkowy serial na podstawie powieści, pod tym samym tytułem co książka (w oryginale “11/22/63”, nie radzę sobie logistycznie z tą amerykańską datacją, w której miesiąc jest po dniu, a nie przed). Główną rolę gra James Franco i pasuje mi wprost idealnie – nic, tylko zasiąść i oglądać, przenosząc się w przeszłość także wizualnie!

PS. Mama-Malita sugerowała wreszcie zdjąć z półki, co nieodmiennie dowodzi faktu, że matki zawsze mają rację.


„Dallas ‘63” Stephen King
(“11/22/62”, 2011)
Tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2011

Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

Deana Koontza kojarzyłam do tej pory przede wszystkim z powieściami sensacyjnymi pokroju Forsytha – w najlepszym tego słowa znaczeniu – i jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się do bliższego zapoznania się z tym konkretnym skrawkiem współczesnej literatury amerykańskiej. Do czasu, kiedy Mama-Malita wyraziła chęć przeczytania „Miasta”, posiłkując się już dłuższą chwilę temu wpisem Olgi z Wielkiego Buka. Biblioteka Jagiellońska – hurra po trzykroć – po raz kolejny okazała się miejscem słusznym do wyrażania takich chęci. Ergo, pożyczyłam. Przeczytałam. I po prostu zachwyciłam się.

Continue reading „Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana”

Tyfusowa Mary, czyli historia pewnej nosicielki

Historyczne opowieści, jak wiadomo, lubię wielce, zwłaszcza te z postaciami kobiecymi w roli głównej – kiedy zatem pojawiła się zapowiedź powieści „Gorączka” Mary Beth Keane, nie zastanawiałam się zbyt długo. Nowy Jork, początek poprzedniego stulecia, prawdziwa, nieoczywista postać, czyli Mary Mallon, a do tego początki medycyny z nutką kryminalną… o, tak, bardzo proszę! Rezultat okazał się naprawdę przyzwoity – może bez porywów serca, ale za to z interesującą podróżą w minione czasy. Continue reading „Tyfusowa Mary, czyli historia pewnej nosicielki”

O Trumanie Capote i łabędziach z Piątej Alei

Truman Capote to jeden z tych pisarzy, których się kojarzy, nawet jeśli się nie czytało żadnych jego dzieł. „Śniadanie u Tiffany’ego” w wersji filmowej widziałam ze cztery razy, łącznie z biograficznym filmem o Audrey Hepburn, w którym Truman obsztorcowywał aktorkę na planie. Autor kontrowersyjny i barwny, uwielbiający rozgłos, w powieści Melanie Benjamin zyskuje nad wyraz żywe oblicze. On sam i jego łabędzie – damy z towarzystwa, które w rubryczce „zawód” mogą wpisać „bywalczynie”. Kobiety piękne, bogate, szykowne… i skrywające wiele tajemnic, niekiedy skandalicznych. Continue reading „O Trumanie Capote i łabędziach z Piątej Alei”

Czas mroku, czyli rzecz o Winstonie Churchillu

Winston Churchill to postać szalenie ciekawa i łatwo na świecie kojarzona – jego kultowy wręcz wizerunek z odwiecznym melonikiem i równie odwiecznym cygarem utrwalił się na zdjęciach, filmach i w rozmaitych dziełach popkultury. Winston-orator, Winston-premier, Winston-przywódca… ale i Winston-słowokleta, Winston-nadmierny miłośnik alkoholu, Winston z kilkudziesięcioletnim bagażem błędnych ocen i decyzji. Do dziś budzi kontrowersje wśród historyków i nie tylko, i całe morze atramentu wylano na poczet jego biografii tudzież analiz jego poczynań. Jeszcze jedną odsłonę życia Churchilla proponuje Anthony McCarten w „Czasie mroku”. Odsłonę osadzoną w krótkim, acz intensywnym okresie życia premiera, bardzo… drobiazgową. Continue reading „Czas mroku, czyli rzecz o Winstonie Churchillu”