Jhumpa Lahiri o intymnej miłości do języka

Jhumpa Lahiri właściwie nie posiada języka ojczystego. Owszem, jej rodzice pochodzą z Kalkuty, ale jeśli idzie o bengalski, zatrzymała się na poziomie mówienia i rozumienia dziesięcioletniego dziecka, właściwie nie pisze i nie czyta w tym języku. Choć urodziła się w Londynie, a wychowywała w Stanach Zjednoczonych, angielski od zawsze stanowił język nabyty, ten drugi, ten dodatkowy, język szkoły, literatury. Lahiri perfekcyjnie opanowała mowę Szekspira (czy może raczej Twaina) – wszak jest uznawana przede wszystkim za amerykańską pisarkę – niemniej żaden język nie wzbudził w niej takich emocji, jak włoski.

Zestaw wieczorny, idealny.

I właśnie „In other words” to pierwsza książka autorki, napisana w całości po włosku, a przetłumaczona na angielski przez Ann Goldstein (to bardzo świadoma decyzja Lahiri, która na ponad dwa lata zrezygnowała z pisania po angielsku w ogóle, łącznie z osobistymi notatkami). Więcej, jest dość specyficznie wydana, jako że tekst oryginalny i przekład płyną równocześnie obok siebie: na stronach parzystych po włosku, na nieparzystych po angielsku. Lahiri opowiada o początkach fascynacji językiem włoskim, o pierwszej podróży na Półwysep, o dość topornych początkach nauki. Snuje historie pełne bardzo trafnych metafor, przywołując choćby Wenecję z jej tysiącem mostów – otóż przekraczanie mostów, przechodzenie w chwilowy stan zawieszenia bardzo jej się kojarzy z pisaniem:

In the middle of every bridge I find myself suspended neither here nor there. Writing in another language resembles a journey of this sort. My writing in Italian is, just like a bridge, something constructed, fragile. It might collapse at any moment, leaving me in danger. English flows under my feet (…) Like water in Venice, it remains the stronger, more natural element, the element that threatens to swallow me. Paradoxically, I could survive without any trouble in English; I wouldn’t drown. And yet, because I don’t want any contact with the water, I build bridges (ss. 97-99).

Na „In other words” składają się prawie same autobiograficzne historie (wyjąwszy dwa krótkie opowiadania, ale bardzo metaforycznie znaczące), w większości dotyczące pobytu we Włoszech. Jhumpa Lahiri przeprowadziła się do Rzymu z mężem i z dziećmi, chcąc zanurzyć się w języku włoskim na co dzień, odczuwać go zupełnie inaczej niż poprzez sporadyczne lekcje z lektorką czy czytanie włoskich powieści. To przyniosło wiele konsekwencji, Lahiri wspomina choćby o tym, że jej wygląd powoduje, że zawsze biorą ją za cudzoziemkę (w przeciwieństwie do jej męża, absolutnie nie-Włocha, ale o włoskiej aparycji), co przynosi uczucie rozżalenia i wyobcowania. Tożsamość, jej poszukiwanie i konstruowanie to też ważny element opowieści, wszak język jest szalenie istotnym elementem nas samych (znów wracamy do Wittgensteina, prawda?). Co wtedy, gdy nie mamy właściwie żadnego języka ojczystego, gdy zawsze byliśmy zawieszeni między dwoma, a teraz między trzema?

O książce Lahiri parę miesięcy temu opowiedziała mi Natalia (która chadza po Krakowie), potem mnie w książkę wyposażyła, a ja prawie pół roku zbierałam się do lektury – i żałuję, że tak długo. Bo jest to rzecz szalenie interesująca i po prostu przepiękna. Dodatkowo cieszy mnie to, że mogłam prawie bez problemów cieszyć się oryginałem – mój włoski nieco przyrdzewiał, ale Lahiri pisze prosto (i pisze, że pisze prosto, zasadniczo ogrom autoanalizy pisarskiej znajdziemy w tym dziełku), a potencjalne wątpliwości rozstrzygałam, zerkając na przekład Goldstein na stronie obok.

Żeby przekonać Was do tej opowieści, przedstawię rzecz z jeszcze innej, chyba tej najważniejszej strony: ponad dwustu stronach dostajemy bardzo osobistą opowieść o miłości do języka – miłości zupełnie nieoczekiwanej, niespodziewanej, mało racjonalnej, ale szczerej i pełnej pasji. Czasem bywa tak, że osobiste wynurzenia autorów powodują lekkie poczucie zażenowania u czytelnika, ale u Jhumpy Lahiri próżno szukać takich emocji. Owszem, „In other words” to jest rzecz bardzo intymna, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

PS. Dziękując przepięknie Natalii za opowieść o i za pożyczenie książki!
PPS. Cztery „amerykańskie” książki Lahiri, w tym nagrodzony Pulitzerem debiut z 2000 roku, „Tłumacz chorób”, zostały przetłumaczone na polski, muszę się rozejrzeć w tej kwestii książkowo.

Dzieła zebrane #16

Czasem jestem sama z siebie dumna – inauguracja #DziełZebranych była świetnym pomysłem, bo naprawdę w przypadku niektórych książek trudno zebrać myśli na tyle, by poprowadzić oryginalny wywód. Niekiedy po prostu nie ma zbyt wiele do dodania, bo to po prostu kolejny tom jakiegoś cyklu albo wszyscy już tyle mądrych rzeczy napisali, że właściwie nie czuję się na siłach, by dopisać jakąś błyskotliwą myśl do istniejącego zbioru. Egzemplifikacje tychże dwóch tendencji – proszę uprzejmie zerknąć niżej.

„Historia zaginionej dziewczynki” Elena Ferrante

O Ferrante nie ma się co rozpisywać, wiele atramentu przelano na jej temat, odkąd jej powieści rodem z Neapolu zachwyciły świat cały (nie, żebyśmy znali prawdziwą tożsamość autorki, ale mniejsza o to). Historia Eleny (bohaterki, nie pisarki), jej przyjaciółki Liny oraz całej dzielnicy zaczyna się od „Genialnej przyjaciółki”, a kończy właśnie na tejże „Historii zaginionej dziewczynki”. Mam w tej kwestii dwa komentarze. Primo, niebywała jest obrazowość narracji Ferrante. Jakbym się zanurzyła w codzienne życie dzielnicy, jakbym widziała te ciasne uliczki, pranie wiszące nad przejściem, bar-cukiernię Solarów, wędliniarnię i bibliotekę, ba! jakbym czuła duszący zapach tego wszystkiego. Secundo, równie niebywałe jest to – tu odwołam się do bardzo trafnego spostrzeżenia mojej koleżanki zwanej Siewiorem – że nie cierpię równo wszystkich bohaterów, a i tak nie mogłam się oderwać. I przyznaję, że czytałam niecierpliwie, byleby skończyć i mieć za sobą. Więc skończyłam całokształt. I dalej nie cierpię wszystkich postaci. Ale napisane jest to wyśmienicie.

„Historia pszczół” Maja Lunde

Nagrody były rozdawane, krytycy i blogerzy zachwyt wyrażali (zerknijcie choćby na świetny tekst Tanayah), narody klękały – nic dziwnego, że oczekiwałam czegoś wyjątkowego. Długo mi zajęło nadrobienie zaległości (cała moja familia przeczytała powieść Lunde przede mną, to się rzadko zdarza!), ale oto nadrobiłam… i nie zachwycam się. Owszem, rozplanowanie historii na trzy poziomy czasowe (Anglia roku 1852, Stany w 2007 i Chiny czasu przyszłości, to jest 2098) wyszło świetnie, zestawienie trzech porywających głównych postaci również. Ale nie w tym rzecz, gdyż moja niechęć ma podłoże w czymś zupełnie innym: otóż nie lubię żadnych opowieści, które zmierzają ku ewidentnej katastrofie. W to wpasowują się wszystkie możliwe filmy katastroficzne (może wyjąwszy „Pojutrze”, ale już stanowczo odmówiłam pójścia do kina na „2012”) i inne narracje, które zakładają w miarę możliwą ziemską zagładę, a już zwłaszcza taką, którą sprowadziliśmy sami na siebie (fikcyjnym kosmitom takie rzeczy jak eksterminacja planety jestem bardziej skłonna wybaczyć). A „Historia pszczół” ewidentnie pokazuje, jak przez własne działania ludzkość spowodowała wymarcie pszczół… i w efekcie upadek wszystkiego, co uważaliśmy za cywilizowane. Uznaję zatem oryginalność konceptu, ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobało.

PS. Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie obydwu książek!

Dzieła zebrane #15

Ostatnio naprawdę zebrało się trochę książek do opisania – w tym roku chyba padnie rekord ilościowy, choć bez paniki, jak wiemy, nie o ilość idzie, ale o jakość. Niemniej, tygodniowe leniwe wakacje sponsorowane przez hasło „leżę i czytam” (mój ulubiony typ wakacji, nie wstydzę się przyznać) pozwoliły na nadrobienie kilku książkowych zaległości. Nadrabiam zatem i spisywanie wrażeń w formie tradycyjnych #dziełzebranych. Trzy książki oto.

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” Weronika Murek

Dawno dawno temu przeczytałam recenzję Ekrudy i poczułam się oczarowana: nawet sam tytuł, ba, okładka! mają coś w sobie, to nieuchwytne coś, za czym tak bardzo chcemy podążać. Przy bliższej chwili obecnej okazji (przecenie na ebooki, żeby być szczerym do ostatka) upolowałam. Przeczytałam. I wcale nie jestem oczarowana.
Ja właściwie lubię książki nietuzinkowe i niepokojące, ale poziom cudaczności u Weroniki Murek zdecydowanie przekracza mój poziom percepcji. Otwierające opowiadanie, w którym zmarła dziewczyna wciąż uparcie nie chce wyprawić się do zaświatów, to tylko prolog do kolejnych oniryczno-dziwacznych opowieści. Ciężko mi nawet wyjaśnić, co mi się w tym wszystkim nie podobało. Może inaczej: jest takie ładne, acz dosadne powiedzenie „nie mój cyrk, nie moje małpy”. Dosadnie zatem: bardzo nie mój cyrk. Bardzo nie moje małpy.

„Opowiem ci pewną historię” Annie Barrows

A tu już raczej historycznie i twardo na ziemi. Otóż są lata 30-te XX wieku, kryzys w Stanach daje się we znaki wielu osobom, bezrobocie, prohibicja… niemniej, Layla Beck martwi się czym innym. Otóż sprzeciwiła się ojcu („nie wyjdę za niego i już”) i szanowny tata pozbawił Laylę środków do życia. Dziewczyna dzięki ojcowskim znajomościom znajduje pracę – ma napisać książkę o historii Macedonii, niewielkiego miasteczka w Wirginii. Jedzie na miejsce, wynajmuje pokój u rodziny Romeynów i zagłębia się w dzieje Macedonii… oraz  przeszłość swoich gospodarzy.
Barrows kreśli historię z perspektywy kilku bohaterów – właściwie, bohaterek, bo prócz Layli mam też dwunastoletnią Willę Romeyn i jej ciotkę Jottie – pokazując obecne i dawne rozterki, tajemnice, niespełnione miłości i wielkie awantury. Nie jest to rzecz, którą czytałam z wypiekami na twarzy, na początku byłam wręcz niechętna całej tej opowieści i lektura szła mi opornie. Z czasem jednak (zwłaszcza, gdy nabierze się sympatii do którejś z postaci, jak ja do Jottie), czyta się coraz lepiej, a pod koniec naprawdę się wciągnęłam.
[tl;dr] Jest przyzwoicie.

„Włosi” John Hooper

Pierwotnie planowaliśmy z Królem Małżonkiem podarować tę książkę znajomym z okazji ślubu, ale zaczęliśmy podczytywać i w końcu sprezentowaliśmy inną (też w podróżniczym klimacie, niech mają inspirację). Tymczasem – John Hooper od piętnastu lat mieszka we Włoszech i naprawdę zna się na rzeczy, nie mówiąc już o tym, że z klasycznej pozycji outsidera widzi więcej i inaczej. Pisze rzetelnie a dowcipnie, zaczynając od solidnego wprowadzenia historycznego (dlaczego Włochy wcale nie są zjednoczone?) i wiodąc czytelnika przez wszystkie aspekty życia współczesnej Italii: będą tu nie tylko oczywiste wątki mafijne i opowieść o la famiglia (zwłaszcza la mamma!), ale także rzut oka na rolę  Kościoła, umiłowanie do piłki nożnej, kontrowersyjnych polityków i włoską prasę. Naprawdę świetne, dogłębne i niekiedy ironiczne ujęcie tematu – dla italianolubów i po prostu ciekawych świata.
Z cyklu „randomowe ciekawostki”: pierwsza rzecz, jaką zrobiłam po przeczytaniu tej książki, to spaghetti. Miejcie to na uwadze!

PS. Za powieść Barrows dziękuję wydawnictwu Świat Książki.
PPS. A następnym razem znów Was zabiorę do Afryki!

Dzieła zebrane #12

Wpisując się w ostatni trend Dzieł Zebranych, znów nie trzy, a dwie opowieści, którym należy się wspomnienie, chociażby króciutkie. Takie rozwiązanie wydaje mi się najbardziej sprawiedliwe dla drugich i kolejnych tomów różnych rzeczy, a i do zbiorów opowiadań pasuje elegancko. Właśnie takie dwa przypadki tworzą dwunasty odcinek Dzieł.

„Historia nowego nazwiska” Elena Ferrante

https://i2.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/240000/240425/365507-352x500.jpgCzyli ciąg dalszy „Genialnej przyjaciółki”. Otóż drogi Lili i Eleny, dziewcząt dotąd zgodnie dorastających w powojennym Neapolu, zdają się rozchodzić. Lila wychodzi za mąż w wieku lat szesnastu (co wcale nie utemperuje jej krewkiego charakteru), a Elena postanawia kontynuować edukację. Ale to rozejście jest tylko pozorne, bo Lila nie przestaje oddziaływać na Elenę, na dobrą sprawę zmieniając każdą dziedzinę jej życia. Nawet – a może zwłaszcza – dziedzinę uczuciową.

Ferrante wiedzie czytelnika przez kolejne strony w tak niewytłumaczalnie świetny sposób, że nie idzie się od „Historii” oderwać, ba, można doświadczyć całego spektrum emocji. I ja dalej nie cierpię Lili, która sprawia wrażenie, jakby nie wiedziała, czego chce. I wciąż współczuję Elenie, która z bólem odkrywa, że nigdzie tak naprawdę nie przynależy: na rodzinnym osiedlu czuje się nieswojo, zbyt mądra, zbyt wykształcona, natomiast w szkole i na uczelni wciąż nosi w duszy piętno niewykształconej prowincjuszki. Całość znów urywa się w momencie dramatycznym, naprawdę, w pół sceny! A tom trzeci czeka na mnie od dłuższej chwili, ale wiem, że jak tylko go otworzę, to zniknę na kilka godzin, więc czekam na bardziej sprzyjającą chwilę… Wam też doradzam takie zniknięcie, i w tomie pierwszym, i w tomie drugim neapolitańskich historii Ferrante.

„Litr ciekłego ołowiu” Andrzej Pilipiuk

https://i2.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/298000/298488/474049-352x500.jpgDrugie Zebrane Dzieło to najnowsze książka Andrzeja Pilipiuka, to ósmy już zbiór opowiadań poważnych – to znaczy, nie-wędrowyczowych. Duży sentyment żywię do opowieści o kuzynkach Kruszewskich tegoż Autora (choć opublikowanie ostatniego tomu lekko mnie zaskoczyło), ale opowiadania też lubię. Pilipiuk jest zręcznym rzemieślnikiem, pisanie poprzedza solidnym researchem i ma dużo dobrych pomysłów. Do moich ulubieńców w tym tomie należy Robert Storm, archeologo-detektyw od spraw nietypowych, tropiący już to ślady czuhajstra, już to redakcję przedwojennego „Kuriera Warszawskiego”. Zgodnie z Prawem Zbiorów Tekstów, niektóre opowiadania są lepsze, inne mniej lepsze, ale cały zbiór to przyzwoita lektura tramwajowo-pociągowa – w sam raz, jedna historia na kilka przystanków.

PS. Tom drugi opowieści Ferrante, podobnie jak pierwszy, zapewniła Mama-Malita.

Genialna przyjaciółka

„Nie ma jej przypadkiem u ciebie?” pyta Elenę struchlałym głosem syn Lili, poszukujący swej zaginionej matki. Lili na pewno nic się nie stało, tego Elena jest pewna. Po prostu postanowiła zniknąć i wymazać siebie z życia wszystkich innych. A Elena na przekór, na złość, na pohybel postanawia Lilę w swojej opowieści utrwalić. I tak zaczyna się tetralogia Eleny Ferrante, która wprost z czasów współczesnych przerzuca nas do lat 50-tych minionego wieku.

Kim jest Elena Ferrante – tego do końca nie wiadomo. Nie mówi o swojej twórczości, wyznaje bowiem zasadę, że to książki powinny mówić za nią i dodatkowe objaśnienia są zbędne. Ponoć lata mieszkała za granicą, ponoć wywodzi się z Neapolu. Jeśli idzie o to drugie, trudno mi sobie wyobrazić, żeby mogła urodzić się gdzie indziej – z taką precyzją, z taką barwnością opisuje osiedle na neapolitańskich przedmieściach, że aż dech zapiera.

Wkraczamy zatem w te przedmieścia, w małą, zamkniętą krainę, w której wszyscy wzajem się znają. Rodzina szewca Cerullo, rodzina woźnego Greco, rodzina Carraccich z budzącym grozę don Achillem, rodzina stolarza Peluso, rodzina oszalałej wdowy Cappuccio, powiązana z kamorystami rodzina Solara… można jeszcze tak wymieniać i wymieniać, a potem dziękować Autorce, że wyposażyła czytelnika w dramatis personae. Przewodniczką po tym skrawku powojennych Włoch jest wspomniana Elena Greco, najstarsza córka woźnego, która opowiada przede wszystkim o swojej przyjaciółce Rafaelli Cerullo, zwanej Lilą. Choć przyjaźń to nienajlepsze słowo – kojarzy się ze zgodnym siedzeniem w jednej ławce, radosnym spędzaniem czasu, wyjawianiem sobie sekretów. A relacja z Lilą, jakakolwiek, to jest wyzwanie. Zagadkowa, inteligentna i wyobcowana Lila stanowi na osiedlu obiekt podziwu, fascynacji i nienawiści, a zazwyczaj wszystkiego jednocześnie. Dwie dziewczęta czasem rywalizują, czasem się spierają, wyzywają i obrażają, a czasem mają wrażenie, że nie mogą żyć bez siebie. Przynajmniej Elena ma takie wrażenie – bo co siedzi w duszy Lili, tego nie wie nikt. Nawet niekiedy sama Lila.

neapol
Parę obrazków z Neapolu lat 50-tych

Ferrante osadza pierwszą część tetralogii w dzielnicy biednej i opętanej pragnieniem, by się dorobić, wybić i zaznać spokoju. To świat, w którym każda kłótnia kończy się krzykiem (włoska gorąca krew daje znać o sobie), gdzie mityczne wojenne kiedyś pozostaje przemilczane, a pospolita gwara miesza się z literackim językiem włoskim. Elena, Lila oraz ich znajomi dorastają w tym świecie, uczą się, zakochują i kłócą — a ja, jak zaczarowana, z zapartym tchem przewracałam kartki, by jak najszybciej wiedzieć, co będzie dalej. Co nowego wymyśli Lila, której ze strony na stronę nie znosiłam coraz mocniej, jak poradzi sobie z tym zakompleksiona Elena, jak potoczą się losy fabryki butów Cerullo i czy wszystkie historie miłosne znajdą szczęśliwe zakończenie.

A zakończenie, och, urywa się w takim momencie, że tylko wyższe okoliczności powstrzymały mnie od porwania się na tom drugi. Czysta magia opowieści spływa ze słów Ferrante. Dodatkowe objaśnienia są zbędne.

PS. Mama-Malita poleciła i pożyczyła!

Dzieła zebrane #7

Otóż ostatnio nadganiam z czytaniem – głównie dlatego, że po powrocie do ojczyzny (witaj chlebie! Witaj serze!) nareszcie mogłam się rzucić na rozmaite rzeczy, które potulnie oczekiwały mnie na miejscu (witajcie papierowe książki!).
I przyznajmy to szczerze: o ile bardzo cenię sobie mój umiłowany czytnik-kundelek tudzież ebooki, to jednak nic nie zastąpi mi namacalnej książki z okładką. Ale mam za to dwie lektury-wspomnienia, pierwsza czytnikowa, druga… samolotowa.

„Bellagrand” Paullina Simons

Okładka książki BellagrandPamiętacie Ginę Attaviano, piękną i ambitną imigrantkę z Sycylii, z wielkimi marzeniami w Ameryce początku XX wieku? Otóż ona i Harry Barrington, dumny dziedzic bogatej bostońskiej rodziny, pobrali się z wielkiego uczucia… ku niechęci wszystkich dookoła. Gdy Barringtonowie zrywają kontakt z Harrym, przepadają tym samym rodzinne źródła dochodu, a Gina wypruwa sobie żyły, usiłując utrzymać męża, matkę i czasem też brata. Sam Harry, jak się okazuje, do żadnej pracy się nie nadaje, ale za to wyśmienicie sprawdza się w działaniach okołopolitycznych, agitując na rzecz robotników i biorąc udział w kolejnych demonstracjach. Jego sarkanie na kapitalizm i podziw dla rozwiązań zaprowadzonych w Rosji przyniesie jego najbliższym kolejne problemy. Ostatnia szansa, by naprawić przeszłość, skrywa się za drzwiami bajecznej rezydencji, zwanej Bellagrand… tylko czy Gina i Harry potrafią ją wykorzystać?

Przykra powieść, smutna tym bardziej, że od początku wiedziałam, w którym kierunku zmierza – wszak „Bellagrand” to prequel trylogii „Jeździec miedziany”. Cały czas się zastanawiałam, jakim cudem taka wspaniała kobieta jak Gina mogła poświęcić wszystko dla takiego osobnika jak Harry. Bo to właśnie jej wielkie marzenia zostały ostatecznie strzaskane.

„Temat na pierwszą stronę” Umberto Eco

Jako się rzekło: samolotowo. Czyli z cyklu „przeczytam na szybko w podróży” i „równie szybko zapomnę”. Jak się Okładka książki Temat na pierwszą stronęłatwo można po tym krótkim wstępie domyślić, niestety, spiskowo-dziennikarska historia Eco mnie nie przekonała. Choć wstawki o pracy redakcji (i manipulowaniu prasą, opinią, informacją) były bardzo… iluminujące. Tak. Ale do rzeczy: otóż dojrzały ciałem a nieogarnięty życiem dziennikarzo-pisarzyna Colonna dostaje lukratywne zlecenie: ma napisać książkę o powstawaniu odważnego, niezależnego dziennika, gotowego mówi prawdę, zawsze prawdę i tylko prawdę (powiedzmy). Colonna dołącza do redakcji rzeczonego dziennika i wraz z pozostałymi przygotowuje dwanaście numerów „zerowych”, które… nie ujrzą nigdy światła dziennego. Cały pomysł i oszukaństwo z gazetą i książką to tylko sprytny wybieg pewnego wpływowego bogacza. I o ile sama działalność Colonny i jego współredaktorów jeszcze była całkiem interesująca (vide: jak włożyć w usta „przypadkowych świadków” zdarzenia opinie dziennikarza czy jak napisać horoskop), to całość, zwłaszcza wielka teoria spiskowa z Mussolinim w roli głównej, bardziej nużyła niż zachwycała. Jeśli zatem chodzi o Eco – pozostaję fanką „Zapisków na pudełkach od zapałek”. I tyle.

„Ścieżka nad urwiskiem” Jess Walter

„Ścieżka nad urwiskiem” Jess WalterKlasyczny przypadek okładkowego lęku: gdyby nie gorąca rekomendacja Mamy-Mality, trzymałabym się od tej powieści z daleka. Tylko spójrzcie. Kiczowate do bólu odbicie miasteczka w okularach Nadobnej Pani, do tego naprawdę siermiężnie wstawione w fotoszopach czy innych programach. Okropność. Tytuł „Ścieżka nad urwiskiem” jeszcze ujdzie w tłumie, ale oryginalny – „Beautiful ruins” – jest dużo mniej… dosłowny. Zwłaszcza, jak się już pozna cały zestaw historii. Ale nie na darmo Bene Gesserit ostrzegały, że książki po okładce nie sądzi się. Po zawartości – już prędzej.

Zawartość „Ścieżki” jest jak splątany gobelin i trudno wyróżnić jedną nić, dominującą nad pozostałymi. Mamy bowiem nić, za którą podąża Pasquale: na jednym planie czasowym młody hotelarz z wielkimi pomysłami, na drugim starszy pan, który przybywa do Ameryki odnaleźć zaginioną miłości. Ta nić przeplata się z losami Deana, cynicznego producenta filmowego (twarz naciągnięta do maksimum przez kolejne operacje i Żona Numer Cztery, to tak w skrócie charakterystyka tejże postaci). Gdzieś w pobliżu pojawia się też Claire, asystentka Deana, Shane, scenarzytsa filmowy-wannabe, Alvis, wypalony przez wojnę pisarz-wannabe oraz pewien muzyk-wannabe. Każde z nich ma swoje marzenia i dramaty, każde brnie przez szarą rzeczywistość – czy to 50 lat temu, czy współcześnie – cały czas niosąc w sercu przekonanie o ruinach, które i tak gdzieś na końcu ścieżki nas czekają. Kluczem do rozplątania tego gobelinu jest natomiast historia pewnej obiecującej aktorki, która na początku lat 60-tych przypłynęła do zapomnianego hoteliku w Porto Vergogna…

the-picturesque-riomaggiore-of-cinque-terre-italy
Cinque Terre, czyli inspiracja dla Porto Vergogna.

Walter prowadzi czytelnika przez wiele czasów i miejsc: od na wpół zapomnianego miasteczka gdzieś na północnym wybrzeżu Włoch (fikcyjnego, niestety), przez olśniewający Rzym i plan filmowy „Kleopatry” (tak tak, rzecz kluczowa), aż po Santa Monica, gdzie zraszacze włączają się przed wschodem słońca z cichym dźwiękiem „pst, ej!”. Podróż raczej smutno-gorzka, ale jednocześnie wyjątkowo piękna. I choć razem z Claire, ambitną idealistką, odkrywamy, że w rzeczywistości rzadko bywa jak w hollywoodzkim filmie – nie te błyskotliwe kwestie, nie te ugłaskane zakończenia –  to jednak życie też potrafi pisać historie niezwykłe. Przynajmniej w wizji Jessa Waltera.

PS. Z zupełnie innej półki: Malita o najnowszej, słowiańsko-wikińskiej książce Artura Szrejtera.

The Girl on Fire

„Lawinia” Ursula K. Le GuinJeśli myślicie, że Katniss Everdeen to jedyna powieściowa dziewczyna igrająca z ogniem… to poznajcie Lawinię. Tak, wiem, to może trochę odległe skojarzenie literackie (acz w miarę na czasie, jeśli chodzi o repertuar kinowy), ale nie na darmo jedna z ksiąg „Eneidy” opowiada o tym, jak podczas składania ofiary włosy dziewczyny zajęły się ogniem – co uznano za pomyślny (sic!) omen dla niej i dla rodu:

Stojąc, pali kadzidła Lawinia dziewica,
Zda się, że długie włosy jej ogień łakomie
Pożera, że jej stroje z trzaskiem pali płomię,
Płonie warkocz królewny i pyszna korona

Perły zdobna, złotymi blaski otoczona,
Dymiąc, zda się dokoła pożar miotać na dom.
Strasznym się zjaw ten wyda przelękłym gromadom;
Głoszą, że sławną będzie i los jej dostojny,
Lecz ludowi znak taki wielkie wróży wojny.

przeł. Tadeusz Karyłowski

Acz, to właściwie jeden z bardzo niewielu passusów, które Wergiliusz poświęcił córce Latynusa. Ursula Le Guin za to – całą książkę. Oddając głos córce króla Latynusa, przyszłej małżonce Eneasza, prowadzi nas przez wydarzenia znane z sześciu ksiąg „Eneidy” i tworzy – jak sama mówi – coś na kształt przekładu, częściowego, ale wiernego. To jednocześnie też podziękowanie dla poety, dar pełen miłości.

Rzecz niby znana jest nam od wieków, ale teraz odkrywamy ją od zupełnie innej strony. Lawinia, piękna i pobożna dziewczyna, dorasta na dworze  władcy Latynów. Żyje w strachu przed matką, która nigdy nie otrząsnęła się po utracie najmłodszych synów, za to bardzo kocha i szanuje swego ojca. To Latynus pokazał swojej córce święty las Albunei, gdzie biją siarkowe źródła, a duchy przodków i bóstwa przemawiają do ludzi godnych usłyszeć słowa wyroczni. Jedno z proroctw, ogłoszone Latynusowi, przeznaczało Lawinię na małżonkę cudzoziemca i jednocześnie zapowiadało wielką wojnę. Wkrótce trojańska flota wpływa do ujścia Tybru – ale nie wszyscy będą chcieli się podporządkować słowom przodków. Sąsiednie plemiona i ich władcy – zwłaszcza Turnus, król Rutulów – nie pozwolą na oddanie ręki Lawinii i władzy nad Lacjum żadnemu obcemu. Nawet przepowiedzianemu przez wyrocznię Eneaszowi.

Wielce lubię takie zabiegi pod tytułem „weź postać prawie nieznaną i opisz jej historię”. Czasem to hołd dla postaci, czasem dla czasów i miejsca, czasem dla jej twórcy. Ursula Le Guin hołduje wszystkim po trochu: jej Lawinia to bohaterka zdecydowana, świadoma swojej roli, ale jednocześnie bardzo… bliska. Czas i miejsce – starożytne Lacjum – zostały wspaniale odmalowane. Przywykliśmy myśleć o antycznej Italii jako o potężnej i majestatycznej, dumnej ze swych akweduktów, teatrów i świątyń – ale co było, zanim powstał Rzym? Kiedy miasta były bardziej drewnianymi osadami, a w gęstych lasach mieszkały dawne bóstwa? To właśnie czasy Lawinii. Czasy „Eneidy”. Sam Wergiliusz także pojawia się na kartach powieści – Lawinia spotyka go w świętej Albunei, gdzieś na granicy między rzeczywistością a nieopowiedzianą sferą poza naszym światem. „Jej” poeta zdradza historię Eneasza, dzieli się z nią swoim poematem i żałuje, że nie opisał jej inaczej:

„Ty w moim poemacie prawie nie istniejesz, prawie cię w nim nie ma. Jesteś niedotrzymaną obietnicą. Teraz już nie da się tego naprawić, nie da się tchnąć życia w twoje imię, jak tchnąłem je w Dydonę”*

To, co jeszcze zasługuje na oklaski w „Lawinii”, to tło antropologiczno-religijne. Le Guin pozwoliła swoim bohaterom zanurzyć się w religijność, która już w czasach Wergiliusza była prastara. Lary, penaty, święte obrzędy domowe – czyli odwieczna wiara, „przykryta” później przez dziesiątki bóstw, które Rzymianie przejęli od podbitych ludów.

Cudowne to było.

 PS. Dziękując Ethlenn za pożyczenie!

* Ursula K. Le Guin, Lawinia, przeł. Łukasz Nicpan, wyd. Książnica 2008, s. 84.

„Pompeja” Robert Harris

„Pompeja” Robert HarrisO, i to jest jedna z kandydatek do Najcierpliwszej Książki Roku. Trzy kolumny książek, spoczywające po mojej lewicy (a właściwie, po lewicy mojego komputera), patrzają na mnie z wyrzutem umiarkowanym, ale wyrzut „Pompei” przybierał na sile już od długiej chwili. +10 do skruchy, rzut obronny niefortunny – co będę przedłużać, zabrałam się za czytanie. Zresztą, to nie jest to lektura strasząca objętością: wedle Malitowych standardów, taka grubsza broszurka.

Rzecz niby o Pompei (dziś raczej obowiązuje nazwa „Pompeje” i pod takim też tytułem wznowiono tę powieść w tym roku) i niby o wybuchu Wezuwiusza, ale tak właściwie o akweduktach. Otóż zanim wulkan splunął ogniem i zniszczeniem, w miastach położonych nad Zatoką Neapolitańską zabrakło wody. Zagadkę jej zniknięcia próbuje rozwiązać młody Atiliusz Primus, akwariusz, czyli inżynier wodny. Skąd zapach siarki w kanałach? Dlaczego w basenie bogatego a chciwego wyzwoleńca Ampliatusa wyzdychały cenne mureny? Czy zawinił legendarny akwedukt, Aqua Augusta, a może przyczyna wznosi się dumnie nad Pompeją i Herkulanum? Tajemnicze zniknięcie poprzedniego akwariusza tylko gmatwa sprawę – zniknął z obawy czy może został „zniknięty”? Atiliusz, niepomny na niechęć swoich podwładnych i ich sarkania, rusza do Pompei, chcąc odnaleźć pęknięcie w akwedukcie. Ziemia drży, populus romanus wszczyna zamieszki, a dzielny akwariusz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z problemami natury inżynieryjnej, ale i politycznej – a ujawnienie tych drugich może go kosztować życie.

Akcja „Pompei” rozgrywa się w cztery dni: dwa przed wybuchem Wezuwiusza i dwa w trakcie. Zawsze wydawało mi się, że sam wybuch nie trwał zbyt wiele (ot, rzygnięcie lawą i po sprawie), ale było dokładnie odwrotnie. Wiemy to dzięki admirałowi Pliniuszowi Młodszemu – temu od „Historii naturalnej” – który również pojawia się w powieści. Admirał, nie bacząc na pandemonium wokół niego, dyktuje swoje wrażenia dla potomnych:

„Z bliższej odległości – zaczął – manifestacja wygląda jak gigantyczna ciężka deszczowa chmura, coraz bardziej czarna. Podobnie jak w przypadku sztormu obserwowanego z odległości kilku mil, można w niej dostrzec pojedyncze smugi deszczu, przesuwające się niczym dym po ciemnej powierzchni. A jednak według inżyniera Marka Atiliusza nie są to opady deszczu, lecz skał”*

 Im więcej myślę o „Pompei”, tym bardziej mi się podoba. Nie z uwagi na fabułę czy postaci (ani toto specjalnie wartkie, ani toto specjalnie wyraziste), ale na całą tę otoczkę wiedzy o akweduktach i wulkanach. I potędze natury, której nie sprosta żaden rzymski legion. Warto tę potęgę mieć z tyłu głowy.

 W ramach ilustracji – ostatnio ich dużo bywa – zdjęcia by Mama i Tata Malita, który odwiedzili tenże rejon akurat w rocznicę wybuchu.

01 Formia (47)
Baseny w Formii – w podobnym pływały nieszczęsne mureny Ampliatusa.
09 Pompeje (32)
Pompeje i Wezuwiusz dziś. I niebo, nieodmiennie w kolorze azurro.
10 Capo Maiano tam stała flota Pliniusza
Capo Maiano – tam stała flota admirała Pliniusza.

PS. Jutro wyprawa na Targi Książki AD 2014, ale raczej poznawcza niż łupieżcza (w sensie, nie planuję wydać fortuny, choć nie jestem pewna, czy na planach się skończy). W planach również Empik w Bonarce o 16:oo i spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim – „Gniew” czytałam wczoraj po nocy i ciężko było zasnąć z emocji…

* Robert Harris, Pompeja, wyd. Albatros, Warszawa 2004, s. 283.

„Lochy Watykanu” André Gide

„Lochy Watykanu” André GideJak wiadomo nie od dziś, czytający ludzie wokół to rzecz wielce zacna – nie dość, że można z nimi o książkach porozmawiać, to jeszcze czasem coś zacnego pożyczą. Otóż Ania ostatnio zaczytuje się literaturą francuską, zwłaszcza Gide bywa na tapecie – i od słowa do słowa pożyczyła mi „Lochy Watykanu”.

André Gide, noblista a pisarz kontrowersyjny, ocierał się w swoich tekstach o różne granice moralności, czasem zakrawające na bluźnierstwo. Ba, nawet załapał się na indeks ksiąg zakazanych – a „Lochy Watykanu” uchodzą za powieść najbardziej niemoralną ze wszystkich dzieł noblisty.

Gide prowadzi czytelnika przez kilka historii: od nawróconego-ale-nie-do-końca Antyma, przez tak-bardzo-chcę-być-pisarzem Juliusa, aż po jestem-młody-gniewny Lafcadia. Jest też prostoduszny Amedeusz Flerissoire, szelmowaty Protos i świątobliwa hrabina de Saint-Prix. Początkowo wszystkie postaci wydają się być niespecjalnie ze sobą związane, ale w miarę upływu czasu i stronic ich opowieści splatają się wokół Wielkiego Spisku, czyli uwięzienia papieża. Domniemanego, dodajmy, uwięzienia, na którym można wiele zarobić. Ów splot doprowadzi do zbrodni, morderstwa tyleż przypadkowego, co bezzasadnego.

Dziś, w skandalicznym wieku XXI, Gide i jego bohaterowie już nie szokują. Ich potknięcia, przekręty, zachowanie już nas nie dziwią. O tempora, o mores. Ale za to wyszukałam jedną rzecz ponadczasową w tej niewielkiej książeczce: że zawsze znajdą się manipulanci, który z niezwykłą maestrią skonstruują i wprowadzą w życie intrygę, która może im przynieść fortunę. I że zawsze znajdą się naiwni, którzy w tę intrygę uwierzą i dadzą z siebie tę fortunę wycisnąć. Albo, przypadkowo, oddać za nią życie.

PS. Ani za książkę dziękując bardzo!