Projekt Szekspir, czyli Otello-wydmuszka

Z całego Projektu Szekspir, proponującego współczesne, powieściowe ujęcia sztuk słynnego dramaturga, jak dotąd najbardziej zachwycam się „Macbethem” w wydaniu Jo Nesbø (co za klimat!). Zaś Tracy Chevalier, znana mi nie tylko z „Dziewczyny z perłą”, ale i z takich dzieł jak „Dama z jednorożcem” czy Dziewczyna z muszlą, jako opowiadaczka Szekspira na nowo zapowiadała się interesująco. Jej „Otello” okazała się jednak pewnym rozczarowaniem.

Potężne w wyrazie studium zazdrości, prowadzącej do zbrodni, w powieści zatytułowanej „Ten nowy” zostało pokazane na szkolnym podwórku, i to dosłownie. Jedenastoletni Osei, syn dyplomaty z Ghany, pierwszego dnia w nowej szkole budzi wielkie zainteresowanie. Nie tylko z uwagi na egzotyczne imię i proweniencję, ale także – a może przede wszystkim – z powodu atencji, jaką nieoczekiwanie darzy go najpopularniejsza dziewczynka w szkole, śliczna Dee. Nie wszystkim się to podoba, zwłaszcza trzymającemu władzę na szkolnym podwórku Ianowi. Konflikt wydaje się nieunikniony, a tragedia czai się w niedomówieniach, w domysłach i w nieporozumieniach, które Ian zręcznie wykorzystuje na swoją korzyść. Finał, rzecz jasna, zmierza do katastrofy, której można było łatwo uniknąć.

Pierwotnie wcale mi się tak nie wydawało, ale im dalej w książkę, tym bardziej byłam skłonna przyznać rację Mamie-Malicie (przypominam, matki zawsze mają rację), która czytała „Otella” w ujęciu Chevalier przede mną. Otóż przeniesienie akcji do szkoły i oddanie głosu jedenastolatkom zupełnie wytraca impet tej historii i nie pozwala na zbudowanie przekonującego, jako się rzekło, studium zazdrości, które stanowi największą siłę oryginału. Więcej, zredukowanie czasu akcji do zaledwie jednego przedpołudnia zupełnie tym zabiegom nie pomaga. Chorobliwa zazdrość Otella i równie chorobliwa żądza zemsty Iago tutaj, u Osei i u Iana, wypadają blado i zupełnie niewiarygodnie. Pomysł owszem ciekawy, rzecz bardzo sprawnie napisana, ale po prostu coś tutaj nie gra.

Zazdrość, zielonooka bestia, jak rzecze Iago w przekładzie Barańczaka

To, co za to wydało mi się bardzo interesujące, to wątki tożsamościowe: rzecz się dzieje w latach 70-tych na przedmieściach Waszyngtonu, Osei jest jedyną nie-białą osobą w całej szkole i mocno mu to doskwiera. Stara się wpasować w nowe otoczenie, nawet jeśli jego starsza siostra po przeprowadzce do Ameryki coraz mocniej interesuje się działaniami Czarnych Panter, inspiruje ją postać Malcolma X i pozdrawia znajomych gestem Czarnej Siły. Niemniej, choć ciekawe, wątki te traktuję jako przyczynek do całości, którą jestem, jako się rzekło, nieco rozczarowana.

Innymi słowy, „Macbeth” Jo Nesbø pozostaje moim ulubionym w tej kategorii, zaś po lekturze „Tego nowego” pozostaje raczej niedosyt. A szkoda, bo potencjał do twórczego przekształcenia tej historii jest ogromny!

PS. Mama-Malita, rzecz jasna, pożyczyła mi „Tego nowego”, podobnie jak inne Szekspiry z tej retellingowej kategorii!


„Otello. Ten nowy” Tracy Chevalier

(“New Boy. Othello Retold”, 2017)

Tłum. Urszula Gardner, Wydawnictwo Dolnośląskie 2018

Osobliwie przedziwna rzeczpospolita umarłych, czyli Lincoln w bardo

bardo (2)„Lincoln w bardo” George’a Saundersa to jedna z powieści, która tej jesieni odbiła się szerokim echem w książkowym świecie wirtualnym i nie tylko. Zachwyty nad prozą laureata Bookera 2017 docierały do mnie z wielu stron, niemniej wciąż odkładałam lekturę „na lepsze jutro”. Owo jutro nadeszło na Targach Książki, wszak Saundersowe dzieło otwierało moją listę „kupić koniecznie”. Kupiłam i zaraz zabrałam się za czytanie, kiedy, jak nie w ten szczególny październikowo-listopadowy czas Dziadów, Halloween czy Samhain? Niemniej okazało się, że, niezależnie od czasu, „Lincoln w bardo” to powieść, z którą mi wybitnie nie po drodze. Continue reading „Osobliwie przedziwna rzeczpospolita umarłych, czyli Lincoln w bardo”

Naturalista, czyli turbobestseller wcale nie wsysa

Kiedy  WAB szykuje ogólnopolską akcję promocyjną z poszukiwaniem książek w lesie, wiedz, że coś się dzieje. Innymi słowy, nietuzinkowa promocja „Naturalisty” Andrew Mayne’a, książki okrzykniętej na okładce „wciągającą mieszanką nauki, niedopowiedzeń i napięcia”, naprawdę robiła wrażenie. Ja szczęśliwie nie musiałam wybierać się do lasu na polowanie – powieść dzięki uprzejmości wydawnictwa dostałam wcześniej – niemniej bardziej wrażenie zrobiła na mnie sama akcja promocyjna niż lektura. Ale po kolei. Continue reading „Naturalista, czyli turbobestseller wcale nie wsysa”

Królowa cukru, czyli o plantacji trzciny w głębokiej Luizjanie

Mam sentyment do opowieści z Południa Stanów Zjednoczonych, datujący się gdzieś na wczesne lata nastoletnie, kiedy przeczytałam „Przeminęło z wiatrem” (skądinąd, jedną z ulubionych powieści Mamy-Mality, to się dziedziczy…). „Sekretne życie pszczół” czy „Służące” to tylko kilka innych książek w klimacie, które bardzo mi się podobały. Więc kiedy tylko usłyszałam o zapowiadanej premierze „Królowej cukru”, debiutu Natalie Baszile, od razu byłam zainteresowana – niemniej, obyło się bez zachwytów. Continue reading „Królowa cukru, czyli o plantacji trzciny w głębokiej Luizjanie”

Co by było, gdyby, czyli King i Dallas

Ale co by było, gdyby…? Pytanie filozoficzno-rozważająco-kreatywne zadają sobie różne istoty ludzkie i nie tylko. Zarówno na poziomie osobistym (co by było, gdybym nie zdążyła na ten tramwaj, co by było, gdybym poszedł na inny kierunek studiów, gdybym się przeniósł do Borobudur, gdybym…), jak i na poziomie nieco bardziej meta, dość często historycznym. Co by było, gdyby Japonia wygrała II wojnę światową (podpowiedź literacką zapewnia mister Philip K. Dick)? Co by było, gdyby powstanie listopadowe się powiodło? Co by było, gdyby Lee Harvey Oswald nie pociągnął za spust w Dallas w 1963 roku?

To ostatnie pytanie  zadali sobie bohaterowie „Dallas ‘63” Stephena Kinga, książki wydanej już kilka lat temu – ale tym razem jest to pytanie w formie misji. Otóż w prowincjonalnym Lisbon Falls, w spiżarni pewnego baru, mieści się przejście do Anno Domini 1958 roku. Można wkroczyć w czas miniony, pozostać tam przez bliżej nieokreśloną chwilę (ba, nawet lata!), a po powrocie i tak zawsze okazuje się, że we współczesności minęły zaledwie dwie minuty. Wycieczkę w przeszłość można traktować po prostu jako okazję do rozrywki i zaopatrzenia się w różne tanie dobra, ale i do poczynienia Zmian Dla Świata. Albo chociaż Dla Poszczególnych Ludzi. A plan maksimum zakłada zmianę dziejów całego kraju: ocalić prezydenta Kennedy’ego przed fatalnym strzałem z 22 listopada 1963 roku i tym samym zapobiec zamieszkom, a może, dzięki efektowi motyla, uniknąć śmierci Martina Luthera Kinga, a nawet wojny w Wietnamie? Co by było, gdyby…?

Z całym tym bagażem rozważań zostaje nie kto inny, a Bohater Misji, poczciwy Jake Epping, nauczyciel angielskiego w lokalnym liceum. Namaszczony na następcę przez właściciela baru z „króliczą norą”, wyposażony w dokumenty na nazwisko George Amberson wyrusza do Stanów Zjednoczonych sprzed kilkudziesięciu lat i czeka. Do Dallas zostało mu jeszcze trochę czasu, więc trzeba czymś wypełnić kolejne dni. Owszem, obserwacja Oswalda i jego bliskich to jedno, ale codzienne życie to drugie. I tak Jack/George podejmuje się zajęcia, które wykonuje najlepiej na świecie, czyli… uczy angielskiego w lokalnym liceum. Okazuje się, że nastolatki są nastolatkami niezależnie od tego, czy przygrywa im Elvis, czy Shakira, a szkolny teatrzyk nieodmienne pozostaje przedsięwzięciem pełnym wyzwań.

„Normalne”, nauczycielskie życie Jake’a czyta się przezacnie, ale jego wielki quest okazuje się oczywiście mocno skomplikowany, nie tylko z uwagi na moralne implikacje (może Oswald w tej wersji przeszłości jednak nie zastrzeli JFK?) i tajemnicze siły, przeciwdziałające jakimkolwiek większym zmianom biegu historii, ale także – a może przede wszystkim – z powodów dość osobistych. Bo w przeszłości czeka nie tylko znakomite piwo korzenne i fedory (pomińmy na razie wszystkie mniej przyjemne aspekty życia w USA lat 60-tych), ale i wysoka bibliotekarka imieniem Sadie o wyjątkowej zdolności do potykania się o własne nogi.

Słynny Skład Podręczników obecnie (to jest, w 2015 roku)

Całość jest po prostu obłędna: sam koncept „króliczej nory”, misja ocalenia Kennedy’ego (i innych osób również), klimat początku lat 60-tych, pieczołowicie odtworzony dzięki przekopaniu się przez dziesiątki lektur i, to chyba przede wszystkim, wspaniali bohaterowie, którym kibicuje się z całego serca. Nie tylko Jake/George i urocza Sadie, ale cały szereg bohaterów drugoplanowych (pani Mimi!) – Stephen King nieraz już udowodnił, że aspekt społeczny i „ludzki” to mocna strona jego prozy. Dodajcie do tego szczyptę nostalgii oraz nutkę grozy (Skład Podręczników naprzeciwko Dealey Plaza w Dallas funkcjonuje jako wyborna przypominajka o nadchodzącym dniu zamachu) i przepis na książkę, jak to się ładnie mówi w języku Szekspira, unputdownable, gotowy.

Jak już donosiłam w social media, oderwać się nie szło. Czytałam po nocach, woziłam ze sobą tu i ówdzie (draństwo liczy sobie prawie że 900 stron, nie woziło się łatwo), obiecywałam sobie „tylko jeden rozdział” i jakoś orientowałam się pięćdziesiąt stron później… to jest wspaniałe uczucie, kiedy cieszy każdy moment, w którym ponownie sięga sę po książkę. A to zakończenie! Przyznaję, że byłam przekonana, że będzie inaczej, ale jest po prostu tak, jak być musiało. Czyli wspaniale. Tak, uroniłam łezkę. Czy tam całą fontannę.

Dodam jeszcze tytułem końcowych zachwytów, że stacja Hulu dwa lata temu wypuściła ośmioodcinkowy serial na podstawie powieści, pod tym samym tytułem co książka (w oryginale “11/22/63”, nie radzę sobie logistycznie z tą amerykańską datacją, w której miesiąc jest po dniu, a nie przed). Główną rolę gra James Franco i pasuje mi wprost idealnie – nic, tylko zasiąść i oglądać, przenosząc się w przeszłość także wizualnie!

PS. Mama-Malita sugerowała wreszcie zdjąć z półki, co nieodmiennie dowodzi faktu, że matki zawsze mają rację.


„Dallas ‘63” Stephen King
(“11/22/62”, 2011)
Tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2011

Ostre przedmioty i Gillian Flynn, czyli powieść mocna a niepokojąca

Dorosłe bohaterki, powracające do rodzinnych miasteczek z powodów na osobistych i/lub zawodowych, a jednak wiążących się ze Straszną Tajemnicą z Przeszłości – ten motyw pojawił się w literaturze niejeden raz, choćby w „Zapisanych w wodzie” Pauli Hawkins,  „Miasteczku kłamców” Megan Mirandy czy „Torfowisku” Susanne Jansson. Podobnie zaczynają się „Ostre przedmioty”, debiutancka powieść Gillian Flynn, wydana niedawno z nową, serialową okładką. Niemniej, jak wiemy, podobne początki mogą rozwinąć się w zupełnie różne historie. Continue reading „Ostre przedmioty i Gillian Flynn, czyli powieść mocna a niepokojąca”

Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

Deana Koontza kojarzyłam do tej pory przede wszystkim z powieściami sensacyjnymi pokroju Forsytha – w najlepszym tego słowa znaczeniu – i jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się do bliższego zapoznania się z tym konkretnym skrawkiem współczesnej literatury amerykańskiej. Do czasu, kiedy Mama-Malita wyraziła chęć przeczytania „Miasta”, posiłkując się już dłuższą chwilę temu wpisem Olgi z Wielkiego Buka. Biblioteka Jagiellońska – hurra po trzykroć – po raz kolejny okazała się miejscem słusznym do wyrażania takich chęci. Ergo, pożyczyłam. Przeczytałam. I po prostu zachwyciłam się.

Continue reading „Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana”