Krótka historia zachwytu, czyli „Niksy” Nathana Hilla

Bywają książki, o których wszędzie głośno – i ostatnio ciągle natrafiam na dwie takie głośne powieści: szeroko opisywane „Córki Wawelu” Anny Brzezińskiej (już wkrótce więcej w temacie!) oraz oklaskiwane jako nowe objawienie literatury zza oceanu „Niksy” Nathana Hilla. Obie raczej z tych powalających objętością, co w moim odczuciu jest zaletą wielką i pożądaną. Wyposażona w świetny wywiad z Hillem w najnowszym numerze „Książek” (tekst o mamie autora, przejętej ekranizacją, w której zagraj sama Meryl Streep, arcyuroczy), zabrałam się do czytania „Niks” i przez trzy wieczory przeszłam od zniesmaczenia do bezbrzeżnego zachwytu. Continue reading „Krótka historia zachwytu, czyli „Niksy” Nathana Hilla”

Kto kogo wiedzie na pokuszenie, czyli on jeden, ich osiem

Andrzej Sapkowski w „Świecie króla Artura” tylko na wpół żartem pisał, że literatura zawsze ma rację, a historycy i realiści mogą opowiadać do woli, jak było naprawdę – i tak to pisarze, a nie historycy, najlepiej i najbarwniej przybliżają nam dzieje dawne. Fakt, powieści o czasach minionych o wiele lepiej potrafią unaocznić historyczne wydarzenia niż spis dat upchniętych w jednym akapicie podręcznika. Więc jeśli chodzi o wojnę secesyjną, to wiadomo, czyta się „Przeminęło z wiatrem” pani Mitchell – a ostatnio, za sprawą premiery nowej adaptacji filmowej, do łask wróciła powieść Thomasa Cullinana „Na pokuszenie”. Continue reading „Kto kogo wiedzie na pokuszenie, czyli on jeden, ich osiem”

Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch

po-Polconowy kolorowy zawrót głowy

Ostatnie kilka dni spędziłam w światach fantastycznych (patrz: Polcon) i dość rzec, że przez weekend przyjęłam trzy książki (nie da się ukryć, że kilkanaście godzin w podróży sprzyja czytaniu). Dwie z nich przynależą do dzisiejszych #dziełzebranych i pobrzmiewają w nich dwa akordy – akord zbrodniczo-sensacyjny i akord grozy. Dwa razy „K”, czyli King i Kańtoch. Continue reading „Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch”

Miasteczko pełne strachu, miasteczko pełne kłamców

Może tylko ja odnoszę takie wrażenie, ale w sezonie letnim jakoś więcej w okolicy literatury sensacyjnej. Czy to dlatego, że sezon urlopowy sprzyja takiej lekturze, w sensie, można bezpiecznie na leżaczku wciągnąć się w pościg za mordercą (a nie zarywać noc przed kolejnym dniem w pracy), czy też po prostu mnie się nagromadziło niedawno takich właśnie czytelniczych przyjemności… niezależnie od przyczyn, u Mality ostatnio sezon na sensację (brzmi jak tytuł cyklu blogowego, muszę to przemyśleć). Najnowszy odcinek: „Miasteczko kłamców” Megan Mirandy. Continue reading „Miasteczko pełne strachu, miasteczko pełne kłamców”

Nie taka wspaniała izraelsko-palestyńska historia miłosna

Gdy wyruszam w jakąś podróż, lubię zabrać ze sobą powieści dziejące się na miejscu, a potem odwiedzać prawdziwe-oraz-fikcyjnie-opisane-miejsca (widzieliście już zbiór pocztówek?). Więc przed dwutygodniową prawie podróżą do Izraela Mama-Malita wyposażyła nas w trzy książki w temacie, w tym najnowszy tom historii najsłynniejszego izraelskiego szpiega, anioła śmierci imieniem Gabriel. Ale najpierw rzecz nieco inna, która wyjściowo wydawała się naprawdę frapująca: oklaskiwany i nagradzany „Żywopłot” izraelskiej autorki Dorit Rabinyan. Continue reading „Nie taka wspaniała izraelsko-palestyńska historia miłosna”

Trzech kobiet godziny. Cunnigham.

Pamiętacie moje pierwsze spotkanie z prozą Virginii Woolf? Jak można się łatwo domyślić, jedno spotkanie prowadzi do drugiego – tym razem wszystko za sprawą Hadyny, która to (dobra dusza!) ofiarowała mi kieszonkowy egzemplarz „Godzin” Michaela Cunnighama (kolejna rzecz obiecywana sobie wieki temu do nadrobienia!). Książka rozmiarowo idealnie nadawała się do noszenia ze sobą wszędzie – i kiedy pewnego dnia między jednym tramwajowym przystankiem a drugim wreszcie ją otworzyłam, po prostu z miejsca przepadłam. Continue reading „Trzech kobiet godziny. Cunnigham.”

Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, Continue reading „Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik”