Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, Continue reading „Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik”

Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?

Kiedy okazało się, że Starz przymierza się do ekranizacji „Amerykańskich bogów” Neila Gaimana, aż skoczyłam z radości i pilnie śledziłam wszystkie doniesienia, zwiastuny, plakaty. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że dobrze by było odświeżyć oryginał, bo czytałam go ładną dekadę temu i pamiętałam tylko szczątki fabuły. Spędziłam paniczne kilka minut, przetrząsając biblioteczkę w poszukiwaniu mojego egzemplarza, ba, zadzwoniłam do Mamy-Mality i dopytywałam czy może powieści nie ma w domu rodzinnym, i oczywiście w trakcie rozmowy znalazłam ją Continue reading „Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?”

Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici

Mechanizmy działania ludzkich wspomnień to świetny temat na powieść sensacyjną – widzieliśmy to już przy okazji „Mama kłamie” Michela Bussiego. Rumuński pisarz E. O. Chirovici też podejmuje ten wątek, a zainspirowały go własne wspomnienia… czy raczej, wyobrażenia o nich. Otóż pisarz był przekonany, że w dzieciństwie uczestniczył w pogrzebie młodego piłkarza z okolicy i doskonale „pamiętał” otwartą trumnę i piłkę na piersi zmarłego. Niemniej, rodzina uświadomiła go, że nie ma prawa pamiętać ceremonii, bo był za mały, żeby go zabrać na cmentarz. Czyli wspomnienie musiał sobie wymyślić. I tak oto pomysł zaczął kiełkować, a zaowocował  „Księgą luster”, Continue reading „Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici”

Joel Dickër, opowiadacz doskonały

Pamiętacie „Prawdę o sprawie Harry’ego Queberta”? Że marudziłam ponad rok, zanim się zabrałam, ale jak już się zabrałam, to poszło błyskawicznie? Przy kolejnej książce Joela Dickëra już nie marudziłam,  wręcz przeciwnie: przy pierwszej możliwej okazji rzuciłam się na „Księgę rodu z Baltimore”, słusznie oczekując podobnych wrażeń. Bynajmniej się nie zawiodłam – drugie spotkanie z Dickërem i jego bohaterem, pisarzem Marcusem, wypadło Continue reading „Joel Dickër, opowiadacz doskonały”

Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku

W sprawie retellingów i rozmaitych adaptacji w stylu „przenieśmy coś starego we współczesne realia” jestem bardzo ostrożna. Owszem, zdarzyło mi się natknąć na kilka naprawdę błyskotliwych nawiązań i przeróbek, ale z reguły bardziej kibicuję oryginałowi. Zwłaszcza w przypadku tak klasycznych dzieł, jak powieści mojej umiłowanej Jane Austen. Tym razem jednak przepadłam z kretesem przy pierwszym filmiku. Gdyż, moi drodzy, w XXI wieku Lizzie Bennet prowadzi Continue reading „Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku”

Tove Jansson: o słonecznym mieście i kamiennym polu

sloneczne-miastoNie-Muminkowa twórczość Tove Jansson ciekawiła mnie od dawna – jako dziecko, rzecz jasna, lubiłam Muminki i całą tą radosną czeredę ich przyjaciół (Włóczykij! Mała Mi!), animowana wersja ich przygód należała do moich ulubionych dobranocek (sama autorka zresztą nie znosiła japońskiej animacji, uznając, że zdecydowanie zniekształciła ona literacki pierwowzór). Książki też się czytało, wiadomo. Dopiero stosunkowo niedawno odkryłam, że Jansson popełniła siła innych rzeczy, nie tylko historii o małych trollach i wielkiej powodzi. Wydawnictwo Marginesy wydało właśnie jednotomowo dwie powieści fińskiej pisarki, a ta tytułowa, Continue reading „Tove Jansson: o słonecznym mieście i kamiennym polu”

Isabel Allende i japoński kochanek

Mam jeszcze jedną reminiscencję zeszłoroczną, a dokładniej – świąteczną. Nie od dziś wiadomo, że prezentowanie mi książek wiąże się z pewnym ryzykiem i czasem bezpieczniej podpytać o pobożne życzenia (jak było w przypadku „Jamnikarium”, sama sugerowałam Aniołkowi to i owo). Ale zdarzają się też zupełne niespodziewajki, które cieszę czytelniczą duszę podwójnie. Gdy więc spod królewskiej choinki wyciągnęłam najnowszą powieść Isabel Allende, byłam Continue reading „Isabel Allende i japoński kochanek”