Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie

Każdy tom z innej bajki. Ale  nie wydanie, a zawartość się liczy!

Miałam jakieś czternaście lat, kiedy przeczytałam „Filary Ziemi” Kena Folletta – imponującą powieść historyczną o fikcyjnym miasteczku Kingsbridge, którego mieszkańcy w dwunastowiecznej Anglii przeżywają różne dramaty na tle wydarzeń politycznych epoki, a co najważniejsze, budują wspaniałą, gotycką katedrę. Kilka lat później z przyjemnością wróciłam do Kingsbridge (równie gruba powieść „Świat bez końca”: wiek czternasty, budują most, a do tego wojna stuletnia i Czarna Śmierć). Bardzo ucieszyła mnie zatem wieść o kolejnej części: „Słup ognia” trafił do księgarni kilka tygodni temu, zarówno w oryginalne, jak i w polskim tłumaczeniu. Niezastąpiona Mama-Malita pożyczyła mi ją w zeszłym tygodniu i prawie od razu zabrałam się do czytania – i nie spoczęłam, póki nie skończyłam! Czytaj dalej „Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie”

Londyn. Miasto. Historia. Powieść.

Takie tam, londyńskie memorabilia.

Są takie miejsca na ziemi, są takie miasta, które stanowią nieprzerwane źródło inspiracji dla artystów, pisarzy, twórców wszelakich. Jednym z nich jest Londyn, tygiel kulturowy tętniący życiem od tysięcy lat. Miasto wielokrotnie odegrało jakąś mniejszą lub większą rolę w powieściach, które czytam (nawet dorobiło się własnego tagu!), ale raczej jako scena akcji niż jej pierwszeoplanowy bohater. Tym razem jednak to Londyn jako miasto gra główną rolę, a wszystko za sprawą monumentalnej powieści Edwarda Rutherfurda. Czytaj dalej „Londyn. Miasto. Historia. Powieść.”

Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora

https://www.penguin.co.uk/content/dam/catalogue/pim/editions/43/9780241973714/cover.jpg.rendition.460.707.pngPo ostatnich raczej mało entuzjastycznych wpisach nareszcie książka, którą jestem zachwycona bez reszty. Co prawda nie powieść, co prawda po angielsku, ale jest naprawdę znakomita. Otóż będąc niedawno w Anglii, zaliczyłam rajd po księgarniach i obłowiłam się naukowo i hobbystycznie (częścią łupów już się zresztą chwaliłam!). Na pierwszy ogień do czytania poszła urocza książeczka, zatytułowana „How to be a Tudor” pióra brytyjskiej pani historyk, Ruth Goodman. Goodman zna się na rzeczy jak mało kto Czytaj dalej „Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora”

„Córka Twórcy Królów” Philippa Gregory

„Córka Twórcy Królów” Philippa GregorySkoczmy bez wstępów do śmiałego stwierdzenia: najświetniejsze w najnowszych książkach Gregory jest to, że oglądamy tę samą sytuację – Wojnę Dwóch Róż – ze wszystkich zainteresowanych stron. We wcześniejszych jej powieściach (tych właściwych tudorskich, od „Wiecznej księżniczki” po „Kochanka dziewicy”) szło to jakoś bardziej chronologicznie. Tu natomiast pełne spektrum: Biała Królowa i jej matka, czyli stronnictwo Yorków, z drugiej strony Czerwona Królowa, z trzeciej wreszcie tytułowa córka Twórcy Królów, Anna Neville.

Richard Neville, hrabia Warwick, zapisał się w historii Anglii jako wpływowy wielmoża i doradca kilku władców. Miał bardzo ambitne plany względem swych latorośli, ba, nie ma co ukrywać – chciał je widzieć na tronie (to chyba normalna na tamte czasy cecha ojcowskiego charakteru, sądząc po moich dotychczasowych lekturach). Starsza z córek, Izabela, poślubiła Jerzego, księga Clarence – średniego z braci Yorków. Młodszą, Annę, przeznaczono dla Edwarda Westminstera, syna poprzedniej królowej – ot, jeszcze jedna polityczna decyzja ojca, który zabezpieczał się w razie kolejnych zmian na tronie. W efekcie Anna, lat czternaście, została księżną Walii. Rok później była wdową. A w wieku lat szesnastu postanowiła wyjść za mężczyznę, którego darzyła uczuciem: najmłodszego z braci Yorków, Ryszarda. Tak, tego, który stał się Ryszardem III („konia, królestwo za konia!”).

Gregory opisuje Annę Neville jako dzielną, choć czasem upartą i pełną rozgoryczenia dziewczynę. Porzucona przez wszystkich najbliższych, żyjąca w wiecznym lęku przed trucizną, nieszczęśliwa matka, wierna żona – koleje jej losu zmieniały się wraz ze przetasowaniami na angielskim dworze i tronie. Jej koronacja na królową Anglii wcale nie przyniosła ukojenia.

Mam mieszane uczucia – żywię ogromny sentyment do Autorki, podziwiam jej erudycję i zdolności pisarskie, niemniej, powraca wrażenie rozmieniania na drobne. Wszelakie powieści historyczne z okresu muszę sobie bardzo ostrożnie planować, żeby nie uniknąć przesytu. To tak, jak z książkami Ericha Segala – lubię je, ale raz na dwa, trzy lata, bo pisze świetnie, ale w kółko o tym samym.

Na marginesie dorzucam też jedną wątpliwość stylistyczno-translatorską, mianowicie przekład nazw członków rodziny wyjątkowo mi nie leżał. Nie wiem, czy Gregory w oryginale też szła w takie archaizacje (w poprzednich jej książkach, które czytałam po angielsku, nie było to bardzo nachalne), ale polskie tłumaczenie już owszem. Jeszcze rozumiem „macierz” (czyli pani matka), „dziewierz” (brat męża) i „świekra” (matka męża) również bardzo nie raziły, ale niektóre widziałam po raz pierwszy na oczy („swak”, mąż siostry czy „snecha”, synowa). Pierwsze miejsce w rankingu otrzymuje za to „przeciota” (siostra babci) – przyznajcie, we współczesnej polszczyźnie brzmi to wyjątkowo nieszczęśliwie.

Ergo, dla miłośników tematu. Na pierwszy raz, zalecam sięgnąć po starsze książki Gregory.

PS. Zdjęłam z półki, czyli wyzwaniowo: „Z półki”, edycja 2o14.

„Uwięziona królowa” Philippa Gregory

„Uwięziona królowa” Philippa GregorySą pewne rzeczy znane i wiadome, jak to ładnie głosi piosenka, „certain as the sun rising in the east”. Wiadomo na przykład, że Malita namiętnie czyta o Tudorach. Zresztą te moje zachwyty nad Tudorami zaczęły się właśnie od powieści Philippy Gregory, lata temu. W jedne wakacje przerobiłam chyba z pięć książek, w oryginale, bo jeszcze nie wszystkie zostały przetłumaczone, miałam za to wyrobione słownictwo typu „turniej”, „śniadać” i „jałowe łono”. Potem była Wojna Dwóch Róż z rozmaitych punktów widzenia, a teraz Gregory sięga po historię słynnej królowej Szkotów, Marii.

Maria Stuart słynie jako tragiczna władczyni, oddalona od tronu i państwa, więziona i wreszcie ścięta za spisek przeciwko swej kuzynce, Elżbiecie I. Historia zna ją jako piękną kobietę, zagorzałą katoliczkę, wpierw delfinę, a potem królową Francji, ale przede wszystkim jako królową Szkocji (miała niecały rok, kiedy ją koronowano).
Philippa Gregory przedstawia niecałe cztery lata z życia królowej Szkotów – od jesieni 1568 roku aż do lata 1572’. Maria przebywała wtedy w Anglii, zmuszona do ucieczki ze Szkocji z obawy przed zbuntowanymi lordami. Elżbieta I wyznaczyła jej opiekunów (czy raczej: strażników), Georga Talbota, lorda Shrewsbury i jego nowo poślubioną małżonkę, Bess Hardwick. Zadanie niby łatwe, niby zaszczytne, ale pobyt Marii w Anglii się przedłuża, fundusze lordostwa Shrewsbury nikną w oczach, a sam George Talbot powoli zaczyna ulegać urokowi królewskiego gościa… ich posiadłość staje się epicentrum intryg angielsko-szkocko-francusko-hiszpańskich, Maria Stuart gra na kilka frontów, a Elżbieta Tudor miota się miedzy zaleceniami swoich doradców. Napięcia na linii protestanci-katolicy, spiski, traktaty, ekskomuniki – codzienność w elżbietańskiej Anglii.

Losy bohaterów poznajemy z trzech stron: marzącej o władzy Marii, honorowego do bólu George’a i pragmatycznej Bess. Królowa Szkotów w wizji Gregory jest niezbyt zdolną, ale wyrachowaną intrygantką, która planuje wszystko wedle własnych korzyści. George z kolei z oddaniem służy Elżbiecie, coraz bardziej zdaje sobie sprawę z uczuć do Marii, a jednocześnie prezentuje kompletne niezrozumienie dla intryg, jakie dzieją się dookoła. Dobrze orientuje się w nich za to jego żona, zaufana królewskiego kanclerza i bardzo rozważna kobieta. I to Bess najszybciej zda sobie sprawę, że ich „opieka” nad Marią Stuart nie zakończy się pomyślnie dla nikogo z nich.

Mam dość mieszane uczucia co do całokształtu. Z jednej strony, przepadam za takimi historiami i opowieściami, Tudorów nigdy dość, ale z drugiej strony, mam wrażenie, że Gregory trochę rozmienia się na drobne. Coraz krótsze te powieści, coraz płytsze – cały czas pozostają niezłe, niemniej tendencja spadkowa występuje. Dalej lubię, ale podchodzę ostrożniej. Przed kolejną powieścią – „Córka Twórcy Królów” czeka na półce – muszę sobie zrobić sporą przerwę.

PS. Wyzwaniowo, znów, „Z półki”, edycja 2o14.

„Niebezpieczne dziedzictwo” Alison Weir

„Niebezpieczne dziedzictwo” Alison WeirRzut oka na okładkę… jakaś dama w starodawnej sukni… o nieeeee, Malita znowu czyta o Tudorach… o tak tak tak! Muszę przyznać, że już doprawdy niewiele pozostało takich pierwszoplanowych postaci z historii Anglii końca XV i XVI wieku, o których bym nie czytała jakiejś powieści. Ale że nieślubna córka niesławnego Ryszarda III („konia, konia, królewstwo za konia”)? Ale że młodsza siostra Jane Grey, dziewięciodniowej królowej? Tego jeszcze nie było!

Zdaję sobie sprawę, że brzmię w tym momencie jak nawiedzona entuzjastka niewiadomoczego, ale naprawdę w wypadku powieści Alison Weir (jak również jej książek czysto historycznych) entuzjazm jest jak najbardziej na miejscu. Dawno temu czytałam „Innocent traitor” (w Polsce wydana jako „Lady Jane. Niewinna zdrajczyni”) i naprawdę, godziwa a rzetelna lektura. Tym razem Autorka zagłębia się w losy dwóch kobiet, które łączy noszone imię i królewska krew: to lady Katarzyna Grey, prawnuczka Henryka VII i Kate Plantagenet, nieślubna córka Ryszarda III, tyrana zdetronizowanego przez tegoż Henryka VII (a wiecie, że dopiero w zeszłym roku odnaleziono jego szczątki, i to kompletnym przypadkiem? Ryszarda, nie Henryka). Podtytuł: „Rywale Tudorów i mroczne sekrety Tower” mówi właściwie wszystko: walka o władzę, tajemnice ukrytej w ponurej londyńskiej twierdzy i dwie nieszczęsne dziewczęta, których marzenia i pragnienia są podporządkowane wyższej konieczności: polityce, wojnom i dworskim intrygom.

Duża dawka koncentracji jest tutaj wskazana: bo rozdziały z życia Kate i Katarzyny układają się naprzemiennie (plus kilka interludiów), więc można się lekko pogubić przy nieuważnym czytaniu. Zwłaszcza, że w pewnym momencie obydwie tkwią w zamknięciu, a nieustannie obydwie cierpią katusze miłosne, obydwie są rozłączone z tymi, których kochają, obydwie noszą w sobie brzemię królewskiej krwi, która okazała się dla nich przekleństwem na całe życie.

„Niezbezpieczne dziedzictwo” to kolejna powieść z gatunku takich „poziom wyżej” – bo jeśli ktoś dopiero rozpoczyna odkrywanie historii Tudorów, to na początek może być trochę za dużo. Iii jeśli ktoś lubi Elżbietę I, to ostrzegam – tu wybitna z niej zołza! Niemniej, Alison Weir potrafi oddać atmosferę epoki w sposób niezwykły, chciałoby się rzec „pełnokrwisty”. Oby jak najwięcej takich książek.

PS. Aniołek przyniósł pod choinkę powieść o Marii Stuart… beware!

„W łożnicach królów” Juliette Benzoni

„W łożnicach królów” Juliette BenzoniPopularnonaukowe opracowania historyczne z lekką nutką pikanterii to dla mnie lektura wielce wyśmienita (wystarczy wspomnieć „Życie seksualne królów Polski” czy „Najstarszy zawód świata”). Różne smaczki dawnych dziejów zawsze w cenie, a już zwłaszcza dworskie historie. Ileż afer, intryg, romansów… mniam mniam. Gdy zatem w me łapki trafiła książka Juliette Benzoni, od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę.

Koncept jest prosty a genialny: Benzoni przedstawia noce poślubne rozmaitych władców, przede wszystkich francuskich – wszak Autorka jest Francuzką – ale do przeglądu załapie się też Henryk VIII Tudor (i Anna Kliwijska), Aleksander Macedoński oraz Cezar Borgia. Będą również boskie noce: Zeus, Amon, Oktawian August, a nawet młodziutki cesarz Bizancjum, Konstantyn VI. Wszystkie opowieści pogrupowano zgodnie z charakterem królewskich nocy: są takie pełne rezygnacji, powściągliwe, pełne entuzjazmu, ale i dramatyczne. Niektóre mariaże, układane na siłę z uwagi na rację stanu, kończyły się prawdziwym fiaskiem w łożnicy, inne z kolei okazywały się nadspodziewanie dobrze dobrane, jeszcze inne nie mogły zostać skonsumowane z powodu… nadmiernej kontroli teściowych (sic!).

Juliette Benzoni ze swadą i lekkością snuje królewskie historie, cytując kronikarzy i wczuwając się w sytuację królewskich państwo młodych (a czasem mocno podstarzałych). Będą też akcenty polskie – jak noc poślubna Ludwika XV, króla Francji, i ślicznej jak obrazek Marii Leszczyńskiej, córki eks-króla Polski Stanisława (i to jak raz była i udana noc, i początkowo całkiem udane małżeństwo).

Mam tylko jeden zarzut, nie do treści, a do układu książki – noce uszeregowano tematycznie, niemniej kolejność chronologiczna wydaje mi się łatwiejsza do ogarnięcia i bardziej naturalna. Ale to drobiazg zaledwie, nie przeszkadza zanadto w odbiorze. Miłośnicy dworskich opowieści wszelkiej maści – jak Malita – powinni być usatysfakcjonowani.

PS. A książka to prezent od Węża Jadwigi, to jest naprawdę dobra kobieta! Dzięki raz jeszcze ^^

„Na szafocie” Hilary Mantel

„Na szafocie” Hilary Mantel

Pamiętacie jeszcze Tomasza Cromwella, nadwornego kancelistę, a dziś lorda sekretarza? Zostawiliśmy go u progu komnat Wolf Hall, dworu rodziny Seymorów, w przededniu upadku Anny Boleyn. Tak, zgadliście – znów Tudorowie. Znów oczami Tomasza Cromwella.

Druga część trylogii Hilary Mantel prowadzi czytelników przez dość krótki okres panowania Henryka VIII: od września 1535 roku do czerwca 1536. Niecały rok, a ile zdążyło się wydarzyć! Z firmamentu królewskich żon z hukiem upadła gwiazda Anny Boleyn, zgasła kometa Katarzyny Aragońskiej, zaś na wschodzie objawiła się skromna, ale wytrwale świecąca gwiazdka Joanny Seymour (no no, Malita, ależ brniesz w metafory). Jedna rzecz się nie zmienia: to rozważny Tomasz Cromwell trwa na swoim stanowisku, i choć ma wielu wrogów, to jednak lawiruje między dworskim intrygami z godnym podziwu spokojem. Grunt, to zaspokoić pragnienia i potrzeby króla. Henryk chce się pozbyć drugiej żony? Tomasz poda mu rozwiązanie na tacy.

Fascynująca jest relacja, jaka wykształciła się między władcą a lordem sekretarzem – Cromwell odgaduje życzenia Henryka, zanim ten zdąży je wypowiedzieć. Służy wytrwale we wszystkim, radząc przy konfliktach z Boleynami, łagodząc spory z ambasadorami, na zawołanie potrafi podać cenę wełny w trzech hrabstwach – wszystko, czego najjaśniejszy pan potrzebuje. I doskonale zdaje sobie sprawę z gorzkiej prawdy:

Ile osób może o sobie powiedzieć to, co ja, mianowicie: „Moim jednym przyjacielem jest król Anglii?”. Pozornie mam wszystko. Tymczasem bez Henryka nie mam nic.*

Muszę przyznać, że trochę mi się ta część dłużyła – może z uwagi na to, że przez natłok innych spraw nie mogłam zasiąść nad książką i czytać jej na spokojnie, a rzecz należy czytać uważnie… nie jestem pewna. Ale za to wiem, że z przyjemnością przeczytam tom trzeci: „The Mirror and the Light” ma trafić do księgarń w 2015 roku i wtedy dopiero będzie się działo: ciekawi mnie, jak Autorka przedstawi kolejny wielki upadek z czasów Tudorów – upadek samego Tomasza Cromwella.

*Hilary Mantel, Na szafocie, przeł. Urszula Gadner, Wydawnictwo Sonia Draga, Karowice 2013, s. 196.

„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel

„W komnatach Wolf Hall” Hilary Mantel„Och, mój Boże, znowu o Tudorze!” zakrzyknie pewnikiem niejeden czytelnik Malitowego bloga (z uwagi na ilość powieści w tej materii dodałam nowy, stosowny tag). Ale nie frasujcie się, uspokajam, nie idzie tu tylko o Tudorów. Mój ulubiony angielski wiek XVI oglądamy z perspektywy nowej zgoła postaci, czyli Tomasza Cromwella.

Cromwell, syn kowala rodem z Putney, jest modelowym przykładem tudoriańskiego „od pucybuta do milionera”. Trudnił się wieloma rzeczami: a to wojaczką (po stronie Francji, co prawda), a to handlem, a to wciskaniem rzymskim kardynałom anielskich posążków, udających antyczne (serio!). Rozważny, opanowany, przebiegły. Wyjąwszy krótki prolog, spotykamy Cromwella już w 1527 roku, gdy pełni służbę jako jurysta u arcybiskupa Wolseya, naonczas lorda kanclerza. Śledzimy jego poczynania w czasie zawieruchy z unieważnianiem pierwszego małżeństwa Henryka i wielkiej miłości władcy do Anny Boleyn. Cromwell zdobywa coraz większe wpływy, aż wreszcie, w 1534 roku, zostaje głównym kancelistą.

Jakim cudem nie-arystokrata doszedł do takiej pozycji? Przetrwał upadek swego mentora, Wolseya, i przez tak długi czas (no, przynajmniej przez 600 stron książki) wytrwał w łaskach u kapryśnego Henryka VIII? Hilary Mantel pozwala nam domyślać się, że to z uwagi na dużą dozę realizmu w myśleniu, rozwagę i niezwykle rozwinięty zmysł dyplomacji.

„Wolsey oczekiwał wdzięczności króla, w której to materii czekało go srogie rozczarowanie (…). On, Cromwell, już dawno przestał ulegać chimerom temperamentu i prawie nigdy nie bywa zmęczony (…). Dworzanie przekonali się, iż to on nadaje kształt wydarzeniom, modelując je według swojego widzimisię. Co więcej przejmuje i neutralizuje bawy innych, dając otoczeniu poczucie jakiej takiej stabilności w niepewnym świecie”*

Innymi słowy, ostoja harmonii. Wygrał sobie Wolseya, Henryka, Annę Boleyn, Marię Boleyn, Joannę Seymour… aż dziw, że skończył, jak skończył. Ale o tym na razie – sza.

To nie jest powieść dla „świeżaczków” w materii tudoriańskiej. Dobrze mieć podstawy, znać choć pobieżnie źródła  przebieg konfliktów (zwłaszcza damsko-męskich, a wypadku Henryka VIII to konflikty przecież państwowe), gdyż bez tego łatwo się pogubić w gąszczu nazwisk i interesów. Tutaj czytelnik może poznać historię trochę „od kuchni”, nie od strony gwiazd wielkiego formatu (król i jego żony i kochanki), ale drugoplanowych aktorów, jak właśnie Cromwell. W każdym razie, ja jestem ukontetowana długą a zacną lekturą. Przy okazji, tytuł może być mylący: akcja toczy się wszędzie, oprócz komnat Wolf Hall – czyli rezydencji rodu Seymourów. Ale ostatnie słowa powieści dają do zrozumienia, że już wkrótce udamy się do Wolf Hall. Wkrótce, czyli w następnej książce. „Bring up the bodies” wydano w Anglii w maju 2012. A ja z zainteresowaniem czekam na polskie tłumaczenie.

PS. Hilary Mantel ostatnio wywołała burzę w angielskich mediach, określając księżne Catherine jako „zaprojektowaną, z plastikowym uśmiechem”. Przyrównała ją właśnie do Anny Boleyn i innych królewskich żon, rozważając ich funkcję jako matek następców tronu. Tu rzeczona wypowiedź, a tu, tu i tu kilka nawiązań.
PPS. W ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2013.

Hilary Mantel, „W komnatach Wolf Hall”, przeł. Urszula Gardner, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010, s. 528.

„Sekret Tudorów” C.W. Gortner

No, bo dawno Tudorów nie było, prawda? Raz na jakiś czas trzeba sobie coś poczytać o ulubionej dynastii. Chyba powinnam dorzucić tag do chmurki, oprócz „Anglia” i historyczne”, to jeszcze „Tudorowie”. Niemniej, powieściowo znam tamte czasy z perspektywy sporej liczby postaci (od obydwu sióstr Boleyn przez kolejne żony Henryka VIII i jego córki, aż po Jane Grey, a wcześniej Katarzynę de Valois i Elżbietę York). Ale jeszcze nie było w tym gronie szpiega, a co więcej – mężczyzny.

Brendan Prescott, bystry i sympatyczny, to podrzutek wychowany w domu Dudleyów. Przybywa do Londynu w ostatnich dniach panowania króla Edwarda VI, by służyć Robetowi Dudleyowi w charakterze giermka. Nie przepada za swoim chlebodawcą – Robert jest pyszny, chciwy i ambitny. Szybko za to okazuje się, że Brendan jest młodzieńcem wielu zdolności, przejawia zwłaszcza talenta w profesji szpiega. Wykorzystuje to sekretarz William Cecil, poplecznik królewny Elżbiety (tak, późniejszej Elżbiety I). Tym samym Brendan zyskuje nowego przełożonego oraz spiski, zamachy, intrygi i knowania w pakiecie. Król jest umierający, a kolejka do tronu długa i cały czas trwają przepychanki, kto stanie na jej czele. Młody kolega Prescott będzie musiał wykazać się dużą przytomnością umysłu, by ratować królewnę Elżbietę, poniżyć znienawidzonych Dudleyów i przy okazji odkryć tajemnicę swojego pochodzenia…

Z reguły połykam książki jak najszybciej, by poznać zakończenie. W powieściach historycznych w dziewięciu przypadkach na dziesięć to zakończenie jest mi już znane – chyba, że autor zamiesza z prawdą historyczną, jak we „Władzie Palowniku”, na przykład. Na szczęście dawne kroniki pozostawiają trochę miejsca na domysły i dopisanie do oficjalnej wersji kilku zdań fikcji. „Sekret Tudorów”, na przykład, opiera się o jedno założenie: że królewna Elżbieta jednak przybyła do Londynu, by spotkać się z umierającym bratem. Dzięki temu Brendan Prescott miał szansę się wykazać, a czytelnicy poznać jeszcze inny, potencjalny przebieg wydarzeń.

Proza Gortnera jest mi już dobrze znana (czy to przy okazji Katarzyny Medycejskiej czy Joanny Szalonej), więc byłam nastawiona przychylnie. „Sekret Tudorów” zdjęłam z półki niby tylko na chwilę, ale ani się obejrzałam, a przeczytałam jedną trzecią. Kolega Prescott to sympatyczna chłopina, ma sporo szczęścia i dar zjednywania sobie ludzi – w tym czytelnika. Może tylko ten wątek odkrycia jego pochodzenia był nieco… naiwny? Naciągany? Cóż, tytułowy sekret zobowiązuje. Tak czy tak, polecam – zarówno Tudoromaniakom, jak i miłośnikom powieści historycznych.

PS. A na marginesie: ostatnio widziałam absolutnie przegenialny kubek z Henrykiem VIII i jego żonami – zalewasz wrzątkiem, a żony znikają. Takie to… symboliczne… :)