Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego

Nie tak znów dawno spędziłam ciepły, przyjemny czerwcowy wieczór, krążąc wokół Wyspy Białej – a wszystko za sprawą niezwykłej książki o pewnej wyprawie i pewnej obsesji na jej punkcie. Innymi słowy, „Ekspedycja. Historia mojej miłości”, którą popełniła Bea Uusma. Ta cudownie wydana opowieść przenosi nas w okolice bieguna północnego z końca XIX wieku oraz w czasy współczesne, czasy tropienia i śledzenia.

Otóż 11 lipca 1897 roku trzech podróżników – inicjator przedsięwzięcia Salomon August Andrée, inżynier Knut Frænkel i fotograf Nils Strindberg– wyrusza ze Spitsbergenu na północ balonem wypełnionym wodorem Continue reading „Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego”

Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet

Instytucja #dziełzebranych to chyba jeden z moich ulubionych pomysłów (prawo autorskie do tytułu cyklu posiada Król Małżonek), bo pozwala na zestawienie tego, co przeczytałam, a o czym chcę opowiedzieć raczej krótko. Więc dziś zestaw japońsko-dziennikarsko-felietonowy tudzież historyczno-wojenny. Continue reading „Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet”

Marionetki i werble, czyli nuda

„Córki marionetek” Maria Ernestam(dźwięk werbla, wpierw delikatny, potem nabrzmiewający w rytmie patetycznym)

Małe miasteczka z całym legionem tajemnic, upchniętym starannie gdzieś za szafą czy w piwny, to temat wdzięczny a eksplorowany często. Gdzież indziej mogłby zdarzyć się takie kryminalno-obyczajowe historie? A tu jeszcze mamy szwedzkie małe miasteczko i marionetki. Miało być pięknie.

(po takim wstępie chyba już powinniście wiedzieć, że nie, nie było)

Otóż w tym małym szwedzkim miasteczku dawno temu zdarzyła się wielka zbrodnia – mordestwo (wciąż werble w tle, dźwięk narasta). Jedenastoletnia naonczas Mariana odkrywa zwłoki swojego ojca, przywiązane do karuzeli. Kto go zastrzelił i dlaczego? Tego nigdy nie udało się odkryć… do czasu, rzecz jasna.

Trzydzieści lat później Mariana i jej siostry wiodą spokojne, ułożone życie w tym samym bezimiennym szwedzkim miasteczku. Elena prowadzi cukiernię i spełnia misję karmienia wszystkich wokół, Karolina, artystyczna dusza, maluje trumny (sic!), a sama Mariana przejęła rodzinny biznes – sklep z zabytkowymi lalkami i marionetkami. Czasem czyta dzieciom baśnie (takie zajęcia pozalekcyjne), czasem pisuje maile do prawie-że-ukochanego, czasem próbuje uporządkować relacje z byłym mężem. W tej sielsko-spokojnej rzeczywistości pojawia się pewnego dnia Tajemniczy Przybysz z Ameryki, imieniem Amnon, nazwiskiem Goldstein. Jest nie tylko Tajemniczy, ale również potrafi nakłonić ludzi do zwierzeń i opowieści o różnych słabostkach, a nawet o szemranych zdarzeniach sprzed lat (dźwięk werbli narasta niepokojąco). Tak, to dzięki niemu, dowiemy się, kto zabił ojca Mariany. I to by było na tyle.

(dźwięk werbli urywa się, ale nie gwałtownie, raczej niechlujnie, jakby się mleko rozlało)

Znużyło mnie to. Sam koncept z karuzelą i marionetkami jest interesujący (wszystkie kukiełki i laleczki są dla mnie z definicji lekko upiorne, czy, jak to mówią za wodą, creepy), jednak cała ta potencjalnie creepy historia jest po prostu nudna. Niby reklamuje się ją jako „thriller psychologiczny”, ale ani nie wywołała dreszczyku emocji, ani nie powaliła na kolana złożonymi psychologicznie bohaterami. A Wielkie Rozwiązanie Tajemnicy Morderstwa nie odbyło się przy huknięciu grzmotu, tylko przy cichym pęknięciu wpół zdechłego balonika.

(raz jeszcze, cichy odgłos werbli)

Nie znam się specjalnie na małych miasteczkach, niezależnie od tego, gdzie leżą – w końcu Malita to mieszczuch patentowany z dużego ośrodka miejskiego (trzy czwarte miliona, plus-minus kilkadziesiąt tysięcy, zależnie od przypływu/odpływu studentów). Niemniej, są takie książki, które dają mi poczucie wiedzy na temat, jak „Trafny wybór”. Na koniec zatem powiem Wam, że Pagford i bezimienne marionetkowe szwedzkie miasteczko dzieli bardzo wiele – i nie chodzi tu bynajmniej o odległość geograficzną.

(jeden, pojedynczy werbelek, tak przypadkiem, do wiwatu)

 PS. A powieść otrzymałam via wydawnictwo Czwarta Strona.

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist

Rozrzut audiobooków mam dość konkretny, nie da się ukryć – od gadających zwierzątek, przez historie miłosne sprzed dwustu lat, aż po… wampiry. I to moment, kiedy hasło „still better love story than Twilight” pasuje jak żadne inne. Bo to jest coś na kształt love story. Wampirzego love story, dodajmy, choć nie to w tej książce jest najważniejsze.

Ale zarysujmy najpierw czasoprzestrzeń. Blokowisko w Blackberg, dzielnicy na obrzeżach Sztokholmu, to nie jest najwspanialsze miejsce świata. A już zwłaszcza dla Oscara, lat dwanaście, dla którego przeżycie jednego dnia bez terroru w szkole i przemoczenia bielizny ze strachu to wielki sukces. Zahukany chłopiec z rozbitej rodziny, ileż już takich postaci było… no, ale nie każda postać zaprzyjaźnia się z wampirem mieszkającym po sąsiedzku. I to wampirem pośrednio odpowiedzialnym za makabryczne morderstwo, które wstrząsnęło opinią publiczną. Nietrudno się domyślić, że taka przyjaźń wywróci do góry nogami życie wszystkich zainteresowanych.

Tych zainteresowanych jest sporo – Lindqvist ma dar do tworzenia wyrazistych postaci, na pierwszym i na drugim planie. Oscar i Eli (wampirzątko z sąsiedztwa) to jedno, ale świetnie zarysowani są też prześladowcy Oscara (zwłaszcza Jonny, majstersztyk), jego rodzice, jak również opiekun Eli. Moim osobistym faworytem był mówiący z ciężkim hiszpańskim akcentem nauczyciel wychowania fizycznego, pan Ávila.

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist
W ramach obrazka oryginalna okładka, bo strasznie mi się podoba.

Ale jest jeszcze jedna, wielce ważna rzecz: w większości opisów tej książki uwagę zwraca się na konotacje wampiryczne, ale na mnie największe wrażenie zrobiło coś innego. Po raz pierwszy spotkałam się z tak sugestywnym przedstawieniem szkolnej przemocy – ba, co tu dużo kryć, brutalnego gnojenia, opisanego tak, że aż mam ochotę się skulić gdzieś na dnie szafy. To nie wampiry tu straszą, paradoksalnie. To ludzie.

Choć i krwiopijcom daleko do łagodnych, skrzących się romantycznych wegetarian: to drapieżniki unurzane w krwi, działające, jak ich biologia nakazuje. Są obrzydliwe w swoich instynktach, ale jednocześnie zdolne do większego poziomu empatii, niż cała klasa Oscara razem wzięta, łącznie z nauczycielami.

„Let The Right One In” to naprawdę mocna rzecz, niezależnie od poziomu wampiryzmu który czasem wydaje się już być – ten wampiryzm, nie poziom – raczej passé. Szwedzcy pisarze jakoś wyjątkowo lubią się babrać w bardziej społecznych tematach, nawet jeśli odbywa się to pod szyldem „romantic vampire fiction” (czujecie, jak to brzmi…). Na marginesie, nie polecam do porannych, chłodnych spacerów czy joggingu, zwłaszcza w Krakowie, gdzie mgła o tej porze bardzo działa na wyobraźnię. Szalenie intensywnie, dodajmy.

PS. Filmów na podstawie jeszcze nie widziałam, ale sądząc po zwiastunach (wersja szwedzka z 2008 roku i wersja amerykańska z 2010) są wielce w klimacie!
PPS. I podziękowania otrzymuje Voodoo Bragga ^^

„Księżniczka z lodu” Camilla Läckberg

Od pewnego czasu widać tendencję „nordyzacji” kryminałów – Skandynawia i okolice przodują w powieściach detektywistyczno-zbrodniczych. Patrz: Larsson, Mankell i paru innych, w tym właśnie Läckberg , Pierwsza Dama szwedzkich kryminałów. Trudno było nie zauważyć  w księgarniach charakterystycznych okładek (w większości stylizowane na „Millenium”, w tonacji ciemno-intrygującej) z hasłem „Läckberg”, ale na dobrą sprawę zetknęłam się z Autorką dopiero w kwietniu – dzięki wywiadowi w „Wysokich Obcasach”. A na lekturę jakiejś jej powieści przyszedł czas dopiero teraz – ot, i mamy „Księżniczkę z lodu”.

Rzecz dzieje się we Fjällbace, małym nadmorskim miasteczku. W sezonie turystycznym aż roi się tam od przyjezdnych, ale poza nim to cicha i spokojna osada rybacka. Ciszę i spokój Fjällbacki zakłóca dramatyczne wydarzenie: Alex Wijkner zostaje znaleziona martwa w wannie, z podciętymi żyłami. Policja wyklucza samobójstwo, ale odnalezienie mordercy jest dużo trudniejsze, niż się wydaje. W sprawę angażuje się dawna przyjaciółka Alex, pisarka Erika Falck, która na jakiś czas powróciła do rodzinnego miasteczka. Erika z zaangażowaniem prowadzi dochodzenie na własną rękę, ale nowych pytań przybywa szybciej niż odpowiedzi na poprzednie – wygląda na to, że przeszłość Alex skrywa wiele mrocznych tajemnic. Sama Erika zmaga się też z trudnymi sprawami rodzinnymi, problemami z nową książką i niespodziewanym uczuciem do dawnego przyjaciela, detektywa Patricka Hëdstroma. Innymi słowy – będzie się działo, wielowątkowo.

Niemniej nie jest to powalający na kolana kryminał. Owszem, intryga niezła, rozwiązanie frapujące, ale całokształt nie zapada w pamięć. Trzeba jednak oddać Autorce, że rzecz została dobrze i dowcipnie (w stosownych miejscach) napisana – ujęły mnie zwłaszcza rozterki uczuciowe Eriki i Patricka… W sumie, kolejna powieść na wakacyjny leżaczek, przyzwoita, ale bez rewelacji. Poprawna – to chyba najwłaściwsze słowo. Nie czytam dalszych części.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” Jonas Jonasson

Jak widzicie, trochę kiepsko u mnie z czasem ostatnio – sesja nie wybiera – ale nie jestem sobie w stanie odmówić lektury czegoś… niesesyjnego (recenzje naukowych tekstów, które przeczytać muszę, jednak Wam oszczędzę). Ale do rzeczy.

Już sam tytuł zapowiada niezłą jazdę, mówiąc dosadniej. Stulatek? Przez okno? I zniknął? Jak najbardziej. A teraz prześledźcie w myślach historię świata w XX wieku, wybierzcie kilka najważniejszych wydarzeń i… tak, Allan Karlsson, tytułowy stulatek, może spokojnie powiedzieć „tu byłem – Allan”. Spotkanie z generałem Franco? Jasne. Churchill, a potem Los Alamos i Truman? Proste. Mao Zedong, Beria i Stalin? Oczywiście. Kim Ir Sen, Kim Dzong Il i pani gubernator Indonezji? Ależ żaden problem. Tylko czekałam, aż Allan stanie u bram stoczni gdańskiej i podpisze porozumienie sierpniowe – tu akurat się ciut rozczarowałam, ale spokojnie, pan Karlsson przyczynił się do upadku Związku Radzieckiego w nieco inny sposób. Do tego będzie jeszcze skradziona walizka, kilka trupów, żółty autobus i słoń – a zaczęło się „tylko” od przyjęcia na cześć setnych urodzin, na które Allan zdecydował się nie pójść…

Jak widać, dzieje się mnóstwo i w bardzo specyficznym stylu (już małą zapowiedzią była historia pewnych cennych jajek, które wyrabiał znajomy ojca Allana). Dobroduszny i prostolinijny w sumie Allan ma a.) mało wygórowane potrzeby, b.) niezwykłą zdolność do bycia we Właściwym Miejscu o Właściwej Porze plus mnóstwo szczęścia. Do tego zna się na konstruowaniu bomb, co okazuje się być bardzo przydatne w wielu miejscach i momentach dziejowych. A do zilustrowania punktu a.) niech posłuży nam cytat:

„Allan Karlsson nie wymagał od losu niczego szczególnego. Potrzebował tylko łóżka, porządnej porcji jedzenia, czegoś do roboty i od czasu do czasu odrobiny wódki. Jeśli to dostał, mógł znieść prawie wszystko. Obóz we Władywostoku oferował wszystko, czego Allan sobie życzył, poza wódką”*.

I tak się ciągnie ta historia przez bez mała 400 stron – a los dziarskiego stulatka śledzimy dwutorowo, poznając jego koleje od urodzenia i akcję „współczesną”, czyli co się działo po owym pamiętnym wyskoczeniu przez okno. Przyznam, że trzeba się wciągnąć, bo styl jest specyficzny, a dowcipne teksty Allana i kompanii początkowo aż tak nie bawią. Ale trzeba po prostu „wejść” w konwencję, jak przy operze i wiejskich weselach. I uwierzcie mi, warto – zdrowo się obśmiałam. Do tego krótki kurs historii XX wieku w pakiecie. Warto sobie strzelić drinka do lektury – na cześć głównego bohatera. No to zdrowie!

* Jonas Jonsson, „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”, przeł. Joanna Myszkowska-Mongold, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2012, s. 252.