Czarne obrazy rodziny Goya, czyli Saturn, czyli Dehnel

Jeszcze w zeszłym roku, w liście do bożonarodzeniowych sił wyższych, upraszałam o egzemplarz „Saturna”, a wszystko na fali zachwytów nad twórczością Jacka Dehnela. Pod poduszką koniec końców pojawił się „Krivoklat” (wyborny!), okazało się natomiast, że zdobycie papierowego egzemplarza „Saturna” graniczy z cudem – sięgnęłam zatem po ebooka, co miało, o czym za chwilę, swoje spore wady z uwagi na reprodukcje obrazów. Niemniej, sama warstwa tekstowa mroczno-wulgarnej opowieści o mężczyznach z rodziny Goya po raz kolejny dała dowód Dehnelowego talentu. Continue reading „Czarne obrazy rodziny Goya, czyli Saturn, czyli Dehnel”

Bardziej o Danie Brownie niż o jego najnowszej powieści

Trochę podkręciłam kolor, żeby niebo pasowało do okładki.

Swego czasu miałam dość prostą opinię o Danie Brownie: zręczny pisarz, umiejętnie wykorzystujący zgromadzoną przez siebie i pomocnych mu ludzi wiedzę, sprawnie konstruujący fabułę. Twórca przyzwoitych, gładko czytanych powieści z nutką spiskowo-sensacyjną w tle. Nie zmieniłam zdania, jeśli chodzi o prozę – „Początek”, najnowsza powieść Browna, jest książką niezłą i wykorzystuje sprawdzone schematy – ale zafascynował mnie pisarz jako człowiek. A wszystko przez tegoroczny Conrad Festival. Continue reading „Bardziej o Danie Brownie niż o jego najnowszej powieści”

Złamałam Żelazną Zasadę

Nigdy nie czytam zakończenia książek, zanim do niego nie dotrę w sposób chronologiczny, jak Pan Bóg przykazał, od deski do deski, rozdział po rozdziale. Głównie dlatego, że czytam naprawdę szybko i z reguły w słusznym tempie docieram do końcówki. W tej materii od lat wiodę dystyngowany spór z Mamą-Malitą, która tempo ma wolniejsze, a  lubi wiedzieć, jak się historia kończy, żeby zobaczyć, jak do tego wszystkiego doszło. Ergo zakończenie sprawdza zawsze i za każdym razem. Okopałyśmy się obie wygodnie na swoich pozycjach i raz na jakiś czas przekomarzamy się, wiedząc, że nie przekonamy się wzajem i już.
A to będzie opowieść o tym, jak się złamałam.

Fala zachwytów nad „Szczygłem” przetoczyła się już dawno dawno temu, przyznaję, ale mnie się tak żywot ułożył, że dopiero teraz nadrabiał. Niby powinno mi się bardzo podobać, bo to obrazowa historia (a ja lubię takie z dziełem sztuki w tle, vide „Bezcenny”), z drugiej strony moje pierwsze spotkanie z Donną Tartt nosi znamiona pewnego rozczarowania. Więc byłam ostrożna z początku.

http://www.mauritshuis.nl/-/media/5f04360706f743aebead047bd27b8f5a.ashx
Winny całej sprawy. „Szczygieł”, Carel Fabritius, 1654

Początek ów jest jak u Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Otóż w życiu Theo Deckera wszystko dzieli się na „przed” i „po” śmierci matki. Stracił ją w zamachu, gdy miał trzynaście lat. Potężny wybuch w nowojorskim muzeum pochłonął wiele ofiar, ludzi i obrazów, i zmienił wszystko w życiu chłopca. Theo całe swoje życie będzie odnosił do tamtego strasznego dnia. Nie tylko dlatego, że wtedy zginęła jego matka. Również dlatego, że z niepojętych do końca przyczyn wyniósł (ba, wykradł będzie odpowiedniejszym słowem) z muzeum maleńki obraz – siedemnastowiecznego fabritiusa. Olejny szczygieł będzie mu towarzyszył (nie zawsze dosłownie i osobiście) w najbardziej fantastycznych kolejach losu: od dusznych i upalonych (nie, nie upalnych) miesięcy w Las Vegas, przez bezpieczną (pozornie) przystań antykwariatu, aż po deszczowe uliczki Amsterdamu. Kolejne kłamstewka, grzeszki i kłopoty Theo składają się po kawałeczku na olbrzymią życiową bombę, która w końcu kiedyś wybuchnie. Pytanie tylko, czy zmiecie wszystko na swojej drodze, czy oczyści grunt pod nowy start…

Ujmijmy to tak: na przemian wielbiłam i przeklinałam tę książkę. Na przemian nie znosiłam Theo i chciałam go utulić i obiecać, że będzie dobrze. Na przemian zachwycałam się opisami (ach ach opis obrazu!) i fukałam na przydługie fragmenty amsterdamskie. Zostawiałam książkę na dwa, trzy dni, by wreszcie siąść i przeczytać dwieście stron za jednym zamachem, kołysząc się z przejęcia na kanapie. A wracając do złamania się: „Szczygieł” liczy sobie osiemset stron bez mała, a ja byłam tak przejęta losem Theo, tak bardzo zmartwiona jego uzależnieniem, Pippą, obrazem, całą tą historią – jeszcze mając w pamięci ten wybitnie niepokojący prolog! – że gdzieś koło strony numer 530 poddałam się. I przejrzałam ostatni rozdział, nie wczytując może zanadto, ale tak. Przeczytałam zakończenie.

Najpierw była ulga.

Potem przeczytałam całość i ulgi było mniej.

Co nie zmienia faktu, że czasem warto zrobić wyjątek od własnej Żelaznej Zasady.