Dzieła zebrane #23: Atwood, Catton, Gerritsen

To tylko część książek, które z Królem Małżonkiem wzięliśmy na wakacje.

O cyklu #dziełazebrane staram się, żeby zestawiał krótkie formy przemyśleń nad podobnymi lekturami, co raz wychodzi, a raz nie – ale tym razem wyjdzie i przed Wami zebrane opowieści, jeszcze pourlopowe, współgrające ze sobą w lekkiej nucie sensacji, kryminału, a w dwóch przypadkach nawet… teatru! Continue reading „Dzieła zebrane #23: Atwood, Catton, Gerritsen”

Kupiec wenecki mieszka w Złotym Trójkącie

Pamiętacie „Projekt Szekspir”, czyli współcześni autorzy opowiadają na nowo historie znane dzięki dramaturgowi wszech czasów? Zaczęło się od świetnej „Zimowej opowieści” w wydaniu Jeanette Winterson, zdążyły ukazać dwie kolejne książki, a ja wciąż nie miałam okazji nadrobić. Choć miałam większą ochotę na „Poskromienie złośnicy” pióra Anne Tyler, to postanowiłam chronologicznie, ciągiem wydania, przeczytać inspirowaną „Kupcem weneckim” powieść Howarda Jacobsona, czyli „Shylock się nazywam”.

Howard Jacobson wydaje się być idealnym autorem do podjęcia się ponownego opowiedzenia szekspirowskiej historii – nawet nie tylko dlatego, że doskonale zna dzieła mistrza ze Strafordu, ale że w swoich własnych, pełnych humoru dziełach portretuje brytyjskich Żydów (sam się określa czasem jako „żydowska Jane Austen”). I właśnie w Wielkiej Brytanii czasów współczesnych umieszcza akcję opowieści o Shylocku, Strulovitchu, ich córkach i żonach oraz o Annie Livii Plurabelle Kleopatrze Co Piękne Cieszyć Nigdy Nie Przestanie Christine Shalcross (tak, to Porcja) wraz z jej kolorowym towarzystwem. Miłości, romanse, przyjaźnie, pozyskiwanie tychże oraz pozyskiwanie dzieł bardziej materialnych, sztuka, poszukiwanie tożsamości i definiowanie wciąż na nowo bycia Żydem i… bycia ojcem – o tym właśnie pisze Jacobson, raczej luźno sięgając do XVI-wiecznego pierwowzoru.

We współczesnej historii Shylocka zabrakło szekspirowskiego wstępu – tak sprytnie zaproponowanego przez Winterson. Z grubsza pamiętam, o co chodziło we właściwym „Kupcu weneckim”, ale krótkie podsumowanie na początku wydaje się całkiem zasadne. I tak, wiem, przecież można sprawdzić w internecie. Nie zawsze się jednak ma dostęp, prawda? Ergo dopiero po powieści odświeżyłam sztukę i od razu kilka puzzli wskoczyło na swoje miejsce w mojej głowie – choćby wątek z funtem ciała, który w Jacobsonowskiej wariacji na temat staje się pewną kluczową częścią męskiego organizmu (ciepło, ciepło, ale nie do końca, drodzy domyślni).

Co myślę o tejże wariacji? Podchodziłam trzy razy, bo tu nie można się było skupić na czytaniu, potem trzeba było wyjechać na tydzień i nie mogłam wziąć Shylocka ze sobą, a jak się zabrałam po powrocie, to z roztargnienia zostawiłam książkę u Mamy-Mality i znowu musiałam sobie przypominać… może to właśnie dlatego trudno było się wciągnąć. Zaczęło się wspaniale: „To jeden z tych lutowych dni na północy Anglii, kiedy człowiek wolałby nie żyć; ciasny prześwit między ziemią a niebem przypomina szparę na listy, a samo niebo jest bezmiernie banalne”. Potem, owszem, bywało błyskotliwie (zwłaszcza, gdy Plury/Porcja osobiście wymyśla próby celem odnalezienia idealnego kandydata, tylko szkatułki zastępuje samochodami), niemniej koniec końców po prostu zmuszałam się do doczytania całości. Mam wrażenie, że trochę zawiniło to zaczynanie powieści na raty, a trochę to, że poczucie humoru Jacobsona nie bardzo współgra z moim własnym. Tym razem – bez zachwytów.

PS. Mama-Malita Shylocka zapewniła!

Projekt Szekspir, czyli kochamy retellingi

Instytucja retellingów bardzo mi leży, nie ukrywam, zarówno w wersji filmowej, jak i książkowej (specjalne miejsce w tej kategorii zajmują „The Lizzie Bennet Diaries”, które oglądam cięgiem tak raz do roku). Jak usłyszałam o Projekcie Szekspir, z miejsca się zachwyciłam – wielcy tego świata opowiadają na nowo dzieła wielkiego tego świata. Pisarze opowiadają Szekspira. O, tak.

Pierwsza powieść z cyklu to bardzo osobisty namysł nad „Zimową opowieścią”, nieco mniej znaną sztuką Szekspira. Oryginał przedstawia historię przebaczenia, które często pojawia się w późnych sztukach mistrza ze Stratford-upon-Avon (ileż można o tej zemście…). A Jeanette Winterson (pamiętacie jej młodzieżowy „Dom na krańcu czasu”?) mówi o niej „element słowa/świata pisanego, bez którego nie potrafi żyć” i przyznaje, że „Zimowa opowieść” towarzyszy jej od ponad trzydziestu lat.

Retelling, który proponuje Winterson, przenosi nas z szekspirowskiej niby-Sycylii między innymi do tętniącego życiem Londynu i sielankowej Wirginii. Osadza w nowej rzeczywistości znane postaci: porzucone dziecko, które znajduje nową rodzinę i przynosi jej ocalenie. Oszalałego z zazdrości mężczyznę, który miał wszystko. Jego żonę, cudowną istotę i artystkę, zniszczoną przez tę zazdrość. Jego przyjaciela, który nie daje sobie rady z nadmiarem bliskości w relacji. Historia wszystkich razem i każdego z osobna potrafi zaczarować, podobnie jak sposób przeniesienia całokształtu we współczesne realia (na marginesie: wątek anielskiej gry – po prostu cudo!).

Jednak to, co u Winterson ujęło mnie najbardziej, to sposób podania. Matko jedyna, jak to jest przepięknie napisane! To jest jedna z tych książek, w których rzeczywistość w sposób nie do końca zrozumiały przeplata się z czymś cudownie onirycznym. Nie mówiąc o tym, że połowę książki ma się ochotę pozaznaczać, a najpiękniejsze cytaty przepisać do specjalnego kajecika. Zwłaszcza ten:

W tym skąpanym w nocy łóżku szukam przy tobie odwagi na następny dzień. Żebym zwróciła się w jego stronę, gdy nastanie światło. Nie może być nic prostszego. Nie może być nic trudniejszego.

Szekspir w każdym wydaniu daje radę, a w takim już zwłaszcza. Rozpływam się. Koniecznie musicie to przeczytać.

PS. Ciąg dalszy Projektu Szekspir: Margaret Atwood opowiada na nowo „Burzę”, a Jo Nesbø „Makbeta”. Nie mogę się doczekać!

Zaiste, Imperium kontratakuye.

„William Shakespeare’s The Empire Striketh Back” Ian DoescherSą takie książki, które – kiedy je widzisz na półce w księgarni – przemawiają czule “kup mnie, przygarnij, uratuj, zabierz do domu”. I są takie, które po prostu stwierdzają fakt: „do domu zabierzesz mnie, hmm”. To ta druga.

Różne ludzie mają pomysły na adaptacje, trawestacje, parodie i dzieła kultury oparte na motywach. Chwilowo nie będę, pozwólcie, zagłębiać się w teoretyczne meandry i pchać na metodologiczne zaplecze (choć to opcja coraz bardziej kusząca), otwieram za to strumień czystej radochy. Gdyż, jak wiecie co najmniej od czasów rowerowych opowieści, Malitowe serce znajduje się dawno, dawno temu w odległej galaktyce. Nie jest to może poziom wiedzy totalnej (a znam takich ludzi, którzy przeczytali WSZYSTKIE książki, obejrzeli każdy odcinek animowanego serialu dwukrotnie i wiedzą, ile razy w którym filmie C3PO wygłasza kwestię „We’re doomed”), raczej poziom wewnętrznego podrygiwania na myśl o Sokole Millenium i wielkich międzygwiezdnych podróży. I domyślam się, że również Ian Doescher miał podobną radochę, żeniąc ze sobą styl Szekspira i wizję Lucasa. Wyszło to, co widać na obrazku.

Luke, ja jsem tvůj tatinek!
Luke, ja jsem tvůj tatinek!

Bardzo zabawnie się to czyta na głos, uwierzcie mi, choć może lepiej/bezpieczniej to robić w samotności.

Oryginalna trylogia (w składzie: „Verily, a New Hope”, „The Empire Striketh Back”, oraz „The Jedi Doth Return”) jest już do nabycia, na kwiecień AD 2015 zapowiedziano retelling „Mrocznego Widma”. Ja zdecydowałam się na część drugą (właściwie, to piątą), z uwagi na to, że to moja ulubiona część filmowa. No i są tam wszystkie Najważniejsze Cytaty.

Wiadomo.
Wiadomo.

Domyślam się, że niektórzy mogą mieć mieszane uczucia co do takich wariacji na temat – ja podobną ambiwalencję przejawiam przy książce „Duma, uprzedzenie i zombie” (będzie film!), ale to też może z uwagi brak sympatii do zombie. Zresztą, Ian Doescher wyszedł właśnie od tej powieści, gdy krótko po jej przeczytaniu i wizycie na festiwalu szekspirowskim wymyślił znany nam już mariaż szekspirowsko-lucasowy. Wytwórnia LucasFilm od początku była zainteresowana, zasugerowała kilka poprawek i potem już poszło gładko. Efekt dostępny w księgarniach (i przemawia co do niektórych głosem mistrza Yody).

Nie mogę się oprzeć jeszcze jednej refleksji – co by było, gdyby Gwiezdne Wojny przeniesiono na nasze polskie poletko…
Na przykład: „Pan Skywalker (Master Luke), czyli Gwiezdne Wojny Adama Mickiewicza”.

„Republiko! Ojczyzno moja utracona!
Ten Cię zaś odzyska, kto pokonać zdoła
Imperatora z jego ciemną Mocy stroną.
Tymczasem zwracam moją duszę utęsknioną
Do tych wydm piaszczystych, do tych miast zaludnionych
Szeroko na planetach Republiki rozciągnionych
Gdzie Zakon Jedi, gdzie Senat, gdzie posłowie
Któż moją tęsknotę do tych czasów wypowie…”

…to be continued.