Madeline Miller i jej „Kirke” potrafią zaczarować

Gdzieś na Adriatyku, a może na morzu Jońskim? Kto wie, gdzie leżała Ajaja? Może do dziś można odnaleźć do niej drogę, bez lęku żeglując przez niespokojne wody? Ale ostrożnie, nawet, jeśli zostaniecie powitani uprzejmie i ugoszczeni przez mieszkającą tam damę, nie próbujcie wina. Nie od dziś wiadomo, że wino ma dar przemiany ludzi w bestie, zwłaszcza to zaprawione odrobiną ziół i magii. Zwłaszcza to warzone przez Kirke, jedną z najsłynniejszych czarodziejek starożytności. Continue reading „Madeline Miller i jej „Kirke” potrafią zaczarować”

Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Continue reading „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

AAAA czytam z kości, tanio!

Jakub Szamałek wie, o czym pisze. Zęby zjadł na starożytności, łącznie ze przekopaniem oksfordzkich bibliotek i zrobieniem doktoratu w temacie. A że trzeba czasem zrobić sobie wycieczkę od suchego stylu akademickiego, cóż będzie lepsze, niż powieść? Ba, kryminał? Starożytny w klimacie? Proszę bardzo – dwutorowe „Czytanie z kości” to już trzecia (i ostatnia) część historii Leocharesa, starożytnego greckiego detektywa, ale bez obaw, można czytać bez znajomości dwóch poprzednich tomów i nie pogubić się zanadto. Nieodmiennie i natychmiast nasuwa się porównanie z Gordianusem Poszukiwaczem, detektywem rzymskim, też wplątującym się w różne afery. Dla mnie Gordianus pozostaje bezkonkurencyjny, ale Leochares dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Tor pierwszy to opowieść prosto z V wieku przed naszą erą. Tym razem los rzucił Leocharesa i jego najbliższych do Tarentu, gdzie próbują wieść spokojny w miarę żywot po zaszłościach z Aten i znad Morza Czarnego. Ale pieniądze się kończą, długi rosną, a do tego jeszcze sprawa w sądzie… szczęśliwie, deus ex machina, zjawia się książątko z etruskiego miasta Veii z bardzo dobrze płatnym zleceniem. Trzeba rozwikłać zagadkę śmierci etruskiego króla, co oznacza duże ryzyko, implikacje polityczne i wejście w dość niezrozumiałą dla postronnych kulturę Etrusków (skądinąd, bardzo ciekawie a barwnie w powieści odmalowaną).
Drugi tor, współczesny, to również rozwiązanie pewnej zagadki – zagadki kości Uomo Misterioso, szkieletu znalezionego w Tarencie. Młoda a ambitna archeolożka, Inga Szczęsny, wpada na niespodziewany trop, który zawiedzie ją aż na południe słonecznej Italii i przyniesie swoisty epilog toru numer jeden.

Szamałek opisuje starożytność, której daleko do wypielęgnowanych ideałów tłoczonych nam w latach szkolnych: to widać było także w poprzednich książkach. Zwykliśmy myśleć o antyku jako o złotym wieku demokracji, ładu i kosmosu – cóż, nie bardzo. Okrucieństwo, bezwzględność, niewolnictwo, seksizm… ojj, długo by wymieniać. Całość podana w formie lekkiej (aż zanadto lekkiej, momentami) i wyjątkowo wciągającej. Bardzo zabawnie czytało mi się też ten współczesny wątek, jako że czułam pewne pokrewieństwo dusz z główną bohaterką. Niemniej, koleje mojego doktoranckiego losu nie są aż tak dramatyczne, jak Ingi (ale te konferencje, to zbieranie punktów… ach, znamy znamy).

To, co zapisuję na minus, to przypisy. Ogólnie nie przepadam za instytucją przypisów w powieściach – chyba, że to nieprzetłumaczalna gra słów i tłumacz się musi, nomen omen, wytłumaczyć – ale podawanie przypisów rzeczowych czasem, mam wrażenie, urąga inteligencji czytelnika (słowniczek na samym końcu książki spełnia podobną rolę, a można go dystyngowanie ominąć). Co nie zmienia faktu, że bardzo potrzebowałam jakiejś odprężającej narracji, niespecjalnie wymagającej intelektualnie. Może akurat kryminało-historyczna powieść nie wpasowuje się w te ramy, bo poszukiwanie zabójcy automatycznie uruchamia myślenie… Grunt, że dostałam to, czego chciałam: książkę, która wciągnie mnie na dwa wieczory wygodnego leżenia na kanapie tak skutecznie, że przewracałam stronę za stroną w słusznym tempie.

PS. Dziękując wydawnictwu Muza!