„Naznaczeni błękitem. Część 1” Ewa Białołęcka

„Naznaczeni błękitem. Część 1” Ewa BiałołęckaByło tak: nocną porą sms od Izy „Asia, czy Ty czytałaś Tkacza Iluzji?”. Ja, że nie, że Białołęckiej w ogóle nie znam. Na następny dzień Iza zjawia się z dwoma książkami i mówi (cytując ogólny sens z pamięci): „Musisz to przeczytać. To jedna z moich ulubionych książek, znam prawie na pamięć…” — pauza dla efektu — „…i są smoki”. Po czym wręcza dwa tomy „Naznaczonych błękitem”. Nie muszę dodawać, że na dzień dobry byłam kupiona.

Witajcie w Lengorchii, krainie pełnej magii. Magii zarezerwowanej dla naznaczonych błękitem, magów należących do Kręgu. Gdy na świat przychodzi dziecko obdarzone magicznym talentem – Mówca, Stworzyciel, Tkacz Iluzji czy Strażnik Słów – magowie obserwują go bacznie, po czym po starannej próbie talentu decydują przyjąć do kręgu. Ale nawet wśród utalentowanych zdarzają się jednostki wyjątkowo wybitne, inne, niezwykłe, niepokorne. I tak w pierwszej części „Kronik Drugiego Kręgu” spotykamy chłopców, którzy dzięki swoim umiejętnościom i charakterom zatrzęsą całą Lengorchią. Kamyk i Nocny Śpiewak jeszcze wiele muszą się nauczyć, ale już wiadomo, że dokonają czynów niezwykłych. Zwłaszcza, że towarzyszem tego pierwszego jest futrzasty smok, zwany Pożeraczem Chmur (skądinąd wątek ze smokiem uważam za wyjątkowo cudny).

Piękna, baśniowa historia o dorastaniu, walce z oczekiwaniami innych i z własnymi słabościami. Do tego nutka Orsona Scott Carda (tak tak, młode/nastoletnie lata życia danej postaci): bardzo lubię czytać o młodych bohaterach, którzy dopiero uczą się swojego rzemiosła i jeszcze nikt (albo bardzo niewielu) zdaje sobie sprawę, że kiedyś będą sławni i wielcy. A od „Naznaczonych błękitem” po prostu nie szło się oderwać, czytałam pół nocy, nosiłam ze sobą wszędzie, byleby jak najszybciej skończyć. A tu jeszcze na półce oczekuje tom numer dwa! Pełna radość.

PS. Stokrotne ukłony i podziękowania za pożyczenie dla IzaZy!

Projekt „Wreck this journal” vol. 7

Lipcowa odsłona projektu kreatywno-destruktywnego przynosi, prócz standardowych porysowanek i bazgrołów, garść wspominek z Krakona 2013’. To pierwszy konwent, na jaki miałam okazję się wybrać, i naprawdę przeżycie pełne emocji; od stania w niebotycznej kolejce w samo południe (niepotrzebnie, jak się okazało, ale przemilczmy organizację), po spotkania z różnymi osobistościami, których imię jest legion. Koniec końców, mimo gorąca i nieprzebranych tłumów, ubawiłam się przednio – choć byłam tam tylko dwa dni z czterech – a poniżej prezentuję dwa obrazki.

Po pierwsze, notatki z bonusowym identyfikatorem mym. Prawa strona zawiera wyzwanie „Narysuj linie gruba tudzież cienkie, przyciskając ołówek naprawdę mocno”, co też czyniłam, słuchając prelekcji o horrorach.

krakonowe wspominki

Po drugie, ślimak krzywoczułky autorstwa Ilony Myszkowskiej aka Kobiety-Ślimaka (tak, to to dziewczę od komiksów). To był fangirling level hard, przyznaję, gdy pobiegłam radośnie z prośbą „naryyyyysuj mi ślimaka w zeszycieeee”. Taka atmosfera konwentowa ^^

ślimok <3

Wracając do projekt właściwego, pamiętacie listę zakupów? To tutaj oto ukończone wyzwanie. Z reguły recyclinguję kawałki kartek, resztki zeszytów czy inne ścinki i na nich skrupulatnie notuję potrzebne sprawunki. Ale prawdziwy sukces, to nie zapomnieć takie listy zakupów z domu…

lista zakupów

„Pisz lub rysuj lewą ręką”. Tak. Ewidentnie jestem praworęczna.

troll

I na koniec: uwaga, smoki. Smok na obrazku jest hybrydą wschodnio-zachodnią: ma pyszczek smoka chińskiego, ale skrzydła jak typowy smok zachodni.

caution: dragons

Let’s wreck this journal!

„Przysięga” Frank Peretti

PrzysięgaMój zakatarzony umysł w ostatnim czasie potrzebował jakiejś lekkiej, łatwej i przyjemnej – na przykład, sensacyjnej – lektury celem rozrywki. Najbliżej w zasięgu kończyn górnych leżała „Przysięga”, już od dłuższego czasu zalegająca na półce. Ostrzegę od razu, zanim dobrniecie do końca recenzji: nie był to najlepszy wybór, a poniżej znajdziecie kilka spoilerów.

Zapowiadało się na przyzwoity horror: w górskich ostępach ginie fotograf, rozszarpany przez niedźwiedzia. Jego brat, Steve, przybywa na miejsce wypadku i wraz z Tracy, zastępcą lokalnego szeryfa, bada okoliczności tragedii. Coraz bardziej wątpi, by to wygłodniały grizzly był sprawcą zbrodni. Zwłaszcza, że mieszkańcy okolicznego miasteczka, Hyde River, zachowują się dość podejrzanie, alergicznie – ba, agresywnie reagując na jakiekolwiek przesłuchania i dochodzenie. Coś złego czai się w lasach, a oni jakby próbowali to ukryć. Wkrótce wychodzi na jaw, że lokalna tajemnica, pieczołowicie ukrywana prze obcymi, to… (dam-da-dam, fanfary!) ogromniasty smok. Serio. Wielki, krwiożerczy jaszczur na odludnej północy USA. Trzeba zaciukać bestię, zanim ona porwie nas pierwsza. Do boju, Steve!

Mogłabym się dalej zżymać na brak tempa, płytką konstrukcję postaci i schematyczność intrygi, ale nie o to tu chodzi. Smok w tym wypadku to nie pierwsze lepsze stworzenie, a przemyślania konstrukcja dydaktyczno-moralizatorska. Bohaterowie informują nas, że „smok nie jest karą za grzechy. Smok jest grzechem” [1]. Bestia jako uosobienie (upotworzenie?) zła naznacza swoje ofiary, podłych grzeszników, czarnym, cuchnącym znamieniem w okolicy serca. Znamię swędzi, boli i w namacalny sposób informuje otoczenie, że zło trawi duszę nosiciela i niedługo smok się z nim rozprawi. Jest tylko jeden sposób, by pokonać potwora, jak twierdzi jeden z bohaterów: „Zostałeś naznaczony, więc to twój smok, Steve. Jesteś jego częścią, a on częścią ciebie. Ale gdy ułożysz się z Bogiem, to dasz radę go zabić (…). Gdy smok zobaczy w Tobie Jezusa, wycofa się” [2].

Bynajmniej nie chodzi mi o chrześcijańskość przekazu (nie wiedziałam, że Peretti to znany amerykański chrześcijański autor, mój błąd). Najbardziej przeszkadza mi ta dosłowność, łopatologiczność i jednoznaczność konstrukcji. Nie ma miejsca na ślad innej interpretacji, bo autor już w pierwszych słowach wstępu tłumaczy, co miał na myśli:

„Ta bestia [grzech, czyli książkowy smok – JM] atakuje nas wszystkich, niekiedy twarzą w twarz, niekiedy uderzając nas w czuły punkt. Tylko dzięki rozpoznaniu jej prawdziwej bestialskiej natury możemy mieć nadzieję na ocalenie. W Jezusie Chrystusie otrzymaliśmy przebaczenie i moc, by przezwyciężyć grzech” [3]

A to tylko łagodniejszy fragment z mini-kazania. Ogromnie nachalne mi się to wydało. Czytałam naprawdę sporo książek, gdzie wątek religijny jest przemycony dużo bardziej dyskretnie i sprawdza się wybornie (na przykład, jedną z najpiękniejszych rozmów z Bogiem znalazłam w powieści „The Phantom of Manhattan” Fredericka Forsytha). Mam wrażenie, że polscy czytelnicy nie są przyzwyczajeni do takich natarczywych zabiegów literackich – a przynajmniej ja nie jestem. Poza tym, wyjąwszy motywy dydaktyczno-moralizatorskie, „Przysięga” to po prostu kiepska sensacja. Już nie mówiąc o tym, że żal smoka. Odpuśćcie.

W ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2013.

[1] Frank Peretti, „Przysięga”, przeł. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 366.
[2] Tamże, s. 399.
[3] Tamże, s. 5.

„Tropem smoka. Przewodnik po magicznym Krakowie” Mariusz Wollny

Niewielkich rozmiarów książeczka łączy w sobie trzy zasadnicze elementy, które są bliskie memu sercu. Primo, jest Kraków, najpiękniejsze miasto świata (to podkreślenie na naj nie jest bynajmniej przypadkowe, a stanowi bezpośrednie odwołanie do treści książeczki). Secundo, są smoki, na chwilę obecną stanowią moje główne zainteresowanie naukowe (naprawdę!), a imię ich legion. Tertio, autorem całokształtu jest Mariusz Wollny, który napisał mojego ukochanego Kacpra Ryxa.

Na niespełna 140 stronach Autor proponuje spacerek po Krakowie, od Dworca Głównego po Smoczą Jamę, i zaprasza czytelników do wspólnej wędrówki: „Oto jesteście w Krakowie, najpiękniejszym z polskich miast i jednym z najstarszych (…), zresztą tu wszystko jest NAJ, sami się przekonacie”*. I tak prowadzi nas po ulicach Krakowa, szafując anegdotami, pokazując różne smoki i smoczki. Będzie trochę historii – ale nie za dużo, będą legendy, przysłowia i rozliczne fraszki Jana Sztaudyngera („Szczyt krakowskiego zbytku: stanąć tyłem do zabytku”**). Innymi słowy, Kraków w dowcipnej, smoczej pigułce. Można to potraktować jako wstęp do dalszych studiów Krakowo- i smokoznawczych, jako sympatyczną ciekawostkę albo jako scenariusz do zwiedzania miasta. Ja mieszkam w Krakowie dwadzieścia parę lat bez mała i dowiedziałam się sporo nowych rzeczy. A jaką radością było odnalezienie kilku smoków wspomnianych i obfotografowanych na kartach książki!

Mariusz Wollny reprezentuje podejście „Kraków jest naj”, chociaż od czasu od czasu jakąś szpilę miastu wetknie. To podejście może razić nie-krakowian, ale zgadza się z moją linią myślenia. Smocza laurka dla grodu Kraka zyskała moje pełne uznanie!

* Mariusz Wollny, Tropem smoka. Przewodnik po magicznym Krakowie¸ Wydawnictwo Alter, Kraków 2012, s. 5.
** Tamże, s. 5.

„Zoologia fantastyczna uzupełniona (uzupełniona)” Jan Gondowicz

Potworologia stosowana to to, co tygryski (nomen omen) lubią bardzo. Na ślad Gondowiczowego leksykonu-zbioru trafiłam dzięki „Małpom Pana Boga” Parowskiego (które systematycznie, po parę stron, podczytuję) i rozpoczęłam poszukiwania. Szczęściem tym razem Jagiellonka okazała się miłosierna i „Zoologia…” stosunkowo szybko trafiła w moje łapki.

Jan Gondowicz (znany mi głównie z przypisów do Fadiman, ale czuję, że to początek długiej przyjaźni) kontynuuje dzieło Jorge Luisa Borgesa, pisząc jakby drugi tom do „Zoologii fantastycznej” tegoż. Książka Borgesa jest mi nieznana, ale po recenzji Parowskiego z grubsza domyśliłam się, o co idzie – miała być ona „znaczącą, choć fragmentaryczną pochwałą człowieczej fantazji”*. Poznając potwory, wytwory naszej wyobraźni, poznajemy siebie samych, dowodzi Borges. I dowodzi też Gondowicz, wymyślając i wypisując z dzieł różnych całą gamę monstrów.

Będą stwory z Sartre’a (anioł cholery, s. 20-22**), Kafki (latające psy, s. 219-220), a nawet Junga (jezuita, s. 116-117). Kilka słów wtrąci Benedykt Chmielowski – jego „Nowe Ateny” to zaiste skarbnica potworów wszelakich – a także autorzy innych bestiariuszy. Część wypisanych osobliwości, jak mniemam, to wytwór fantazji samego Autora. Do moich faworytów należy niedotkniątko (s. 186) jamniki sześcionożne (jedna z krzyżówek mr Butterblanka, s. 139) i zawodzące jak alarm samochodowy wyjątko (s. 289). Menażeria zaludniająca karty książki jest imponująca. Osobiście żywię duże upodobanie do fantastycznych stworów i przyjemnie jest sobie poczytać o kolejnych bestyjkach, niemniej… nie czuję się oczarowana całokształtem. Nie umniejsza to absolutnie wartości „Zoologii…” – może po prostu oczekiwałam czegoś innego, raczej bardziej dowcipnych zestawień. Nic to.

Na marginesie jeszcze dodam, że książeczka stanowi uzupełnienie do raz już wydanej Gondowiczowej „Zoologii”. I że na przyszłość notuję sobie „oryginalną” „Zoologię…” Borgesa do przeczytania albo chociaż przejrzenia, celem porównawczym.

* Maciej Parowski, „Małpy Pana Boga”, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2011.
** Wszystkie stwory pochodzą z: Jan Gondowicz, „Zoologia fantastyczna uzupełniona (uzupełniona)”, Wydawnictwo Cis, Warszawa 2007

„Skarby królestwa grzmiącego smoka. Tajemnice Bhutanu” Ashi Dorji Wangmo Wangchuck

Bhutan. Co my wiemy o Bhutanie? A wiemy, wiemy. Leży obok Tybetu, bardzo niedostępny, wszystko mają z motywem smoka (od flagi przez herb po nazwy partii), młoda monarchia z dość nietypowym królem plus poziom szczęścia narodowego brutto (ang. gross national happiness) zamiast produktu krajowego brutto*. Nie jest źle – zajęcia z cywilizacji Tybetu i okolic dały radę.

Ale ad rem. Autorka to czwarta żona Czwartego Króla Bhutanu i oczywiście dedykuje mężowi swoje dzieło. Poznajemy po trochu jej życiorys oraz geografię i historię Bhutanu. Książka dzieli się na trzy części: w pierwszej Autorka opowiada o swoim dzieciństwie, w drugiej próbuje oddać mentalność Bhutańczyków, w trzeciej zaś opisuje swoje podróże po kraju. Całość poprzedza krótki rys geograficzno-historyczny i okraszają zdjęcia. Dowiadujemy się na przykład, że Bhutan jest wielkości Szwajcarii, plus minus, i że zamieszkuje go 750 tysięcy ludzi.

Żeby się nie rozpisywać zbytnio – jeśli ktoś chce przeczytać totalną i bezgraniczną laurkę Bhutanu – proszę śmiało. Ashi Dorji Wangmo Wangchuck wychwala swój kraj pod niebiosa, co nie oznacza, że złych stron nie dostrzega, ale jakoś nie rzucają się bardzo w oczy w jej opisie. O ile dwie pierwsze części były całkiem ciekawe, to ta trzecia naprawdę mnie znużyła. Królowa przez kilka lat odwiedzała najbardziej odległe zakątki Bhutanu, wspinając się wąskimi ścieżkami, rozmawiając z tambylcami i nawiedzając świątynie. Po kilkunastu stronach jej wizyty zaczęły mi się mylić, bo wszystko było do siebie dość podobne. Osobiście wolałabym się dowiedzieć, jakim cudem dziewczę ze wsi (razem z trzema siostrami) zostało żoną króla. I bardzo jestem rozczarowana brakiem smoków – doliczyłam się jednej wzmianki, a że smokami zajmuję się naukowo, to intrygowało mnie, dalczego Bhutan nazywany jest „Królestwem Grzmiącego Smoka”. A tu nic. Smuteczek. Ogółem, ani to epicko ciekawe, ani świetnie napisane. Nie polecam – chyba że ktoś naprawdę się lubuje w tym typie książek, jak ja.

* Wieść niesie, że gdy Czwartego Króla Bhutanu podczas jednej z zagranicznych podróży zapytano o PKB Bhutanu, ten – prawdopodobnie nie mając pojęcia, ile wynosi – rezolutnie odparł, że Bhutanie nie mierzy się PKB, tylko szczęście narodowe brutto. Za pomocą siedmiu wskaźników oblicza się konkretną liczbę. Co prawda nie ma porównania z żadnym innym państwem – tylko w Bhutanie mierzy się szczęście. I dla porządku dodam, że Ashi Dorji Wangmo Wangchuck o tym nie pisała zbyt szczegółowo…