Ach, ci wikingowie…

zdjęcie Moce wikingów. Światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych SkandynawówEuropa barbarzyńców – brzmi dumnie, prawda? Popularnonaukowa seria pod tym tytułem, wydawana przez Instytut Wydawniczy Erica, kreśli heroiczne dzieje ludów i początki powstawania państw, które dały nam Europę w dzisiejszym kształcie. Nieraz już mi się zdarzało do serii zaglądać – głównie dzięki bardzo zacnym dziełom Artura Szrejtera – a tym razem czeka nas wyprawa do epoki wikingów, wyprawy śladami niezwykłych przedmiotów i grobowców, z których każdy skrywa fascynującą opowieść: „Moce Wikingów” Continue reading „Ach, ci wikingowie…”

Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy czytałam jakąś powieść Moersa – acz musiało być to dawno temu, w błogich czasach nastoletnich – pamiętam natomiast szczery zachwyt nad światem, który zaludniają trudniące się pisarstwem smoki, znakomicie walczące wolpertingi, przepowiadające przyszłość przeraźnice i masy innych, mniej lub bardziej podejrzanych stworzeń. Niemniej jak Camonia długa i szeroka, nie ma drugiego tak wspaniałego miasta, jak Księgogród. Już sama nazwa znamionuje Raj Ostateczny: metropolia niczym Continue reading „Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?”

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Sigurd smoka pogromił, Szrejter to wszystko opisał

Smoki – są. Bohaterowie pierwszej klasy – są. Sagi – są. Nauka dla ludzi – też. Czyli co? A raczej: kto? Artur Szrejter… i Sigurd!

Tom drugi opowieści o herosach mitów germańskich, zaopatrzony w podtytuł „Sigurd bohater Północy” to kolejna część cyklu o wierzeniach dawnych Germanów. Dumny pochód olbrzymów, bogów, potworów i ich pogromców rozciąga się już od kilku książek – nie mogło w nim zabraknąć popularnonaukowego opracowania jednej z najsłynniejszych historii: historii Sigurda, który pokonał smoka i zyskał dzięki temu sławę, bogactwo… oraz przekleństwo.  Nazywany Fafnisbani, tj. „zabójca Fafnira”, Sigurd z rodu Wölsungów już od V wieku gości w wyobraźni słuchaczy i opowiadaczy, podobnie jak jego starcie ze smokiem, miłosne (i polityczne) perypetie z waleczną Brynhild oraz piękną Gudrun. Przynajmniej w tradycji skandynawskiej (vide choćby „Edda poetycka”, ale nie tylko), bo wersja niemiecka („Pieśń o Nibelungach”, to o to chodzi) mocno różni się od północnych opowieści.

Tak się pięknie prezentują na półce!
Tak się pięknie prezentują na półce!

Sigurd przeszedł długą ścieżkę, od bohatera mitycznego aż po postać rodem z ludowych baśni, a co nowa wersja, to nowe znaczenia. Szrejter raz jeszcze pokazuje, jak składano wiele różnych wersji opowieści – wielokrotnie sprzecznych ze sobą – w jedną mniej lub bardziej spójną całość. Zmiany społeczne, kulturowe i religijne od V do XIII wieku miały czynny wpływ na kształtowanie naszego bohatera: pogromca Fafnira mityczną karierę rozpoczynał prawdopodobnie jako lokalny bohater związany z etosem szamańskim, by później przeistoczyć się w ideał wolnego wojownika, a na koniec podporządkować silnej władzy królewskiej. Tak przynajmniej było w tradycji skandynawskiej, bo „Pieśń o Nibelungach” pokazuje zupełnie inny obraz. Otóż niemiecką wizję Sifrida sponsoruje jasne i wyraźne rozgraniczenie na my/oni, a dokładniej, hasło „u nas, dobrych Niemców, nie ma żadnych smoków i innego podejrzanego tałatajstwa”. Wpływy romansu dworskiego i mentalności chrześcijańskiej zredukowały zabicie potwora i zdobycie skarbu do kilku zwrotek. Biedny smok.

„Sigurd bohater Północy” stanowi dopełnienie tomu pierwszego „Sigurd Pogromca Smoka i inni Wölsungowie”. Zawiera analizę dziejów Sigurda/Sifrida właśnie (ostatniego herosa z rodu Wölsungów) oraz autorskie tłumaczenie całej sagi z całym multum przypisów, taki odpowiednik de luxe zbeletryzowanej wersji, otwierającej tom pierwszy. Szrejter proponuje kilka ścieżek czytania obydwu książek: na przykład zacząć od rzeczonego tłumaczenia, pogłębić wiedzę opracowaniem, a wersję zbeletryzowaną zostawić na deser. Ja czytałam w kolejności chronologicznej, tj. jak się kartki układały, i to też jest bardzo zacny sposób.

Ze Szrejterowych opracowań najbardziej lubię właśnie te mitoznawczo-kulturoznawcze (bom z tej dziedziny najstaranniej kształcona), ale niezależnie od tematu, imponuje mi erudycja Autora, ogrom zaplecza źródłowego (i nie mówię tu tylko o tekstach pisanych, ale choćby i o wykopaliskach), jak również umiejętność podania rzeczy w popularnonaukowym sosie. To wszystko składa się na solidną księgę (jakby powiedziała to moja znajoma ekspertka od wikingów i broni każdej, „solidną knigę”), która spodoba się i miłośnikom sag tudzież germańskich wierzeń, i tym zainteresowanym przemianami mitu, i miłośnikom smoków. Czyli mnie.

PS. Stosowne skrzynie podziękowań (ale bez klątw, jakimi bywają obciążone skarby), posyłam wydawnictwu Erica oraz samemu Autorowi za dedykację!

Błogie baśniowe ukontentowanie

Od jakiś dwóch miesięcy ogromnie cniło mi się za jakąś tłusta fantastyczną książką, taką, co wciągnie w świat, zachwyci bohaterami tudzież fabułą i pozostawi uczucie błogiego ukontentowania, jak po trzech talerzach rosołu w mroźny dzień. Panie, panowie, dlaboga. Naomi Novik to jest jedyny słuszny kierunek. A konkretniej, „Wybrana”, którą planowałam kupić na krakowskich Targach Książki, ale myszkovska obiecała mi pożyczyć (przy naszych podróżach na linii Kraków-Warszawa wiele książek zmienia tymczasowych właścicieli). Teraz już właściwie nabrałam pewności, że chcę mieć własny egzemplarz.

Ale o co chodzi, zapytacie. Otóż chodzi o Bór, niebezpieczne skupisko dziwacznych drzew i  potworów między królestwami Polnii i Rusji. Bór, niczym świadomy i niebezpieczny wróg, pochłania kolejne osiedla, zsyłając szaleństwo na ludzi i skażenie na plony. Mieszkańcy wiosek leżących na skraju Boru nie chcą jednak opuszczać swoich domów, wierząc w opiekę, którą zapewnia im potężny czarodziej zwany Smokiem. Raz na dziesięć lat Smok wybiera z owych wiosek dziewczynę, którą zabiera do swojej wieży – krąży dużo mniej lub bardziej wybrednych plotek o charakterze służby w domostwie Smoka, ale wiadomo jedno: czarodziej preferuje osoby niezwykłe, wyróżniające się w lokalnej społeczności. Gdy zbliża się kolejny rok wyboru, wszyscy mieszkańcy są przekonani, że tym razem do Smoczej wieży trafi wielkiej urody Kasia, od dzieciństwa szykowana do tej służby. Najbardziej niepocieszona tym faktem jest jej najlepsza przyjaciółka, Agnieszka, dziewczę dość roztrzepane, o niebywałym talencie do tytłania się w błocie i darcia każdej sztuki odzieży. Nie muszę mówić, że Smok w umówionym dniu dokonuje zupełnie nieoczekiwanego wyboru…

To zaledwie zalążek tej niezwykłej opowieści, bo nie chodzi li i jedynie o historię krnąbrnej wieśniaczki, która trafia do czarodziejskiego domostwa. O nie. Agnieszka uruchomi (mniej lub bardziej świadomie) całą lawinę zdarzeń, która poprowadzi czytelników do stolicy królestwa, Kralii, otrze się o politykę międzynarodową i widmo wojny, a przede wszystkim – pozwoli odkryć tajemnicę Boru. Skądinąd, ten niepokojący, wynaturzony las nieodmiennie przywodził mi na myśl Strefę X — ale tu konwencja jest diametralnie inna, baśniowość zawieszona gdzieś w pół drogi między opowieściami o Babie Jadze a klimatem w stylu Ursuli Le Guin. Naomi Novik, zrodzona z matki Polki, wychowała się na polskich baśniach i wielkiej fantastyce pióra Tolkiena i to jej wychowanie widać w „Wybranej”.

Gdzieś po trzydziestu stronach przepadłam totalnie. Wszystko w tej książce jest. Magia i czarownice i księgi i zaklęcia i quest i niezwykłe stworzenia i miłość taka niełopatologiczna i smok nawet. A właściwie Smok.

A, co mi tam, idę sobie jeszcze raz przeczytać zakończenie.

PS. Dzięki, myszkovsko.
PPS. Oklaski dla tłumacza, Zbigniewa Królickiego, który przełożył „Wood” jako Bór.
PPPS. I jeszcze film będzie!

Mój ty herosie, czyli rzecz o Wölsungach

Zdarzyło mi się już nieraz rozpływać nad książkami Artura Szrejtera – stanowią wyważoną kombinację rzetelnie przedstawionych faktów historycznych i luźno-gawędziarskiego stylu narracji. Modelowy przykład literatury zwanej popularnonaukową. Po rajzie księcia Racibora (czyli bracia Słowianie dają po garach braciom Wikingom) oraz dziejach Słowian Połabskich (czyli wojenko wojenko) przyszedł czas na temat znacznie bliższy Malitowemu serduszku: temat superbohatersko-smoczy.

„Herosi mitów germańskich” to, jak głosi podtytuł, opowieść o Sigurdzie pogromcy smoka i innych Wölsungach (jeśli komuś dzwoni w głowie Zygfryd tudzież Nibelungowie, a w tle gra Wagner, to zdecydowanie dobry kierunek). Dokładniej: studium tego, jak opowieści o wielkich bohaterach zmieniały się pod wpływem rozmaitych przemian społecznych, politycznych, gospodarczych czy światopoglądowych.

Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.
Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.

Rzecz zaczyna się od samej sagi o Wölsungach, zbeletryzowanej przez Szrejtera – polecam czytać na głos, albo chociaż pod nosem, klimat prawie jak przy ognisku i opowieści bajarza. Potem następuje właściwe opracowanie sagi (rozbite na dwa tomy, dodajmy), w którym śledzimy historie konkretnych bohaterów, ich rozwój, rozplątujemy niejasności i sprzeczności, odkrywamy źródła takich czy innych rozwiązań fabularnych (zginął przez wodę/alkohol? Boska kara za wykroczenia na tle seksualnym!).
Mój ulubiony wątek rozważań to zdecydowanie mityczny proces grabieży. Otóż młodsi herosi „ograbiają” antenatów z walecznych czynów, czyli na przykład czyny Sigmunda z pierwotnej wersji opowieści w nowej wersji zostają przypisane Sigurdowi, synowi Sigmunda. Jak pisze Szrejter, wszystko dlatego, że „w legendzie ważniejsza od »prawdziwej« historii jest typowość czynu, a na drugi plan schodzi osoba, która go dokonała”*. Innymi słowy, wielkie dzieła Bardzo Dawnych Bohaterów transportuje się do biografii Bohaterów Nieco Nowszych – bliższych słuchaczom i bardziej dostosowanych do ich czasów. I jeśli Wam się wydaje, że są to herosi niepokalani, którzy ratują damy w opresji, nie kalają swojego honoru najmniejszą nawet przewiną, całują dzieci w czółka i nigdy nie przeklinają przy stole – niestety. Wölsungowa ekipa to dranie, mordercy, kazirodcy, dzieciobójcy, kłamcy… ale i tak ich kochamy.

Sigi, Wölsung, Sinfjötli (mój ulubieniec, ten to dopiero był szalony), Sigurd i inni zapisali się w sagach złotymi głoskami – czy raczej kapiącymi krwią. Szrejter analizuje tradycję skandynawską, niemiecką i anglosaską wymienionych opowieści, tropi pozostałości dawnych wierzeń, od olbrzymów po szamanów, pokazuje przemiany ideologiczne. Wszystko, jako się rzekło, podane w popularnonaukowym sosie, zarówno wizualnie (brak przypisów), jak i stylistycznie – to bardziej gawęda niż cokolwiek innego. Jedyna rzecz, która mi trochę zgrzytała, to ilość wtrętów splatających książkę w całość (mam na myśli zwroty w stylu „o tym pisałem w rozdziale trzecim”, „o tamtym będzie mowa przy okazji biografii Rerira”) – momentami było ich po prostu za dużo. Co nie zmienia faktu, że erudycyjno-dowcipno-luźny styl Szrejtera i jego podejście do tematu zasługują na oklaski.

[tl;dr] Artur Szrejter trzyma poziom. Wysoki. A ja czekam na tom drugi.

PS. Dziękując Autorowi za książkę – i za dedykację!

* A. Szrejter, Herosi mitów germańskich, wyd. Erica, Warszawa 2015, s. 133.

Dlaczego uwielbiam fantastykę.

Już od dłuższej chwili obiecywałam opowieści o „Ziemiomorzu”, ale potoczyło się tak, że opowiem inaczej: trochę więcej, trochę ogólniej – o fantastyce.  I o tym, co lubię w niej najbardziej, czyli o kreacji świata przedstawionego. Będzie zatem wodzenie palcem po mapie, odtwarzanie trasy podróży bohaterów (quest od małej wioseczki do Miejsca Przeznaczenia, wiecie, o co chodzi), zachwyt nad drobnymi szczegółami, które same w sobie nic do fabuły nie wnoszą, ale spajają historie w pełnokrwiste całości.

Dlatego uwielbiam Harry’ego Pottera, całe Rowlingowe magiczne uniwersum jest dla mnie fenomenalnie skonstruowane (i drobiazgi w stylu reklam podczas finału mistrzostw świata w quidditchu: „Błękitna Butla – miotła dla całej rodziny!”).

Dlatego żywię szacunek do rozmachu (epickiego, a co!), z jakim Tolkien nakreślił całe legendarium Śródziemia. W moim przypadku to szacunek nabożny, niekoniecznie wszechwiedza – ale znam takich, którzy geografię Ardy mają w małym palcu, albo mogą oglądać trylogię Jacksona bez napisów, tłumaczących dialogi w sindarinie (myszkovska do raportu!).

Dlatego zachwycam się wyobraźnią Chiny Mielville’a, który potrafi wykreować świat przedziwny: zwłaszcza mam tu na myśli zwłaszcza Bas-Lag i jego multum ras, jedna obrzydliwsza i cudaczniejsza od drugiej (Toromorze także miało potencjał, właśnie w kwestii uniwersum).

Dlatego przepadam za Światem Dysku z jego intertekstualnym dowcipem, sielankowym Lancre i tętniącym życiem Ankh-Morpork. Gdzież indziej będzie tyle uroczych i turbo inteligentych nawiązań do Szekspira („Trzy wiedźmy” <3), do Gastona Leroux (upiór straszący w operze, czyli „Maskarada”) czy do starego dobrego Bożego Narodzenia (mój najulubieńszy „Wiedźmikołaj”).
I salute you, sir Terry. Teraz i zawsze.

Szczerbatek i Le Guin
Takie książki tylko z odpowiednimi zakładkami – arcyuroczy Szczerbatek, hand-made by najlepszy akademicki sidekick!

Last not least, jak to mówią Anglicy – dlatego też na nowo zachwyciłam się Ziemiomorzem. Moje pierwsze spotkanie z Ursulą Le Guin miało miejsce chyba jeszcze pod koniec podstawówki i było to zdecydowanie za wcześnie. To znaczy, połknęłam „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, ale bezrefleksyjnie, prawie nie pamiętałam, o co chodzi – jakiś tam Ged, jakieś tam wyspy, a, chyba były też smoki… wiecie, jak jest. Kiedy zatem ukazało się wielkie, zbiorcze wydanie wszystkich historii, pomyślałam sobie – a, to może spróbuję jeszcze raz. Pomyślałam i na tym zakończyłam. Dopiero niedawno w moje łapki wpadło rzeczone wydanie, grubaśne, piękne – i wtedy przepadłam. Żeglując do najdalszych wysp, za którymi tylko bezkres wód, wędrując tunelami grobowców Atuanu, słuchając rozmów ze smokami. To jeden z tych światów, do których chce się wracać wciąż i wciąż.

I właśnie dlatego uwielbiam fantastykę.

PS. Dziękując Ethlenn za pożyczenie „Ziemiomorza” w wersji pięknej i grubej.