Zapisane w wodzie głębokiej

Jakoś ominął mnie szał zaczytywania się „Dziewczyną z pociągu” Pauli Hawkins, bogatsza jestem tylko o ekranizację (film sam w sobie dobry, nie powiem). Więc kiedy gruchnęła wieść, że „Zapisane w wodzie”, że nowa powieść autorki bestsellera, że będzie, że rychło, że uwaga, pomyślałam sobie „no, to przeczytam bez porównywania”. Więc przeczytałam. Na dwa Continue reading „Zapisane w wodzie głębokiej”

Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici

Mechanizmy działania ludzkich wspomnień to świetny temat na powieść sensacyjną – widzieliśmy to już przy okazji „Mama kłamie” Michela Bussiego. Rumuński pisarz E. O. Chirovici też podejmuje ten wątek, a zainspirowały go własne wspomnienia… czy raczej, wyobrażenia o nich. Otóż pisarz był przekonany, że w dzieciństwie uczestniczył w pogrzebie młodego piłkarza z okolicy i doskonale „pamiętał” otwartą trumnę i piłkę na piersi zmarłego. Niemniej, rodzina uświadomiła go, że nie ma prawa pamiętać ceremonii, bo był za mały, żeby go zabrać na cmentarz. Czyli wspomnienie musiał sobie wymyślić. I tak oto pomysł zaczął kiełkować, a zaowocował  „Księgą luster”, Continue reading „Lustra wykrzywiające wspomnienia, czyli Chirovici”

Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson

Niedawno, primaaprilisową porą, przedstawiałam Wam rozkosznie absurdalną i bawiącą się z kolejnymi metapoziomami książkę Brandona Sandersona o Alcatrazie Smendrym (kto nie czytał, proszę za mną). Ostatnio faktycznie dużo zdarzyło mi się Sandersonowych rzeczy przyjąć, łącznie z opowieścią graficzną pt. „Biały Piasek” z uniwersum Cosmere, ale teraz pora na obiecany Legion. Dosłownie, jako się rzekło.

Otóż Stephen Leeds, zwany Legionem, Continue reading „Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson”

Joel Dickër, opowiadacz doskonały

Pamiętacie „Prawdę o sprawie Harry’ego Queberta”? Że marudziłam ponad rok, zanim się zabrałam, ale jak już się zabrałam, to poszło błyskawicznie? Przy kolejnej książce Joela Dickëra już nie marudziłam,  wręcz przeciwnie: przy pierwszej możliwej okazji rzuciłam się na „Księgę rodu z Baltimore”, słusznie oczekując podobnych wrażeń. Bynajmniej się nie zawiodłam – drugie spotkanie z Dickërem i jego bohaterem, pisarzem Marcusem, wypadło Continue reading „Joel Dickër, opowiadacz doskonały”

Mama kłamie, czyli Michel Bussi

bussi.jpgPowieściami Michela Bussiego od jakiegoś czasu zaczytują się Mama-Malita i Tata-Malita, a ja wciąż i wciąż obiecywałam, że rychło się zabiorę. Bussi, jeden z najpopularniejszych ostatnimi laty francuskich pisarzy, specjalizuje się w powieściach detektywistycznych, a jego sensacyjne w klimacie książki nie schodzą z list bestsellerów. Co ciekawe, jest również politologiem i profesorem geografii na uniwersytecie w Rouen, zajmuje się zwłaszcza geografią wyborczą. W Polsce, jak dotąd, ukazało się pięć jego książek, z czego najnowsza – „Mama kłamie” wydawnictwa Świat Książki – trafiła do księgarń w połowie lutego. Ja zaczęłam właśnie od tej najnowszej, i powiadam Wam, oderwać się nie szło!

Zastanówcie się, jakie jest Wasze najwcześniejsze wspomnienie? Continue reading „Mama kłamie, czyli Michel Bussi”

Bostoński Ogród Kości, czyli Tess Gerritsen

Pamiętacie, jak w wakacje podczas jazdy pociągiem zaczytywałam się Tess Gerritsen? Podróż minęła nie wiadomo kiedy, a ja musiałam wysiąść, zanim doczytałam ostatnie trzydzieści stron. Oderwać się nie szło! Szczęśliwie wkrótce potem Ania, najlepszy sidekick akademicki ever, zaprowadziła mnie do całej półeczki z powieściami Tess w oryginale i zapytała niewinnie, czy może bym jeszcze coś chciała. Pewnie, że chciałam! Wybrałam „The Bone Garden” i Continue reading „Bostoński Ogród Kości, czyli Tess Gerritsen”

Fryzjer damski na tropie, czyli absurdy u Mendozy

Jeśli idzie o Mendozę, to doświadczenia mam dwojakie: po pierwsze, dużej zacności „Walka kotów”, czyli Madryt lat 30-tych, obraz Velázqueza, intrygi polityczne i szczypta romansu. Po drugie, „Przygoda fryzjera damskiego”, czyli jedna z części cyklu o damskim fryzjerze, najgorszym detektywie świata (tak, wiem, że czytam od środka całokształtu, brawo ja). Gdyby ulokować obydwie pozycje na jakieś ogromnej liście the best of Malita, to ta pierwsza plasowałaby się lata świetlne przed tą drugą – z prostej przyczyny, powieści historyczne pełne intryg lubię bardziej niż pastisze. Nie zmienia to faktu, że gdyby w skrzynce odnalazłam przepremierowy egzemplarz piątego tomu przygód damskiego fryzjera, postanowiłam dać mu (i fryzjerowi, i Mendozie) jeszcze jedną szansę w tej kwestii.

Tym razem idzie o ciało topmodelki, Olgi Baxter, znalezione w pewnym ogródku. Nasz bezimienny bohater-fryzjer, wyłuskany z ośrodka dla umysłowo niepełnosprytnych, zostaje najpierw poproszony o rozwikłanie pozornie błahej sprawy zaginionego psa, tylko po to, by nagle stać się głównym oskarżonym w sprawie śmierci Olgi. W toku tejże sprawy co i rusz ucieka, odnajduje rzeczonego psa, zaprzyjaźnia się z transwestytą panną Westinghouse i pożycza od niej (niego?) stroje (męskie, nie damskie) oraz staje się regularnym gościem Casa Cecilia, kuchnia riojańska. Korowód dziwacznych postaci ciągnie się za nim w te i wewte, przybliżając i/lub oddalając naszego bohatera od Ostatecznego Rozwiązania. Oczywiście, nie idzie tu bowiem tylko o śmierć topmodelki, ale o spiski, sekretne organizacje i przejęcie władzy nad światem (a przynajmniej nad okolicą) – i tylko demaskując od lat skrywane tajemnice hiszpańskiego półświatka nasz fryzjer będzie mógł dowieść swojej niewinności.

Absurdy dwoją się i troją w absurdalnym – nomen omen – tempie, a najbardziej spektakularnym z nich jest głosowanie na Pewnej Tajnej Nardzie, gdzie wszyscy są za, wszyscy są przeciw i jednocześnie wszyscy wstrzymują się od głosu (i wszystko jest absolutnie zgodnie z protokołem, dodajmy). Choć, jako się rzekło już w przypadku poprzedniej opowieści o fryzjerze, nie jest to „mój” typ humoru, to jednak ze strony na stronę bawiły mnie nawet nie tyle te absurdy, ale to, do jakiego stopnia Mendoza pociągnie tą groteskowość. Nie można odmówić mu też erudycji, co to, to nie – intertekstualnie załapał się między innymi profesor Higgins, Dasein i Martin Heidegger.

Z tym, że bawiło mnie to mniej więcej przez pół książki, a konkretniej, przez część pierwszą – potem zaczęło nużyć. Skądinąd część druga, która dzieje się kilkanaście lat później, została doklejona w mało sensowny sposób; mam wrażenie, że to było jak poszukiwanie ostatecznej bezsensowności, na zasadzie: co by tu jeszcze dołożyć, żeby było jak najbardziej odjechane… Tytułem stylistycznym dodam jeszcze, że choć, jak wspomniałam, erudycja i nawiązania intertekstualne na pięć plus, to jednak parę czysto językowych rozwiązań wprowadzało mnie w stan prawdziwej irytacji, a zwłaszcza pojawiająca się co parę stron konstrukcja „już to, już to” (przykładowo, za stroną 96, „w pękatej torbie obok próbek i folderów reklamowych nosił pończoch, skarpetki, neseserek z przyborami toaletowym wszelkiego rodzaju, perukę i zestaw sztucznych wąsów, wszystko to w celu składania wizyt swym klientom już to jako mężczyzna, już to jako kobieta”). Nie wiem, czy to ulubiony zwrot Mendozy, czy tłumaczki, ale na pewno nie mój.

Ergo. Jeśli zatem idzie o Mendozę, to podtrzymuję –  powieści na poważnie: tak, powieści na mniej poważnie: jednak dziękuję.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
PPS. Ale okładki ta seria to ma wyjątkowo udane.
PPPS. Warto wpisać w kalendarz: 4 października Mendoza w Polsce!