Antropologiczne zalecenia, czyli znów Le Guin

Głęboko i święcie wierzę w to, że gdyby na większości studiów humanistycznych dodać beletrystykę do lektur obowiązkowych, to wyszłoby to na dobre wszystkim zainteresowanym. Ot, przeczytać solidną powieść historyczną w ramach zajęć z kultury średniowiecza i później skonfrontować to z faktycznym przebiegiem dziejów. Przestudiować jakiś problem prawny na podstawie współczesnej powieści psychologicznej z trudnym procesem w tle (na przykład, „W imię dziecka”). Tak, wiem, trochę by to wydłużyło zajęcia i sylabusy, ale hej, po to chodzimy na studia, żeby dużo czytać, prawda? Mniejsza o to. Najważniejszy na chwilą obecną jest fakt, że wszystkim celującym w antropologię zaleciłam zdrową dawkę dzieł zebranych Ursuli K. Le Guin. Zwłaszcza Continue reading „Antropologiczne zalecenia, czyli znów Le Guin”

My, pielgrzymi z Hyperiona. Dan Simmons.

Jeszcze w pięknych czasach sierpniowo-wakacyjnych zdarzył mi się wyjazd, z którego wróciłam z całą listą poleconych książek. Listę ową powoli przerabiam, błogosławiąc Jagiellonkę za przepastne zasoby. Kolejną pozycją na liście okazał się „Hyperion” Dana Simmonsa, kultowa już powieść otwierająca cykl „Hyperion Cantos” (były nagrody, były wyróżnienia, Hugo, Locus i inne takie). Samego Simmonsa znałam już z jego nowszej powieści, „Drood”, mroczno-prześwietnej książki nurzającej się w czasach Dickensa. Sam „Hyperion” kołatał mi się po głowie jako Continue reading „My, pielgrzymi z Hyperiona. Dan Simmons.”

Dzieła zebrane #9

Aż się zatrwożyłam, wpisując powyższą cyferkę do tytułu — dopiero dziewiąte?! Ale nic to, nadrabiam za to potrójnymi Dziełami Zebranymi i rozrzutem tematycznym. Wszak na tym ten cykl polega: na aplikowaniu rozmaitych wrażeń okołoksiążkowych w formie krótkiej.

Primo, „Spotkanie z Ramą” Arthura C. Clarke’a. Z wszystkich fantastyczno-naukowych książek chyba najbardziej lubię opowieści o Pierwszym Kontakcie (vide „Arsenał”, chociażby). Jak bardzo obcy może być… obcy? Nie chodzi bowiem o zielone ludziki z czułkami, tylko o spotkanie z kimś, z czymś, co trudno sobie nawet wyobrazić. A są tacy pisarze, którzy potrafią nie tylko wyobrazić, ale zasiąść i tę wyobraźnię przelać na papier. Na papierze mamy zatem obcy obiekt, nazwany Ramą, który w 2131 roku nieoczekiwanie pojawia się w Układzie Słonecznym. Olbrzymi walec, pusty w środku, okazuje się pierwszym prawdziwym gościem z gwiazd – a na spotkanie z nim wyrusza kapitan Norton i załoga „Śmiałka”. W najśmielszych snach nie przypuszczają, co zastaną w środku…
Niby nic się nie dzieje, a wszystko się dzieje – mój Pierwszy Kontakt z prozą Clarke’a z pewnością nie był ostatni!

Secundo¸ „Idź, postaw wartownika” Harper Lee. O powstaniu sequela słynnego „Zabić drozda” było bardzo głośno, a ja – przyznaję bez bicia – pozostawałam trochę nieufna. Właściwie nawet nie planowałam się rzucać na nową powieść Harper Lee, ale okoliczności zmieniły moje podejście. Otóż pojechałam do stolicy na egzamin, celowo nie biorąc ze sobą żadnej książki – wszak w drodze „do” będę się uczyć, w drodze „z” spać lub plotkować. Myszkowska, jak to usłyszała, po prostu przyniosła mi książkę na drogę powrotną. Więc, jakby co, trasa Warszawa-Kraków wynosi nieco ponad „Idź, postaw wartownika”. Pochłonęłam jak gąbka. Historia Jean Louise, zwanej Skautem, która powraca do rodzinnego Maycomb, jest gorzka, przykra, a jednocześnie nosi w sobie niepojęty ładunek trudnego piękna.

Tertio, „Kapłanki, amazonki i czarownice” Jadwigi Żylińskiej, czyli zbiór opowiadań z czasu wielce dawnych (jak głosi podtytuł, „Opowieść z końca neolitu i epoki brązu 6500-1150 p.n.e.”). Tchnący nostalgią powrót do znanych historii: Ariadny, Medei, Amazonek, które okazują się być kapłankami czy czcicielkami kultu starszego niż mury kreteńskiego Knossos. A wszystko zaczyna się od pradawnego Miasta-Ula, gdzie w świetle luny dwurożnej odprawiano obrzędy ku czci Wielkiej Bogini. Zdecydowanie opowieści, które mają w sobie to „coś”.

PS. To dzieła zebrane pożyczone: za spotkanie z Ramą dziękuję Ethlenn, za powrót do Maycomb, Alabama myszkovskiej, za opowieści starożytne przepastnym archiwom Biblioteki Jagiellońskiej.

Dzieła Zebrane #6

Uciekam się ponownie do formy krótkich książkowych przemyśleń, gdyż przeczytałam ostatnio dwie rzeczy, nad którymi rozwodzić mi się nie sposób, ale wspomnieć warto. Ergo, mała dawka fantastyczna i mała dawka… niewiadomoczego.

„Kosmiczne ziarna” Wawrzyniec PodrzuckiPrzemyślenie numer jeden – nt „Kosmicznych ziaren”, czyli drugiego tomu trylogii „Yggdrasill” Wawrzyńca Podrzuckiego – reprezentuje klasyczny mój dylemat. Jak ładnie opowiedzieć o drugiej części czegokolwiek tym, którzy nie czytali pierwszego, a jednocześnie nie nudzić  tych, którzy owszem tom pierwszy już przyjęli? No jak? Z drugim tomem ponadto bywa tak, że gdy już się wprowadzi czytelnika w świat i minie pierwszy zachwyt nad kreacją uniwersum, to akcja musi się mocno bronić, żeby ten czytelnik nie strzelił focha. Zachwyt nad Drzewem, Rzeką i całym konceptem Podrzuckiego już wyraziłam, spieszę donieść, że i akcja się nadal broni, ruszam w kierunku tomu trzeciego. Ciąg dalszy nastąpi.

Przemyślenie numer dwa wymaga wstępu. Otóż już nieraz rozwodzono się nad powieścią Donny Tartt, co to jej imię „Szczygieł”. Też planuję, ponoć papierowy egzemplarz będzie czekał na mnie po drugiej stronie oceanu, przyjdzie i czas na niego. Clue sprawy jest takie, że zza tegoż oceanu Mama Malita podczas plotek na Skypie zapytała, czy w tym moim okolicznym antykwariacie nie ma będzie aby debiutanckiej książki Tartt, bo trudno ją dostać w innych okolicznościach, a bardzo ją chwalą. Wybrałam się zatem znów – jakby mi trzeba było zachęty – do Wantage Books i zapytałam uroczej Japonki, czy mają Donnę Tartt. „Proszę sprawdzić pod T”, zasugerowała mi. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony, gdy pierwszą książką, jaka znalazła się na półce pod „T” było właśnie „The Secret History”.

Sterany egzemplarz i znaleziona zakładka,czyli bilet wstępu na wystawę

Owa sekretna historia dotyczy szóstki przyjaciół – hmm, pokrewnych dusz? – z pewnej elitarnej amerykańskiej uczelni. Otóż owi przyjaciele zajmują się razem klasyczną grecką literaturą i greką samą w sobie, tworząc zamkniętą a dość dziwaczą grupę. Rzecz otrzymujemy w wersji wspomnieniowej jednego z panów, a zaczyna się od wielkiego bum, czyli od zbrodni. Od tego, jak piątka przyjaciół zamordowała szóstego. Całość układa się dalej jako wytłumaczenie tegoż morderstwa – jak to ładnie się w języku Szekspira, nie whodunit, ale whydunit.

Nic mi się w tym nie podobało. Nie przeczę, napisane jest to przyzwoicie, ale ani fabuła, ani postaci, ani całe wielkie wytłumaczenie morderstwa, ani zakończenie – nic mi nie leżało. Troszku zmusiłam się, by skończyć, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych rzeczy, ale czytelniczy absmak ciąży na duszy. Wciąż czekam na „Szczygła”, ale teraz z dużą dozą ostrożności.

Gdzie Drzewo, gdzie Rzeka

Wawrzyniec Podrzucki - Uśpione archiwum (wydanie poprawione)Pamiętacie Book Rage? Otóż pośród różnej maści książek stamtąd pobranych znalazła się także trylogia „Yggdrasil” Wawrzyńca Podrzuckiego, z pierwszym tomem w wersji poprawionej. Hard science fiction nie należy do najbardziej hołubionych przez mnie gatunków, co prawda, ale raz na czas jakiś chętnie przyjmuję dawkę. Pod warunkiem, że dobrej jakości.

Oto i niewielkie miasteczko Keshe w segmencie New Cheshire, oto i funkcjonariusz Thomas Farquahart, młody zdolny zastępca kesheńskiego konstabla. Oto i klasyczny quest, z odkrywaniem wielkiego sekretu i obowiązkową damą (choć nie tak bardzo klasyczną). Powiew hard sf zapewnia natomiast scena, na której rzeczony quest się odbywa. Gigantyczna nanostruktura Drzewa, które od wieków służy jako dom dla tysięcy ludzi i dziesiątek kultur, kryje w sobie wiele tajemnic. I nie chodzi tylko o samą strukturę biologiczną, wszędobylski żywogrunt otulający macierz i niedostępny żywoskłon – raczej o genezę Drzewa, bo to wiedza skomplikowana i niebezpieczna. Może też okazać się niezbędna, jako że szykują się wielkie zmiany i nikt nie wie, co one przyniosą. Zatem Gerhard von Klosky, Vlad Karawaniarz i sam Thomas ruszają w podróż na Dół, na wpół mityczny i nieskończenie wielki, by zdążyć na wyznaczone spotkanie… i przy okazji nie dać się zabić, bo przeszkody na drodze do sukcesu – w osobie fanatyków religijnych czy świadomych wytworów Drzewa – mnożą się w tempie zastraszającym.

Jakiś czas temu rozpływałam się nad kreacją uniwersów, nad światami stworzonymi, których autentyczność przekonuje mnie czasem bardziej niż najlepiej skonstruowana fabuła. Wawrzyniec Podrzucki, pisarz i mikrobiolog, kreśli właśnie taki świat (co nie oznacza, że fabuła niedomaga). Kreśli go z rozmachem, z pomysłem, z uzasadnieniem naukowym, z wszystkim, czego trzeba. Łącznie z interesującym, nazwijmy to, doborem imion (tylko nazwisko „von Klosky” za każdym razie budziło we mnie uczucie bardziej meh, niż jakiekolwiek inne). Wybaczam nawet zwyczaj nazywania Rzeczy Z Dużej Litery, to właściwie ma sens w tym przypadku (nie mówiąc o tym, że Yggdrasilowe potężne Drzewo, Rzeka i Las uruchomiły mi ciąg skojarzeń prowadzący prosto na Pandorę, jeden z czternastu księżyców planety Polifem).

Jeśli brzmi to zaplątanie i enigmatycznie, to uspokajam, tylko brzmi. „Uśpione archiwum” to jedna z tych książek, które najlepiej odkrywać osobiście, bo wszystkie próby wytłumaczenia, o co tak naprawdę chodzi, mogą zepsuć połowę uciechy. Proszę iść odkrywać.
A-ha, wspomniałam, że to trylogia, prawda?
*biegnie po drugi tom*

PS. Gdy pisałam ten tekst, iTunes, nastawione na tryb „random favourite”, wypluło mi w głośniki ten utwór. Przypadek? Nie sądzę.
PPS. Drzewo w wizji Autora wygląda o tak.

Book Rage Megahicle

„Arsenał” Marek OramusOstatnio, dość przypadkiem, trafiłam na stronę Book Rage – konceptu naprawdę prześwietnego. Cała rzecz polega na tym, że raz na dwa tygodnie pojawia się nowy pakiet książek do nabycia (a dokładniej, pakiet ebooków). Uiszcza się dowolną kwotę i można zassać na czytnik kilka lektur. Część funduszy wędruje do zespołu Book Rage, część do organizacji pożytku publicznego (vide Fundacja Nowoczesna Polska), a reszta do samych autorów. Trafiłam na stronę, zobaczyłam pakiet („Oblicza przyszłości”), nabyłam, ściągnęłam, rzuciłam się do czytania.

Na pierwszy ogień poszedł, nomen omen, „Arsenał” Marka Oramusa. Nazwisko to już od dawna kołatało się w pamięci (m.in. dzięki Maciejowi Parowskiemu et alii), ale właściwych dzieł jeszcze nie było okazji poznać. Wreszcie nadszedł ten moment, ale to było raczej z gatunku „wiem, kto pisze, nie mam pojęcia, o czym”. Czasem zdarza mi się czytać coś kompletnie bez przygotowania – to znaczy, nie znając zarysu fabuły, domyślając się zaledwie ogólnego kierunku (uhm, sf) – i jest to ciekawe doświadczenie.

Powoli zatem odkrywałam, o co chodzi. A chodzi o Pierwszy Kontakt. Chyba. Chyba, bo sami zainteresowani długo nie są tego pewni. Niemniej, zacznijmy od początku – otóż statek Megahicle wyrusza na misję badawczą na orbitę Jowisza, a z nim – czy raczej: na nim – trochę randomowo dobrana załoga (choć psychotesty przeszła w stopniu zadowalającym). Wśród nich Adam Nyad, nadworny błazen tudzież znakomity technik, który w epickim nadęciu misji widzi głównie żenującą sztuczność. Jego brak dopasowania w końcu doprowadzi do ostracyzmu ostatecznego – co się równa wpakowaniu do anabiozera i uśpieniu do czasu powrotu na Ziemię. A przynajmniej tak by się wydawało: bo w międzyczasie „Megahicle” napotyka na swojej drodze bliżej niezidentyfikowany obiekt, tytułowy Arsenał. Niby obłok pyłowo-gazowy, ale wysyła ciepło i coraz bardziej się zbliża. Uśpiony Nyad okazuje się być ostatnią deską ratunku dla członków załogi, a zachowanie zdrowego rozsądku w obliczu nieznanego największą trudnością…

Mogłoby się wydawać, że im bardziej odjechana w koncepcjach science fiction, im nowsza i bardziej uaktualniona technologicznie, im bardziej wymyślne i wydumane zaplecze naukowo-sprzętowe posiada, tym lepiej. Nic podobnego. Dobra sf się nie starzeje – a „Arsenał” liczy sobie trzydzieści lat bez mała. Obcość innego, tak odmienna, że aż wwierca się w umysł, próba porozumienia, gdy wspólnych płaszczyzn nie ma wcale, konsekwencje tych prób na poziomie mikro i makro – och, czyta się jednym tchem. Może tylko abstrakcyjne wizje, jakie nawiedzają Nyada za sprawą Arsenału, czasem zanadto pięły się w fantazmatowe przestrzenie. Sam pyskaty Nyad momentami przypominał mi Marka Watneya z „Marsjanina” (choć powinno być odwrotnie, Weir pisał lata po Oramusie) – podobny poziom sarkazmu i błazeństwa. I okoliczności przyrody też całkiem podobne, minus wielka, obca kula gazu.

A zakończenie… och, zakończenie.
Proszę iść czytać.
I uważać na podróże w kosmos.

Dzieła zebrane #1

Wpis roboczy, będący teaserem noworocznym i jednocześnie zestawem krótkich impresji, najwyraźniej Wam się spodobał, więc schemat ów będę wcielać w życie nieco częściej. Jakoś tak się zdarza, że niektóre lektury najłatwiej mi opisać w kilku zdaniach jasnego przekazu, inne z kolei wymagają długiego objaśnienia albo zachwytów rozdystrybuowanych na odpowiednią ilość akapitów. Więc niniejszym inauguruję cykl „Dzieła zebrane” – czyli wpisy zbierające pigułki książkowe.

„Zemsta czarownicy” Joseph DelaneyPrimo, „Zemsta czarownicy” Josepha Delaney’a. W tym wypadku postanowiłam wprowadzić w życie zasadę „najpierw książka, potem film”. Oto zatem Thomas, uczeń stracharza (taki, no, wiecie, wiedźmin trochę), wstępuje do terminu i poznaje mroczny fach pogromcy boginów, czarownic i innych upiorów. Miła rozrywka na jeden (krótki) wieczór, acz nie sądzę, bym się miała kontynuować przygotę z Kronikami Wardstone. A ekranizacja, cóż, reprezentuje typ trzeci z Malitowej rozpiski. Kiepski pomysł, moim zdaniem. Kalki z „Hansel i Gretel: pogromcy czarownic” zanadto widoczne. Zmiana konceptu (Wielka Wojna Z Czarownicami zamiast raczej lokalnego konfliktu z książki) niepotrzebna. Smuteczek.
Swoją drogą, „Siódmy syn” mnie się bardziej kojarzy z powieścią Orsona Scott Carda, szkoda, że poszli w taki tytuł. Smuteczek vol. 2.

„Magiczny nóż” Philip PullmanSecundo, „Magiczny nóż” Philipa Pullmana, czyli druga część słynnych „Mrocznych materii”. Tym razem dosłownie wkraczamy w wieloświat, razem z Lyrą Złotoustą, która nawet przechodzi do „naszego” Oksfordu (to znaczy, tego w „naszym” świecie). Tam spotyka Willa, chłopca-mordercę, uciekiniera z ważną misją (jak się okaże, niejedną). Coraz bliżej do rozwiązania zagadki Pyłu i coraz więcej osób zainteresowanych Lyrą, jej aletheiometrem (czyli urządzeniem, które wskazuje prawdę) i rolą, jaką dziewczynka ma odegrać w przyszłości wszystkich światów. Fakt faktem, że oderwać się od tego nie sposób!

„Krótka historia czasu” Stephen HawkingTertio, „Krótka historia czasu” Stephena Hawkinga. Też trochę w klimacie filmowym („Teoria wszystkiego” z uroczym Eddiem Redmaynem przed nami!), a trochę w klimacie przypomnienia – czytałam „Krótką historię czasu” wieki temu i pamiętałam z niej głównie otwierającą anegdotę o dysku i słoniu, stojącym na słoniu, stojącym na słoniu, stojącym na. Nieważne.
Przy kolejnej lekturze powitałam niczym starych znajomych terminy z dziedziny fizyki (jak „dualizm falowo-korpuskularny”, który zawsze mi się kojarzył z parującą michą klusek) i jednocześnie z niejakim przerażeniem uświadomiłam sobie, jak wiele dziedzin wiedzy ludzkiej pozostaje dla mnie kompletnie niepojętych.

 A jakby ktoś chciał uświadomić sobie własną małość i nic-nie-znaczność w obliczu Wielkiego Wszechświata, zalecam taki oto filmik (zalecam też wyłączyć dźwięk, muzyczka mało udana).

PS. Prawa autorskie do tytułu cyklu należą do Majestatu, najbardziej kreatywnego z mężczyzn pod słońcem!