Wznoszę zdrowie dżentelmena w Moskwie

Są książki, które czyta się dla wartkiej intrygi i niespodziewanych zwrotów akcji, inne cenimy za klimat i nastrój, w jaki nas wprowadzają, a jeszcze inne czytamy z sentymentu, jaki żywimy dla bohaterów. I tak, jak historię o Poldarku czyta się właśnie dla Poldarka, tak jedną z największych zalet „Dżentelmena w Moskwie” Amora Towlesa jest właśnie tytułowy bohater, hrabia Aleksander Iljicz Rostow. I jeśli macie przeczytać tylko jedną książkę tej wczesnej jesieni, to „Dżentelmen w Moskwie” będzie dobrym pomysłem (acz jednak zalecam minimum dwie, bo wszak są jeszcze „Niksy”!). Continue reading „Wznoszę zdrowie dżentelmena w Moskwie”

Bogini tańca, Bronisława Fominiczna Niżyńska

Jak byłam małą dziewczynką, marzyłam o byciu baletnicą – szybko się okazało, że moja postura nie sprzyja tej dziedzinie sztuki, ale sentyment do opowieści baletowych pozostał (wiodą tu prym „Zaczarowane baletki” Noel Streatfeild oraz film „Światła scen”). Więc kiedy okazało się, że Znak wydaje powieść o siostrze Wacława Niżyńskiego, i to jeszcze pióra Ewy Stachniak (autorki świetnej „Katarzyny Wielkiej”), nie wahałam się ani chwili! Continue reading „Bogini tańca, Bronisława Fominiczna Niżyńska”

Imperium miłości na piasku zbudowane

Miłościwa opowieść na tle burzliwych czasów dawnych? Tak, proszę. Niektóre czasy hołubię bardziej niż inne, ale zasadniczo chętnie czytuję powieści historyczne. Więc kiedy pojawiła się w zapowiedziach nowość rosyjsko-turecka (on rodem z Krymu, ona z Kisłowodzka), doszłam do wniosku, że spróbować należy. Zwłaszcza, że to historia bardzo prawdziwa, jako że Nermin Bezmen opisuje historię swojego dziadka, zagłębiając się w przeszłość swojej rodziny.

Pierwsza część tego zgłębiania dni minionych, noszącego ogólny tytuł „Imperium miłości”, zaczyna się w 1916 roku w Piotrogrodzie. Oto podczas wystawnego balu debiutująca w towarzystwie Aleksandra Wierżeńska, zwana Szurą, poznaje porucznika armii carskiej Kurta Seyita Eminowa i zakochuje się w nim bez pamięci. Młodzieniec, rzecz jasna, uczucie odwzajemnia, niemniej na przeszkodzie ich płomiennego romansu stoją nie tylko życzenia rodzin zakochanych, ale i nadciągająca rewolucja. Rewolucja i wielka wojna światowa, niszcząca cały bezpieczny i poukładany świat wszystkich bohaterów.

Tak naprawdę, to miłości w pierwszym tomie „Imperium miłości” nie jest tak dużo, jako że Bezmen opowiada przede wszystkim o samym Kurcie – jego dzieciństwie w Ałuszcie, pierwszych dniach w szkole wojskowej, potyczkach i miłostkach. Początki romansu z Szurą, bardzo… harlekinowe, to zaledwie dwa rozdziały, plus kilka listów tu i ówdzie. Wszystko na tle ostatnich dni caratu, opisanych niestety bardzo szkolnie (i na dobrą sprawę, cała fabuła pierwszego tomu jest streszczona na okładce).

Jak już się zapewne domyślacie, zapowiadało się dobrze, ale dobrze nie wyszło. O nagrodę za powodowanie największej irytacji w „Imperium” starają się: toporność języka i schematyczne postaci. Choć jednak prym wiedzie to drugie. Oto Kurt, który jest najlepszym i ukochanym synem, znakomitym żołnierzem, wspaniałym przyjacielem, jeszcze wspanialszym kochankiem, a do tego jeszcze taki przystojny i wykształcony. Szura natomiast, niewinne dziewczę, jest piękna, czysta i niewinna, a w jej niewinnej duszy nawet nie powstałaby myśl o uwodzicielskim zachowaniu. Błękitne oczęta, ocienione przez długie rzęsy, blond włosy opadające kaskadą na plecy (lub wytwornie upięte w kok) i kształtny, zadarty nos dopełniają całokształtu.

To nie jest tak, że neguję takie konstrukcje idealnych postaci całkowicie, wręcz przeciwnie – raczej chodzi o to, że bohaterowie Bezmen  są po prostu niewiarygodni. Składam to na karb faktu, że Autorka pisze o swoim dziadku i jego ukochanej, więc domyślam się, że trudno by było pisać o nich źle. Ale gdyby jedno albo drugie miało choćby jedną skazę w swym wizerunku, może potrafiłabym ich polubić i im współczuć.

Językowi, jako się rzekło, przydałoby się nieco subtelności. W miarę upływu stron było nieco lepiej (albo ja się po prostu przyzwyczaiłam), ale pierwsze sceny spotkania Kurta i Szury… ciężko mi nawet wybrać cytat celem zobrazowania, całe strony można by przepisać. Nie przeczę, że to może też być tak, że ja już tyle podobnych książek czytałam i po prostu „Imperium” nie robi na mnie wrażenia (czy raczej robi, ale odmienne od zamierzonego). A szkoda, bo potencjał na historię jest – gdyby go nieco inaczej opisać? Niemniej, w takiej formie mnie po prostu ta historia nie odpowiada.

PS. A tak poza tym – a może przede wszystkim – na podstawie powieści Bezmen powstał „Kurt Seyit i Szura”, serial tureckiej produkcji, emitowany w Polsce w zeszłym roku (zwiastun tuże). W wersji serialowej Kurt, rodowity Tatar, jest błękitnookim przystojniakiem.
PPS. Egzemplarz recenzencki trafił do mnie dzięki Przezacnej Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy.

Rzecz o kobiecie… upadłej?

Przez dwa miesiące bez mała w spacerach japońskich towarzyszył mi klimat carskiej Rosji, a wszystko w osobie Anny Kareniny. To w ramach „Malita nadrabia klasykę”, a ostatnio, że tak to ujmę, lecimy Tołstojem. Na początek dość rzec, że zanim zasiadłam do lektury (czy raczej, zanim ubrałam słuchawki), historii o przesławnej Annie K. wiedziałam tylko tyle, że a.) jest ona, jest Karenin, jest Wroński tudzież b.) jest to historia nieszczęśliwa. Co może wskazywać na Malitową ignorancję, ale nawet jeśli, można ją uznać za niebyłą.

Dla porządku. Rzecz dzieje się w kręgu znamienitych rodzin arystokratów: są Szczerbaccy z najmłodszą śliczną córką na wydaniu, Wrońscy, Obłońscy, jest i Konstanty Lewin (targany rozterkami duchowymi, poszukujący szczęścia, mój ulubieniec). A przede wszystkim jest Aleksiej Aleksandrowicz Karenin, wysoko postawiony urzędnik państwowy, oraz jego przepiękna, młodsza o dwadzieścia lat żona – Anna Karenina. Mają razem synka, Sieriożę, ale w małżeństwie brakuje wielkiej, namiętnej miłości. Tę za to Anna znajduje w osobie Wrońskiego, młodego hrabiego, pnącego się po szczeblach kariery wojskowej. Ich romans wstrząsa arystokratyczną sferą, zwłaszcza, gdy… nie, dość. Jeśli jeszcze nie czytaliście, zalecam kierunek Tołstoj jak najszybciej to możliwe. A tutaj będzie zaraz parę spoilerów, bo nie potrafię opowiedzieć o tej książce bez zmagania się z jej zakończeniem – czy właściwie, jednym z jej zakończeń.

https://i2.wp.com/www.soundbiteculture.com/wp-content/uploads/2012/09/Anna-k3.jpg
Wroński i Anna z ekranizacji z 2012 roku. Ech, te sceny tańca.

Och, jakże ja nie znosiłam Anny. Karenina jest samolubna, zaborcza, niestabilna emocjonalnie, wciąż prześladowana przez poczucie, że Wroński jej nie kocha. Ba, nie pozwala, by oddalił się choćby na dzień (a pięć dni to już niechybnie zdrada i porzucenie). Lepiej: nawet, gdy Wroński i Karenin postępują tak, jak Anna sobie tego życzy, to ona wciąż ma pretensje (do nich, nie do siebie). A już to, jaką huśtawkę emocjonalną zapewnia swojemu umiłowanemu synkowi, przyprawiło mnie o szczyt irytacji. Ergo, przez pół powieści, wysłuchując rozterek Anny, że najlepiej to by było umrzeć, mruczałam sama do siebie „no to weźże się kobieto zdecyduj”. Co nie zmienia faktu, że kiedy Karenina – właściwie raczej w odruchu serca niż wskutek przemyślanej dogłębnie decyzji – rzeczywiście rzuca się pod pociąg, to do teraz mam wyrzuty sumienia.

Z jeszcze innej strony – jak zauważyła Mama-Malita podczas roztrząsania powieści via Skype, a ja w swoim rozdrażnieniu trochę pominęłam – było to w pewien sposób okrutne społeczeństwo. Kobieta upadła, jaką w oczach socjety stała się Anna, nie zasługiwała nawet na odwiedziny dawnych przyjaciółek – a Wroński, mimo, że rzucił karierę wojskową, nadal był przyjmowany w towarzystwie, ba, początkowo romans z mężatką dodawał mu blasku. Szalenie to niesprawiedliwe.

https://i1.wp.com/nextprojection.com/wp-content/uploads/2012/09/AnnaKarenina_005.jpg
Kitty Szczerbacka i Lewin z ekranizacji z 2012 roku. Akurat ta scena była cudowna.

Samo to, jak mocno przeżywałam historię Anny (jednocześnie z całego serduszka życząc powodzenia Lewinowi) pokazuje wielkość tej książki. Tylko niezwykłe powieści powodują u mnie taką erupcję reakcji. Ale, ale! Jak to jest napisane! Pełna maestria. Dość wspomnieć jedną z ostatnich scen, gdy Anna myśli o Wrońskim, jednocześnie patrząc na ulicę pełną ludzi. Jej potok uczuć przeplata się z dość luźnymi rozważaniami w stylu „ciekawe, co mówi ten pan do tamtej damy”. Skąd Tołstoj wiedział, jak dziwacznie potrafi płynąć tok myśli kobiety? Równie mocno utkwiła mi w pamięci scena, gdy Karenin przychodzi do prawnika celem zasięgnięcia porady. Prawnik ów ma tłuste białe palce, którymi przebiera w uciesze, szykując się na ekscytującą sprawę rozwodową. Widzę go przed oczyma duszy mojej, tego prawnika i te jego ohydne owłosione palce. Aż mam dreszcze.

Jeśli wyznacznikiem świetności powieści ma być ilość emocji, które wzbudza w czytelniku – „Anna Karenina” zapewnia ich lawiny.

PS. Całość czytała Anna Polony – i dla mnie to połowa zachwytu nad tą książką. Fantastyczna interpretacja.
PPS. Lewin jako żywo przypominał mi Bezuchowa. Ta sama chęć naprawy świata, ten sam głód duchowego spełnienia, ta sama pełna oddania miłość do ukochanej.
PPPS. Ekranizacja z Keirą Knightley, Aaronem Taylor-Johnsonem i Judem Law – mimo doskonale dobranej obsady, jestem na nie. Konwencja okołoteatralna nie leży mi zupełnie, i nie rozumiem, jak można porzucić Jude’a Law. Ale muzyka wspaniała.

Sześć dni podróży potrójnej

„Six days in Leningrad” Paullina SimonsBardzo lubię zwiedzać miejsca, w których dzieją się książki (kto pojechał w zeszłym tygodniu do Uji, a lata temu na King’s Cross, zanim postawili tam wózek przechodzący przez ścianę?). Ale są też podróże antycypujące pisanie – niektóre to tylko proste zbieranie materiałów, ot, kilka dni w miejscowym archiwum, wczucie się w klimat – podróże ważne, ale niekoniecznie rozkładające duszę na czynniki pierwsze. Dla Paulliny Simmons tytułowe sześć dni było jednak czymś znacznie, znacznie więcej: po latach wracała do kraju, który opuściła jako mała dziewczynka.

Sześć długich lipcowych dni 1998 roku w Sankt Petersburgu stało się dla Autorki podróżą potrójną: po pierwsze, zbierała materiały do powieści o dwójce młodych ludzi, którzy zakochali się w sobie w przededniu straszliwej wojny. Roboczy pomysł ulegał zmianom, by wreszcie stać się pierwszym tomem historii Tatiany i Aleksandra – to jest ten moment, w którym biegniecie po „Jeźdźca Miedzianego” i czytacie go od deski do deski. Niemniej, Paullina odwiedzała ważne dla swojej historii miejsca, jak Muzeum Blokady Leningradu czy cmentarz Piskariewski, wysłuchując porażających opowieści: ile to jest sto dwadzieścia pięć gramów chleba z klejem i kartonem, czyli dzienna norma dla dzieci podczas oblężenia? Kromka? Garstka? Dlaczego w podręcznikach do historii nigdy nie pojawia się Newski Skrawek, mężnie broniony przez 900 dni, gdzie do dziś nie rośnie ani jedno drzewo?

Ten niby praktyczny wymiar to tylko punkt wyjścia do drugiej podróży, odbywającej się jednocześnie z tą pierwszą – podróży do czasów własnego dzieciństwa. Powrotu na ulicę Piątą Radziecką, gdzie mała Paullina mieszkała z rodzicami (a także powieściowa Tatiana z rodziną) i do Szepielewa, małej wioski nad Zatoką Fińską, gdzie spędzała wakacje. Powrotu do dzieciństwa, które pachniało lodami śmietankowymi i metrem. I powrotu do pytania, kim się jest po kilkunastu latach emigracji. Czy już Amerykanką, czy jeszcze Rosjanką? Czy kimś w połowie?

Ulica Piąta Radziecka
Ulica Piąta Radziecka

Nie bez znaczenia jest to, że tytułowe sześć dni Autorka spędza ze swoim ojcem, dyrektorem rosyjskiej sekcji Radia Swoboda. Są sam na sam ze sobą pierwszy raz w życiu… oczywiście, wyłączając te niezliczone momenty, w których odwiedzają starych znajomych, dobrych znajomych, zapomnianych znajomych i dalekich krewnych. Te spotkania pokazują Paullinie nową Rosję, która tak właściwie wciąż jest starą Rosją i nie wygląda, żeby zamierzała się kiedykolwiek zmienić. A książka, którą Paullina napisała piętnaście lat po podróży do Sankt Petersburga, stała się także pożegnaniem z ojcem.

„Six days in Leningrad” to opowieść czasem irytująca, czasem bardzo przykra, czasem zapierająca dech w piersiach – a przede wszystkim, naładowana takimi emocjami, że zdają się wylewać zza okładki. Emocje odautorskie to jedno, a emocje czytelnicze – to drugie. Miałam przyjemność poznać Paullinę Simons przy okazji jej wizyty w Polsce parę lat temu, więc zupełnie inaczej odbieram jej wspomnienia, nie mówiąc już o ogromnym sentymencie do „Jeźdźca”, Tatiany i Aleksandra oraz Sankt Petersburga, który odwiedziłam ich śladami.

Przeczytajcie „Jeźdźca Miedzianego”. Przeczytajcie „Six days in Leningrad”. I na koniec – bo czemu nie – można pojechać do Sankt Petersburga.
Ja bym pojechała, jeszcze raz.
Zwłaszcza na sześć dni.

PS. Dobra wieść jest taka, że „Six days in Leningrad” ukaże się w polskim przekładzie już niebawem!

Dlaczego czytamy klasyki?

Dziś będzie o jednej powieści, ale to taki punkt wyjścia do dalszej dyskusji, wiecznej i niezmiennej. Otóż. Zawzięłam się, zaparłam, obiecałam sobie: przeczytam to dzieło tłuste, obfite w wątki i postacie, tomy i stronice. Było to już drugie Malitowe podejście do „Wojny i pokoju”, bo pierwsze – ładnych parę lat temu – jakoś rozmyło się w natłoku innych lektur oraz spraw życia bieżącego. Ale teraz czytam głównie na czytniku, a to idealny nośnik na grube tomiszcza – zakładając, że chce się je ze sobą nosić zawsze i wszędzie. Rzuciłam zatem Tołstojowe dzieło na kundelka i ruszyłam na podbój Rosji. Trochę dosłownie.

„Wojna i pokój” we wszystkich czterech tomach liczy sobie tysiąc stron bez mała, ale to i tak ułomek w porównaniu z tym, co o tej epopei napisano (same interpretacje tytułu i rozważania, czy Tołstoj miał na myśli „pokój” czy jednak „społeczeństwo” mogłoby zająć osobną książkę). Próba ujęcia wszystkich wątków w jednym krótkim opisie jest z gruntu chybiona – pozwólcie na dwa słowa, a właściwie dwie strony wprowadzenia. Otóż z jednej strony Napoleon z armią francuską rusza na wschód Europy, pokonując kolejne koalicje, zwyciężając pod Austerlitz, wykrwawiając się pod Borodino, zdobywając Moskwę. Wojny napoleońskie i długie rozważania na temat przyczyn konfliktów, wolnej woli człowieczej i prawa konieczności – to wszystko przeplata się z osobistymi dramatami arystokratów rosyjskich. Rostowowie, Bołkońscy, Kuraginowie i ich rozterki” miłosne, rodzinne, patriotyczne – to druga strona Tołstojowej epopei. W ekranizacjach często kładziono nacisk na trzy postaci: piękna hrabianka Natasza Rostowa, dumny książę Andriej Bołkoński, oraz nieco zagubiony Pierre Bezuchow. To przede wszystkim ich oczami oglądamy konflikt, który wstrząsnął XIX-wieczną Europą. Tu od razu przyznam, że familia Rostowów wybitnie mi nie przypadła mi do gustu: hrabia totalny konformista, Natasza niepozbierana emocjonalnie, jej brat Mikołaj również wiecznie niezdecydowany… ale to takie moje „współczesne” podejście do bohaterów. Moim ulubieńcem od pierwszych stron był za to Pierre Bezuchow, którego żal mi było okrutnie i bardzo cieszę się, że koniec końców jego historia zakończyła się jednak w taki właśnie sposób.

Właśnie tak go sobie wyobrażałam – Siergiej Bondarczuk jako Pierre Bezuchow

Osobiste inklinacje na bok, zadajmy sobie wreszcie sobie tytułowe pytanie. Po co mi to było? Po co czytać klasyki?

Zacznijmy od truizmów. Nie bez kozery BBC dzięki głosom brytyjskich czytelników utworzyło listę „Big Read”, na którą składa się dwieście najbardziej ukochanych powieści. „Wojna i pokój” zajmuje wśród nich zaszczytne miejsce dwudzieste. Ergo, ludzie lubią, można czytać. Można też z tym lubieniem dyskutować, ale warto zagłębić się choć w pierwsze kilkadziesiąt stron, zanim się wyda ostateczny wyrok.

Czytamy też, bo to dzieła ważne dla literatury, dla historii, dla kultury – wiecie, cały ten niby-szkolny tok rozumowania w stylu „zachwyca, bo zachwyca”. To również stanowi element składowy i nie ma się co go wypierać.

Dalej: ja się przyznaję bez bicia, że próżność też tu rolę odgrywa. Ot, łechcę sobie swoje oczytanie swoją dzielnością i wytrwałością, że przeczytałam, że przebrnęłam, że znam oryginał, a nie tylko ekranizacje czy streszczenia po internetach. Zdrowa dawka samozadowolenia jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

A teraz będzie idealistycznie: czytamy klasyki, bo mają coś w sobie. Dlatego są klasyką.

A definicja klasyki – to już zupełnie inna historia.

Nigdy nie polecę w kosmos.

„Ale kosmos!” Mary RoachJeśli myślicie, że praca astronauty to epickie podboje orbity, eleganckie spacery w przestrzeni kosmicznej, pełne emocji naprawy statku kosmicznego, z czasem przetykane tylko chwilami grozy i strachu – cóż, to nie o tym jest ta książka. Więcej, jeśli życzycie sobie podtrzymać mit astronauty, który z gracją porusza się w stanie zerowej grawitacji i który to nigdy, ale przenigdy nie ma problemów z własną ludzką fizjologią – radzę trzymać się z daleka od książki Mary Roach.

W swojej arcydowcipnej opowieści „Ale kosmos!” Roach starannie obala nasze wyobrażenia. Na przykład o tym, że astronauta nic tylko lata na statkach, rakietach i innych bajerach. Wręcz przeciwnie – jak zauważył jeden z rozmówców Roach, „w całym tym biznesie chodzi o przygotowania. To jest to, z czego żyjemy”. Typowy astronauta trenuje przez kilka lat, a jak mu się poszczęści, to poleci w kosmos na tydzień. Góra dwa. Przećwiczywszy uprzednio każdą możliwą do przewidzenia sytuację w warunkach kontrolowanej symulacji (w to wpisuje się także niemycie swej doczesnej powłoki przez rzeczone dwa tygodnie).

Eksploracja przestrzeni kosmicznej przez lata dla Stanów Zjednoczonych stanowiła nie tylko przyczynek do poszerzania wiedzy, ale przede wszystkim arenę rozgrywek politycznych – ZSSR nie odpuszczało pola, wszak to Jurij Gagarin był pierwszym człowiekiem w kosmosie (i jako pierwszy orbitował dookoła ziemi). Polityczne aspekty u Roach widać często, ale równie często dowiadujemy się o tych mocno… przyziemnych. Przemiana materii i korzystanie z toalety, co zrobić, gdy przyjdzie zwymiotować do hełmu i jak uprawiać seks wysoko, wysoko nad Ziemią – to wszystko i jeszcze więcej podane w erudycyjno-dowcipnym sosie. Czasem bywa to niesmaczne, czasem szczere do bólu; przyznam, że trochę współczuję tym wszystkim rozmówcom Mary Roach, jej dociekliwość jest imponująca.

USS Enterprise
Tak, ja wiem, że to nie ta bajka, ale niewiele jest tak majestatycznie pięknych jednostek latających jak USS Enterpise. Musiało się tu znaleźć.

Można się zżymać na to, że NASA wydaje grube miliony na badania, eksperymenty i wszelakie symulacje. Czy kosmos jest tego wart? Czy na przykład wyprawa na Marsa jest warta tych wszystkich wysiłków? Roach zdecydowanie mówi, że tak. Że warto „roztrwonić trochę na Marsa”, bo nic nigdy tego doświadczenia nie zastąpi. I wierzcie mi, mimo tych milionów niedogodności cała masa ludzi deklaruje, że jest gotowa sprzedać dom, matkę, ojca, małżonka, potomstwo, psa, kota i kolekcję tazosów, byleby tylko polecieć, choćby na kilka godzin.

Ale teraz przynajmniej wiem jedno – ja nigdy nie polecę w kosmos. Chyba, że na Sokole Millenium. Albo USS Enterprise.
Tam na pewno mają grawitację podobną do ziemskiej. I toalety.