List miłosny do nowej ojczyzny, czyli skąd się biorą Holendrzy

Różne drogi prowadzą ludzi do nowych ojczyzn, niekiedy bardzo dramatyczne. Są tacy, którzy zdecydowali się na emigrację zarobkową, inni zakochali się w kulturze innego kraju (i/lub jej przedstawicielu czy przedstawicielce), jeszcze inni opuścili dotychczasowe miejsce zamieszkania z powodów politycznych. W przypadku Bena Coatesa głównym czynnikiem determinującym zmianę ojczyzny był przypadek. Czy raczej, burza. Otóż samolot, którym wracał do Anglii, wskutek niespodziewanej śnieżycy został przekierowany na amsterdamskie lotnisko Schiphol. Pojechał do znajomej do Rotterdamu… i został na stałe. Continue reading „List miłosny do nowej ojczyzny, czyli skąd się biorą Holendrzy”

Imperium boga Hanumana, czyli o Indiach, czyli znakomicie

Mówić o Indiach na pewnym poziomie generalizacji to jak mówić o Europie jako o jednym kraju. Rozmiar półwyspu, gęstość zaludnienia czy istny tygiel języków, religii i tradycji kultury przekraczają możliwości pojęcia przeciętnego zjadacza chleba. Zwłaszcza, że w Indiach – jak pisze Piotr Kłodkowski w pierwszych słowach „Imperium boga Hanumana” – nic nie jest takie, jak się wydaje na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka. W tym religijnym kraju dużym problemem jest militarna ideologia ateistycznego maoizmu, świecka konstytucja nie przeszkadza fundamentalizmowi hinduistycznemu w prosperowaniu, a państwem aktualnie rządzi polityk wywodzący się z pogardzanej niegdyś społeczności niedotykalnych. A to tylko początek frapujące wyprawy do współczesnej odsłony jednej z najstarszych cywilizacji świata… Continue reading „Imperium boga Hanumana, czyli o Indiach, czyli znakomicie”

Grenlandia raz, czyli nie mieszkam w igloo

Grenlandia? Co ja wiem o Grenlandii? Zimno, śnieg, zorza polarna. Daleko. Ach, i foki. Niewiele, prawda? Pocieszam się, że Adam Jarniewski, autor książki „Nie mieszkam w igloo”, na początku całej swojej grenlandzkiej przygody też specjalnie wiele nie wiedział. Nauczył się w praktyce, a nawet uczy dalej – na Zielonej Wyspie (tak!) mieszka już od  dwunastu lat i niedawno zrelacjonował swoje przygody i grenlandzkie podboje właśnie w książce. To nie jest narracja z cyklu „pojechałem i wróciłem”, ale „pojechałem, zostałem, wracać na razie nie planuję”. Narracja, dodajmy, przeciekawa! Continue reading „Grenlandia raz, czyli nie mieszkam w igloo”

Kwiaty w pudełku, czyli Karolina Bednarz o kobietach w Japonii

Jak się tak poważniej zastanowię, to dochodzę do wniosku, że naprawdę dobrych książek o współczesnej Japonii w języku polskim wcale nie mamy tak dużo – czy to popełnionych przez polskich autorów, czy też tłumaczonych. Niemniej znajdzie się kilka subkategorii w tym zbiorze, jak choćby nieśmiertelne wynurzenia gajdzinów z półki „ach, egzotyczny Kraj Kwitnącej Wiśni, jakże ja mu się dziwuję” i inne wrażenia z podróży utrzymane w tym stylu, znajdziemy tu także rozmaite powieści w klimatach japońskich, są i reportaże – w tym reportaże znakomite. I właśnie do tej ostatniej, to jest: znakomitej reportażowej kategorii należą „Kwiaty w pudełku” Karoliny Bednarz. Continue reading „Kwiaty w pudełku, czyli Karolina Bednarz o kobietach w Japonii”

Na wschód od zachodu. Jagielski, Święty i Kamal.

Z racji mojego wykształcenia (KPSC, polecam!) nieobce są mi cywilizacje w różnych okolicznościach czasoprzestrzennych. Niektóre lubię bardziej (czytaj: Japonia), innej pociągają mnie nieco mniej. Do tej drugiej kategorii zalicza się kultura Indii, choć z łezką rozrzewnienia wspominam trzygodzinne wykłady z tegoż przedmiotu, podczas których raczyliśmy się „Gwiezdnymi Wojnami” w hindi oraz opowieściami o Krisznie, hasającym ochoczo z pasterkami. Nie zmienia to jednak faktu, że moja obecna wiedza o Indiach plasuje się na poziomie raczej niewysokim. Szczęśliwie, Wojciech Jagielski wydał nową książkę, co stanowi okazję do wiedzy poszerzenia. Continue reading „Na wschód od zachodu. Jagielski, Święty i Kamal.”

Hen. Na północy Norwegii.

„Chyba wrócę do domu i poczytam, mam dobrą książkę”, zapowiedziałam koleżankom zapytana o plany na wieczór. Unisono zapytały, jaką. Otóż północną. Jeszcze dalej niż północ. „Hen” Ilony Wiśniewskiej.

Ilona Wiśniewska najpierw zamieszkała na Spitsbergenie (i napisała „Białe”), a potem przeniosła się na południe. Z tym, że jej południe w przypadku Spitsbergenu to dla nas, bezpiecznie ulokowanych w środkowej Europie, wciąż daleka północ. A dokładniej, Finnmark, największy okręg administracyjny Norwegii, położony w północno-wschodniej części kraju. Finnmark położony hen, co oznacza jednocześnie blisko i bardzo daleko.

Północ wcale nie taka idealna. Ba, czasem wręcz przykra. Oczywiście, że trudna do życia, a to z uwagi na warunki pogodowo-przyrodowe: życie w tamtych okolicach przynosi nie tylko śniegi i zimno, ale także wieczny dzień i wieczną noc, które solidnie potrafią namieszać w głowie i w duszy. Trudności mnożą się także w tematach społecznych i tożsamościowych (relacje na linii Północ-Południe nie należą do idealnych), ekonomiczno-gospodarczych (połów dorsza wygląda nieco inaczej niż 40 lat temu i nie wszystkim to pasuje) czy ekologicznych (masowa hodowla łososi sprawia, że dzikie ryby z tego gatunku to prawdziwy rarytas).

To jest instalacja artystyczna, bez paniki. Fot. Ilona Wiśniewska.

W swoim reportażu Wiśniewska dotyka wielu tematów północnych, kreśląc hen-historię sprzed setek lat, z czasów wojennej pożogi, z dni odbudowy, z dogorywającej boleśnie współczesności. Jej bohaterami są między innymi rdzenni Saamowie, traktowani przez Norwegów w najlepszym razie po macoszemu, w najgorszym – i najbardziej realnym – przemieleni przez norwegizację zaczęli się wstydzić własnej kultury i języka, i dopiero od niedawna uczą się czuć dumę z bycia Saamem i otwarcie pokazywać się światu. Co nie oznacza, że Południe to akceptuje i szanuje na całej linii.

Wśród wszystkich hen-opowieści najbardziej chyba podobała mi się opowieści o joik. Joikuje się kogoś lub coś, nie o kimś czy o czymś, bez słów i instrumentów intonując śpiew, w którym drzemią stare szamańskie rytuały. Pradawna muzyka wydobywa się bardziej z okolic serca niż gardła, jak opowiada jedna z hen-bohaterek, joikuje się zaś krajobraz, zwierzę albo stan ducha – ale nie światło – i przynosi to wielką radość wykonującemu i zaszczyt temu, kto jest joikowany. Był jednak taki czas, kiedy saamski joik został zakazany, jako że chrześcijanka propaganda widziała w nim przejaw czarnej magii i grzechu. Gdy Mari Boine, słynna norwesko-saamska pieśniarka, zaczęła wykorzystywać joik w swoich utworach, wielu nie tylko nie rozumiało, ale i potępiało jej inspiracje. Łącznie z rodzicami samej Mari.

Ilona Wiśniewska prowadzi nas przez wiele miejsc, jak doświadczony przez II wojnę światową Kjøllefjord, Vardø, za którym jest już tylko Rosja, czy płócienna instalacja na przylądku Steilneset, upamiętniająca spalone w XVII wieku czarownice. Choć po opisach tych zawieruch dziejowych czy pogodowych można odnieść wrażenie, że same przykrości czekają nas w Finnmarku, to jednak nie o to chodzi. Hen-reportaż pełen jest surowego piękna, i choć może odziera Norwegię z wyidealizowanych stereotypów, to jednak fascynuje i nie pozwala zapomnieć. I skłania do tego, żeby zacząć sprawdzać bilety lotnicze w kierunku północnym.

W ramach klamry zamykającej: w tejże samej rozmowie, która otwiera niniejszy wpis, stwierdziłyśmy zgodnie, że jeśli idzie o reportaże wydawnictwa Czarne, to można kupować je w czarno. To jest, w ciemno.

PS. Nikt inny, tylko niezawodna Wiol pożycza takie książki. Dziękuję.

Ludzie, którzy jedzą ciemność – o dziewczynie, która zaginęła w Tokio

Jak zdarzyło mi się nieraz wspomnieć (ostatnio przy okazji dyskusji o „Małym życiu”, zerknijcie na komentarze pod wpisem!), rzadko czytam reportaże. Jeśli już, to są to opowieści w jakiś sposób ugruntowane  – jak w przypadku książki Aleksandry Gumowskiej o seksie, betelu i czarach na Trobriandach. Niemniej, istnieje jeden wyjątek w moim czytaniu reportaży: jeśli jest to reportaż o Japonii, biorę w ciemno. W tenże sposób dawno, dawno temu zaopatrzyłam się na jednej z wyprzedaży Znakowych w „Ludzi, którzy jedzą ciemność” Richarda Lloyda Parry’ego.

Właściwie, zawartość przynosi dość odmienną treść niż obiecane na okładce hasło „Tokio – miasto mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Można się spodziewać mrocznych sekretów, wstrząsającej przemocy, sex drugs and rock’n’roll – i wszystkiego po troszku tam znajdziemy. Ale przede wszystkim reportaż Parry’ego to opowieść o jednej, ślicznej dziewczynie, która zaginęła 1 lipca 2000 roku.

Lucie Blackman, która wraz z przyjaciółką Louise pojechała do Tokio odkuć się finansowo, pracowała jako hostessa w klubie Casablanca. Tym jednym prostym zdaniem wkraczamy w cały świat mizu shōbai, „wodnego świata” nocnego życia w Japonii. Być hostessą oznacza być damą do towarzystwa w klubie, czymś na kształt bardziej zaangażowanej kelnerki, która dba o to, by klient dobrze się bawił, wypił to i owo, był ukontentowany konwersacją i kompanią ładnej dziewczyny. Ale, jak zauważa Parry, gdyby praca hostessy kończyła się tylko na siedzeniu w klubie, Lucie Blackman być może by jeszcze żyła. Wyjście na niezobowiązujący obiad z klientem, wymagany przez właściciela klubu, skończyło się tragicznie. I pozwólcie, że w tym miejscu zakończę wprowadzenie, bo siłą tej książki jest właśnie stopniowe odkrywanie wstrząsającej historii Lucie i innych zaangażowanych osób.

Roppongi by night

Richard Lloyd Parry, brytyjski korespondent piszący dla The Independent czy The Times, mieszkał w Tokio w 2000 roku i później, a ciągnąca się przez całe lata sprawa Lucie bardzo go zaintrygowała. Zaczął drążyć temat, a efekt widać oto na załączonym obrazku.  Jego „Ludzi…” czyta się bardziej jak powieść sensacyjną, jako że Parry prowadzi czytelnika w miarę rozwoju historii niczym przez fikcyjną konstrukcję. Zastanawia się, co mogło zdarzyć się Lucie i osadza jej losy w szerokim japońskim kontekście, by wreszcie dojść do wielkiego finału. Oczywiście, rzecz jest starannie opracowana, oparta na solidnym researchu i rozlicznych wywiadach z zaangażowanymi w sprawę osobami – w tym bliskimi samej Lucy.

Parry porusza w swoim reportażu bardzo wiele wątków: nie tylko drobiazgowo analizuje świat nocnych klubów w tokijskiej dzielnicy Roppongi, pieczołowicie odtwarza losy Lucie przed i po jej przyjeździe do Japonii, ale porusza także inne, trudne i ważne tematy. Pisze o różnych sposobach przerywania żałoby, kreśląc bardzo intymny portret rodziców Lucie (skądinąd solidnie pokłóconych), zagłębia się w przebieg japońskich procesów sądowych oraz wyjaśnia sytuację zainichi, czyli Koreańczyków mieszkających w Japonii.

Całość robi ogromne wrażenie – nie tylko dzięki znakomitemu przygotowaniu autora i jego solidnej pracy, ale także, a może przede wszystkim, naprawdę poruszającej opowieści o młodej dziewczynie, której nie dane było dożyć dwudziestych drugich urodzin. I o mrocznej tajemnicy, o nieprzemijającym cieniu, który ta opowieść położyła na życiu wielu innych.

PS. Jakbyście mieli ochotę, Richarda Lloyda Parry’ego można śledzić na Twitterze!