Jamnikarium, że hej!

Znalezione obrazy dla zapytania jamnikariumJak wiecie, Malita jest wielką wielbicielką kotów (aktualnie, dwóch najbardziej, z czego tylko jeden daje się fotografować z bliska, vide  tu i tutaj też). W dzieciństwie przeszła krótki okres pragnienia posiadania świnki morskiej (to jest, kawii), niemniej jest jedno stworzenie domowe, które zajmuje w Malitowym serduchu miejsce specjalne. Jego niskość-długość jamnik, mianowicie. Nigdy nie było mi dane posiadać własnego (miałam za to dwa pluszowe, jeden tuże), hołubiłam natomiast kolejne jamnicze pokolenia należące do mojej cioci. Sentyment do niskopodłogowej rasy pozostał mi do dziś i chociaż Continue reading „Jamnikarium, że hej!”

Slow life… i truskawki.

https://i2.wp.com/s.znak.com.pl/files/covers/card/b3/Glogaza_Sl.jpgJuż jakiś czas temu sygnalizowałam, że czytam mądrą a zacną książkę i że będę się dzielić wrażeniami. Niniejszym dzielę się – chodzi o „Slow life. Zwolnij i zacznij żyć” Joanny Glogazy, czyli prezent dla samej siebie na Dzień Dziecka. Glogaza, aka Styledigger, to jedna z dwóch moich ulubionych blogerek ze świata bardziej modowego niż książkowego. Blog Styledigger ewoluował od takiego czysto szafiarskiego do opowieści o celebrowaniu codzienności na bardzo różne sposoby. Modowo, podróżniczo, kulinarno-knajpianie. Rok temu czytałam debiut książkowy autorki, „Slow fashion”, i nie ukrywam, spasowało – rozsądne, nienachalne podejście do spraw modowo-ubraniowych autorki bardzo mi odpowiada i pomogło przeorganizować myślenie o modzie. „Slow life” natomiast pomaga przeorganizować myślenie o życiu… a przynajmniej o wolnym czasie.

Otóż slow life nie oznacza natychmiastowego wcielenia w życie hasła „rzucam to i emigruję w Bieszczady” (choć może, rzecz jasna) – cały wic polega na tym, by zwolnić obroty oraz przestać odkładać sprawy przyjemnych a ciekawych na wieczne później: kiedy skończę studia, kiedy będę zarabiać tyle a tyle, kiedy zrobię to a tamto. Chodzi o działanie tu i teraz, żeby każdy dzień z osobna nie przeciekał nam przez palce i jeszcze do tego był przyjemny. Mimo wszystkich obowiązków. Autorka opowiada o tym na własnym przykładzie, ale też pyta innych o zdanie na temat – między innymi Panią Swojego Czasu i Zwierza Popkulturalnego. Podsuwa też zadania dla czytelnika: ja co prawda nie spieszyłam z ich wykonaniem, ale na pewno niektórym się przyda.

Zrób pierwszy krok!
Zrób pierwszy krok!

Dowiedz się, co lubisz robić i… zacznij to robić, pisze po prostu Glogaza. Wiem, banał (i klasyk filmowy jednocześnie), ale ma w sobie też czynnik objawienia. Proste przyjemności, coś za czym się tęskni podczas nawału pracy – a czemuż by tego nie wdrożyć teraz zaraz już natychmiast? Najważniejszy jest ten pierwszy krok w dobrym kierunku, choćby jeśli chodzi o kontrolowanie uciekającego wiecznie czasu. Na przykład: najtrudniejsze zadanie na dany dzień wykonaj od razu, coby mieć je z głowy, a dopiero potem odpal social media, żeby krótki (krótko!) przescrollować i też mieć to z głowy. Zaprawdę powiadam Wam, działa.

Dodam też uczciwie, że nie jest książka dla wszystkich – ale za to wiem, że to książka dla mnie. Joanna Glogaza pisze do dziewczyn, kobiet, które pracują za wiele, siedzą za wiele na fejsie, lamentują, że nie mają czasu na nic, a równowaga między ich czasem-kiedy-jestem-zajęta-pracą a czasem wypoczynku jest srogo zachwiana. To ja, dzień dobry. Ergo delektowałam się lekturą przez kilka dni, popijając kawę i zajadając się truskawkami (w tym roku mam wyjątkową ochotę na nie!). I, cholera, zaczynam. Teraz, zaraz, już, natychmiast.

Właściwie to już zaczęłam, biorąc pod uwagę te truskawki!

 

Słowa zapomniane.

Zacznijmy od zachwytu, jak bardzo adekwatny okazał się tytuł tegoż zbiorku – kupiłam tę książkę rok temu na Targach… i kompletnie o niej zapomniałam. Pun intended.

A teraz do rzeczy. „Zapomniane słowa” pod redakcją Magdaleny Budzińskiej to zbiór krótkich wspominek różnych znanych polski osobistości kultury, sztuki, literatury – wspominki o słowach, które kiedyś były w modzie, w użyciu, w mowie, a teraz jakoś się o nich zapomniało. Ot, jak „statki”, czyli, mówiąc oględnie, gary do umycia (opowiada o nich Michał Głowiński, a ja natychmiast wędruję w myślach do „Lata leśnych ludzi” Rodziewiczówny, gdzie Żuraw cierpliwie zmywał statki). Albo „nakastlik”, czyli nocna szafka (podwójna wspominka Jana Gondowicza i Andrzeja Franaszka, dla mnie o tyle zabawna, że w domu mym to normalnie używane słowo – ale w końcu eks-Galicja). Są przedmioty i miejsca, których już nie ma, wśród nich „szmizetka” Janusza Deglera czy „gwiazdopatrznia” Joanny Bator. Trafiają się też słowa mniej oczywiste – jak czasowniki, a nawet formy gramatyczne (żal czasu zaprzeszłego, zgadzam się) – albo rzeczowniki… górnolotne, chciałoby się powiedzieć. Jak „braterstwo” Karola Modzelewskiego (tu opowieść polegała na tym, że jako słowo „braterstwo” wciąż funkcjonuje, ale duch braterstwa w narodzie już zginął). Można wymieniać i wymieniać, ale zupełnie nie o to chodzi.

Bo teraz będę marudzić.

Prawie za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się opowieść o czasach minionych, gdy zwiedzam jakieś majestatyczne ruiny, czytam (nawet i fikcyjną) historię mitycznego, zaginionego królestwa, no zasadniczo napotykam przeszłość, która już nigdy nie powróci – czuję ukłucie w serduszku. Kłuje trochę tęsknota, trochę żal, że się czegoś nie doświadczy i jeszcze parę innych emocji. Taka konstrukcja Mality.

To nie jest tak, że cała ta książeczka taka jest. I to właściwie nie jest explicite powiedziane za często. Ale co kolejne słowo, co kolejna opowieść, to cały czas mam wrażenie, że gdzieś w podświadomości płynie przekaz „no tak, dawniej było tyle tego, dawniej było lepiej, teraz to nie ma takich a takich słów, desygnatów, zagubiliśmy to, to i tamto, no a za moich czasów…”. Wiem, trochę przesadzam, ale w ilości hurtowej robi to przygnębiające wrażenie.

Fukam i fukam, opowiadając to Mamie-Malicie, a ona, z czarującym uśmiechem, rzecze: „Dziecko. Będziesz robić dokładnie to samo w swoim czasie”.

Dzięki, Mamo.

Co nie zmienia faktu, że jednak o „Zapomnianych słowach” warto pamiętać. Pun znów intended.

PS. W Trójce można było posłuchać o rozmaitych zapomnianych słowach!

Book Name Tag… i Supernatural.

Lipcowa sesja japońska trochę mnie przytłoczyła ogromem pracy (nie mówiąc już o zobowiązaniach co do mej Alma Mater), więc musiałam zwolnić tempa. Chwilowo wszystko, co się czyta, jeszcze się nie przeczytało, ergo na właściwe opowieści i relacje z konkretnych lektur przyjdzie pora za kilka dni. Niemniej, za sprawą Ekrudy tu oto teraz pojawi się Book Name Tag. Nie należę do jakiś entuzjastycznych fanek zabaw okołoblogowych, ale ta jest zacna, wszak znów można poopowiadać o tym, co się czytać lubi! Zasada jest prosta: bierzemy swoje własne imię i do niego dopasowujemy tytuły książek.

Więc: sześć książek, które uważam, że trzeba przeczytać (albo po prostu je uwielbiam). Trochę… popłynęłam z abstrakcją, ale raz na jakiś czas każdy musi.
W pakiecie zestaw gifów z serialu „Nie z tego świata”, który ostatnio nadrabiam. To w ramach intertekstualności i dowodu na to, że „Nie z tego świata” ma gif na WSZYSTKO.

https://i1.wp.com/33.media.tumblr.com/b1dc92a0fa22b7271c55f64abf697aa9/tumblr_nd8snbpkz41rziwwco1_400.gif
Cass wie, co mówi.

J
Właściwie zaczniemy od oszustwa troszkę, bo chciałam zwrócić Waszą uwagę nie na książkę samą, ale na autora. José Carlos Somoza, psychiatra z wykształcenia, potrafi tak niesamowicie spleść kryminalną intrygę, otchłanie ludzkiego umysłu i odległe horyzonty wyobraźni, że aż chce się machać łapkami z radości i podziwu. „Jaskinia filozofów” to pierwsza jego książka, jaką czytałam – o Akademii Platońskiej i serii morderstw w starożytnych Atenach, filozofia w parze z makabrą – i była świetna, niemniej „Zygzak” (sensacja, futurystyka, fizyka), „Klara i półmrok” (hiperdramatyzm, czyli ludzie stają się dziełami sztuki) oraz „Przynęta” (sztuki Szekspira vs tajniki ludzkiego psynomu) to też pozycje obowiązkowe.
Czytamy i klaszczemy.

https://i0.wp.com/31.media.tumblr.com/197321baf15507e16435b36532d1c425/tumblr_inline_n9m0gw9cbP1rrjncn.gif
Można na stojąco (i czytać, i klaskać).

 

O
Krótko: rzecz z gatunku „trzeba przeczytać”. „ości” Ignacego Karpowicza to jedna z Malitowych zeszłorocznych lektur wakacyjnych, piałam peany na temat tego, jak „ości” są napisane. Po prostu poezja. Na marginesie, fascynuje mnie to, jak jedna osoba może popełnić tak różne dzieła: „Sońka” jest wszak zupełnie, zupełnie inna.
Przypomnę tylko jeszcze mój ulubiony cytat z „ości”.
„- Nie dla mnie już Barad Dûr. [powiedziała Maja – JM]
– Co? – zapytał Krzyś.
– Tak się nazywała twierdza głównego złego we Władcy Pierścieni. Myślałam, że wiesz. Gejowie powinni lubić i znać się na opowieściach o biżuterii”

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/510b590aef1ca5345635775a193a0621/tumblr_mjzxrosGAr1qzbq69o3_500.gif
…right?

 

A
Nie mogło zabraknąć tuże i mojego hołubionego Miéville’a, a „Ambasadorię” możecie potraktować – podobnie jak to było z Somozą – jako przyczynek do tego, że Miéville’a po prostu należy spróbować. To nie jest proza, która spodoba się wszystkim, choć mieszanka geniuszu i ohydy zasługuje na kolejne oklaski. China Miéville potrafi stworzyć niesamowite światy, z reguły też okrasza je znakomitym pomysłem na fabułę. I ma szczęście do tłumaczy, bo przekłady jego książek na polski są naprawdę wyborne. „Ambasadoria” zaś to efekt romansu Miéville’a z hard sf, a zarazem historia o kontakcie z obcymi, którzy są tak niesamowicie odmienni, że aż trudno uwierzyć, że można sobie ich wyobrazić. A potem opisać.

N
A teraz pierwsza literka „n”, czyli „Nigdziebądź” Neila Gaimana.
No wiecie. GAIMAN.
To by właściwie starczyło za cały opis, ale jednak dodam, że to moja ulubiona jego powieść. Chodzi o to, że nie zawsze należy pomagać nieznajomym. Przynajmniej do takiego wniosku mógłby dojść Richard Mayhew, przeciętny zjadacz londyńskiego chleba, który za sprawą tajemniczej dziewczyny imieniem Drzwi traci wszystko, co dotychczas miał: dom, pracę i narzeczoną. Nie bardzo mając inny wybór, podąża za Drzwi (nie: za Drzwiami) do Londynu Pod, magicznego świata skrywanego gdzieś metafizycznie w rejonach metra. Będą intrygi, pościgi, anioły (no, przynajmniej jeden), bestie (no, przynajmniej jedna) i mnóstwo frajdy z odkopywania wszystkich literackich smaczków. A-ha, i po prostu ubóstwiam zakończenie.

N
Z drugą literką „n” będzie leciutkie jeno oszustwo, bo tytuł w oryginale, ale z drugiej strony, wszak czytałam oryginał, nie przekład. I chciałam, aby w niniejszym zestawieniu znalazło się miejsce dla bardziej… obyczajowo-romantycznego zestawu Malitowych lektur (drugim kandydatem było „Opactwo Northanger”, które po angielsku też zaczyna się na „n”). Stąd „North and South” Elizabeth Gaskell.
Nie tak dawno referowałam moje zachwyty nad powieścią Gaskell, więc powtórzę tylko, że całość opowiada o dziewczynie, która z sielskiego Południa przybywa na przemysłową Północ Anglii i musi dostosować się do nowych, zupełnie innych warunków. Wątki społeczno-ekonomiczne przeplatają się z miłościwymi i jedne i drugie są znakomite. Czytamy koniecznie.

A
Przeszukując listę „przeczytane” pod kątem „tytuł na A”, zobaczyłam „Akty wiary” Ericha Segala i zaaplikowałam sobie tak efektowne plaśnięcie w czoło (szczęśliwie, chronione grzywką), że aż dźwięk się poniósł w przestworza. Jak mogłam nie pomyśleć o tej powieści od razu…

https://i0.wp.com/media.giphy.com/media/fFzF3CLIjqMj6/giphy.gif
O tak zrobiłam. Może trochę intensywniej.

Dzieła Segala mają to do siebie, że są bardzo bardzo podobne. Stąd czytamy je w odpowiednich odstępach czasowych, żeby się nie znużyć i nie frustrować tym, że przecież już było to sto razy wszystko. Ale najwspanialsza powieść Segala to właśnie „Akty wiary”, czyli historia trójki niezwykłych młodych ludzi, która zaczyna się na nowojorski Brooklynie. Tim, półsierota i łobuziak, odnajduje w sobie wielką pobożność. Służy do mszy, uczy się Biblii na pamięć i głęboko przeżywa swoją wiarę, a po godzinach pracuje jako szabesgoj w lokalnej społeczności ortodoksyjnych Żydów. Tam poznaje Danny’ego, syna rabina, który szamoce się z oczekiwaniami narzuconymi przez rodzinę (ma zostać rabinem, jak jego ojciec) oraz jego siostrę Deborę, która marzy o tym, by się uczyć i odwleka jak najdłużej się da moment zamążpójścia. Czytam „Akty wiary” średnio raz do roku, więc znam na pamięć i na wyrywki losy całej trójki: ich zmagania z życiem, poszukiwanie tożsamości, wielką miłość i… a, zresztą, po prostu przeczytajcie.

PS. Pamiętam, jak pożyczyłam tę książkę koledze i dopytywałam smsowo, czy już skończył i czy mu się podoba. Odpisał „Rodzę razem z Deborą, nie mogę się oderwać”.
Kurtyna.

I tak powoli finiszujemy i z książkami, i z gifami. Do zaprezentowania Name Book Tagu nominuję myszkovską, sugerując bezczelnie, że mogłaby dorzucić do książek tytuły piosenek.
…a na koniec zwracam się ku siłom wyższym.

https://i0.wp.com/38.media.tumblr.com/bc332d9e46f2d2c5d8d4bad0cbabe934/tumblr_nfixbr7Dr81rziwwco1_400.gif
Czy wręcz najwyższym.

Slow fashion, czyli porządki… w głowie.

„Slow fashion. Modowa rewolucja” Joanna GlogazaRzadko wypuszczam się na szerokie wody blogosfery, a na te nieznane wody blogów nie-książkowych – to już prawie wcale. Są jednak dwa blogi modowe (choć właściwie nie tylko modowe, powiedziałabym, że osobowościowe), które czytam namiętnie a regularnie: Styledigger i Szafa Sztywniary. „Czytam” jest tu słowem ze wszech miar słusznym, bo oprócz zdjęć obydwie autorki publikują dużo mądrych a dowcipnych treści w formie pisanej. A Styledigger – czyli Joanna Glogaza – ostatnio swoje mądre treści opublikowała w formie książkowej.

„Slow fashion” to swego rodzaju manifest nie tylko modowy, ale i życiowy (powiedziałabym „lifestylowy”, gdyby nie to, że nie przepadam za tym słowem). Chodzi o uporządkowanie swojej garderoby, ale nie tylko, bo za ogarniętą garderobą idzie bardziej ogarnięte życie. Każda kobieta nieraz stanęła przed szafą, z której wszystko się wysypywało, łkając w duszy „nie mam się w co ubrać” – a Joanna Glogaza pokazuje, jak kroczek po kroczku tę sytuację zmienić. Nie ma się co nastawiać na szybkie i łatwe w osiągnięciu efekty, bo chodzi raczej o przestawienie sposobu myślenia, a to szalenie wymagające. Zatem, będzie trochę porad czysto praktycznych, od segregowania zawartości szafy, przez tablicę inspiracji (zwaną moodboard) aż do poszukiwań swojego stylu (przypominam, posiadanie stylu nie oznacza, że trzeba mieć wszystkie ciuchy typu boho albo wyłącznie sukienki w kwiatki). Znajdą się historie osobiste i piękne zdjęcia – które nawet na czytniku wyglądają elegancko.

Co najważniejsze, „Slow fashion” tchnie rozsądkiem w najlepszym tego słowa znaczeniu. I nie ma w tej książce ani grama nachalności – to, że autorka lubi koszule i złote dodatki, nie oznacza, że będzie do nich namawiać wszystkie zainteresowane. Na każdym kroku podkreśla, że to, co się podoba mamie, babci, koleżance z ławki czy sąsiadce z naprzeciwka, niekoniecznie musi podobać się jej – albo mnie. Grunt, to dobrze czuć się z samą sobą… i samej siebie nie oszukiwać.

„Kupienie bluzki, która została przeceniona ze 100 zł na 50, nie oznacza, że zaoszczędziłaś 50 złotych. Oznacza, że wydałaś 50”

Święte słowa. Tu na marginesie dodam, że jestem całkiem zadowolona ze swojej szafy – wiadomo, że można by jeszcze to i owo poprawić, ale generalny porządek zrobiłam po niedawnej przeprowadzce, i przyznam, że inspirację i kierunek, w którym podążałam, zapewniły mi posty Styledigger.

TL;DR – jak to mówią – Joanna Glogaza wie, co mówi, potrafi do tego przekonać i zachęcić. Dorzućcie do tego trzy kilo dystansu do samej siebie i wyjdzie naprawdę przezacny poradnik.

 PS. Jak chcecie wiedzieć, o co chodzi z slow fashion u Styledigger – tu dobrze zacząć.

Co powinien Idealny Bohater Książkowy

To jeszcze w ramach delikatnego pokłosia Dnia Kobiet – bardziej dla czytających pań, niż panów, choć z drugiej strony… mniejsza o to. Gdy Facebook pyta, z kim kto akurat bywa w związku, niektórzy odpowiadają „it’s complicated”, a niektórzy żałują, że nie ma opcji „dating a fictional character”. Która z nas nie wzdychała do wyśnionych książąt z bajek, panów Darcych i innych dżentelmenów? No właśnie.

Otóż dlatego lista cech/umiejętności/przyległości, które winien posiadać Idealny Bohater Książkowy. Według Mality. Można dorzucać swoje upragnione przymioty w komentarzach.

mentally dating a fictional hero
Facebook powinien wprowadzić taką opcję.

Odpowiedni wygląd

Inteligencja, humor, wiadomo, wszystko ważne, ale też miło mieć na co spojrzeć od czasu do czasu. Na przykładzie: gdy ongiś na kinowe ekrany wchodził „Władca Pierścieni”, ja i współ-oglądaczki dzieliłyśmy się na team-Aragorn (ach, to spojrzenie, ten zarost lekki, ten głos lekko chropawy) oraz team-Legolas (śliczny i wdzięczny, budyń z soczkiem, a jak z łuku szyje, no no!). W tym miejscu wyznaję – miało się lat trzynaście i poszukiwało się w internetach fanficów z Legolasem w roli głównej (oto moja #grzesznaprzeszłość i #błędymłodości). Po latach dochodzę do wniosku, że ja jednak jestem team-Eomer. Clue jest jednak takie, że i wygląd ma znaczenie. W książkach można go sobie, szczęśliwie, wyobrazić wedle woli.

Rycerskie ramię

Czyli obrona przed bandą orków/kosmitów/dresów w razie potrzeby. Rąbnie ten nasz ideał mieczem, jak wiedźmin zwany Geraltem, albo strzeli z kuszy, aktualnie dostępnej broni palnej czy wyrżnie z łokcia bezpardonowo jak Kacper Ryx.  Nie ukrywajmy, czasem nam się po prostu nie chce, a czasem nie ma sensu niszczyć sobie starannie wykonanego manikiuru. Niech się ktoś tym zajmie.

Talenty nie tylko rycerskie

Są tacy bohaterowie, którzy są obliczeni na to, by zachwycać (promienisty książę Genji jest tutaj najdoskonalszym z przykładów, tańczy, śpiewa, recytuje – i nie tylko, ale na tym poprzestańmy). Ale są inne talenta, które Ideał mieć powinien: na przykład oczytanie (jak Florent D’Urbec z mojej umiłowanej „Czary wyroczni”), dowcip (jak Locke Lamora, on to ma w pakiecie z auto-dystansem), umiejętność wyrażania swoich uczuć w mowie i w piśmie (kapitan Wentworth i jego list <3), czy zasadniczy spryt życiowy, który w każdej epoce jest na wagę złota (pozdrowienia dla Gordianiusa).

Mroczna przeszłość // łobuzerska teraźniejszość

Wiecie, nutka tajemnicy, jeden z najbardziej seksownych przymiotów. Hrabia Monte Christo, która z pań się oprze? Kobiety ponoć kochają rozmaitych szelmów (team-Loki, obecne?): mogą to być albo łotrzykowie doskonali (Locke Lamora też tu pasuje), albo niepoprawni kawalarze (kto prócz mnie ma sentyment do bliźniaków Weasleyów?). Szeroko pojęci „przeklęci przez gwiazdy” też mają w sobie to coś, jak również rozmaici oczekiwani-przez-przepowiednię (jak choćby Paul Muad’dib, mężczyzna w stu procentach).

Stan posiadania

Wygląd – tak, osobowość – tak, ale odpowiednia rezydencja też się przyda. Ot, takie Pemberley, bo czemu akurat nie. Może to być rezydencja Jaya Gatsby’ego. I absolutnie nie chodzi tutaj o to, że lecimy na kasę i majątek, nie nie. To po prostu miły dodatek.
(biblioteka z zamku Bestii też się liczy, oczywiście)

Oczywiście, taki misz-maszowy książkowy mężczyzna nie istnieje – a gdyby istniał, to mogłoby się okazać, że zestaw cech doskonałych wcale nie tworzy doskonałej całości… dlatego kochamy tych bohaterów razem i z osobna.

*working title*

Ostatnio mnóstwo było wspomnień za rok 2014, rozliczeń, wyliczeń i postanowień. Takie czasy, acz, jako że Malita nie należy do specjalnych entuzjastek stosików i/lub Bardzo Wielkich Podsumowań (a Ekruda machnęła tak piękne zestawienie statystyczne, że nic lepszego wymyślić się nie da), nie będzie dziś zatem ani jednego, ani drugiego. Mam za to kilka impresji z lektur okołonoworocznych.

Dziewiąte życie czarnoksiężnikaPrimo,  „Dziewiąte życie czarnoksiężnika” Marcina Strzyżewskiego. Pragnę zeznać, że co za dużo, to niezdrowo, a tutaj pojawiają się między innymi: wyjątkowo odjechana teoria magii razem z wyjątkowo odjechanymi magami, elfy, krasnoludy, demony z innego wymiaru, elektryczność i inne dobrodziejstwa techniki w pakiecie z imionami z kosmosu. Ale zakończenie łagodzi ten lekki foch czytelniczy. Tylko tak się ta powieść mogła skończyć.

Mistrz z PradoSecundo, „Mistrz z Prado” Javiera Sierry. Czyli niby-autobiograficzna opowieść o tajemniczym znawcy obrazów, który przed młodym Sierrą odkrywa sekrety madryckiego Prado. W pół drogi między „Światem Zofii” Gaardera (czyli relacja mistrz-uczeń) a „Kodem Leonarda da Vinci” Browna (chodzi raczej o to, że odkrywamy ukrytą historię obrazów, acz będzie teoria spiskowa z dwoma dzieciątkami Jezus). Bardzo ładnie wydana, ale nie nie wróżę jej rządu dusz. W sensie, mojej nie porwała.

Zorza północnaTertio, „Zorza północna”, część pierwsza „Mrocznych materii’ Philipa Pullmana. Wkraczamy w świat, gdzie każdy człowiek posiada swojego dajmona (coś na kształt fizycznej manifestacji duszy ludzkiej, czuję, że moją byłby tłusty kot). Całość w ramach cyklu: nadrabiaj-polecaną-klasykę oraz w-połowie-zorientuj-się-że-widziałaś-ekranizację (skądinąd słabą, ale z dobrą obsadą). Zacniej się czyta, zacnie się będzie czytało część następną.

Malita nie jest stworzeniem specjalnie „wyzwaniowym”, rokrocznie tylko obiecywała czytać książki „z półki” (vide: kategoria „wyzwania”), niemniej nie dobiła do zakładanego mistrzowskiego limitu za rok 2014 (brakło 4 pozycji). To niedobicie nauczyło jednego: nie ufać sobie zanadto w obietnicach ilościowych. Składam zatem obietnicę jakościową: że w Anno Domini 2015 na Co czyta Malita pojawiać się będą nie tylko dotychczasowe Malitowe impresje książkowe, ale i inne teksty. Zestawienie krótkich impresji to takie mini-otwarcie tej obietnicy.

A następną razą obiecuję dłuższy namysł nad jedną konkretną książką!