Simona Kossak o ziołach i zwierzętach

kossakPamiętam, jak na lekcji biologii w liceum każda osoba z klasy miała za zadanie przedstawić wylosowane drzewo: przynieść liście do wglądu tudzież przygotować krótką notatkę, zawierającą informację o pniu, kwiatach, biotopie i tak dalej (wygrzebałam nawet na dysku swoją notatkę, data utworzenia pliku trochę mnie zbiła z tropu). Jakaż byłam uradowana, gdy trafiła mi się brzoza, rosnąca akurat na mojej trasie szkoła-dom. Otóż, moi drodzy, jestem mieszczuchem i nie wstydzę się do tego przyznać. Odrobinkę wstydzę się natomiast tego, że moja wiedza przyrodnicza jest raczej przeciętna. Ale – zabrzmię teraz jak Hermiona próbująca dowiedzieć się czegoś o quidditchu – od czego są książki. Continue reading „Simona Kossak o ziołach i zwierzętach”

„Botanika duszy” Elizabeth Gilbert

„Botanika duszy” Elizabeth GilbertMam do Gilbert duży sentyment, nie tylko z uwagi na jej Słynne Dzieło Ekranizowane Z Udziałem Julii Roberts (skądinąd, całkiem przyzwoita ta ekranizacja). Lekko antropologiczne wynurzenia o małżeństwie,  czyli „I że cię nie opuszczę…”, też mi się bardzo podobały. A samo hasło „Jedz, módl się, kochaj” jest tak trafne i udatne, że mogłoby z powodzeniem stanowić moje motto życiowe (zwłaszcza pierwszy składnik, podpowiada złośliwa część Malitowej duszy). Już zatem od początku byłam nastawiona pro – i taka pozostałam.

Mało które dziecię miało tak nietuzinkowy start w życiu, jak Alma Whittaker. Jej ojciec, ambitny awanturnik z ambicjami botanicznymi, dorobił się na handlu chinowcem (kora jezuitów, chinina – czytelnicy „W pustyni i w puszczy” teraz kiwają głowami z ważnymi minami) i zyskał sobie reputację ekscentrycznego bogacza. Jej matka, praktyczna i trzeźwo myśląca Holenderka, wywiozła z domu rodzinnego cebulki tulipanów i dziesiątki czystych ksiąg rachunkowych. Posiadłość Whittakerów w Filadelfii początków XIX wieku, z olbrzymią biblioteką i rozległym ogrodem, była dla małej Almy rajem na ziemi. Bystra, energiczna i brzydka dziewczynka wyrosła na kobietę inteligentną, pracowitą i pełną pasji. Pasji do botaniki, to rzecz ważna. Nieustanny głód wiedzy zaprowadzi Almę na skraj świata i na skraj własnego rozumu – od błogiej Filadelfii, przez Tahiti, po Europę – i nie będzie to droga usłana różami (wyobrażam sobie teraz, jak Alma na hasło „róża” mruczy pod nosem „rosa, z rodziny rosacae”).

Racjonalna Alma, jej enigmatyczna przybrana siostra, Prudence, rozmaici przyjaciele i towarzysze w nauce – każdy ma swoją wewnętrzną misję, rozterki, tajemnice – a większość nie doczeka hollywoodzkiego happy endu. To, co mi się najbardziej w „Botanice” podobało, to sama Alma, kobieta silna, dzielna, ale i krucha jednocześnie. Podziwiam ją za – uwaga uwaga – brak egzaltacji. Za przebojowość… i za zaakceptowanie samej siebie.

Pięknie smutna to historia. Smutna, ale nie przykra. Bardzo wspaniała. I pięknie się kończy.

PS. Oklaski dla tego, kto wymyślił polski tytuł. Oklaski na stojąco.
PPS. A na okładce pochwalna inskrypcja z Wielkiego Buka Bombeletty, dumnam! ;)

„Zbrodnie roślin” Amy Stewart

„Zbrodnie roślin” Amy StewartJak to zwykle na Targach Książki bywa (tu akurat mam na myśli edycję 2012’), poszłam po jedną książkę, a wróciłam z zestawem zupełnie nieplanowanym. „Zbrodnie roślin” zachwyciły mnie oprawą graficzną i perspektywą dowiedzenia się czegoś więcej w tematyce botanicznej, bom w tej materii laik straszliwy. I jeszcze tak stały sobie samotnie na półeczce, a moje czytelnicze sumienie kusiło „kup, kup”. Cóż przyszło czynić? Kupiłam.

„Chwast, który zabił matkę Abrahama Lincolna i inne botaniczne okropieństwa”, obiecująco głosi podtytuł. I dokładnie o to w tym chodzi: bo niewielka zielona książeczka zawiera smakowity opis różnorakich roślin: chwastów, krzewów, drzew i kwiatów, które trują, mordują, zachwaszczają i zasadniczo, dają wycisk w domu i zagrodzie. Są niebezpieczne, toksyczne, niszczące i zabójcze – nieważne, czy je zjemy, dotkniemy czy tylko powąchamy. Ot, na przykład, zwykły, poczciwy tulipan potrafi wytwarzać wysoce drażniące soki (stąd kwiaciarze cierpią z powodu opuchlizny i podrażnień skórnych). Będzie też ohydnie śmierdzące dziwidło, koka, pokrzywa, konwalia, hiacynt, mandragora i mnóstwo innych mniej lub bardziej znanych roślin z całego świata. W pakiecie różne ciekawostki roślinno-polityczno-życiowe. Na przykład, zielsko z rodziny Cannabaceae, popularnie zwane konopią i/lub marihuaną, należy do wyjątkowo bezczelnych chwastów: 98% wysiłków rządu USA w zwalczaniu marihuany skupia się na wyrywaniu dziko rosnących konopii. Okazuje się również, że trujący bluszcz na dobrą sprawę nie jest trujący, tylko połowa przedstawicieli Homo sapiens jest na niego uczulona. Z pewnym niepokojem patrzę teraz na aloes w doniczce na parapecie – jeszcze się koty potrują – czy podchodzę podejrzliwie do ziemniaków. Nie bez powodów, moi drodzy, gotujemy zwykłe ziemniaki przez 20 minut…

To tylko mała część z szerokiej palety botanicznych okropieństw, jakie serwuje nam Amy Stewart. Autorka przestrzega, że nie chodzi jej bynajmniej o odstraszenie czytelników od dzikiej przyrody. Przeciwnie, pisze, iż „trudno przecenić korzyści płynące ze spędzania czasu na łonie natury – powinniśmy też jednak być świadomi jej potęgi”*, apeluje. Nie jest to może dzieło naukowo wybitne i innowacyjne dla rozeznanych w temacie, ale dla niezbyt rozgarniętych przyrodniczo osobników – jak Malita – okazało się w sam raz. Przy okazji, nie polecam czytania od deski do deski naraz, tylko raz na jakiś czas smakowanie (nomen omen!) roślinnych zbrodni. Ale ostrożnie, czasem się można nieźle wystraszyć!

Rzecz w ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2013.

I przy okazji, przypominam nieśmiało o konkursie na Blog Roku 2012 – na Malitę można głosować, wysyłając SMS o treści E00486 na numer 7122. Tutaj szczegóły. Nb, dochód z smsów (1, 23 zł za sztukę) idzie na cele charytatywne. Połączcie przyjemne z pożytecznym :)

* Amy Stewart, „Zbrodnie roślin”, przeł. Dariusz Wojtowicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. XV.