Ukłon i pałeczki, czyli o etykiecie japońskiej

O Japonii napisano już całe biblioteki, a szczególną w nich półeczkę (czy raczej: osobny dział) zajmuje zbiór rozmaitych wprowadzających opowieści. Wiadomo, relacje gajdzinów stawiających pierwsze kroki w Kraju Kwitnącej Wiśni: uczących się jedzenia pałeczkami, podróżujących zapchanym niekiedy do granic możliwości metrem, nauczających angielskiego, próbujących rozmaitych kulinarnych specjałów, podziwiających kwiaty wiśni et cetera, et cetera. Całość podana mniej lub bardziej błyskotliwie, czasem sztampowo aż do bólu zębów, czasem ze swadą i pomysłem. Niejedna już taka pozycja stoi na mojej półce – a niedawno dołączyła do nich „Etykieta japońska” duetu Boyé Lafayette De Mente i Geoff Botting, reprezentująca sekcję „z pomysłem”. Continue reading „Ukłon i pałeczki, czyli o etykiecie japońskiej”

Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego

Nie tak znów dawno spędziłam ciepły, przyjemny czerwcowy wieczór, krążąc wokół Wyspy Białej – a wszystko za sprawą niezwykłej książki o pewnej wyprawie i pewnej obsesji na jej punkcie. Innymi słowy, „Ekspedycja. Historia mojej miłości”, którą popełniła Bea Uusma. Ta cudownie wydana opowieść przenosi nas w okolice bieguna północnego z końca XIX wieku oraz w czasy współczesne, czasy tropienia i śledzenia.

Otóż 11 lipca 1897 roku trzech podróżników – inicjator przedsięwzięcia Salomon August Andrée, inżynier Knut Frænkel i fotograf Nils Strindberg– wyrusza ze Spitsbergenu na północ balonem wypełnionym wodorem Continue reading „Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego”

Hen. Na północy Norwegii.

„Chyba wrócę do domu i poczytam, mam dobrą książkę”, zapowiedziałam koleżankom zapytana o plany na wieczór. Unisono zapytały, jaką. Otóż północną. Jeszcze dalej niż północ. „Hen” Ilony Wiśniewskiej.

Ilona Wiśniewska najpierw zamieszkała na Spitsbergenie (i napisała „Białe”), a potem przeniosła się na południe. Z tym, że jej południe w przypadku Spitsbergenu to dla nas, bezpiecznie ulokowanych w środkowej Europie, wciąż daleka północ. A dokładniej, Finnmark, największy okręg administracyjny Norwegii, położony w północno-wschodniej części kraju. Finnmark położony hen, co oznacza jednocześnie blisko i bardzo daleko.

Północ wcale nie taka idealna. Ba, czasem wręcz przykra. Oczywiście, że trudna do życia, a to z uwagi na warunki pogodowo-przyrodowe: życie w tamtych okolicach przynosi nie tylko śniegi i zimno, ale także wieczny dzień i wieczną noc, które solidnie potrafią namieszać w głowie i w duszy. Trudności mnożą się także w tematach społecznych i tożsamościowych (relacje na linii Północ-Południe nie należą do idealnych), ekonomiczno-gospodarczych (połów dorsza wygląda nieco inaczej niż 40 lat temu i nie wszystkim to pasuje) czy ekologicznych (masowa hodowla łososi sprawia, że dzikie ryby z tego gatunku to prawdziwy rarytas).

To jest instalacja artystyczna, bez paniki. Fot. Ilona Wiśniewska.

W swoim reportażu Wiśniewska dotyka wielu tematów północnych, kreśląc hen-historię sprzed setek lat, z czasów wojennej pożogi, z dni odbudowy, z dogorywającej boleśnie współczesności. Jej bohaterami są między innymi rdzenni Saamowie, traktowani przez Norwegów w najlepszym razie po macoszemu, w najgorszym – i najbardziej realnym – przemieleni przez norwegizację zaczęli się wstydzić własnej kultury i języka, i dopiero od niedawna uczą się czuć dumę z bycia Saamem i otwarcie pokazywać się światu. Co nie oznacza, że Południe to akceptuje i szanuje na całej linii.

Wśród wszystkich hen-opowieści najbardziej chyba podobała mi się opowieści o joik. Joikuje się kogoś lub coś, nie o kimś czy o czymś, bez słów i instrumentów intonując śpiew, w którym drzemią stare szamańskie rytuały. Pradawna muzyka wydobywa się bardziej z okolic serca niż gardła, jak opowiada jedna z hen-bohaterek, joikuje się zaś krajobraz, zwierzę albo stan ducha – ale nie światło – i przynosi to wielką radość wykonującemu i zaszczyt temu, kto jest joikowany. Był jednak taki czas, kiedy saamski joik został zakazany, jako że chrześcijanka propaganda widziała w nim przejaw czarnej magii i grzechu. Gdy Mari Boine, słynna norwesko-saamska pieśniarka, zaczęła wykorzystywać joik w swoich utworach, wielu nie tylko nie rozumiało, ale i potępiało jej inspiracje. Łącznie z rodzicami samej Mari.

Ilona Wiśniewska prowadzi nas przez wiele miejsc, jak doświadczony przez II wojnę światową Kjøllefjord, Vardø, za którym jest już tylko Rosja, czy płócienna instalacja na przylądku Steilneset, upamiętniająca spalone w XVII wieku czarownice. Choć po opisach tych zawieruch dziejowych czy pogodowych można odnieść wrażenie, że same przykrości czekają nas w Finnmarku, to jednak nie o to chodzi. Hen-reportaż pełen jest surowego piękna, i choć może odziera Norwegię z wyidealizowanych stereotypów, to jednak fascynuje i nie pozwala zapomnieć. I skłania do tego, żeby zacząć sprawdzać bilety lotnicze w kierunku północnym.

W ramach klamry zamykającej: w tejże samej rozmowie, która otwiera niniejszy wpis, stwierdziłyśmy zgodnie, że jeśli idzie o reportaże wydawnictwa Czarne, to można kupować je w czarno. To jest, w ciemno.

PS. Nikt inny, tylko niezawodna Wiol pożycza takie książki. Dziękuję.

Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej?

raspailJedną z co zacniejszych zalet poznawania nowych ludzi jest to, że można się wymieniać tytułami wartych czytania książek. Nie wdając się w zbyt rozległe opowieści, wracaliśmy z wyjazdu w bardzo magiczne miejsce i dyskutowaliśmy kilkuosobową ekipą o wszystkim, co ważne – w tym o literaturze. Ja, rzecz jasna, skrupulatnie notowałam kolejne godne uwagi pozycje, a po powrocie z radością odkryłam, że Jagiellonka trzyma poziom i posiada w swych przepastnych zbiorach tak niepozorną i mało znaną pozycję, jak „Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej?” Jean Raspaila, książeczkę napisaną w połowie lat 80-tych.

Właśnie, któż? Słyszeliście kiedyś o Kaweskarach? Przypuszczam, że wątpię. Na wpół wymarłe plemię, zwane również Alakaufami i Peszerejami, zwykło opływać swymi topornymi łodziami Ziemię Ognistą, polując na foki i smarując się ich tłuszczem, by uchronić się od zimna. Ich jedynym domem były łodzie i namioty, rozstawiane tu i ówdzie. Gdy nadchodzili obcy, Kaweskarowie nie podejmowali walki, tylko nawoływali się krótkim Arka! W drogę! i wyruszali, byle dalej od niebezpieczeństwa, które im grozi, a które w końcu zepchnie ich na krańce świata. Niewiele potrzebowali: ot, pełen żołądek i ciepło dookoła. Nawet wtedy jednak nie mogli tego nazwać stanem szczęśliwym, bo w swoim języku Kaweskarowie nie posiadali określenia ani na szczęście, ani na Boga – jest tylko Ayayema, podstępny duch zła, czyhający na wszystko, co żywe –  siebie zaś określali po prostu „ludźmi”.

https://i2.wp.com/www.limbos.org/sur/alak/alak16.jpg
Kobiety Kaweskarów w tradycyjnej łodzi, rok 1907

To wizja powieściowa i jako taka ma swoje ograniczenia; ma też swoją siłę rażenia. Raspail kreśli ni to nostalgiczną, ni to pełną pobłażania historię zapomnianego, prymitywnego ludu, którego największą innowację przez pięć tysięcy lat stanowiło przejście z łodzi budowanych z kilku kawałków drewna na te wykonane z jednego, ale dużego i mniej przepuszczającego wodę. Jeden powieściowy zabieg zasługuje tu na szczególne podkreślenie: każdy prawie mężczyzna, przedstawiony w danym rozdziale, zwie się Lafko, syn Tawa, syna Lafka. Lafko, czyli „dzień”. Dobre imię, odstraszające Ayayemę. I tak wszyscy bohaterowie na przestrzeni powieści zdają się zlewać w jedną postać, żyjącą przez pięć tysięcy lat i bezpowrotnie zmierzającą ku zagładzie.

Choć głosy krytyków były podzielone – niektórzy uważali, że Raspail popełnił błąd, przedstawiając Kaweskarów jako lud wymarły, wszak ich potomkowie wciąż żyją – mnie przede wszystkim uderzyło, jak przykra jest ta książka. Raz jeszcze światli a cywilizowani Europejczycy w konfrontacji z nieznanym dotąd plemieniem prezentują postawę w stylu „ech, te brudne, brzydkie dzikusy, nawet jak się ich umyje i nawróci, to nic z tego nie będzie”. Prym wśród nich wiedzie Charles Darwin, który po kontakcie z Kaweskarami u wybrzeży Ziemi Ognistej nie szczędził ostrych słów: „najnędzniejsze i najbardziej upośledzone istoty, jakie kiedykolwiek oglądałem” (więcej soczystych epitetów: tuże). Niezrozumienie jednych przez drugich przynosi same nieszczęścia. Mniejsza o momentami dość protekcjonalny stosunek autora do swoich (powieściowych, przypominam) bohaterów. Całość tchnie smutkiem i beznadzieją, od samego zarania powieści – i dziejów Kaweskarów – zmierzając ku niechybnemu końcowi.

Bo któż pamięta ludzi z Ziemi Ognistej…

PS. Toporowi za opowieść o tej opowieści – dziękując!
PPS. Chilijski reżyser Patricio Guzmán w jednym ze swoich dokumentów, zatytułowanym , opowiada o Ziemi Ognistej i oddaje też głos Kaweskarom – posłuchajcie.

Dzieła zebrane #15

Ostatnio naprawdę zebrało się trochę książek do opisania – w tym roku chyba padnie rekord ilościowy, choć bez paniki, jak wiemy, nie o ilość idzie, ale o jakość. Niemniej, tygodniowe leniwe wakacje sponsorowane przez hasło „leżę i czytam” (mój ulubiony typ wakacji, nie wstydzę się przyznać) pozwoliły na nadrobienie kilku książkowych zaległości. Nadrabiam zatem i spisywanie wrażeń w formie tradycyjnych #dziełzebranych. Trzy książki oto.

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” Weronika Murek

Dawno dawno temu przeczytałam recenzję Ekrudy i poczułam się oczarowana: nawet sam tytuł, ba, okładka! mają coś w sobie, to nieuchwytne coś, za czym tak bardzo chcemy podążać. Przy bliższej chwili obecnej okazji (przecenie na ebooki, żeby być szczerym do ostatka) upolowałam. Przeczytałam. I wcale nie jestem oczarowana.
Ja właściwie lubię książki nietuzinkowe i niepokojące, ale poziom cudaczności u Weroniki Murek zdecydowanie przekracza mój poziom percepcji. Otwierające opowiadanie, w którym zmarła dziewczyna wciąż uparcie nie chce wyprawić się do zaświatów, to tylko prolog do kolejnych oniryczno-dziwacznych opowieści. Ciężko mi nawet wyjaśnić, co mi się w tym wszystkim nie podobało. Może inaczej: jest takie ładne, acz dosadne powiedzenie „nie mój cyrk, nie moje małpy”. Dosadnie zatem: bardzo nie mój cyrk. Bardzo nie moje małpy.

„Opowiem ci pewną historię” Annie Barrows

A tu już raczej historycznie i twardo na ziemi. Otóż są lata 30-te XX wieku, kryzys w Stanach daje się we znaki wielu osobom, bezrobocie, prohibicja… niemniej, Layla Beck martwi się czym innym. Otóż sprzeciwiła się ojcu („nie wyjdę za niego i już”) i szanowny tata pozbawił Laylę środków do życia. Dziewczyna dzięki ojcowskim znajomościom znajduje pracę – ma napisać książkę o historii Macedonii, niewielkiego miasteczka w Wirginii. Jedzie na miejsce, wynajmuje pokój u rodziny Romeynów i zagłębia się w dzieje Macedonii… oraz  przeszłość swoich gospodarzy.
Barrows kreśli historię z perspektywy kilku bohaterów – właściwie, bohaterek, bo prócz Layli mam też dwunastoletnią Willę Romeyn i jej ciotkę Jottie – pokazując obecne i dawne rozterki, tajemnice, niespełnione miłości i wielkie awantury. Nie jest to rzecz, którą czytałam z wypiekami na twarzy, na początku byłam wręcz niechętna całej tej opowieści i lektura szła mi opornie. Z czasem jednak (zwłaszcza, gdy nabierze się sympatii do którejś z postaci, jak ja do Jottie), czyta się coraz lepiej, a pod koniec naprawdę się wciągnęłam.
[tl;dr] Jest przyzwoicie.

„Włosi” John Hooper

Pierwotnie planowaliśmy z Królem Małżonkiem podarować tę książkę znajomym z okazji ślubu, ale zaczęliśmy podczytywać i w końcu sprezentowaliśmy inną (też w podróżniczym klimacie, niech mają inspirację). Tymczasem – John Hooper od piętnastu lat mieszka we Włoszech i naprawdę zna się na rzeczy, nie mówiąc już o tym, że z klasycznej pozycji outsidera widzi więcej i inaczej. Pisze rzetelnie a dowcipnie, zaczynając od solidnego wprowadzenia historycznego (dlaczego Włochy wcale nie są zjednoczone?) i wiodąc czytelnika przez wszystkie aspekty życia współczesnej Italii: będą tu nie tylko oczywiste wątki mafijne i opowieść o la famiglia (zwłaszcza la mamma!), ale także rzut oka na rolę  Kościoła, umiłowanie do piłki nożnej, kontrowersyjnych polityków i włoską prasę. Naprawdę świetne, dogłębne i niekiedy ironiczne ujęcie tematu – dla italianolubów i po prostu ciekawych świata.
Z cyklu „randomowe ciekawostki”: pierwsza rzecz, jaką zrobiłam po przeczytaniu tej książki, to spaghetti. Miejcie to na uwadze!

PS. Za powieść Barrows dziękuję wydawnictwu Świat Książki.
PPS. A następnym razem znów Was zabiorę do Afryki!

Pożegnanie z Afryką

Pozostając w temacie okołopodróżniczym – w końcu wakacje jeszcze się nie skończyły, choć widać kres moich wojaży – co powiecie na wyprawę do Afryki? Ale taką… klasyczną?

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen to jeden z tych klasyków, który gdzieś tam zawsze odkładałam na później. Postanowiłam wreszcie nadrobić, między innymi dlatego, że czeka mnie bardzo zacna książka w tym klimacie, a dobrze jednak znać punkt wyjścia. W międzyczasie zorientowałam się, że jedna z moich ulubionych bibliotek ma naprawdę obfity zbiór audiobooków, ergo słuchana wersja dzieła Blixen wylądowała w moim odtwarzaczu błyskawicznie. W rezultacie, gdy przechadzałam się ulicami Warszawy i szutrowymi drogami Mazur, tak naprawdę spacerowałam po farmie z widokiem na góry Ngong.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Ngong'_Hills,_Nairobi,_Kenya.jpg
Góry Ngong

Baronowa Blixen – znana także pod pseudonimem Isak Dinesen – w swojej najsłynniejszej książce uchwyciła ostatnie chwile Brytyjskiego Imperium w kenijskiej, kolonialnej odsłonie. Jej farma Ngong mieściła się w Brytyjskiej Afryce Wschodniej, protektoracie, który pokrywa się właściwie z dzisiejszą Kenią. Plantacje kawy, hodowla bydła, wypatrywanie pory deszczowej i plagi szarańczy – te sprawy przez siedemnaście lat stanowiły codzienność Karen Blixen, jej pracowników i przyjaciół. Kikujuscy squaterzy, muzułmańscy Somalijczycy, dumni Masajowie, rozmaici pracownicy farmy, a do tego cała panorama ówczesnych lokalnych osobistości zapełniają karty opowieści Blixen. Baronowa znana była wśród kolonistów z przyjaznego i pełnego szacunku stosunku do tubylców; wielu ze swoich pracowników uważała za przyjaciół i wiernie opisała zwyczaje lokalne zwyczaje, jak choćby kikujuską ngomę, coś na kształt tanecznego rytuału w rytm bębnów.

https://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/01/ca/28/79/provided-by-museums-of.jpg
Farma Karen Blixen – dziś muzeum poświęcone autorce i książce.

„Pożegnanie z Afryką” to coś na kształt pamiętniko-wspomnień (pięknie opisuje to angielskie słowo memoir), i przemyca nie tylko atmosferę lat minionych, ale też poetycki namysł nad życiem i sporą dawkę autorefleksji. Dużo tu wtrętów mocno metaforycznych: jak choćby wtedy, gdy przy ostatecznym wyjeździe, już po sprzedaży farmy, Karen wraz z przyjaciółką dokonuje czegoś na kształt niemej inwentaryzacji, „wpisując” wszystkie woły, konie i inne zwierzęta do księgi zażaleń, którą później przedstawia się Losowi. Im bliżej tytułowego pożegnania, tym więcej nostalgii – rzecz absolutnie zrozumiała, jako że „Pożegnanie” ukazało się w 1937 roku, trzy lata po powrocie Blixen do Europy.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/6b/OutOfAfrica.jpg
Pierwsza edycja angielskiego wydania – ogromnie podoba mi się ta okładka!

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, można odczuć wspomnianą atmosferę, kulturoznawczo to interesująca rzecz, ale… czegoś mi brakło. W przypadku audiobooków ogromną rolą pełni jednak głos czytująca – i mam wrażenie, że „Pożegnanie” podobałoby mi się bardziej, gdyby nie lektorka Karolina Nolbrzak. Już mniejsza o znudzony ton, ale jej niepoprawne akcentowanie doprowadzało mnie do pasji. Otóż w języku polskim niektóre formy czasowników – konkretnie, forma przeszła liczby mnogiej – posiadają wyjątkowo akcent na trzecią sylabę od końca. Czyli „wybraliśmy się”, a nie „wybraliśmy się”. Wybaczcie czepialstwo, ale jestem na tym punkcie dość mocno wyczulona.

Czy moja raczej mało entuzjastyczna opinia na temat „Pożegnania” to efekt wyłącznie irytowania głosem czytającym – tego nie jestem pewna, niemniej dużo wody upłynie, zanim sięgnę po papierową wersję. Prędzej już zdecyduję się, w ramach zgłębienia ogólnego tematu, na ekranizację z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Film ma ten zasadniczy plus, że wszystkie cudowne widoki opisane w książce po prostu widać – choć już po zwiastunie wiadomo, że reżyser postawił na bardziej miłościwą historię niż opowieść o Afryce.

Bath śladami Jane Austen

Królewskie biuro podróży Malita Travel zaprasza na kolejną okołoksiążkową wycieczkę! Co prawda jeszcze przez tydzień się urlopuję – przede mną zacny czas leżenia i czytania, tak bardzo mi się to przyda – ale zdążymy przecież szybko przemknąć przez Bath okresu regencji, prawda?

Bath, leżące w hrabstwie Somerset w zachodniej Anglii, może poszczycić się długimi tradycjami uzdrowiskowymi – ale nie ma co sięgać do epoki żelaza, kluczowe będą tu rzymskie łaźnie. Starożytne spa cieszyło się popularnością już od pierwszych wieków naszej ery, a lokalna woda termalna miała leczyć wszystkie bolączki ciała i duszy. Niemniej prawdziwy rozkwit miasto przeżyło w XVIII wieku, kiedy to ówczesnym arbiter elegantiarum, Beau Nash, uczynił je modnym miejscem dla całej śmietanki towarzyskiej. Nash był dandysem w każdym calu i przez prawie całe życie tytułowano go „mistrzem ceremonii” Bath: to on dyktował trendy tudzież ordynował rozrywki. Eleganckie restauracje, teatry i na nowo odkryte źródła geotermalne sprawiły, że Bath co rok wypełniało się setkami dam i dżentelmenów – a niektórzy przenosili się tu na stałe.

Jane Austen Bath (22)
Most Pulteney nad rzeką Avon
Jane Austen Bath (14)
Bath Abbey: tu Austenowie nie chadzali na mszę z uwagi na… zbyt dużą ilość osób niskiego stanu
Jane Austen Bath (17)
Dzisiejsze wejście do rzymskich łaźni – tylko zwiedzanie, bez kąpieli!
Jane Austen Bath (16)
Starannie zaprojektowane ulice – pełne sklepów

Jane Austen może nie była jakąś wielką miłośniczką Bath – wyjeżdżała z miasta „pełna radosnego uczucia ucieczki”, jak sama pisała – ale rezydowała tu przez parę lat wraz z rodzicami i siostrą Cassandrą oraz umieściła w mieście akcję dwóch swoich powieści. Więcej, właśnie tutaj miała otrzymać jedyną w swoim życiu propozycję małżeństwa. Austenowie zmieniali adresy podczas najdłuższego stałego pobytu w Bath, wynajmowali też różne domy w trakcie krótszych wizyt – ale dziś najsławniejszym miejscem poświęconym pannie Jane jest rezydencja przy Gay Street, gdzie pisarka mieszkała wraz z matką w 1805 roku. Dokładnie w tej okolicy odpowiednią dla swojego statusu (i poczucia wyższości) rezydencję wynajął sir Walter Elliot w „Perswazjach”. Dziś przy Gay Street 40 mieści się Jane Austen Centre, a pamiątki z wizerunkiem pisarki oraz rozmaite wydania jej powieści można znaleźć w całym mieście. Zresztą, całe Bath jest tak klimatyczne, że gdy spuścić zasłonę milczenia na selfie-sticki, można spokojnie poczuć się jak na początku XIX wieku. Wiecie, te herbaciarnie… Słynny Great Pump Room, ukończony w 1789 roku, działa do dziś – i to właśnie w tymże miejscu Catherine Morland miała nadzieję spotkać pana Tilneya („Opactwo Northanger” dzieje się przede wszystkim w Bath). Spójrzcie tylko na te klimatyczne uliczki!

Jane Austen Bath (20)
W tle, po prawej, czekoladki księżnej Brunszwiku.
Jane Austen Bath (13)
Great Pump Room z zewnątrz…
Jane Austen Bath (19)
…i w środku: herbata i scones obowiązkowo!
Jane Austen Bath (21)
Park Parade Gardens: leżaczki i kawa, polecam.

Samo Jane Austen Centre to raczej miejsce w stylu „poznaj okres regencji i poczytaj ciekawostki” niż „na tym krześle siedziała sama Jane” (domyślam się, że drugi typ jest reprezentowany przez muzeum w Chawton, acz to jeszcze przede mną). Jest tu i sklepik z pamiątkami i innymi austenowymi drobiazgami (kartka z rozmarzonym panem Darcym – patrz niżej), i herbaciarnia, oraz niewielkie muzeum, które zwiedza się z przewodnikiem. Wiadomo, poszłam, a Król Małżonek zdecydował się na spacer po okolicy w międzyczasie. Cała wycieczka zaczyna się od krótkiej pogadanki na temat: słów parę o rodzinie Austenów, biografia naszej autorki i opowieść o samym Bath (przewodniczką mojej grupki było dziewczę w stroju filmowej Harriet Smith z „Emmy” z 1995 roku). Potem przechodzi się do pokojów mieszkalnych, gdzie można pooglądać reprodukcje portretów Austen (tych autentycznych i domniemanych), poczytać o różnych powiązanych z pisarką lokalizacjach w Bath, zerknąć do wnętrza XIX-wiecznej pasmanterii i strzelić sobie zdjęcie w stroju z epoki. Notabene, chciałam zaznaczyć, że suknie z okresu regencji są szalenie nietwarzowe, nie mówiąc już o budko-czepkach zwanych „bonnet”. W bordowej kreacji w kwiatki i pasującym kolorystyczne czepku wyglądałam jak chomik w ciąży – zdjęcia nie będzie. Będą za to inne.

Jane Austen Bath (1)
Przy wejściu wita pan Bennet!
Jane Austen Bath (3)
Drzewo genealogiczne familii
Jane Austen Bath (9)
Habedasher, czyli pasamonik – w takim sklepie Elizabeth spotkała Wickhama!
Jane Austen Bath (11)
Ćwiczymy pisanie piórem – szło mi całkiem nieźle, vide ostatnie zdjęcie.

Takie tam, pamiątki.
Takie tam, pamiątki.
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?

Królewskie biuro podróży Malita Travel uprzejmie dziękuje za tą krótką wycieczkę po Bath i poleca się łaskawej pamięci!