Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora

https://www.penguin.co.uk/content/dam/catalogue/pim/editions/43/9780241973714/cover.jpg.rendition.460.707.pngPo ostatnich raczej mało entuzjastycznych wpisach nareszcie książka, którą jestem zachwycona bez reszty. Co prawda nie powieść, co prawda po angielsku, ale jest naprawdę znakomita. Otóż będąc niedawno w Anglii, zaliczyłam rajd po księgarniach i obłowiłam się naukowo i hobbystycznie (częścią łupów już się zresztą chwaliłam!). Na pierwszy ogień do czytania poszła urocza książeczka, zatytułowana „How to be a Tudor” pióra brytyjskiej pani historyk, Ruth Goodman. Goodman zna się na rzeczy jak mało kto Continue reading „Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora”

Północ i Południe.

Malitowe upodobanie do prozy Jane Austen i podobnych klimatem opowieści jest znane nie od dziś. Historycznie, miłościwo, z zakończeniem, które zapewnia trzy kilo rozrzewnienia – mówcie, co chcecie, ja ubóstwiam takie książki oraz cały ten entourage dam, dżentelmenów, bali, odpowiednich manier, listów i zalotów, jakich dziś się nie uświadczy. A jak nie Austen – to Elizabeth Gaskell. „Panie z Cranford”, ktoś, coś?

Every day.
Every day.

Tym razem jednak w klimacie bardziej… północno-angielskim. „North and South” niedawno wróciło do łask czytelników, głównie dzięki serialowi BBC z 2004 roku. I to właśnie od rzeczonego serialu zaczęłam całą historię, dopiero potem zabrałam się za czytanie. Niemniej ekranizacja jest wyśmienita, obsada dobrana idealnie, zasadniczo, typ pierwszy. Samą powieść pierwotnie czytano w odcinkach w połowie XIX wieku, skądinąd w magazynie „Household works”, redagowanym przez Dickensa. Gaskell przerobiła potem całość do druku, dodała to i owo (między innymi ostatni rozdział, całe szczęście) i całość opublikowano jako „North and South”.

Z sielskiego Południa na, zdawałoby się, posępną i nieprzystępną Północ – to droga, jaką Margaret Hale pokonuje wraz z rodzicami. Pan Hale, ongiś pastor, wskutek osobistych wątpliwości porzuca stan duchowny i cała familia musi opuścić plebanię w ukochanym Helstone. Przenoszą się do Milton, małego miasteczka słynącego z przemysłu włókienniczego, zanurzając się w zupełnie nowe, początkowo dość nieprzyjazne życie. Pan Hale zajmuje się prywatnym nauczaniem, a jednym z ulubionych jego rozmówców i podopiecznych staje się John Thornton, właściciel fabryki, człowiek dumny, pracowity i bardzo bogaty. Margaret od początku nie lubi Thorntona, nie uważa go za dżentelmena i potępia jego metody zarządzania fabryką – zwłaszcza po tym, jak zaprzyjaźnia się z kilkoma jej pracownikami. On z kolei uważa dziewczynę za wyniosłą, mając wrażenie, że Margaret gardzi wszystkim, co dla niego jest drogie – i jednocześnie nie traci żadnej okazji, by ją spotkać.

Dzieło Gaskell to, jak mówią Anglicy, social novel i można się doszukiwać w nim bardzo bardzo wielu motywów – od porównania przemysłowej Północny i rolniczego Południa, przez konflikty na linii panowie-robotnicy, strajki w fabrykach, aż po wątki religijne czy genderowe. Chodzi mi o to, że uczucie między Margaret a panem Thorntonem – choć arcyważne – nie jest jedynym kluczem odczytania „North and South”. Richard Armitage, który wcielił się w głównego onego w serialu z 2004 roku, był wręcz zdziwiony ogromem… fanowskiego odzewu. I nie brak opinii, że jego Thornton to nowy pan Darcy.

No błaaagam.
I ten śnieg padający. No błaaagam.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie ta historia miłosna chwyta za serducho. Przyznaję bez bicia – mnie chwyciła bardzo. Abstrahując od historycznego tła (arcyciekawe, naprawdę) i wątków gospodarczo-socjalnych, to właśnie John Thornton i całokształt jego postaci sprawia, że będę wracać do „North and South”. Nieraz.

PS. Gdyby nie Ethlenn – nie byłoby. Dziękuję za serial!
PPS. Polski przekład, „Północ i Południe”, ukazał się dopiero 4 lata temu, muszę sobie przekartkować!
PPPS. Muzycznie wybornie mi do tego pasował musical Stinga. Ot, taka intuicja.

Powiało grozą, panno Austen.

Różnych muzykalnych towarzyszy można sobie wybrać do wędrownicznego questu. Ot, gdy zdążamy do mrocznej Góry Przeznaczenia (albo Góry Destynacji, jedno z dwojga), nasz towarzysz bard może nam serenadować (może nie tak dosadnie, jak w przypadku sir Robina), ptaki mogą ćwierkać radośnie (byle nie kosogłosy, to może zwiastować kłopoty), ewentualnie można podśpiewywać solo o swojej podróży. Jeśli powyższe opcje nie leżą, a codzienna wędrówka przez góry i doliny wymaga wsparcia, można zawsze sięgnąć po dobrodziejstwa techniki – zasadniczo, chcę przez to powiedzieć, że wracam do audiobooków. LibriVox znów okazało się nieocenioną pomocą – a ja jeszcze miałam jedną powieść umiłowanej panny Austen do nadrobienia. I to dość… horrorowatą.

„Northanger Abbey” to jedno z wcześniejszych dzieł autorki, obliczone na rozrywkę dla najbliższych i lekką kpinę z popularnych naonczas powieści gotyckich (historie z deszczykiem, straszliwe tajemnice, skrywane w lochach zwłoki, a najlepiej, żeby wszystko działo się w mrocznym zamku, jakieś Otranto czy Udolfo). Tu ramach gotyckiej lokalizacji występuje tytułowe opactwo Northanger, a w roli heroiny – Catherine Morland. O, jakże daleko jej do wydumanych bohaterek z mrożących krew w żyłach historii: ani wysoko urodzona (córka mało zamożnego pastora), ani specjalnie piękna, ani nie skrywa w duszy żadnego hańbiącego sekretu. Wręcz przeciwnie, jej prostoduszność i serdeczność zjednują wszystkich dookoła, a za jedyną ekstrawagancję można uznać upodobanie do wymienionych powieści gotyckich. Catherine marzy, by zobaczyć prawdziwy zamek i skrycie pragnie doświadczyć czegoś niesamowitego. A gdzie lepiej, niż w starym opactwie, przerobionym na rezydencję mieszkalną?

lismore
Lismore Castle – jego współczesna wersja zagrała w ekranizacji z 2007 roku

Zanim jednak Catherine wyruszy do Northanger, zjawia się w Bath, najmodniejszej angielskiej miejscowości. U progu XIX wieku do dobrego tonu wśród arystokracji należało bywać w Bath raz na czas jakiś, zażyć nieco kulturalnych atrakcji, pokazać się tu i ówdzie, poznać tych i owych tudzież odświeżyć się (w końcu to było i uzdrowisko). Austen mieszkała kilka lat w Bath, znała się na rzeczy i umieściła w mieście akcję dwóch powieści: „Perswazji” i „Opactwa” właśnie. Catherine jest urzeczona tym miejscem, a także ludźmi, których tam poznaje: Izabelą Thorpe i jej familią, Eleonorą Tilney oraz jej bratem, Henrym. Lawiruje między dwoma kręgami nowych znajomych, co nie zawsze jej wychodzi, ale pragnie zadowolić wszystkich. W końcu będzie musiała rozstrzygnąć, która z przyjaciółek jest szczerą i prawdziwą towarzyszką, a która myśli jedno, mówi drugie, robi trzecie, a zaprzecza czwartemu – no i udać się do Northanger, gdzie przyjdzie okazja do skonfrontowania gotyckich opowieści z namacalną rzeczywistością. Ach, no i miłość też będzie. Wiadomo.

bath
Bath za czasów Jane Austen

Austen co i rusz puszcza oczko do czytelnika, nawiązując choćby do twórczości Ann Radcliffe (autorki „Tajemnic zamku Udolfo” i innych historii w klimacie), wkładając w usta bohaterów satyrę na czytanie w ogóle (po co to komu, a czytanie powieści? Strata czasu!), a czasem bezpośrednio przedstawiając Catherine jako postać fikcyjną: „moja bohaterka to, moja bohaterka tamto” etc. Wychodzi dowcipnie a ironicznie, jako zawsze. Bohaterowie także dopisują: Catherine jest może i ciut naiwna, ale urocza w tej naiwności, a Henry Tilney ma świetne poczucie humoru, lubi czytać i zna się na muślinie (dobrze, to był taki inside joke…).

Ergo, jeśli trzeba Wam czegoś z klasą, dowcipnego, z lekką nutą miłościwą oraz spełniającego kryteria ogólnej zacności – Austen to jest to. Nigdy nie zawodzi. A „Northanger Abbey” czasem przechodzi niezauważone wobec takich gigantów, jak „Duma i uprzedzenie” – szkoda by było zupełnie je pominąć w zachwytach.

„Lord of Emperors” Guy Gavriel Kay

„Lord of Emperors” Guy Gavriel KaySą dwie opcje, jeśli chodzi o czytanie dylogii, trylogii, sag i wszystkich innych dłuższych cykli (przyjmijmy robocze założenie, że wszystkie mamy w zasięgu objęć, mniejszym lub większym). Albo rzucamy się łapczywie na całość i nie odpusczamy, dopóki nie padnie ostatni bastion ostatniego tomu, albo robimy stosowne przerwy pomiędzy kolejnymi częściami, zapominając, jak fantastycznie czytało się tę poprzednią. Ja z reguły wybieram w tym zestawieniu bramkę numer dwa – raczej bezwiednie. Tak było przy historii Locke’a Lamory. Tak jest przy Sarantium*.

„Lord od Emperors” czytałam na raty. Zaczęłam jakieś dwa miesiące temu, potem odłożyłam (sesja nie sesja, poza tym całość mam na czytniku i ów rekwizyt jakoś poszedł w kąt na chwilę). Przypomniałam sobie przy ostatnim wyjeździe, nadrobiłam to, co uleciało fabularnie z pamięci… i przepadłam. Magia Sarantium, cesarskie intrygi, romanse i podboje znów wciągnęły bez reszty.

Wracamy zatem do miasta, w którym panują po trzykroć przesławny Valerius II i jego olśniewająca małżonka, Alixana. Miasta, które oddycha w rytm kwadryg, ścigających się po hipodromie (łapka w górę, komu się przypomina wtedy Ben Hur). Miasta, w którym na równi wielbi się woźniców rydwanów, tancerki i… twórców mozaik. Crispin, artysta rodem z obrzeży cesarstwa, wkłada całe serce w swoje wiekopomne dzieło, kopułę nowej świątyni jedynego boga, Jada. Przy okazji z mocno toporną gracją lawiruje między stronnictwami na dworze a zobowiązaniami wobec własnej władczyni, młodziutkiej królowej Gisel. Wojna wisi nad Sarantium, pytanie tylko z kim i kto na niej najbardziej zyska…

Zupełnie osobną kwestię – interesująco rozegraną, dodajmy – stanowią wszelakie rozważania teologiczne. W Sarantium bowiem czci się Boga Jedynego, zwanego Jad, i tępi herezje (zwłaszcza te nabrzmiałe uwielbieniem dla syna Jada, boskiego woźnicy Heladikosa). To nie tylko przemyślne odwołanie do czasów Justyniana I i jego antypogańskich dekretów – wszak Valerius i Sarantium stanowią żywe odbicie Bizancjum czasów Justyniana. To też przyczynek do jednego z najbardziej poruszających momentów całej historii, ba, obydwu książek z cyklu. Mało którego bohatera mi było wtedy tak żal, jak Crispina.

Niewiele więcej można rzec, żeby nie nadpsuć przyjemności. Gdzieś w połowie książki akcja nabiera takiego tempa, że moi towarzysze lektury musieli uspokajać rozedrgane Malitowe czytelnicze serce gromkim „Nie przeżywaj tego tak, dziewczyno”. Zachwyty części pierwszej przenoszę i na część drugą, dorzucając zachwyt nad samym zakończeniem. Jest takie, jak być powinno.

Że jak, że jeszcze nie czytaliście?
Ale Wam zazdroszczę.

PS. Myszkovska zabrała mnie wczoraj do taniej książki. Właściwie to poszłyśmy razem, zgodnie. Kupiłam „Lwy Al-Rassanu” Kaya. Klasyka.

* Drugą część też czytałam w oryginale, stąd zachowuję angielskie nazwy własne. Tuże okładka.

„Sailing to Sarantium” Guy Gavriel Kay

„Sailing to Sarantium” Guy Gavriel KayZacznijmy od wstępu nie książkowego – Malita teraz czyta ciut mniej, a właściwie raczej czyta bardzo mnóstwo, ale mniej o tym pisuje. Ten stan się zmieni, obiecuję, jak tylko życie zwolni odrobinę i zobowiązania zostaną zobowiązane. Rychło, pracuję nad tym.

Wstęp stricte książkowy nosi imię „Tigana”. Samo słowo ma w sobie pewien obiecujący posmak – a historia, jaka się za nim kryje, jest po prostu bajeczna. Niby renesansowe Włochy (Kay specjalizuje się w światach fantastycznych, łudząco podonych do miejsc znanych nam z historii całego świata, zaraz będzie o Bizancjum), utracone królewstwo, intrygi… ach! „Tigana” to też jedyna powieść Kaya, jaką do tej pory czytałam, i uroczyście karcę sama siebie, że dopiero teraz przechodzę do dalszej twórczości. Dodatkowym bodźcem było i to, że twórczość Kaya zajmuje kilka miejsc w kanonie, utworzonym przez Andrzeja Sapkowskiego w „Rękopisie ze smoczej jaskini”. Rzeczony kanon od lat skrupulatnie podczytuję, na razie plasuję się na pozycji Fana Drugiej Gildii.

Po tych przydługich wstępach bezpośrednio i bez krępacji przechodzę do zachwytów. A nie, najpierw fabularnie-formalnie.

Po trzykroć przesławny Valerius II, cesarz potężnego Sarantium, to mąż wielkiej ambicji. Zdobył Złoty Tron i pragnie, by jego imię zapisano w kronikach równie złotymi głoskami. Albo lepiej – misternymi mozaikami. Władza to bowiem jedno, a działanie ad maiorem Dei gloriam to drugie. Cesarz nakazuje wznieść imponujące sanktuarium i pragnie, by olbrzymia kopuła budowli została ozdobiona mozaiką, jakiej swiat jeszcze nie widział. I tak pewien artysta z obrzeży imperium otrzymuje wezwanie i  propozycję nie do odrzucenia. Caius Crispus, aka Crispin, artysta tudzież mistrz mozaik, buńczuczny, niepokorny i nękany przez duchy przeszłości wyrusza do stolicy, przy okazji otrzymując ścisle tajną misję dyplomatyczną.

Tytułowe żeglowanie do Sarantium to w świecie Kaya przenośne określenie zmian życiowych. Krawędź nowych zdarzeń, światło w tunelu, nazwijcie to, jak chcecie. Dla Crispina dosłowna podróż do stolicy imperium stanie się wędrówką pełną przygód, zatrważających spotkań i niebezpieczeństw (ta-da-dam, oto quest). A w samym mieście będą kolejne wyzwania, spiski i nowi wrogowie. Niezwykła cesarzowa Alixana, motłoch, który kibicuje brawurowym woźnicom rydwanów, kolejne frakcje na dworze – sarantyjski kocioł kipi i tylko czekać, aż wybuchnie. Nie mam wątpliwości, że nasz artysta w tym wybuchu będzie miał czynny udział.

Sam Crispin, niby taki kapryśny i wybuchowy artysta, okazuje się być klasycznym cnym bohaterem, ratującym damy w opałach (i to delikatnie mówiąc). Rycerskim odruchom towarzyszy też ostrożność, konieczna na cesarskim dworze. Jest schemat? Może trochę. Ale jak opakowany, mniam!

Teraz będą zachwyty. O jak to jest napisane. O jak to jest i nie jest osadzone w realiach Bizancjum. O jak to jest skonstruowane zmyślnie-przemyślnie, złożone starannie jak cryspinowe mozaiki. O jak ja bardzo pędzę po tom drugi.

Wy też pędźcie, przynajmniej po pierwszy.

* W polskim przekładzie „Sarancjum”, rzecz czytałam w oryginale i będę się odnosić do nazw własnych po angielsku. Okładka też w wydaniu angielskim.

„A Princess of Mars” Edward Rice Burroughs

„A Princess of Mars” Edward Rice BurroughsZdarzyło mi się ostatnio wyjechać na parę dni z limitowanym wielce bagażem. Podróż była długa i najeżona niebezpieczeństwami – a można wziąć było naprawdę niewiele rekwizytów ratujących życie. Wzięłam czytnik. I zaiste słuszną decyzję podjęłam. Na ów nieoceniony w swej pojemności i wadze artefakt załadowałam byłam kilka drobiazgów i kilka pocisków większego kalibru – w tym „A Princess of Mars” (w oryginale, wszak lubię).

Powieść Burroughsa, licząca sobie prawie 100 lat, skupia się nie tyle na marsjańskiej księżniczce, co na Johnie Carterze, żołnierzu rodem z Wirginii. Ów dżentelmen dość niespodziewanie – uciekając przed hordą rozwścieczonych Indian – przenosi się na Marsa. Specjalnie go to nie dziwi, nawet wtedy, gdy odkrywa swe nowe zdolności: otóż z uwagi na mniejszą grawitację na czerwonej planecie Ziemianin może dokonywać imponujących skoków. Co się przyda przy ucieczce przed hordami rozwścieczonych Marsjan. Albo gdy trzeba zaimponować marsjańskiej księżniczce, która słynie z urody i intelektu (prawie jak mieszkanki Ziemi, czyż nie?). Bo wiadomo, trzeba ocalić świat, złoić skórę kilku bad guys i zdobyć serce księżniczki, czego John Carter nie omieszka uczynić, niekoniecznie w tej kolejności.

„A Princess of Mars” (dołączając kilka z motywów z późniejszych części przygód Cartera) zekranizowano dwa lata temu pod tytułem „John Carter” i choć może nie był to film zbierający laurki od krytyków i pełen zachwyt widowni, to ja byłam usatysfakcjonowana. Przygoda, obce światy, wielorękie stwory, legendy, latające statki – sama radość. I cała zgraja zielonoskórych Tharków, nie mogąca przyswoić, że „Wirginia” to miejsce pochodzenia, i zwracająca się do dzielnego Cartera per „Worginia”. Cudo.

Książka zaś – nie jest najwyszych lotów, co to, to nie. Ale z drugiej strony, wolę Burroughsa w wydaniu marsjańskim niż… tarzańskim (to znaczy, jeśli idzie o historię Tarzana wśród małp). „A Princess of Mars” zapewniła Godziwą Rozrywkę Podróżną, a to było ze wszech miar wskazane. Dziękuję bardzo.

PS. Wśród pozostałych drobiazgów i/lub pocisków znalazła się „Szara Dama” Elizabeth Gaskell tudzież „Gargantua i Pantagruel” Rabelaisa, nie można mi odmówić różnorodności lektur.

PPS. A już niedługo, już rychło, w kapliczce kultu autoemisji… Liebster Blog Award via myszkovska! Strzeżcie się.

PPPS. Źródło zdjęcia.

„Rashōmon and Seventeen Other Stories” Ryūnosuke Akutagawa

„Rashō¬mon and Seventeen Other Stories” Ryūnosuke AkutagawaMuszę przyznać, że trochę mi się cniło za literaturą japońską – bo w tym roku czytałam jej naprawdę mnóstwo, dużo więcej, niż recenzowałam na blogu: wiersze, opowiadania, fragmenty książek (łącznie z „Genji monogatari”, oj), pamiętniki… siła różnych lektur. Była chwila przerwy, ale oto wreszcie jest: naj naj z japońskich pisarzy. Akutagawa.

Ja już na dzień dobry żywię ciepłe uczucia do Akutagawy, a to z uwagi na jego imię: Ryūnosuke urodził się w roku, miesiącu, dniu i o godzinie smoka i dlatego nazwano go „smoczym synem” (ryū oznacza smoka właśnie). Już od dziecięctwa naznaczony był nieszczęściem i piętnem szaleństwa – jego matka była niestabilna psychicznie, a on sam wychowywał się w rodzinie wuja. Starannie wykształcony, oczytany tak w klasycznej literaturze chińskiej i japońskiej, jak i w dziełach ówczesnych europejskich pisarzy. Wraz ze swoim mistrzem, Natsume S­­­­ōsekim (pamiętacie „Jestem kotem”?), stał się najważniejszym wyrazicielem uczuć Japończyków tamtych czasów: rozczarowanych modernizacją kraju i często zagubionych w nowej rzeczywistości. Tytułowany „ojcem japońskich opowiadań”, Akutagawa celował w krótkiej formie i pozostawił po sobie ponad dwadzieścia tekstów. Popełnił samobójstwo w wieku 35 lat, przedawkowując leki nasenne.

Po polsku Akutagawy wydano niezbyt wiele: są owszem „Kappy” (świetne!), nieduży zbiór opowiadań (kilka miesięcy oczekiwania w Jagiellonce, jak dotąd bezskutecznie…) czy pojedyncze opowiadania w różnych antologiach (na przykład w „Balladzie o Narayamie”). Jak nie przepadam za krótką formą, to jednak Akutagawa to jest to. Tyle, ile potrafi przekazać w tak skromnych objętościowo tekstach, niebywałe. Bardzo dużo można teżodnaleźć jego samego  w poszczególnych opowiadaniach: tutaj niesamowite było „The Life of a Stupid Man” (czyli „Życie pewnego szaleńca”), swoisty testament Autora, napisany na miesiąc przed śmiercią w formie literackich obrazków-skojarzeń. Z przyjemnością – jeśli można tak powiedzieć – przypomniałam sobie też jeden z najbardziej porażających tekstów ever, czyli „Hell screen” („Piekieł wizerunek niezwykły”), o artyście imieniem Yoshihide, który maluje tytułowy obraz piekła, ale potrafi przedstawić tylko to, co zobaczył. Więc odtworza piekło…

Chętnie kiedyś przeczytam sobie jeszcze polskie wersje rzeczonych opowiadań – gdyż, jak się domyśliliście, powyższy zbiór jest w języku angielskim – tak dla porównania. Bo Akutagawy nigdy dość – i niech to wystarczy za rekomendację!

PS. I dziękuję Ethlenn za pożyczenie!
PPS. Zdjęcie mojego autorstwa.