Okolicznościowy wpis urodzinowy, znów

Doszłam do wniosku, że to był dobry początek nowej świeckiej tradycjiergo, na urodziny bloga Malita będzie się dzielić ulubionymi książkami. A co. Dziś oto mija czwarta rocznica pierwszego wpisu – który może i nie był jakoś bardzo treściowo zaawansowany, ale był pierwszy i to się liczy. A zaawansowane objętościowo treści zapewniam poniżej.

Z reguły, kiedy pada pytanie „jaka jest twoja ulubiona książka?”, większość książkolubów zareaguje krótkim „tylko jedna?!”, po czym wymieni ich co najmniej sto trzydzieści. I ja mam podobnie, bo ulubiona ulubionej nierówna: mam ulubioną do czytania, gdy mi smutno na duszy, mam ulubioną dla rozrywki, mam ulubioną z cyklu „trzymająca w napięciu”, ulubioną fantastyczną, ulubioną… czujecie bluesa. Ale, paradoksalnie, mam też jedną po prostu ulubioną.

Jeśli śledzicie galerię pierwszych zdań powieściowych (świetny pomysł, ze śledzeniem i z galerią!), to już mały hint w tej sprawie był: chodzi o „Czarę wyroczni” Judith Merkle Riley. Po słowach „O nieba, a któż to taki?” na scenę wkracza markiza de Morville, najsłynniejsza z paryskich wieszczek. Upudrowana na trupią biel, zawsze w czerni, zawsze pełna dostojeństwa, markiza posiada tajemniczy dar wróżenia z wody. Za wysłuchanie jej przepowiedni ze szklanej czary arystokraci dworu Ludwika XIV są w stanie zapłacić wiele…

O ile dar wróżenia jest autentyczny (come on, to jest powieść historyczna z wtrętami fantastycznymi), to markiza de Morville to wytwór zupełnie nieprawdziwy, oszustwo dopracowane do perfekcji przez Genevieve Pasquier, młodziutką dziewczynę targaną dwoma pragnieniami: bycia piękną i osiągnięcia zemsty. I jedno, i drugie pomaga jej osiągnąć królowa paryskich czarownic, Catherine Montvoisin (zwana La Voisin), wielce ambitna i przedsiębiorcza trucicielka. Genevieve w przebraniu wiekowej markizy podbija paryskie salony, ale tym samym wplątuje się w niebezpieczny świat polityki, a jej filozoficzna edukacja (ojciec nieboszczyk czytywał jej starożytnych Rzymian) niewiele jej pomoże w uniknięciu pałacowych spisków…

??????????????????????????????????????????????????
Rue Beauregard, gdzie mieszkała La Voisin – jak pojadę do Paryża, to na pewno tam idę.

Judith Merkle Riley w „Czarze wyroczni” przedstawia Paryż z końca XVII wieku: świat, w którym wszystkie damy zabiegały o względy Króla Słońce, a najprostszą metodą osiągnięcia życiowego sukcesu było udanie się do wróżki. Przepowiednia, miłosny eliksir, proszek spadkowy – nie było rzeczy, której intratny czarowniczy biznes by nie dostarczył (i, jeśli wierzyć świadectwom epoki, naprawdę tak było – ciut bardziej naukowo piszę o tym tutaj). Wśród walk o władzę i wpływy Genevieve rozgrywa własną partię, by wreszcie uświadomić sobie, co jest najważniejsze – zemsta czy może inne pragnienie, inne uczucie?

A teraz pytanie: dlaczego właśnie ta jest Malitową ulubioną? Kiedyś zrobiłam sobie listę przymiotów, które dana powieść powinna spełniać, by piąć się na piedestał w stronę ideału. Powinna być grubaśna a historyczna, żeby były czarownice, miłość i szczęśliwe zakończenie. Są książki ulubione, które ten schemat realizują tylko połowicznie, albo wcale.

Ale jedna spełnia wszystkie cechy.

 

„Dwanaścioro z Paryża” Tim Willocks

„Dwanaścioro z Paryża” Tim WillocksZacznijmy wspominkowo.

9 (słownie: dziewięć) lat temu Malita tudzież Tata-Malita podczas ferii zimowych zaczytywali się powieścią o szumnym tytule „Religia”. Szumny ów tytuł w tym wypadku dotyczy zakonu joannitów, aka Zakonu Świętego Jana z Jerozolimy, którzy przystępują do obrony swojej twierdzy na Malcie. Jest bowiem rok 1565 i drang nach westen w wykonaniu Imperium Osmańskiego trwa. Święta wojna na linii chrześcijaństwo-islam zapewnia piekło na ziemi – a jego epicentrum znajdzie się właśnie na Malcie. A w oku tego cyklonu miota się Mattias Tannhäuser, najemnik na usługach joannitów, ale wychowany przez janczarów. Mattias to rębajło, jakich mało – niewielu dorówna jego zdolnościom bojowym i przebije statystyki zniszczenia.

Ten wstęp jest o tyle konieczny, że chciałam się porozpływać nad świetnością pióra Willocksa już od pierwszej części historii Mattiasa – bo „Dwanaścioro z Paryża” to swego rodzaju kontynuacja „Religii”, ale obie części można czytać niezależnie. I tu płynnie przechodzimy do powieści tytułowej oraz do Paryża Anno Domini 1572 roku. Konkretniej, do 23 sierpnia. Całe miasto bawi się (każdy jak potrafi), celebrując zaślubiny Małgorzaty de Valois oraz Henryka Burbona (elegancką filmową wersję tegoż wydarzenia zapewnia „Królowa Margot” z bajeczną muzyką Bregovicia). Bawi się też – i uświetnia bale grą na skrzypcach – Carla, piękna a temperamentna żona Mattiasa. Tannhäuser również przybywa do stolicy Francji, głównie po to, by bezpiecznie odeskortować małżonkę do domu. Napotka… cóż, wiadomo – napotka noc świętego Bartłomieja. Słynną historyczną rzeź hugenotów. W międzyczasie Carla zostanie uprowadzona, a tropem Mattiasa podążą tajemniczy a krwiożerczy Pielgrzymi z Saint-Jaques. To niewątpliwie okoliczności, w których w Tannhäuserze budzi się nastrój… nastrój do zabijania.

Willocks jest mistrzem krwawych scen. Płyny ustrojowe leją się u niego gęsto, nieustannie brodzimy po kolana w makabrze. O ile w „Religii” oblężenie trwało miesiącami, to w Paryżu przez dwa dni wymordowano trzy tysiące ludzi. Skala jest porażająca – a do tego żniwa hojnie dorzuca się sam Tannhäuser, wyrzynając jak leci wszystkich, którzy staną mu na drodze. Czy to droga do zatracenia, czy do ocalenia siebie, Carli i dwunastu dzieci Paryża – to już zupełnie inna historia.

Mam dwie myśli co do tej książki – z jednej strony na 800 stronach tyle jest krwi, wylewających się flaków i okrucieństw, że aż się słabo robi. Przy czym brawa dla Willocksa za plastyczność opisów (nie tylko tych flaków, cały Paryż jest fantastycznie oddany, od cuchnącego Luwru po cuchnące  Podwórza). Nie polecam osobom o słabszych żołądkach, jednakowoż. Wtręty magiczno-mistyczne były w porządku, ale jakoś… niespecjalnie mi się nie podobały. A z drugiej strony, fascynuje mnie to, że Mattias Tannhäuser siecze, kłuje i dokonuje rzezi, nurza się w posoce i zasadniczo wygląda i działa jak bóg wojny, a ja jednak całą książkę trzymałam za niego kciuki. Za tego rzeźnika-rębajłę.

Może dlatego, że tli się w nim uparta iskierka moralności. I że ratuje niewinnych… wyrzynając tych winnych.

Aha, i czyta się świetnie. Muszę sprawdzić, czy jest historyczna masakra w okolicy czasowej, do której Tannhäuser mógłby dorzucić swoje trzy grosze/trupy. Czytałabym.