Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści

Pamiętacie Jhumpę Lahiri, niezwykłą pisarkę-właściwie-bez-ojczystego-języka? Jej cudownie osobista historia miłości do języka włoskiego ogromnie mnie zafascynowała, toteż błyskawicznie doszłam do wniosku, że muszę poznać także poprzednie, prozatorskie dokonania Lahiri. Pierwotnie zasadzałam się na przekład (kilka jej książek, w tym „Tłumacz chorób” oraz „Imiennik” doczekały się już polskiego wydania), niemniej niezawodna jak zawsze Natalia, sprawczyni całego zamieszania, zaopatrzyła mnie była w oryginał.

Podróże i odkrywanie nowych miejsc patronują „Interpreter of Maladies”, Continue reading „Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści”

Dzieła zebrane #3

Malita ostatnio należy do dość zajętych stworzonek (ostatnio, ha, całe życie – ale ostatnio naprawdę wyjątkowo), a w okresie okołoświątecznym z przyczyn logistyczno-geograficznych od Mality będzie się słyszało mniej – co nie znaczy, że wcale! W tak zwanym międzyczasie dwie krótkie piłki, fantastyczne w obydwu tego słowa znaczeniach.

„Kłamca” Jakub Ćwiek

„Kłamca” Jakub ĆwiekZ gatunku „tak bardzo dawno obiecałam, że to nadrobię”. Mekka studentów, czyli Biblioteka Jagiellońska, znów zadziwiła mnie dostępnością zbiorów, dzięki czemu moja podróż na trasie Warszawa-Kraków upłynęła w rytm opowiadań o Kłamcy. Czyli o Lokim (czy tylko mnie w tym momencie uruchamia się ciąg skojarzeń, prowadzący do okrzyku: „Kneel!”?).
Co by było, gdyby archetypowy szelma, przechera i trickster postanowił pracować dla aniołów? No, na pewno byłoby wesoło. Ćwiek ze swadą opisuje kolejne historie Kłamcy (najbardziej podobała mi się ta ze Światowidem w roli św. Mikołaja, pod tytułem „Cicha noc”) – bawi się rozmaitymi tropami kultury, postaciami i motywami, które niby znamy, ale zawsze jednak można z nich wyciągnąć coś nowego. Lektura dopociągowa na pięć plus!

„Damy z Grace Adieu i inne opowieści” Susanna Clarke

„Damy z Grace Adieu i inne opowieści” Susanna ClarkeOstatnia z moich lektur alternatywnych, chwilę zresztą musiała poczekać na Malitowe zmiłowanie. Ergo, mamy tu rozmaite opowieści, w których świat elfów – Faerie – przenika się ze światem ludzkim, wszystko w ramach uniwersum znanego z historii Jonathana Strange’a i pana Norrella. Czarujące (nomen omen!) damy, magiczne hafty w wydaniu Marii Stuart, budowanie mostu w Thoreby i rozmaite elfie ingerencje (czasem draczne, czasem złośliwe, czasem przypadkowe) w codzienne życie śmiertelników w starej dobrej Anglii. Będzie dużo smakowitych nawiązań – od „Gwiezdnego pyłu” Gaimana po „Dumę i uprzedzenie” Austen, całość niekiedy makabryczna, niekiedy satyryczna, ale zawsze – zacna. Nie jestem jakoś specjalną wielbicielką ludu Faerie w wydaniu Clarke, niemniej czyta się bardzo przyjemnie. A ile z tego można wyciągnąć dodatkowych intertekstualnych smaczków!

PS. Widzieliście ostatnią zdobycz Malitową? Znacie podobne dzieła w klimacie? ;))

„Rashōmon and Seventeen Other Stories” Ryūnosuke Akutagawa

„Rashō¬mon and Seventeen Other Stories” Ryūnosuke AkutagawaMuszę przyznać, że trochę mi się cniło za literaturą japońską – bo w tym roku czytałam jej naprawdę mnóstwo, dużo więcej, niż recenzowałam na blogu: wiersze, opowiadania, fragmenty książek (łącznie z „Genji monogatari”, oj), pamiętniki… siła różnych lektur. Była chwila przerwy, ale oto wreszcie jest: naj naj z japońskich pisarzy. Akutagawa.

Ja już na dzień dobry żywię ciepłe uczucia do Akutagawy, a to z uwagi na jego imię: Ryūnosuke urodził się w roku, miesiącu, dniu i o godzinie smoka i dlatego nazwano go „smoczym synem” (ryū oznacza smoka właśnie). Już od dziecięctwa naznaczony był nieszczęściem i piętnem szaleństwa – jego matka była niestabilna psychicznie, a on sam wychowywał się w rodzinie wuja. Starannie wykształcony, oczytany tak w klasycznej literaturze chińskiej i japońskiej, jak i w dziełach ówczesnych europejskich pisarzy. Wraz ze swoim mistrzem, Natsume S­­­­ōsekim (pamiętacie „Jestem kotem”?), stał się najważniejszym wyrazicielem uczuć Japończyków tamtych czasów: rozczarowanych modernizacją kraju i często zagubionych w nowej rzeczywistości. Tytułowany „ojcem japońskich opowiadań”, Akutagawa celował w krótkiej formie i pozostawił po sobie ponad dwadzieścia tekstów. Popełnił samobójstwo w wieku 35 lat, przedawkowując leki nasenne.

Po polsku Akutagawy wydano niezbyt wiele: są owszem „Kappy” (świetne!), nieduży zbiór opowiadań (kilka miesięcy oczekiwania w Jagiellonce, jak dotąd bezskutecznie…) czy pojedyncze opowiadania w różnych antologiach (na przykład w „Balladzie o Narayamie”). Jak nie przepadam za krótką formą, to jednak Akutagawa to jest to. Tyle, ile potrafi przekazać w tak skromnych objętościowo tekstach, niebywałe. Bardzo dużo można teżodnaleźć jego samego  w poszczególnych opowiadaniach: tutaj niesamowite było „The Life of a Stupid Man” (czyli „Życie pewnego szaleńca”), swoisty testament Autora, napisany na miesiąc przed śmiercią w formie literackich obrazków-skojarzeń. Z przyjemnością – jeśli można tak powiedzieć – przypomniałam sobie też jeden z najbardziej porażających tekstów ever, czyli „Hell screen” („Piekieł wizerunek niezwykły”), o artyście imieniem Yoshihide, który maluje tytułowy obraz piekła, ale potrafi przedstawić tylko to, co zobaczył. Więc odtworza piekło…

Chętnie kiedyś przeczytam sobie jeszcze polskie wersje rzeczonych opowiadań – gdyż, jak się domyśliliście, powyższy zbiór jest w języku angielskim – tak dla porównania. Bo Akutagawy nigdy dość – i niech to wystarczy za rekomendację!

PS. I dziękuję Ethlenn za pożyczenie!
PPS. Zdjęcie mojego autorstwa.

„Opowieści niesamowite” Edgar Allan Poe

"Opowieści niesamowite" Edgar Allan PoeEdgar Allan Poe to jeden z tych autorów, których znać – lub kojarzyć – po prostu trzeba. Poezja, nowele, atmosfera dziwaczno-psychodeliczna. I jeszcze tajemnicza śmierć samego Autora! Wszystko składa się na intrygującą mieszankę, która tworzy niezwykłą legendę.

Swego czasu otrzymałam propozycję od Audeo, czyli audiobookowego sklepu i platformy internetowej, żebyy zrecenzować jeden z oferowanych przez nich audiobooków. Przyznam, że nie miałam dotąd okazji słuchać książek, więc doszłam do błyskotliwego wniosku „A czemu nie?”. Wybrałam „Opowieści niesamowite”. Przeczytanio-odsłuchanie zabrało mi miesiąc bez mała – nie przywykłam wozić ze sobą żadnych odtwarzaczy muzycznych, więc słuchałam głównie w domu. Wieczorami, żeby był lepszy klimacik. Parę razy było mi dość nieswojo…

Na „Opowieści niesamowite” składa się 15 opowiadań w klimacie horrorowym, w tym takie hity, jak „Zagłada domu Usherów” czy „Rękopis znaleziony w butli”. Będą widma, upiory, grzebanie żywcem, tajemnicze miasto, karły, magiczne portety, zaraza i inne przyjemności. Wszystko to już było, a przynajmniej tak się wydaje – rzecz w tym, że to było pierwszy raz u Poego właśnie. I jak to jest napisane! Niby wszystkie historie są dość proste fabularnie, ale Poe kreśli niebywały opis sytuacji i miejsca akcji. Żadne słowo nie jest tam zbędne. Najbardziej zapadł mi w pamięć opis zębów w opowiadaniu „Berenice” – cudownie upiorny.

Przy jednym opowiadaniu odpadłam, wyznam – po tym, jak bohater „Czarnego kota” wyłupił swojemu ukochanemu kotu oko, w panice wcisnęłam „następny utwór”. Nie jestem w stanie zdzierżyć kociej krzywdy, w literaturze również (stąd „Opętani” Palahniuka to jedyna książka, jaką ciepnęłam na całą długość pokoju).

Słów dwa na temat audiobooków: idea jest zacna, na przykład na długie podróże, kiedy prowadzisz samochód i masz dość radia. Zawsze jednak zakłada to czytanie z interpretacją lektora, i dość łatwo zgubić wątek (albo może ja za mało się skupiam…). Za to wyobrażam sobie, że gdy nadejdzie znów radosna pora wiosenna i będę podróżować rowerem (kontestuję rowerowanie w zimie), to audiobook będzie w sam raz.

I, oczywiście, dziękuję Audeo.pl!