Nowa Zelandia w sadze rodzinnej, raz. Po raz drugi.  

Kot na klikalność, wiadomo

W naręczu książek, które przyniosłam nie tak dawno temu od Mamy-Mality, znalazła się także druga część nowozelandzkiej sagi Sarah Lark, czyli „Pieśń Maorysów”. Lark, a właściwie Christiane Gohl, pochodzi z Niemiec, a w Nowej Zelandii zakochała się podczas jednej z licznych podróży. Ta miłość i fascynacja historią i kulturą kraju wydała obfity plon książkowy, i to wielokrotny, a najczęstszym tego plonu gatunkiem jest historyczny a powieściowy – „Pieśń Maorysów”  jest tego najlepszym dowodem, podobnie jak pierwszy tom, „W krainie białych obłoków”. Continue reading „Nowa Zelandia w sadze rodzinnej, raz. Po raz drugi.  „

Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, Continue reading „Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik”

Rodzina O., sezon pierwszy

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, głosi przysłowie. Okładka „Rodziny O.” Ewy Madeyskiej nie tylko ilustruje to przysłowie, ale też sugeruje, że niektóre owoce tkwią głęboko zakopane w ziemi. Ba, w mrocznych podziemiach, to znaczy, w splątanej niczym korzenie przeszłości, czasem lepiej nie grzebać. Jeszcze coś wyjdzie na jaw i dopiero się okaże. Choć, jak można się domyślać, zawsze wszystko tak czy tak wychodzi na jaw. Jak serialowe prawo sugeruje, Continue reading „Rodzina O., sezon pierwszy”

Pan Darcy nie żyje, czyli wypadki przy pracy

Spokojnie. Tylko spokojnie. Tylko spokój nas uratuje. Tak, wiem, Darcy nie żyje, ale damy radę. Tak, rozkwasił się na bruku, ale to był wypadek. Chyba…

A teraz serio – chodzi o powieść „Pan Darcy nie żyje” Magdaleny Knedler. Zwykle miewam mieszane uczucia co do książek uzupełniających i/lub wykorzystujących wątki. Wiecie, jeden autor opiera się na drugim. Czasem wychodzi to przyzwoicie, czasem bluźnierczo, czasem arcyzabawnie. W kwestii Jane Austen bywam ostrożna, dość rzec, że na paluszkach podchodzę do zbliżającej się premiery filmowego opus zatytułowanego „Duma i uprzedzenie i zombie”. Tym razem, klikając „dodaj do koszyka”, pomyślałam sobie „a, nawet jak będzie złe, to i tak mam ochotę to przeczytać”. Będziecie zaskoczeni albo nie – nie było złe, ani trochę!

Magdalena Knedler wystartowała z raczej naukowego punktu siedzenia, pisząc pracę magisterską poświęconą obrazowi szlachty angielskiej w wybranych ekranizacjach powieści Jane Austen (ten moment, kiedy oglądasz filmy i robisz naukę jednocześnie – lubimy bardzo). I pewnego razu, gdy studiowała fotosy z planu „Dumy i uprzedzenia” z 2005 roku (Keira Knightley w roli Elizabeth, uroczo zmokły Matthew Macfadyen jako pan Darcy), w tym zdjęcia filmowego Longbourn, pomyślała – tu cytuję: „Ale fajny dom. I dach… a gdyby tak z tego dachu zleciał któryś aktor? Na przykład główny? Co by się wtedy stało z produkcją?”.

Groombridge Place, czyli Longbourn z 2005 roku. Fajny dom, fajny dach.

Na książkową realizację tych rozważań przyszło kilka lat poczekać, ale oto jest. Oto spadł, ten pan Darcy. A właściwie Peter Murphy, blondyn z loczkiem, który w powszechnej opinii bardziej nadaje się na Bingleya niż na Najsłynniejszego Bohatera Z Powieści Panny Austen. Zresztą, cała produkcja w reżyserii Alana Fawleya wydaje się być trefna – Lizzie (to jest, wybitna młoda aktorka, Zoe Alcott) jakaś taka chuda, plotki o anoreksji się szerzą i szerzą. Charakteryzatorka narzeka z kolei na Rosie Hinds, zatrudnioną do roli Jane Bennet, że podstarzała diwa i ma wory pod oczami jak basset. Zasadniczo, atmosfera na planie w Bridebridge Hall jest napięta i mało kto z ekipy tak naprawdę wierzy w powodzenie całego przedsięwzięcia. Ba, nawet nie chodzi o powodzenie w kinach, tylko o to, żeby film w ogóle nakręcić – pierwszy dzień zdjęć nie wypada najlepiej, mówiąc delikatnie. A do tego Zoe i kostiumografka Bell uciekają we dwie na rowerze. Jednym. Żeby całość jakoś zatuszować, reżyser wysyła ekipę na festyn do pobliskiego miasteczka. Wolny wieczór okazuje się brzemienny w skutki – Peter Murphy, seksowny przystojniak, spada z dachu. Czy sam, czy z czyjąś pomocą – to już rozstrzygnie dochodzenie. I wtedy dopiero zaczyna się zabawa.

Oczywiście, jak przyjdzie do przesłuchań i śledztwa, okaże się, że wszyscy zainteresowani mają jakieś tam grzeszki na sumieniu, nie tylko potencjalny morderca. Duchy przeszłości wynurzają się tu i ówdzie, dawne romanse nagle wychodzą na jaw, innymi słowy – kolorowy zawrót głowy. Tak, ja wiem, że tu tragedia i wypadek, ale serdecznie się ubawiłam całą błyskotliwością konceptu. Magdalena Knedler napisała wciągającą, klimatyczną historię, od której ciężko się oderwać. Ba, błogosławiłam gigantyczną kolejkę na poczcie, gdzie musiałam odsiedzieć 40 minut, ale przynajmniej mogłam w spokoju dokończyć lekturę. Raz na jakiś czas taka mniej zobowiązująca, pysznie bawiąca się konwencją i pełna intertekstualnych nawiązań książka bardzo dobrze robi każdej czytelniczej duszy. Janeici o kryminalnym zacięciu – to coś dla was. I nie tylko!

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/tumblr_m5zn9hvNbJ1rtgi2wo4_500.gif
Zmokły Matthew Mcfayden na zakończenie. Bo czemu nie.

PS. Okładka jest obłędna.

Pan z kosą, czyli Poldark

„Kosił?” zabrzmiało w słuchawce pierwsze słowo Mamy-Mality, kiedy ja już zdążyłam obejrzeć kolejny odcinek, a ona nie. Kto kosił, zapytacie – no jak to. Ross Poldark, tytułowy bohater serialu i/lub powieści Winstona Grahama.

Poldarkowy serial zdążył zrobić furorę, a ja zabrałam się do oglądania dopiero wtedy, kiedy za jego emisję zabrała się TVP. Lepiej późno niż później. Rozczochrany Aidan Turner, z blizną na policzku, szelmowskim uśmiechem tudzież smutkiem w duszy jest Rossem idealnym i choć nie należę do team-Poldark tak mocno jak do team-Bołkoński („Wojnę i pokój” BBC oglądałam równolegle), to jednak pan Poldark ma coś w sobie. Zwłaszcza, gdy kosi.

Ale kto ten pan Poldark – zapytacie być może. Otóż to młody szlachcic rodem z Kornwalii, który powraca na ojczyzny łono po wojennych doświadczeniach za oceanem (jest rok 1783, rewolucja amerykańska, walka o niepodległość, Poldark broni praw mateczki Brytanii, te klimaty). Los przynosi mu jednak same smutki i rozczarowania zamiast radosnych powitań: ojciec Rossa zmarł, pozostawiając rodzinny dwór w opłakanym stanie, a wielkiej urody ukochana wychodzi za innego. Za kuzyna Rossa, dokładniej, jego wielkiego przyjaciela. Ktoś inny mógłby popaść w rozgoryczenie, rzucić w diabły schedę i nieszczęśliwą miłość, ale nie Ross. O, nie. Pan Poldark zakasuje rękawy i bierze się do roboty – porządkuje dwór, próbuje przywrócić świetność ojcowskiej kopalni miedzi i choć trochę zmienić życie kornwalijskich górników. Przy okazji zmienia też własne, zwłaszcza po tym, jak zatrudnia do pomocy w kuchni wychudzoną dziewczynę imieniem Demelza.

ross-poldark
Trochę wieje na tych kornwalijskich klifach.

„Ross Poldark” jest pierwszą częścią wielkiej sagi rodzinnej i nie udaje niczego więcej: romanse, rodzinne przepychanki, pieniądze, interesy, och, lubimy wielce takie sploty opowieści. Ciężko powiedzieć, jak by się to czytało bez znajomości serialu: połowa pierwszego sezonu obejmuje wszystkie książkowe wydarzenia prawie jeden do jednego, a i postaci trudno wyobrazić sobie inaczej, niż te, które zna się z ekranu. Przyznaję jednocześnie, że pasują idealnie.

W tym miejscu należy dodać, że Ross jest bohaterem naprawdę przyzwoitym – to ten typ, który wstawia się w sądzie za swoim służącym przyłapanym na kłusownictwie – ale bez nadmiernej ilości lukru. Ot, porządny facet i z całego serducha chce mu się kibicować. Niech mu się uda, z kopalnią, majątkiem, życiem osobistym, z wszystkim. A ta dawka gniewu w duszy pana Poldarka wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie: czyni postać bardziej autentyczną (a czytelniczki mdleją z zachwytem). Acz nie tylko Rossowi kibicowałam mocno – moją ulubioną bohaterką pozostaje Demelza, dziewczę z biglem, a trójcę ulubieńców zamyka Verity, poczciwa kuzynka Rossa. Dla takich postaci chce się czytać dalej i dalej. Ergo to właśnie planuję.

[tl;dr] On, ona, historia, Kornwalia, kopalnie, familijne opowieści – nie potrzeba mi wiele więcej.

PS. Ile skoszonej przez Rossa trawy – tyle skrzyń wdzięczności posyłam Pani Redaktor z wydawnictwa Czarna Owca.

Sagi rodzinne… meh.

https://i0.wp.com/www.granice.pl/sys6/pliki/okladka_k/7c38b4340b2b4278496c9740c31440ae.jpegJuż kiedyś wspominałam, że – uwaga, cytuję samą siebie – przeczytanie raz na jakiś czas grubaśnej powieści obyczajowej o starej dobrej Anglii korzystnie wpływa na samopoczucie. Wielkie sagi rodzinne, grzeszki, miłości (w wersji z happy endem i w wersji tragedia-bardziej-niż-Szekspir), romanse (których owoce zawsze wyjdą na jaw, nie ma się co łudzić), spory o spadek, monumentalne rodzinne posiadłości… och, cudo. Bardzo takie lubię. Wińcie sagę rodu Whiteoaków (to, co prawda, kierunek Kanada, ale też familia, wspaniała rezydencja tudzież romanse), przerobiłam wszystkie szesnaście tomów, gdy miałam dwanaście bodajże lat.

Problem w tym, że dobre samopoczucie zapewnia dobra powieść obyczajowa. Ergo na przykład taka, w której polubimy chociaż część bohaterów. A rodzina Penmarów, skądinąd wzorowana na Plantagenetach (Henryk II, Eleonora Akwitańska i cała ta radosna ekipa), wybitnie nie przypadła mi do gustu. Niestety.

Otóż gdzieś w Kornwalii wznosi się majestatyczna acz posępna posiadłość, tytułowy Penmarric. Spory o to, kto akurat zarządza domostwem, ciągną się przez wszystkie pokolenia rodu Penmarów. Zresztą w tej rodzinie ilość i poziom konfliktów przekracza normę ustawową, a wielkie sprawy polityczno-światowe (jak I wojna światowa), sprawy równie wielkie, choć lokalne (jak wątek kornwalijskich kopalni cyny) oraz sprawy osobiste (tych wymienić nie sposób) przeplatają się mniej lub bardziej dostojnie w toku narracji. Przez pięć rozdziałów – przedstawionych z punktów widzenia pięciu kolejnych członków rodziny, reprezentujących trzy pokolenia – poznajemy losy Penmarricu i jego mieszkańców (a także mieszkańców-wannabe) na przełomie XIX i XX wieku.

https://wallpaperscraft.com/image/castle_road_gray_gloomy_thrown_left_53310_2560x1440.jpg
O, tak sobie wyobrażam Penmarric. Brrr.

W powieści Howatch zaobserwowałam pewną nietypową prawidłowość – otóż z reguły, kiedy przychodzi do rozdziałów pisanych z perspektywy danego bohatera, to rzeczonego bohatera zaczynamy rozumieć, poznajemy jego motywy i czasem zaczynamy żywić do niego większą niż przed rozdziałem sympatię (koronny przykład stanowi dla mnie Cersei z „Pieśni Lodu i Ognia”, nie, żebym ją lubiła, ale dzięki koncepcji POV w pewnym sensie rozumiem jej tok myślenia). A w „Penmarricu” jest odwrotnie. Gdy czytam wersję wydarzeń Marka, nie cierpię Marka. Wersja wydarzeń jego żony, Janny – nie znoszę Janny. Wersja wydarzeń Adriana, nieślubnego syna Marka – obrażam się na Adriana. Normalne toto nie jest.

Abstrahując od tej nieprawidłowości, „Penmarric” wydał mi się zanadto przygnębiający i ciężki do strawienia. Gdyby nie to, że z zasady czytam książki do końca – nawet, gdy niespecjalnie mi się podobają – pewnie bym nie dotrwała.

„Sekret najpilniej strzeżony” Jeffrey Archer

Sekret najpilniej strzeżonyJak moi znajomi dobrze wiedzą, twórczość sir Archera polecam w ciemno. Mistrz opowiadania popełnił multum wyśmienitych a trzymających w napięci thrillerów czy powieści obyczajowych: do moich ulubionych należy „Córka marnotrawna”, „Złodziejski honor” i „Więzień urodzenia”. Teraz zaczytuję się sagą rodu Barrigtonów i Cliftonów, czyli barwną podróżą przez historię Anglii i Europy od 1920 roku – śladami Harry’ego Cliftona i Gilesa Barringtona.

„Sekret najpilniej strzeżony” to jej tom numer trzy. Nie będę tutaj streszczać zarysu historii, bo mogłoby to być ze szkodą dla tych, którzy nie czytali tomu numer jeden. Zamiast tego – luźne skojarzenia na temat pisarstwa Jeffreya Archera tudzież jego stylu.

Ja wiem, że czasem zanadto popadam w metafory, niemniej tutaj nasunęła mi się sama, znów w rejonach dość kulinarnych. Otóż sir Archer w kociołku fabuły miesza i doprawia kolejnymi przeciwnościami losu, zaś bohaterowie kotłują się i próbują wydostać na powierzchnię, walcząc z kolejnymi problemami. Ale jak tylko wychyną na brzeg kociołka, jak sięgną drżącą dłonią, by chwycić się bezpiecznej krawędzi, to sir Archer olbrzymią warząchwią spycha ich z powrotem w otchłań trudności. Z deszczu pod rynnę to mało powiedziane… Stan błogiego uspokojenia i dryfowania na powierzchni to zaledwie chwilka (góra dwie strony), warząchew zbliża się nieuchronnie, a czytelnik zastanawia się, jaką tym razem kołomyję sir Archer zgotuje (nomen-omen!) swoim bohaterom. Pewne jest, że na koniec zostawi nas w momencie tak dramatycznym, tak niepewnym, że aż kiszki skręca.

Na co się jeszcze miałam zżymać? Aha, na czarno-białość postaci. Po raz kolejny. Giles, Harry, Emma – może nie chodzące ideały, ale postaci ze wszech miar pozytywne (i naiwne do bólu, niekiedy). Czarne charaktery są z kolei jednoznacznie podłe: major Fisher mierzi przy każdym oddechu, lady Victoria jest tak szkaradna, że aż nieprawdziwa, a gangster-wannabe Martinez  po prostu mnie śmieszył. Osobiście wolę bohaterów skomplikowanych: nawet i drani. Jakoś… lubię książkowych łobuzów.

Niemniej, wniosek z całokształtu płynie taki: zżymam się i zżymam, a jak tylko do księgarni trafi kolejny tom (nie, to nie jest trylogia, też początkowo tak sądziłam), to pobiegnę pędem. Bo choć bohaterowie nie do końca tacy, i ta maniera spychania na dno kociołka irytuje, to, laboga, czyta się jednym tchem.