Lou Clark w Nowym Jorku, czyli serce w dwóch światach

Nieraz już deklarowałam swoje ulubienie dla powieści Moyes, zarówno blogowo, jak i filmowo – słodko-gorzkie historie, pełne szczęśliwych zakończeń dla tych, którzy uczciwie podążają za głosem serca. Szczególne zaś miejsce na półce z Moyesowymi książkami zajmuje cykl o Lou Clark, rozsławiony filmem z Emilią Clarke i Samem Claflinem. Bardzo podobają mi się tytuły oryginalnych wersji: “Me Before You”, “After You” i wreszcie tegoroczne “Still Me”. Ta ostatnia ukaże się w Polsce 6 czerwca pod tytułem „Moje serce w dwóch światach”, a ja z przyjemnością mogę Wam donieść już teraz, że jest po prostu wspaniała. Continue reading „Lou Clark w Nowym Jorku, czyli serce w dwóch światach”

Wzruszadełko japońskie, czyli kronika kota podróżnika

Czasem po prostu natkniesz się na książkę w księgarni i z nią wychodzisz. Tak też było podczas tegorocznego Światowego Dnia Książki, kiedy to wcale a wcale wraz z Królem Małżonkiem nie rzuciliśmy się na żadne promocje w stylu „trzy w cenie dwóch”. W każdym razie, wróciłam do domu z „Kronikami kota podróżnika” Hiro Arikawy i w pewien leniwy wieczór poczułam, że to jest moment na lekturę. Kot? Japonia? Wiadomo, biorę! Nawet, jeśli na okładce głoszą głośno „najbardziej wzruszająca opowieść od czasu Oskara i pani Róży”. Zasadniczo – rozumiecie atmosferę książki już od samego początku. Continue reading „Wzruszadełko japońskie, czyli kronika kota podróżnika”

Dzieła zebrane #29, głównie obyczajowe

Dziś w cyklu #dziełzebranych mam dwie powieści, jedną starszą, drugą nowszą – obie łączy ogólny rys gatunkowy (raczej współczesne, raczej obyczajówki) oraz Osoba Szanownej Tłumaczki (nikt inny, tylko Mama-Malita!). Raz na jakiś czas dobrze zanurzyć się w porządną powieść obyczajową, której bohaterowie podbijają nasze serduszka (no, prędzej czy później…) i całą książkę trzymamy kciuki za szczęśliwe zakończenie. A tu zanurzyłam się w dwie takie! Continue reading „Dzieła zebrane #29, głównie obyczajowe”

Samotna gwiazda, czyli kalejdoskop emocji z Paulliną Simons

Na pewno Wam o tym wspominałam, ale mam bardzo emocjonalny stosunek do tego, co pisze Paullina Simons, z przyczyn rozmaitych. Historia Tatiany i Aleksandra, rozciągająca się na kilka książek, to ważna opowieść mojego czytelniczego życia, chętnie sięgałam również (z różnym, przyznaję, skutkiem) po inne powieści tej autorki. Do jednej z najnowszych należy „Samotna gwiazda”, grubachna opowieść amerykańsko-europejska – i mimo pewnych niedociągnięć zrobiła na mnie duże wrażenie. Continue reading „Samotna gwiazda, czyli kalejdoskop emocji z Paulliną Simons”

O miłości w dwie skrajności, czyli rozważna i romantyczna

O Walentynkach często mówi się, popadając w skrajności: nigdy-nie-obchodzę-tego-wstrętnego-święta kontra och-tak-więcej-serduszek-miłujmy-się-i-tulajmy. Osobiście mam doń stosunek raczej luźny, ani entuzjastyczny, ani potępiający, każdą natomiast okazję uważam za słuszną, żeby sobie porozmawiać o książkach. Tak się też składa, że ostatnio miałam przyjemność słuchać bardzo zacnego audiobooku w temacie, powieści autorstwa nikogo innego, a tylko panny Jane. Austen, oczywiście. I jest to wprost idealna opowieść na Walentynki, bo zarazem romantyczna… i rozważna! Continue reading „O miłości w dwie skrajności, czyli rozważna i romantyczna”

Nowa Zelandia w sadze rodzinnej, raz. Po raz drugi.  

Kot na klikalność, wiadomo

W naręczu książek, które przyniosłam nie tak dawno temu od Mamy-Mality, znalazła się także druga część nowozelandzkiej sagi Sarah Lark, czyli „Pieśń Maorysów”. Lark, a właściwie Christiane Gohl, pochodzi z Niemiec, a w Nowej Zelandii zakochała się podczas jednej z licznych podróży. Ta miłość i fascynacja historią i kulturą kraju wydała obfity plon książkowy, i to wielokrotny, a najczęstszym tego plonu gatunkiem jest historyczny a powieściowy – „Pieśń Maorysów”  jest tego najlepszym dowodem, podobnie jak pierwszy tom, „W krainie białych obłoków”. Continue reading „Nowa Zelandia w sadze rodzinnej, raz. Po raz drugi.  „

Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, Continue reading „Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik”