Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

Deana Koontza kojarzyłam do tej pory przede wszystkim z powieściami sensacyjnymi pokroju Forsytha – w najlepszym tego słowa znaczeniu – i jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się do bliższego zapoznania się z tym konkretnym skrawkiem współczesnej literatury amerykańskiej. Do czasu, kiedy Mama-Malita wyraziła chęć przeczytania „Miasta”, posiłkując się już dłuższą chwilę temu wpisem Olgi z Wielkiego Buka. Biblioteka Jagiellońska – hurra po trzykroć – po raz kolejny okazała się miejscem słusznym do wyrażania takich chęci. Ergo, pożyczyłam. Przeczytałam. I po prostu zachwyciłam się.

Continue reading „Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana”

Tokio. Biografia.

Spośród wielkich metropolii świata Tokio zdecydowanie ma w sobie to coś. To coś, trudno uchwytne, a jednak obecne. W krajobrazie kabli, drapaczy chmur, małych sklepików, soczyście zielonych ogrodów i drewnianych chramów niektórzy dostrzegają przede wszystkim ostoję nowoczesności, inni szukają niezmienności tradycji, jeszcze inni polują na to, co cudaczne i orientalistycznie egzotyczne (taka optyka często dominuje w medialnych narracjach z cyklu „zobaczcie, co znowu dziwnego wynaleźli Japończycy”, co z reguły okazuje się być niszowym trendem jednej z tokijskich dzielnic). Tokijska Prefektura Metropolitalna, najliczniejsza metropolia świata, jest miejscem pełnym sprzeczności i trudnej historii. Biografia miasta Stephena Mansfielda oddaje tej historii i sprzecznościom pełną sprawiedliwość. Continue reading „Tokio. Biografia.”

Londyn. Miasto. Historia. Powieść.

Takie tam, londyńskie memorabilia.

Są takie miejsca na ziemi, są takie miasta, które stanowią nieprzerwane źródło inspiracji dla artystów, pisarzy, twórców wszelakich. Jednym z nich jest Londyn, tygiel kulturowy tętniący życiem od tysięcy lat. Miasto wielokrotnie odegrało jakąś mniejszą lub większą rolę w powieściach, które czytam (nawet dorobiło się własnego tagu!), ale raczej jako scena akcji niż jej pierwszeoplanowy bohater. Tym razem jednak to Londyn jako miasto gra główną rolę, a wszystko za sprawą monumentalnej powieści Edwarda Rutherfurda. Continue reading „Londyn. Miasto. Historia. Powieść.”

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Continue reading „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy czytałam jakąś powieść Moersa – acz musiało być to dawno temu, w błogich czasach nastoletnich – pamiętam natomiast szczery zachwyt nad światem, który zaludniają trudniące się pisarstwem smoki, znakomicie walczące wolpertingi, przepowiadające przyszłość przeraźnice i masy innych, mniej lub bardziej podejrzanych stworzeń. Niemniej jak Camonia długa i szeroka, nie ma drugiego tak wspaniałego miasta, jak Księgogród. Już sama nazwa znamionuje Raj Ostateczny: metropolia niczym Continue reading „Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?”

Mieszczański Kraków zbrodnią żyje!

Mam ja ostatnio szczęście do mariaży kryminalnych zagadek i historii z przeszłości: oto kolejna zbrodnia w stylu vintage dołącza na półeczkę „przeczytane”. Tym razem przeszłość nieco bliższa, a miejsce zbrodni to już prawie że po sąsiedzku. Otóż Maryla Szymiczkowa, królowa pischingera i wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, przenosi czytelników do Krakowa Anno Domini 1893, gdzie czasem nie dzieje się za wiele, ale gdy się już dziać zacznie, końca nie widać. Dodajmy w tym miejscu, dla porządku i ładu, że – jak to ładnie ujęto na okładce – Szymiczkową do życia powołało dwóch dżentelmenów, Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w ramach literackiego eksperymentu postanowili rzucić zbrodnię w Dulski świat krakowskiej socjety. A przewodniczką po tym świecie jest pewna wyjątkowa bohaterka. Profesorowa, nie ma to tamto.

Dla profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej – dojrzałej damy, ale jeszcze nie statecznej matrony – prestiż w krakowskim światu w obrębie Plantacji to cel, który uświęca wszystkie środki. Tej pogoni za prestiżem zupełnie nie rozumie jej szanowny małżonek, profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (sympatyczny, acz niezbyt ambitny). Ignacy potrzebuje do szczęścia głównie swoich preparatów, codziennej lektury prasy oraz mizerii. Z pełnym uśmiechu politowaniem spogląda na żonine wysiłki zadośćuczynienia mieszczańskiej ortodoksji: zakupy w Sukiennicach, towary kolonialne wyłącznie u Hawełki, suma tylko w Mariackim, z gazet wyłącznie „Czas”. Zofia wspina się na społecznej drabinie, zdeterminowana przemienić się w krakowiankę idealną (łącznie z wyparciem swojego prowincjonalnego pochodzenia), a konkretnie w damę komitetową Towarzystwa Dobroczynności. W tym celu planuje zorganizować loterię fantową na rzecz dzieci skrofulicznych, a fanty uzyskać od podopiecznych Domu Ubogich fundacji Helclów. Tymczasem u Helclów panuje nieopisane poruszenie: otóż w tym przybytku niespokojnej, jak się okazuje, starości, popełniono morderstwo. Początkowo uważano, że jedna z pensjonariuszek umarłą śmiercią nad wyraz naturalną, ale jednak okoliczności okazują się inne – a zbrodnie się mnożą. Policja wszczyna dochodzenie, ale Szczupaczyńska wie swoje i podążając za przykładem ukochanych literackich detektywów wypytuje siostry szarytki, personel oraz pensjonariuszki (nie zapominając przy tym o fantach na loterię). Jej wysoki poziom ciekawości wrodzonej (czytaj: wścibstwa) zawiedzie ją do miejsc, o których nie śniło się krakowskiej policji…

https://i1.wp.com/krakow.pl/zalacznik/243508/4.jpg
Dom Pomocy Społecznej im. Helclów dziś

Ale, ale, nie zapędzajmy się z tą policją. Kryminalna intryga nie jest tutaj najbardziej istotna, ba, to zaledwie pretekst, by zanurzyć się w świecie przedstawionym. Dehnel i Tarczyński odmalowują mieszczański Kraków końca XIX wieku, w którym widelec jest technologiczny (frędzli dywanów nie sposób rozczesać innym narzędziem), a przebaczenie to termin wyłącznie z dziedziny teologii, „bez zastosowania w życiu codziennym”. Towarzyskie niesnaski, anse i awanse to jest temat najważniejszy, a Zofia Szczupaczyńska doskonale wie, jak trudno lawirować w tym kłębowisku żmij i żmijek, wszak lawiruje na co dzień. Ot, nieustanne sprzeczki z odległą kuzynką, ot, poszukiwanie odpowiedniej służącej czy sprawunki na Placu Szczepańskim przed porządnym niedzielnym obiadem – czasem te zwykłe czynności przerwie jakaś wielka narodowa sprawa, jak pogrzeb Matejki (Zofię zaprzątają głównie numerowane miejsca w kondukcie), albo właśnie tytułowa tajemnica domu Helclów.

Napisane to jest przednio, panowie dążyli do odwzorowania języka dawnej literatury, bawiąc się konwencjami tudzież dorzucając trzy kilo ironii. Bardzo cenię sobie takie stylistyczne i fabularne puszczanie oczka do czytelnika (postać asystenta Ignacego, niejakiego Żeleńskiego, to jedno z co większych mrugnięć).

Ergo. Mniejsza o tę zbrodnię. Kraków, Kraków moi drodzy. Dla Krakowa się to czyta.

PS. Ta okładka <3

Północ i Południe.

Malitowe upodobanie do prozy Jane Austen i podobnych klimatem opowieści jest znane nie od dziś. Historycznie, miłościwo, z zakończeniem, które zapewnia trzy kilo rozrzewnienia – mówcie, co chcecie, ja ubóstwiam takie książki oraz cały ten entourage dam, dżentelmenów, bali, odpowiednich manier, listów i zalotów, jakich dziś się nie uświadczy. A jak nie Austen – to Elizabeth Gaskell. „Panie z Cranford”, ktoś, coś?

Every day.
Every day.

Tym razem jednak w klimacie bardziej… północno-angielskim. „North and South” niedawno wróciło do łask czytelników, głównie dzięki serialowi BBC z 2004 roku. I to właśnie od rzeczonego serialu zaczęłam całą historię, dopiero potem zabrałam się za czytanie. Niemniej ekranizacja jest wyśmienita, obsada dobrana idealnie, zasadniczo, typ pierwszy. Samą powieść pierwotnie czytano w odcinkach w połowie XIX wieku, skądinąd w magazynie „Household works”, redagowanym przez Dickensa. Gaskell przerobiła potem całość do druku, dodała to i owo (między innymi ostatni rozdział, całe szczęście) i całość opublikowano jako „North and South”.

Z sielskiego Południa na, zdawałoby się, posępną i nieprzystępną Północ – to droga, jaką Margaret Hale pokonuje wraz z rodzicami. Pan Hale, ongiś pastor, wskutek osobistych wątpliwości porzuca stan duchowny i cała familia musi opuścić plebanię w ukochanym Helstone. Przenoszą się do Milton, małego miasteczka słynącego z przemysłu włókienniczego, zanurzając się w zupełnie nowe, początkowo dość nieprzyjazne życie. Pan Hale zajmuje się prywatnym nauczaniem, a jednym z ulubionych jego rozmówców i podopiecznych staje się John Thornton, właściciel fabryki, człowiek dumny, pracowity i bardzo bogaty. Margaret od początku nie lubi Thorntona, nie uważa go za dżentelmena i potępia jego metody zarządzania fabryką – zwłaszcza po tym, jak zaprzyjaźnia się z kilkoma jej pracownikami. On z kolei uważa dziewczynę za wyniosłą, mając wrażenie, że Margaret gardzi wszystkim, co dla niego jest drogie – i jednocześnie nie traci żadnej okazji, by ją spotkać.

Dzieło Gaskell to, jak mówią Anglicy, social novel i można się doszukiwać w nim bardzo bardzo wielu motywów – od porównania przemysłowej Północny i rolniczego Południa, przez konflikty na linii panowie-robotnicy, strajki w fabrykach, aż po wątki religijne czy genderowe. Chodzi mi o to, że uczucie między Margaret a panem Thorntonem – choć arcyważne – nie jest jedynym kluczem odczytania „North and South”. Richard Armitage, który wcielił się w głównego onego w serialu z 2004 roku, był wręcz zdziwiony ogromem… fanowskiego odzewu. I nie brak opinii, że jego Thornton to nowy pan Darcy.

No błaaagam.
I ten śnieg padający. No błaaagam.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie ta historia miłosna chwyta za serducho. Przyznaję bez bicia – mnie chwyciła bardzo. Abstrahując od historycznego tła (arcyciekawe, naprawdę) i wątków gospodarczo-socjalnych, to właśnie John Thornton i całokształt jego postaci sprawia, że będę wracać do „North and South”. Nieraz.

PS. Gdyby nie Ethlenn – nie byłoby. Dziękuję za serial!
PPS. Polski przekład, „Północ i Południe”, ukazał się dopiero 4 lata temu, muszę sobie przekartkować!
PPPS. Muzycznie wybornie mi do tego pasował musical Stinga. Ot, taka intuicja.