Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Continue reading „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy czytałam jakąś powieść Moersa – acz musiało być to dawno temu, w błogich czasach nastoletnich – pamiętam natomiast szczery zachwyt nad światem, który zaludniają trudniące się pisarstwem smoki, znakomicie walczące wolpertingi, przepowiadające przyszłość przeraźnice i masy innych, mniej lub bardziej podejrzanych stworzeń. Niemniej jak Camonia długa i szeroka, nie ma drugiego tak wspaniałego miasta, jak Księgogród. Już sama nazwa znamionuje Raj Ostateczny: metropolia niczym Continue reading „Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?”

Mieszczański Kraków zbrodnią żyje!

Mam ja ostatnio szczęście do mariaży kryminalnych zagadek i historii z przeszłości: oto kolejna zbrodnia w stylu vintage dołącza na półeczkę „przeczytane”. Tym razem przeszłość nieco bliższa, a miejsce zbrodni to już prawie że po sąsiedzku. Otóż Maryla Szymiczkowa, królowa pischingera i wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, przenosi czytelników do Krakowa Anno Domini 1893, gdzie czasem nie dzieje się za wiele, ale gdy się już dziać zacznie, końca nie widać. Dodajmy w tym miejscu, dla porządku i ładu, że – jak to ładnie ujęto na okładce – Szymiczkową do życia powołało dwóch dżentelmenów, Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w ramach literackiego eksperymentu postanowili rzucić zbrodnię w Dulski świat krakowskiej socjety. A przewodniczką po tym świecie jest pewna wyjątkowa bohaterka. Profesorowa, nie ma to tamto.

Dla profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej – dojrzałej damy, ale jeszcze nie statecznej matrony – prestiż w krakowskim światu w obrębie Plantacji to cel, który uświęca wszystkie środki. Tej pogoni za prestiżem zupełnie nie rozumie jej szanowny małżonek, profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (sympatyczny, acz niezbyt ambitny). Ignacy potrzebuje do szczęścia głównie swoich preparatów, codziennej lektury prasy oraz mizerii. Z pełnym uśmiechu politowaniem spogląda na żonine wysiłki zadośćuczynienia mieszczańskiej ortodoksji: zakupy w Sukiennicach, towary kolonialne wyłącznie u Hawełki, suma tylko w Mariackim, z gazet wyłącznie „Czas”. Zofia wspina się na społecznej drabinie, zdeterminowana przemienić się w krakowiankę idealną (łącznie z wyparciem swojego prowincjonalnego pochodzenia), a konkretnie w damę komitetową Towarzystwa Dobroczynności. W tym celu planuje zorganizować loterię fantową na rzecz dzieci skrofulicznych, a fanty uzyskać od podopiecznych Domu Ubogich fundacji Helclów. Tymczasem u Helclów panuje nieopisane poruszenie: otóż w tym przybytku niespokojnej, jak się okazuje, starości, popełniono morderstwo. Początkowo uważano, że jedna z pensjonariuszek umarłą śmiercią nad wyraz naturalną, ale jednak okoliczności okazują się inne – a zbrodnie się mnożą. Policja wszczyna dochodzenie, ale Szczupaczyńska wie swoje i podążając za przykładem ukochanych literackich detektywów wypytuje siostry szarytki, personel oraz pensjonariuszki (nie zapominając przy tym o fantach na loterię). Jej wysoki poziom ciekawości wrodzonej (czytaj: wścibstwa) zawiedzie ją do miejsc, o których nie śniło się krakowskiej policji…

https://i0.wp.com/krakow.pl/zalacznik/243508/4.jpg
Dom Pomocy Społecznej im. Helclów dziś

Ale, ale, nie zapędzajmy się z tą policją. Kryminalna intryga nie jest tutaj najbardziej istotna, ba, to zaledwie pretekst, by zanurzyć się w świecie przedstawionym. Dehnel i Tarczyński odmalowują mieszczański Kraków końca XIX wieku, w którym widelec jest technologiczny (frędzli dywanów nie sposób rozczesać innym narzędziem), a przebaczenie to termin wyłącznie z dziedziny teologii, „bez zastosowania w życiu codziennym”. Towarzyskie niesnaski, anse i awanse to jest temat najważniejszy, a Zofia Szczupaczyńska doskonale wie, jak trudno lawirować w tym kłębowisku żmij i żmijek, wszak lawiruje na co dzień. Ot, nieustanne sprzeczki z odległą kuzynką, ot, poszukiwanie odpowiedniej służącej czy sprawunki na Placu Szczepańskim przed porządnym niedzielnym obiadem – czasem te zwykłe czynności przerwie jakaś wielka narodowa sprawa, jak pogrzeb Matejki (Zofię zaprzątają głównie numerowane miejsca w kondukcie), albo właśnie tytułowa tajemnica domu Helclów.

Napisane to jest przednio, panowie dążyli do odwzorowania języka dawnej literatury, bawiąc się konwencjami tudzież dorzucając trzy kilo ironii. Bardzo cenię sobie takie stylistyczne i fabularne puszczanie oczka do czytelnika (postać asystenta Ignacego, niejakiego Żeleńskiego, to jedno z co większych mrugnięć).

Ergo. Mniejsza o tę zbrodnię. Kraków, Kraków moi drodzy. Dla Krakowa się to czyta.

PS. Ta okładka <3

Północ i Południe.

Malitowe upodobanie do prozy Jane Austen i podobnych klimatem opowieści jest znane nie od dziś. Historycznie, miłościwo, z zakończeniem, które zapewnia trzy kilo rozrzewnienia – mówcie, co chcecie, ja ubóstwiam takie książki oraz cały ten entourage dam, dżentelmenów, bali, odpowiednich manier, listów i zalotów, jakich dziś się nie uświadczy. A jak nie Austen – to Elizabeth Gaskell. „Panie z Cranford”, ktoś, coś?

Every day.
Every day.

Tym razem jednak w klimacie bardziej… północno-angielskim. „North and South” niedawno wróciło do łask czytelników, głównie dzięki serialowi BBC z 2004 roku. I to właśnie od rzeczonego serialu zaczęłam całą historię, dopiero potem zabrałam się za czytanie. Niemniej ekranizacja jest wyśmienita, obsada dobrana idealnie, zasadniczo, typ pierwszy. Samą powieść pierwotnie czytano w odcinkach w połowie XIX wieku, skądinąd w magazynie „Household works”, redagowanym przez Dickensa. Gaskell przerobiła potem całość do druku, dodała to i owo (między innymi ostatni rozdział, całe szczęście) i całość opublikowano jako „North and South”.

Z sielskiego Południa na, zdawałoby się, posępną i nieprzystępną Północ – to droga, jaką Margaret Hale pokonuje wraz z rodzicami. Pan Hale, ongiś pastor, wskutek osobistych wątpliwości porzuca stan duchowny i cała familia musi opuścić plebanię w ukochanym Helstone. Przenoszą się do Milton, małego miasteczka słynącego z przemysłu włókienniczego, zanurzając się w zupełnie nowe, początkowo dość nieprzyjazne życie. Pan Hale zajmuje się prywatnym nauczaniem, a jednym z ulubionych jego rozmówców i podopiecznych staje się John Thornton, właściciel fabryki, człowiek dumny, pracowity i bardzo bogaty. Margaret od początku nie lubi Thorntona, nie uważa go za dżentelmena i potępia jego metody zarządzania fabryką – zwłaszcza po tym, jak zaprzyjaźnia się z kilkoma jej pracownikami. On z kolei uważa dziewczynę za wyniosłą, mając wrażenie, że Margaret gardzi wszystkim, co dla niego jest drogie – i jednocześnie nie traci żadnej okazji, by ją spotkać.

Dzieło Gaskell to, jak mówią Anglicy, social novel i można się doszukiwać w nim bardzo bardzo wielu motywów – od porównania przemysłowej Północny i rolniczego Południa, przez konflikty na linii panowie-robotnicy, strajki w fabrykach, aż po wątki religijne czy genderowe. Chodzi mi o to, że uczucie między Margaret a panem Thorntonem – choć arcyważne – nie jest jedynym kluczem odczytania „North and South”. Richard Armitage, który wcielił się w głównego onego w serialu z 2004 roku, był wręcz zdziwiony ogromem… fanowskiego odzewu. I nie brak opinii, że jego Thornton to nowy pan Darcy.

No błaaagam.
I ten śnieg padający. No błaaagam.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie ta historia miłosna chwyta za serducho. Przyznaję bez bicia – mnie chwyciła bardzo. Abstrahując od historycznego tła (arcyciekawe, naprawdę) i wątków gospodarczo-socjalnych, to właśnie John Thornton i całokształt jego postaci sprawia, że będę wracać do „North and South”. Nieraz.

PS. Gdyby nie Ethlenn – nie byłoby. Dziękuję za serial!
PPS. Polski przekład, „Północ i Południe”, ukazał się dopiero 4 lata temu, muszę sobie przekartkować!
PPPS. Muzycznie wybornie mi do tego pasował musical Stinga. Ot, taka intuicja.

„Instytut młodych naukowców” Matthew Pearl

„Instytut młodych naukowców” Matthew PearlZ niejakim lękiem sięgałam po najnowszą powieść Pearla – a to z uwagi na dotychczasową z nim znajomość. Debiut, czyli „Klub Dantego”, jest książką doskonałą. Genialną i obrzydliwą w jednym, niewiele znam takich. Kolejne już nieco mnie zawiodły (po takim entrée trudno podnosić poprzeczkę) – „Cień Poego” raczej słaby, „Zagadka Dickensa” obiecująca, ale Dan Simmons ogarnął temat dużo lepiej. Tym razem wracamy do Bostonu i poznajemy początki jednej z najsłynniejszych uczelni świata: MIT, Massachusetts Institute of Technology.

Początki owe sięgają wieku XIX, burzliwych czasów krótko po wojnie secesyjnej, i dość konfliktowych relacji z prominentnym instytutem Harvarda. Ci z Instytutu chcą robić prawdziwą naukę (czytaj: empiria górą) i wierzą w technologiczny postęp, jak również w umożliwianie studiowania mniej zamożnym, ale zdolnym młodzieńcom. I chyba ten ostatni punkt znajduje największe potępienie w oczach harwardzkich profesorów: jakże to, studenci z niższych klas? A gdzie dbałość o moralność, chrześcijański charakter? Sodomia i Gomoria w tym Instytucie, panie dzieju.

Niesnaski pomiędzy uczelniami znajdą nowe pole do popisu, bardziej… sensacyjno-kryminalne. Otóż pewnego dnia w bostońskiej zatoce dochodzi do katastofy – urządzenia nawigacyjne zaczynają wariować, statki się zderzają, wiele z nich idzie na dno, giną ludzie, tonie drogocenny ładunek. Podejrzenia padają na technologów, a przyszłość Instytutu staje pod znakiem zapytania. Kilkoro najzdolniejszych studentów postanawia rozwikłać zagadkę katastrofy (tej i kolejnych, wszakże nieszczęścia chodzą stadami), przywrócić IT dobre imię i, jak się okaże, spróbować ocalić całe miasto.

Matthew Pearl dobrze wie, że to, co czyni powieść dobrą, to klimat, postaci i intryga. To pierwsze oddane wybornie: aż czuje się ten Boston, tętniący życiem ludzi i pulsujący rytmem maszyn. Na piątkę również plejada barwnych bohaterów – tu przoduje zwłaszcza ekipa młodych technologów: zdolny robotnik, dowcipny arystokrata, nieśmiały geniusz, no i obowiązkowa rola damska, czyli pierwsza studentka w Instytucie Technologii. Intryga skonstruowana przemyślnie, co więcej, nie jest li i jedynie sensacyjnym pędem ku rozwiązaniu zagadki. Zmierzenie się z własną wizją świata, ze poglądami na temat choćby stypendystów z niższych klas czy miejsca kobiet na uczelni – to będzie ważny wątek i nawet nie bardzo moralizatorski.

„Instytut Młodych Naukowców” stawiam na drugim miejscu wśród powieści Pearla („Klub Dantego”, ostoja mroku, bezsprzecznie numerem jeden). Ujmując rzecz dosadnie, kawał dobrego researchu historycznego i dużo powieściowego mięska, nie mówiąc już o rozkosznej grubości tomu, powinny zadowolić nawet tych wybrednych smakoszy.

PS. Przyjemnym dodatkiem do całości (acz bez skoków pod sufit z radości) był deser: opowiadanie „Zabójstwo profesora”, osadzone na 28 lat przed właściwą akcją „Instytutu”, a oparte na autentycznej historii śmierci pewnego profesora Uniwersytetu Wirginii. Poznajemy tam Williama Rogersa, założyciela MIT, i możemy dowiedzieć się odrobinę o jego a.) charakterze i b.) motywacjach do założenia Instytutu.

„Rzymska krew” Steven Saylor

„Rzymska krew” Steven SaylorJuż Bene Gesserit zalecały, że książki po okładce nie sądzi się. Na szczęście. Ta tutaj nosi znamiona lekkiego kiczu i pewnie przeszłabym koło niej obojętnie, gdyby nie okoliczności łagodzące. Otóż „Rzymska krew” została mi zarekomendowana, polecona, wychwalona, a nawet przyniesiona i pożyczona. Połowa tych zachwytów starczyłaby, bym pokłusowała do biblioteki, a tu jeszcze z osobistą dostawą było. Nastrojona na epickie doznania, zasiadłam do czytania i… przepadłam.

Rzecz dzieje się w starożytnym Rzymie za czasów dyktatury Sulli. Oto listy proskrybowanych, oto upadające sławy, oto sprzedane majątki, oto bogacący się nowi, politycznie poprawni Rzymianie – czyli dzień jak co dzień w dramatycznych realiach Wiecznego Miasta. Cóż wobec przetasowań wśród stronnictw znaczy jeszcze jedna zbrodnia… chyba, że brutalne ojcobójstwo. Sekstus Roscjusz, oskarżony o zlecenie zabójstwa swego ojca, czeka w napięciu na werdykt sądu. Jego obrońca – początkujący prawnik, Marek Tulliusz Cycero – przygotowuje płomienną mowę, ale sprawę ma rozwikłać dla niego prawdziwy, porządny detektyw. Chciałoby się powiedzieć – inwestygator! I tu na scenę wkracza Gordianus Poszukiwacz, mąż o dzielnym sercu, twardej pięści i więcej niż przyzwoitej sprawności intelektualnej. Podejmuje się, za stosowną opłatą, odkrycia prawdy… a ścieżka do niej mroczna, kręta i niebezpieczna.

Mam słabość do takich bohaterów. Szlachetny łobuz, drań pełen ideałów, nie stroni od argumentów siły (gdy trzeba), okowity (zwłaszcza, gdy nie trzeba), ratuje damy w opałach i potrafi ruszyć głową, nie tylko w celach bitewnych. Taki jest Locke Lamora. Taki jest Kacper Ryx (senior i junior, tak właściwie). Taki jest Gordianus Poszukiwacz.

Niemniej, ustalmy fakty – to nie jest Wielka Literatura Która Przemienia Duszę. Raczej kawał dobrej rozrywki, podany w wielce wiarygodnym (staro)rzymskim sosie, podlany sensacją, posypany intrygą i doprawiony szczyptą polityki. Godziwa porcja na późny, letni wieczór. Już zapewniłam sobie kolejne porcje, bo przygody rzymskiego Poszukiwacza rozlewają się na ksiąg czternaście. Będzie się działo!

PS. Tu podziękowania w stronę Bartka, który swego czasu w odmętach internetów posługiwał się mianem Gordianus Poszukiwacz – stąd cała rzecz.

„Lord of Emperors” Guy Gavriel Kay

„Lord of Emperors” Guy Gavriel KaySą dwie opcje, jeśli chodzi o czytanie dylogii, trylogii, sag i wszystkich innych dłuższych cykli (przyjmijmy robocze założenie, że wszystkie mamy w zasięgu objęć, mniejszym lub większym). Albo rzucamy się łapczywie na całość i nie odpusczamy, dopóki nie padnie ostatni bastion ostatniego tomu, albo robimy stosowne przerwy pomiędzy kolejnymi częściami, zapominając, jak fantastycznie czytało się tę poprzednią. Ja z reguły wybieram w tym zestawieniu bramkę numer dwa – raczej bezwiednie. Tak było przy historii Locke’a Lamory. Tak jest przy Sarantium*.

„Lord od Emperors” czytałam na raty. Zaczęłam jakieś dwa miesiące temu, potem odłożyłam (sesja nie sesja, poza tym całość mam na czytniku i ów rekwizyt jakoś poszedł w kąt na chwilę). Przypomniałam sobie przy ostatnim wyjeździe, nadrobiłam to, co uleciało fabularnie z pamięci… i przepadłam. Magia Sarantium, cesarskie intrygi, romanse i podboje znów wciągnęły bez reszty.

Wracamy zatem do miasta, w którym panują po trzykroć przesławny Valerius II i jego olśniewająca małżonka, Alixana. Miasta, które oddycha w rytm kwadryg, ścigających się po hipodromie (łapka w górę, komu się przypomina wtedy Ben Hur). Miasta, w którym na równi wielbi się woźniców rydwanów, tancerki i… twórców mozaik. Crispin, artysta rodem z obrzeży cesarstwa, wkłada całe serce w swoje wiekopomne dzieło, kopułę nowej świątyni jedynego boga, Jada. Przy okazji z mocno toporną gracją lawiruje między stronnictwami na dworze a zobowiązaniami wobec własnej władczyni, młodziutkiej królowej Gisel. Wojna wisi nad Sarantium, pytanie tylko z kim i kto na niej najbardziej zyska…

Zupełnie osobną kwestię – interesująco rozegraną, dodajmy – stanowią wszelakie rozważania teologiczne. W Sarantium bowiem czci się Boga Jedynego, zwanego Jad, i tępi herezje (zwłaszcza te nabrzmiałe uwielbieniem dla syna Jada, boskiego woźnicy Heladikosa). To nie tylko przemyślne odwołanie do czasów Justyniana I i jego antypogańskich dekretów – wszak Valerius i Sarantium stanowią żywe odbicie Bizancjum czasów Justyniana. To też przyczynek do jednego z najbardziej poruszających momentów całej historii, ba, obydwu książek z cyklu. Mało którego bohatera mi było wtedy tak żal, jak Crispina.

Niewiele więcej można rzec, żeby nie nadpsuć przyjemności. Gdzieś w połowie książki akcja nabiera takiego tempa, że moi towarzysze lektury musieli uspokajać rozedrgane Malitowe czytelnicze serce gromkim „Nie przeżywaj tego tak, dziewczyno”. Zachwyty części pierwszej przenoszę i na część drugą, dorzucając zachwyt nad samym zakończeniem. Jest takie, jak być powinno.

Że jak, że jeszcze nie czytaliście?
Ale Wam zazdroszczę.

PS. Myszkovska zabrała mnie wczoraj do taniej książki. Właściwie to poszłyśmy razem, zgodnie. Kupiłam „Lwy Al-Rassanu” Kaya. Klasyka.

* Drugą część też czytałam w oryginale, stąd zachowuję angielskie nazwy własne. Tuże okładka.