Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.

Do trzech sióstr Brontë nie żywię ani wielkich sentymentów, ani nabożnego szacunku: tak, przeczytałam o dziwnych losach Jane Eyre, pióra Charlotte, tak, stosunkowo niedawno nadrobiłam też „Wichrowe wzgórza” pióra Emily (jak być może pamiętacie, niespecjalnie mnie zachwyciło). Co prawda proza trzeciej z sióstr, Anne, nadal pozostaje dla mnie nieodkryta, niemniej nie czuję jakiegoś wielkiego  wewnętrznego nacisku, by to zmienić. Co nie zmienia faktu, że gdy natrafia się jakaś powieść na motywach i/lub twórczo nawiązująca do dzieł i postaci dawnych, to chętnie sięgam. Powieść taka objawiła się w postaci „Ostatniej z rodu Brontë” Catherine Lowell, określanej jako romans ze szczyptą intrygi.

Otóż Samantha Whipple, tytułowa ostatnia z rodu Brontë, faktycznie może prześledzić swoje drzewo genealogiczne aż do słynnych sióstr. Jej tragicznie zmarły ojciec, Tristan, był rzekomo w posiadaniu olbrzymiego skarbu-pamiątek po siostrach Continue reading „Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.”

Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy czytałam jakąś powieść Moersa – acz musiało być to dawno temu, w błogich czasach nastoletnich – pamiętam natomiast szczery zachwyt nad światem, który zaludniają trudniące się pisarstwem smoki, znakomicie walczące wolpertingi, przepowiadające przyszłość przeraźnice i masy innych, mniej lub bardziej podejrzanych stworzeń. Niemniej jak Camonia długa i szeroka, nie ma drugiego tak wspaniałego miasta, jak Księgogród. Już sama nazwa znamionuje Raj Ostateczny: metropolia niczym Continue reading „Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?”

Bath śladami Jane Austen

Królewskie biuro podróży Malita Travel zaprasza na kolejną okołoksiążkową wycieczkę! Co prawda jeszcze przez tydzień się urlopuję – przede mną zacny czas leżenia i czytania, tak bardzo mi się to przyda – ale zdążymy przecież szybko przemknąć przez Bath okresu regencji, prawda?

Bath, leżące w hrabstwie Somerset w zachodniej Anglii, może poszczycić się długimi tradycjami uzdrowiskowymi – ale nie ma co sięgać do epoki żelaza, kluczowe będą tu rzymskie łaźnie. Starożytne spa cieszyło się popularnością już od pierwszych wieków naszej ery, a lokalna woda termalna miała leczyć wszystkie bolączki ciała i duszy. Niemniej prawdziwy rozkwit miasto przeżyło w XVIII wieku, kiedy to ówczesnym arbiter elegantiarum, Beau Nash, uczynił je modnym miejscem dla całej śmietanki towarzyskiej. Nash był dandysem w każdym calu i przez prawie całe życie tytułowano go „mistrzem ceremonii” Bath: to on dyktował trendy tudzież ordynował rozrywki. Eleganckie restauracje, teatry i na nowo odkryte źródła geotermalne sprawiły, że Bath co rok wypełniało się setkami dam i dżentelmenów – a niektórzy przenosili się tu na stałe.

Jane Austen Bath (22)
Most Pulteney nad rzeką Avon
Jane Austen Bath (14)
Bath Abbey: tu Austenowie nie chadzali na mszę z uwagi na… zbyt dużą ilość osób niskiego stanu
Jane Austen Bath (17)
Dzisiejsze wejście do rzymskich łaźni – tylko zwiedzanie, bez kąpieli!
Jane Austen Bath (16)
Starannie zaprojektowane ulice – pełne sklepów

Jane Austen może nie była jakąś wielką miłośniczką Bath – wyjeżdżała z miasta „pełna radosnego uczucia ucieczki”, jak sama pisała – ale rezydowała tu przez parę lat wraz z rodzicami i siostrą Cassandrą oraz umieściła w mieście akcję dwóch swoich powieści. Więcej, właśnie tutaj miała otrzymać jedyną w swoim życiu propozycję małżeństwa. Austenowie zmieniali adresy podczas najdłuższego stałego pobytu w Bath, wynajmowali też różne domy w trakcie krótszych wizyt – ale dziś najsławniejszym miejscem poświęconym pannie Jane jest rezydencja przy Gay Street, gdzie pisarka mieszkała wraz z matką w 1805 roku. Dokładnie w tej okolicy odpowiednią dla swojego statusu (i poczucia wyższości) rezydencję wynajął sir Walter Elliot w „Perswazjach”. Dziś przy Gay Street 40 mieści się Jane Austen Centre, a pamiątki z wizerunkiem pisarki oraz rozmaite wydania jej powieści można znaleźć w całym mieście. Zresztą, całe Bath jest tak klimatyczne, że gdy spuścić zasłonę milczenia na selfie-sticki, można spokojnie poczuć się jak na początku XIX wieku. Wiecie, te herbaciarnie… Słynny Great Pump Room, ukończony w 1789 roku, działa do dziś – i to właśnie w tymże miejscu Catherine Morland miała nadzieję spotkać pana Tilneya („Opactwo Northanger” dzieje się przede wszystkim w Bath). Spójrzcie tylko na te klimatyczne uliczki!

Jane Austen Bath (20)
W tle, po prawej, czekoladki księżnej Brunszwiku.
Jane Austen Bath (13)
Great Pump Room z zewnątrz…
Jane Austen Bath (19)
…i w środku: herbata i scones obowiązkowo!
Jane Austen Bath (21)
Park Parade Gardens: leżaczki i kawa, polecam.

Samo Jane Austen Centre to raczej miejsce w stylu „poznaj okres regencji i poczytaj ciekawostki” niż „na tym krześle siedziała sama Jane” (domyślam się, że drugi typ jest reprezentowany przez muzeum w Chawton, acz to jeszcze przede mną). Jest tu i sklepik z pamiątkami i innymi austenowymi drobiazgami (kartka z rozmarzonym panem Darcym – patrz niżej), i herbaciarnia, oraz niewielkie muzeum, które zwiedza się z przewodnikiem. Wiadomo, poszłam, a Król Małżonek zdecydował się na spacer po okolicy w międzyczasie. Cała wycieczka zaczyna się od krótkiej pogadanki na temat: słów parę o rodzinie Austenów, biografia naszej autorki i opowieść o samym Bath (przewodniczką mojej grupki było dziewczę w stroju filmowej Harriet Smith z „Emmy” z 1995 roku). Potem przechodzi się do pokojów mieszkalnych, gdzie można pooglądać reprodukcje portretów Austen (tych autentycznych i domniemanych), poczytać o różnych powiązanych z pisarką lokalizacjach w Bath, zerknąć do wnętrza XIX-wiecznej pasmanterii i strzelić sobie zdjęcie w stroju z epoki. Notabene, chciałam zaznaczyć, że suknie z okresu regencji są szalenie nietwarzowe, nie mówiąc już o budko-czepkach zwanych „bonnet”. W bordowej kreacji w kwiatki i pasującym kolorystyczne czepku wyglądałam jak chomik w ciąży – zdjęcia nie będzie. Będą za to inne.

Jane Austen Bath (1)
Przy wejściu wita pan Bennet!
Jane Austen Bath (3)
Drzewo genealogiczne familii
Jane Austen Bath (9)
Habedasher, czyli pasamonik – w takim sklepie Elizabeth spotkała Wickhama!
Jane Austen Bath (11)
Ćwiczymy pisanie piórem – szło mi całkiem nieźle, vide ostatnie zdjęcie.

Takie tam, pamiątki.
Takie tam, pamiątki.
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?

Królewskie biuro podróży Malita Travel uprzejmie dziękuje za tą krótką wycieczkę po Bath i poleca się łaskawej pamięci!

#Tolkienowski TAG książkowy

Raz na jakiś czas lubię zasiąść do kreatywnego zadania okołoksiążkowego i zebrać kilka książek w zestawie tagu książkowego (pamiętacie ten czarowniczy?). Czasem wymaga to stania przed półkami (nie, żebym się uskarżała, bynajmniej), czasem po prostu od razu wiadomo, która książka, postać, wątek pasuje do danej kategorii. Tym razem Lolanta nominowała mnie do Tolkienowskiego tagu książkowego – no no, pomysł jest zacny!

Ergo:

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Ostatnio jestem na bieżąco z trylogią husycką Andrzeja Sapkowskiego (w słuchawkach ostatni tom, tj. „Lux perpetua”) i pewnie dlatego od razu pomyślałam o trio Reynevan-Szarlej-Samson. Przyjaźń między nimi, dość nieoczekiwana i właściwie trochę niezrozumiała, trwa niezmiennie przez wszystkie trzy tomy. I choć wspólne działania całej trójki opierają się głownie na ratowaniu Reynevana lub wszystkich trzech z kłopotów, w które ich Reynevan wpakował, to czasem zdarza się moment wytchnienia, gdy mogą beztrosko i bez pogoni na karku zasiąść w karczmie i zaspokoić sybaryckie potrzeby. Czego im życzę jak najczęściej.

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy

I tu wybór był łatwy – „Diuna” Franka Herberta, monumentalne dzieło otwierające przed czytelnikiem równie monumentalny świat. Tu o władzę walczą wszyscy, a symbol jej posiadania stanowi pozornie jałowa planeta, Arrakis, gdzie wydobywa się przyprawę. A jak wiemy, the spice must flow. W tym korowodzie graczy wszyscy: Bene Gesserit, wysokie rody, Imperator i jego świta, wszyscy grają o władzę. Nawet arrakijskie plemiona, Fremeni, pragną władzy: władzy nad własną ojczyzną. Oprócz tych politycznych rozgrywek „Diuna” fenomenalnie przedstawia rozterki przed podjęciem drogi ku własnemu przeznaczeniu (czyli co zrobić, kiedy wedle wszelkich przepowiedni jesteś obiecanym mesjaszem). Aż sobie chyba przekartkuję na dobranoc, takiej ochoty nabrałam!
PS. Choć czytałam też „Mesjasza” i „Dzieci”, części kolejne, ba, nawet widziałam ich ekranizacje — wypieram. Liczy się tylko „Diuna” i na niej poprzestaję.

https://i2.wp.com/img09.deviantart.net/8b3e/i/2011/223/5/f/arrakis_by_ramasg-d4695xv.jpg

Nazgul, czyli książka, która wzbudziła we mnie strach

Jak wiecie, raczej rzadko czytam typowe horrory, wolę oglądać grozę na ekranie niż poznawać ją na kartach książki (idealny tryb oglądania horrorów: za dnia, najlepiej, gdy światło się odbija w telewizorze, mało co widać, mało co słychać – Król Małżonek zawsze wypytuje „po co ty to oglądasz, jak nie oglądasz?”. Oj tam oj tam.). Więc nie będzie tu o strachu typowo horrorowym, ale o innym. Znów, będąc na bieżąco z trylogią husycką: przeraża mnie fanatyzm religijno-myślowy, przedstawiony po obu stronach konfliktu. Zajadłość w prześladowaniach i rzeziach, ciemnota w przekonaniach, kompletny brak zrozumienia dla inaczej myślących – o tak, tego się boję. Na planie rzeczywistym również.

Bilbo Baggins, czyli książka, która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca

Zupełnie niespodziewanie! Eshkol Nevo i jego „Samotne miłości”, czyli ostatnia mykwa na Syberii – cudowna, słodko-gorzka opowieść o współczesnym Izraelu. Co tu więcej opowiadać, idźcie czytać Nevo (można uprzednio Malitową recenzję).

Sam Gamgee, czyli bohater, który mógłby zostać moim przyjacielem

Hermiona Granger, jak nic. Czuję z nią pokrewieństwo dusz. Wiecie, Hermiona wiecznie siedzi w bibliotece, na wszystkie lekcje i egzaminy przychodzi przygotowana, a dzień bez przeczytania jakiejś opasłej księgi uważa za stracony. Lekko przemądrzała, ale odważna i lojalna – któż nie chciałby mieć takiej przyjaciółki? Choć zakładam, że byłybyśmy w innych domach (Malita, jak wiecie, Ravenclaw through and through), to pewnie i tak siedziałybyśmy razem w ławce i chodziły na wszystkie możliwe dodatkowe przedmioty, jakie tylko można. Wyjąwszy wróżbiarstwo.

https://i0.wp.com/imagesmtv-a.akamaihd.net/uri/mgid:file:http:shared:mtv.com/news/wp-content/uploads/2015/06/Hermione-Now-If-You-dont-Mind-GIF-1433745682.gif
Czyż ona nie jest cudowna?

Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para

Tak właściwie, to bardzo lubię parę Eowina-Faramir – obydwoje tak doświadczeni przez los, znajdują razem ukojenie, zawsze wydawało mi się to bardzo sprawiedliwe, a jednocześnie piękne… ale żeby tagowi stało się zadość, to jednak lećmy inną klasyką literatury angielskiej (nie Jane Austen, ale blisko!). Mianowicie: pan Thornton i panna Hale z „Północ Południe” Elizabeth Gaskell. Ich początkowa wzajemna niechęć prowadzi do dojrzałego i pełnego zrozumienia uczucia – bardzo bardzo lubię podczytywać sobie zakończenie tej powieści raz na czas jakiś.

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej

Zakładam, że genderowy przykład kategorii to tylko sugestia, bo ja tu chciałam zaproponować czarującą pisarkę. Otóż moi drodzy, nikt inny, tylko J. K. Rowling, która pisze doskonale, niezależnie od tego, czy zabiera czytelników do Hogwartu,  czy snuje opowieść o Pagford, małym angielskim miasteczku czy proponuje podążyć tropem mrocznych przygód pewnego detektywa i jego asystentki.

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać

„Nienawiść” jest słowem mocnym i ciężko będzie mi znaleźć postać, co do której żywiłabym tak drastyczne uczucia. Ale jest za to sporo takich, których mniej melodramatycznie, ale po prostu nie cierpię. Ostatnio na przykład nie cierpię Liny i Eleny, dwóch bohaterek opowieści snutych przez tajemniczą Elenę Ferrante. Mamy tu klasyczny przypadek relacji typu ­love-hate, bo nie cierpię obu pań, a książki pochłaniam jak szalona.

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję

Dużo łatwiej znaleźć mi takich bohaterów, którym współczuję, niż tych, których nie znoszę. Tu niechże będzie za to Poncjusz Piłat z opowieści jerozolimskich w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa (które, skądinąd, przeczytałam same w sobie na parę lat przed samą powieścią”, targany wyrzutami sumienia z powodu śmierci Jeszui Ha-Nocri. Przy okazji – polecam najnowszą rosyjską ekranizację, mini-serial z 2005 roku. Efekty specjalne są fatalne, ale muzyka i klimat bardzo na tak.

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna

Mam ich dziesiątki, zależnie od nastroju – czasem chce się bojowo ruszyć na hordy orków, a czasem wyszywać makatki z siostrami Bennet. Ale żeby tak ogólna ojczyzna… hmm,  pomyślmy… musiałyby tam przede wszystkim książki, ładne widoczki i dużo dobrego jedzenia. I trochę magii w codziennym życiu. I dużo świetnych ludzi dookoła.
…Hogwart jak nic.

Zaiste, #tag długi, ale zacny! I miły przyczynek do tego, żeby się wieczorową porą wybrać do Śródziemia i w inne okolice. Aha, a potem na Arrakis. Się podróżuje!

Kartka z kalendarza i po co czytać książki

Ot, i proszę, obfita wielce kartka z kalendarza. 23 kwietnia jest dniem wyjątkowo świątecznym, jubileusz goni jubileusz, okazja przepycha się łokciami z inną okazją… książki, smoki, Szekspir, wszystko. Aż się prosi o wpis okolicznościowy! Zwłaszcza, że, jak wiecie, dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, święto raczej niebezpieczne: co otwieram internety, to jakaś strona kusi zniżkami na książki. Na razie jestem dzielna.

Okolicznościowo zamiatam też kapeluszem przez mistrzem ze Stratfordu (ok, zawsze zamiatam, ale dziś nieco gorliwiej). Wszak w tę oto sobotę przypada czterechsetna rocznica śmierci Szekspira (z tej okazji polecam nowoczesne powieściowe retellingi – była już „Opowieść zimowa” w wizji Jeanette Winterson, na półce czeka „Kupiec wenecki” wedle Howarda Jacobsona). A do tego 23 kwietnia to dzień św. Jerzego (ten od smoka, patron Anglii), ponoć i pogromca smoka dokonał żywota właśnie tą kwietniową porą.

Ale, ale. Przede wszystkim okazja jest książkowa – stąd zastanówmy się, po co w ogóle te książki. Abstrahując od naukowych wywodów, badań, jak lektura wpływa na mózg i co literatura wnosi do życia codziennego, oto przed Wami lista absolutnie randomowych i subiektywnych powodów, dlaczego Malita wiecznie z nosem w książce. Czasem z przymrużeniem oka (ta lista, nie nos w książce).

Więc, po co czytać książki?
Ja czytam:

  1. Bo lubię. Kropka.
  2. Bo czytając, uczę się nowych miejsc, ludzi, rzeczy (trywialne, ale trafne).
  3. Bo lubię wiedzieć.
  4. Bo lubię sobie wyobrażać.
  5. Bo lubię rozmawiać o tym, o czym przeczytałam.
  6. Bo lubię pisać o tym, o czym przeczytałam.
  7. Bo żyję wtedy nie dwa, a pięćset, tysiąc, tysiące razy (też trywialne a trafne).
  8. Bo czasem się śmieję.
  9. Bo czasem się wzruszam.
  10. Bo czasem się irytuję.
  11. Bo się kocham w bohaterach, niektórych.
  12. Bo nie znoszę bohaterów, niektórych.
  13. Bo zachwycam się kunsztem literackim i erudycją niektórych autorów.
  14. Bo mnie to szalenie odpręża.
  15. Bo mnie to bardzo motywuje do Zmian. Różnych.
  16. Bo staję się mądrzejsza.
  17. Bo staję się głupsza.
  18. Bo czasem snobuję, ile to ja nie czytam. Przyznaję się bez bicia.
  19. Bo wciąż lamentuję, że za mało czytam.
  20. Bo łechta moje ego, gdy mnie różni ludzie proszą o polecanki.
  21. Bo tyle jeszcze do przeczytania.
  22. Bo ciągle nowe dobre rzeczy wydają.
  23. Bo – powód pośredni – uwielbiam wypchane do granic możliwości biblioteki.
  24. Bo mi ludzie znoszą, ofiarowują, pożyczają.
  25. Bo lubię wracać do ukochanych historii.
  26. Bo lubię zajmować czymś czas w podróży.
  27. Bo tramwaj/autobus długo jedzie.
  28. Bo nic tak dobrze nie towarzyszy herbacie, jak książka. I popcornowi.
  29. Bo dzień bez czytania to dzień jakiś taki… niecodzienny.
  30. Bo tak właściwie, to… bardzo lubię. Kropka.

Lista bynajmniej nie jest zamknięta, proszę dorzucać swoje pomysły! I, rzecz jasna, wszystkiego pięknego książkowo Wam życzę. Dziś – i zawsze.

Bo wiecie: #TLDRxP!

Książkowe Top Ten W Dziwnych Kategoriach

Nie jestem entuzjastką stosików ani podsumowań, ale tym razem zrodził się w mej głowie pomysł przekorny a draczny, czyli – jako już stoi w tytule – Książkowe Top Ten W Dziwnych Kategoriach, 2o15 edition. Zasadniczo, wybranie tej jednej, jedynej książki, która mogłaby się doczekać tytułu „The Best of 2o15” graniczy z cudem, zdecydowałam się zatem na rozwiązanie tylko troszkę bardziej ilościowe niż jakościowe. Zasadniczo, spodziewajcie się Wielu Wielkich Liter.

  1. Książka Która Zawiodła Tak Bardzo Że Aż Smutno Myśleć

Zaczynamy tonem smętnego rozczarowania. „Miecz Shannary” Terry’ego Brooksa. Żal w formie, żal w treści, żal w tłumaczeniu. Ale ciągle się jeszcze łudzę, że może serial jednak nie będzie tak fatalny, a to wszystko dlatego, że mam osobliwą guilty pleasure w oglądaniu Rzeczy W Których Występują Elfy. Tak, serial „Wiedźmin” z Michałem Żebrowskim też się liczy.

  1. Książka Która Radochy Zapewnia Wiele

Przeskok do akordów mniej minorowych: „Facecje. #HistoriaCoachemŻycia” Patryka Brylińskiego i Macieja Kaczyńskiego, czyli drukujemy internet na papierze. Właściwie, jeden konkretny fanpage na Facebooku. Plus parę innych przyjemnych sercu drobiazgów (nieodmiennie zachwycam się wywiadem z Marią Antoniną). Błyskotliwość poziom milijon, cudowna intertekstualność i Historyczny Coaching Poprzez Fejsa. Serduszkuję wniebogłosy.

  1. Książka Która Budzi Bardzo Dużo Emocji

Oj, dużo. Oto „Anna Karenina” Lwa Tołstoja. Ech, pani Karenin, pani to naprawdę mi namieszała w duszy. Rozterki Anny, rozterki Wrońskiego, rozterki mego ulubieńca Lewina – zapewniają tygiel emocji podczas i po lekturze. Nie mówiąc o tym, że pozostaję w zadziwieniu pt. „jak autor-mężczyzna jest w stanie tak doskonale opisać to, co dzieje się w umyśle kobiety”. To z cyklu: Czytamy Klasyki Bo Warto.

  1. Książka Która Daje Do Myślenia

Czyli „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” Suki Kim. Już sam tytuł mówi wszystko. I tu emocji jest legion, ale to zupełnie inny zestaw: jakże daleko mieści się fukanie na irytujące decyzje fikcyjnych bohaterów do pełnej niedowierzania zgrozy, że to się dzieje. Naprawdę. Dzisiaj. Bo dzieje się. I dobrze o tym wiedzieć – a poziom paranoiczności Suki Kim naprawdę dobrze oddaje atmosferę, panującą w PUST (Pyongyang University of Science and Technology).

  1. Książka Która Daje Błogie Rozrzewnienie

„Wybrana” Naomi Novik. Wszak nie tak dawno rozpływałam się nad rzeczoną powieścią z radości i błogości jak masełko do ruskich pierogów. Baśniowa historia, czarownice, smoki, miłość i złowrogi Bór, czego chcieć więcej?

  1. Książka Która Zapewnia Równowagę Słodyczy i Goryczy

Oczywiście, „Eleonora i Park” Rainbow Rowell. Czytana w podróży, w prawie zupełnie pustych pociągach, gdzieś na półwyspie Kii. Tu warto wtrącić, że często jest tak, że przed lekturą nastawiamy się pozytywnie, a tu okazuje się jednak żałość i smuteczek. W tym wypadku było odwrotnie, zdarzyło się bowiem zderzenie oczekiwań (spodziewałam się rzewnej słodkości) z czymś poważniejszym, mądrzejszym, o niebo lepszym. Mało której powieściowej parze kibicowałam tak mocno, jak Eleonorze i Parkowi.

  1. Książka Która Jednak Trochę Rozczarowała

Czyli odwrotnie niż punkt wyżej, czyli potwierdzając zasadę „nastawiam się pozytywnie, a tu żałość i smuteczek”. Otóż „Wyspa Łza” Joanny Bator. Po zachwytach Batorową prozą (ach, „Ciemno prawie noc”, ach wałbrzyskie opowieści o Dominice Chmurze!) poziom oczekiwań był wysoki. Poziom zadowolenia z lektury był niski. Miało być pięknie, wyszło jak zawsze.

  1. Książka W Której Wcale Nie Chodzi O Fabułę

Bynajmniej. Nic innego, tylko „Tajemnica domu Helclów” Maryli Szymiczkowej (tj. Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński). Opowieść o profesorowej Szczupaczyńskiej, która w Krakowie schyłku XIX wieku tropi sensacyjną zagadkę morderstwa, zasługuje na owację na stojąco. Za tło. Za chodzenie po sprawunki na plac Szczepański, za miodek na cmentarzu Rakowickim, za pogrzeb Matejki. Za przyczynek do ożywionych dyskusji przy świątecznym stole (Mama-Malita z Szanownym Panem Dziadkiem dobre dziesięć minut roztrząsali, czy profesorowa mogła iść na róg Podwala i Garbarskiej, skoro dziś to róg Dunajewskiego i Garbarskiej) (tak, mogła, Julian Dunajewski zmarł już po akcji książki i dopiero wtedy nazwano ulicę jego nazwiskiem).

  1. Książka Która Powoduje Zmiany We Własnej Tradycji

Chodzi o Malitową czytelniczą tradycję, która głosi „Nigdy Nie Czytam Zakończeń Książek”. Nope nope never. Chodzi też o książkę Donny Tartt, mianowicie o opasłego w liczbie stron „Szczygła”. Historia Theo, historia obrazu Fabritiusa, historie wielu innych osób potrafi tak mocno wstrząsnąć czytelniczą duszą, że po prostu gna się na koniec książki, by ukradkiem sprawdzić, czy wszystko dobrze się skończy.

  1. Książka Którą Będę Jeszcze Czytać Wiele Razy

Wiadomo, są takie książki, do których się wraca (doroczne czytanie cyklu o Harrym P. to kolejna z Malitowych tradycji czytelniczych), żeby a.) lepiej je zrozumieć b.) odkryć smaczki, które pominęło się przy pierwszej/drugiej/trzydziestej siódmej lekturze c.) nauczyć się na pamięć ulubionych scen d.) wszystkiego po trochu. Wracam sobie czasem do takich dzieł, które podobały mi się bardzo i chcę jeszcze raz przeżyć te wszystkie piękne rzeczy. A konkretne fragmenty „Północ i Południe” Elizabeth Gaskell naprawdę znam na pamięć. I to w dwóch wersjach językowych…

I to by było tyle, jeśli chodzi o 2o15. W sprawie 2o16: plan na razie skromny, przeczytać to, co zalega po mojej prawicy (dwa stosy na biurku, lekko się chwiejące). A co będzie – zobaczymy!  Zakończmy obrazkiem, który dobrze wpisuje się w przekorność całokształtu :3

Niech się Wam dobrze czyta w 2o16!

Dzieła zebrane #9

Internety płoną od trzech dni o opowieściach o Targach Książki w Krakowie (łącznie z sarkaniem na wydarzenia równoległe, vide utrudnienia w ruchu z uwagi na sobotni półmaraton ze startem i metą w Tauron Arenie) – ja Targi obeszłam wczoraj, jako się rzekło, raczej truchcikiem, ale za to w wybornym towarzystwie. Była umowa: jeśli Myszkovska będzie kupować za dużo książków (dokładniej, więcej niż trzy), mam ją bić antologią polskiego reportażu. Najlepiej dwoma tomami naraz. Rezultat oczywisty, na trzech się nie skończyło ^^
Tymczasem – zebrało się z lektur minionych kilka Dzieł. Zebrano je oto: trochę miejsko, trochę kryminalnie, trochę biograficznie. Proszę się częstować!

Okładka książki AntipolisPrimo, „Antipolis” Tomasz Fijałkowskiego. Wymyślone miasta i opowieści o nich zajmują specjalne miejsce w Malitowym serduszku (nie mówiąc o tym, że czasem w myślach spaceruję po kilku własnych). Beszel i Al Qoma, Londyn Pod, Nieprzemijające Miasto… oj, wiele takich miejsc by się znalazło. Antipolis Fijałkowskiego, stolica Korony w alternatywnym polskim świecie roku 1936, również ma swój klimat. Może nie stanie się jednym z moich ulubionych, ale na jeden spacer może bym się i wybrała. Tylko niekoniecznie w tym samym czasie, w którym rozgrywa się akcja książki – bo zbliża się Zenit i kolejne manifestacje Innej Rzeczywistości targają metropolią. Ojj, będzie się działo… uciekać? Ależ skąd, należy wziąć głęboki oddech, zostać i czytać, bo dobre!

Okładka książki Koronkowa robotaSecundo,  „Koronkowa robota” Pierre Lemaitre’a. Rzadko mi się zdarza sięgać po kryminały, ale raz na jakiś czas przychodzi ochota i owszem, rzucam się. Rzuciłam się zatem na francuski kryminał, mianowicie Lemaitre’a, którego trylogia jest w Polsce wydana inteligentnie w porządku odwrotnym. Zaczęłam zatem od „Koronkowej roboty” (w tłumaczeniu numer 3, w oryginale numer 1). A rzecz kręci się wokół komisarza paryskiej policji, Camille’a Verhoevena, doskonałego gliny o duszy artysty i wzroście karła. On i jego zespół (zwłaszcza partner, nienaganny w manierach i ubiorze Louis, mój ulubieniec) będą musieli rozwiązać zagadkę kryminalna-literacką: gdyż seryjny morderca nawiązuje swoimi zbrodniami do powieści. Czy uda się odgadnąć, dlaczego, do jakich i skąd je bierze, a do tego wygrać wyścig z czasem, gdy na szalę zostanie rzucone życie najbliższych Camille’a?
Powiem tak: jakiś rok temu, przy okazji premiery „Gniewu”, Zygmunt Miłoszewski wypowiadał się krytycznie na temat eskalacji przemocy, okrucieństwa i krwawości zbrodni opisywanych w powieściach. Zdecydowanie coś w tym jest, bo dla mnie zakończenie było po prostu dla mnie za mocne. Całość jednak niezła.

Okładka książki Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjacieleTertio i ostatnio, rzecz biograficzna autorstwa Carpentera i długim tytule, mianowicie „Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele”. Czułam pewien niedosyt historii o Inklingach, a wszystko dzięki lekturze duchowej autobiografia C.S. Lewisa, zatytułowanej „Zaskoczony przez Radość” (o tejże książce może kiedyś indziej). Otóż. Lewis, Tolkien i kilkoro ich przyjaciół (w tym Warnie, brat Lewisa i Charles Williams, poeta i wydawca) regularnie spotykali się w Oksfordzie lat wojennych i powojennych. Chadzali na piwo we wtorki, a w czwartki w jednym z collegów dyskutowali na temat pisanych przez siebie książek. Chciałoby się powiedzieć, że ot, jeszcze jedna grupa oksfordzkich intelektualistów… ale jednak nie na każdym posiedzeniu oksfordzkiego stowarzyszenia odczytywano na głos rękopisy „Listów starego diałba do młodego” czy „Władcy Pierścieni”. To głównie dzięki Tolkienowi i Lewisowi Inklingowie – tak żartobliwie przezwali się przyjaciele – zyskali sławę, która wyszła daleko poza mury uczelni. Humphrey Carpenter pisze nieco o każdym Inklingu z osobna (najwięcej o Lewisie, wszak to on był główną postacią owych spotkań) i o wszystkich razem, dając lekturę zacną a wnoszącą wiele wieści. I frustrującą też, bo to ten typ książki, który prowadzi do co najmniej tysiąca kolejnych.

Z Dzieł Zebranych na razie tyle, a już rychło namysł dłuższy nad jednym dziełem, postmodernistyczno-obrazkowo-ironicznym. Facecje, anyone?

PS. Podziękowania: za drugie Mama-Malita, a za trzecie Myszkovska herself.