Tak się żyło w średniowiecznym zamku

Moja zaprzyjaźniona ekspertka od broni i wojowników wszelakich (wikingowie, samurajowie, średniowieczni rycerze, you name it) pewnego letniego wieczoru przywiozła mi na motorze dwa olbrzymie albumy o rycerzach, uzupełniając je lekturą o zamkach. Zaczęłam od tego ostatniego, czyli od książki „Życie w średniowiecznym zamku”, popularnonaukowego, historyczno-kulturoznawczego przewodnika po wczesnośredniowiecznych warowniach pióra pary mediewistów, Frances i Josepha Giesów. Nie trzeba było mnie zachęcać do czytania hasłem „Poznaj świat, który zainspirował Geroge’a R. R. Martina” (jak stoi na okładce), bo od zawsze historie o życiu codziennym dawnych czasów czytam chętnie, zwłaszcza średniowieczne, zwłaszcza angielskie (pamiętacie dzień z życia Tudora?). Continue reading „Tak się żyło w średniowiecznym zamku”

Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego

Nie tak znów dawno spędziłam ciepły, przyjemny czerwcowy wieczór, krążąc wokół Wyspy Białej – a wszystko za sprawą niezwykłej książki o pewnej wyprawie i pewnej obsesji na jej punkcie. Innymi słowy, „Ekspedycja. Historia mojej miłości”, którą popełniła Bea Uusma. Ta cudownie wydana opowieść przenosi nas w okolice bieguna północnego z końca XIX wieku oraz w czasy współczesne, czasy tropienia i śledzenia.

Otóż 11 lipca 1897 roku trzech podróżników – inicjator przedsięwzięcia Salomon August Andrée, inżynier Knut Frænkel i fotograf Nils Strindberg– wyrusza ze Spitsbergenu na północ balonem wypełnionym wodorem Continue reading „Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego”

W górach przeklętych, czyli poczet wampirów

O wampirach można rozprawiać godzinami – bywają całe kursy akademickie im poświęcone – i wcale tematu nie wyczerpać. Pozwólcie więc, że ograniczę się do stwierdzenia na wstępie, że mało która postać zrobiła taką popkulturową karierę w ostatnich latach, jak wampir. Tak, wiem, truizm. Równie banalnie dodam, że nie sposób wymienić jednym tchem tych wszystkich powieści, filmów, seriali, w których pojawiają się mniej lub bardziej wyrafinowani krwiopijcy. Ale każda legenda, każda wampiryczna cecha, każdy rys postaci gdzieś bierze swój początek. Swój przeklęty, mroczny początek.

W książce „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala stawia sobie za cel stworzenie pocztu najważniejszych wampirów gór Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Opisuje dokładnie dwadzieścia osiem postaci, zarówno te mało znane, jak i rozsławione na świat cały (nie mogło wszakże zabraknąć Elżbiety Batory oraz hrabiego Drakuli, stworzonego przez Brama Stokera). Sięgając po dawne kroniki i opracowania, ale także po nieco bardziej współczesne nam dzieła kultury (vide choćby lord Ruthen, opisany w noweli Polidoriego), pokazuje swoistą wampirzą ewolucję – od wstającego z grobu chłopa, który gnany niekontrolowanym pragnieniem morduje okoliczne wioski, po wysublimowanego arystokratę, snującego plany zdobycia świata (albo chociaż Londynu). Zmora z Siedlęcina, Arnaut Pavle, wampir z Bystrego, Azzo von Klatka, Carmilla czy graf Orlok – postaci z kart historii, powieści i filmu tworzą dumny, krwiopijczy korowód.

Koncept, muszę przyznać, niezły, niemniej jego realizacja kuleje. Może i bardziej zasadne byłoby skupienie się tylko na postaciach znanych z folkloru czy kronik historycznych, niekoniecznie dorzucanie do tego postaci znanych wyłącznie z literatury, ale domyślam się, że kryterium geograficzne było tutaj najbardziej istotne. Rzecz jest bardzo ciekawie wydana – wydawnictwo BOSZ proponuje naprawdę oryginalne graficzne publikacje, a niepokojące ilustracje Justyny Sokołowskiej tworzą wyjątkowy klimat. Ale za poważne uchybienie uważam brak mapy – w tak pięknie wydanej książce mapa tytułowych okolic musiała by być wielkiej urody, a tu nawet takiej schematycznej brak. Przez to czytelnik może się czuć zagubiony, a przy tak intensywnych opisach geograficzno-historycznych mapa jest po prostu koniecznością. Ba, proponowałabym nawet mini-mapkę przy każdym rozdziale, albo przy bardziej obszernych historiach – choćby wtedy, gdy autor opisuje szereg miejsc historycznie związanych z Władem III Palownikiem.

https://coczytamalita.files.wordpress.com/2016/05/w-gc3b3rach-przeklc499tych2.jpg?w=650&h=552
Ładne obrazki, czyli tak się kąpie krwawa Elżbieta.

Wspomniane intensywne opisy geograficzno-historyczne są ważne, wręcz konieczne, by wprowadzić w czasoprzestrzeń: ale momentami zdecydowanie dominowały nad samymi wampirzymi opowieściami. Choćby przy opisie wampira z Tomic (opowieść z 1830 roku, zanotowana przez Oscara Kolberga wiele lat później) autor zaczyna historyczne wprowadzenie od śmierci Zygmunta Augusta (1572 Anno Domini, przypominam), by przejść przez trzy rozbiory i zahaczyć o rabację galicyjską. Dla mnie to dużo za dużo, jakby autorowi zabrakło pomysłu na właściwą treść i opakowywał upiory w zbyteczne warstwy historycznego wodolejstwa. Rozplanowanie książki też pozostawia nieco do życzenia: niektóre rozdziały wydawały się być zbiorem podrozdzialików raczej luźno ze sobą związanych – o sytuacji danego regiony w dziejach, o wampirze, o miejscach z nim związanych – i brakowało mi w nich płynności.

Te wszystkie powyższe niedociągnięcia jeszcze bym i przebolała, niemniej ostateczny wydźwięk książki przyprawił mnie o bardzo gwałtowny skok irytacji. Patetyczne zakończenie łka nad trywializacją postaci nosferatu w naszych czasach i odarciu go z kulturowych znaczeń. Autor wini produkcje takie jak „Blade”, „Zmierzch” czy „Czysta krew”, gdyż pokazują, że

oderwanie wampira od jego kulturowej spuścizny i symboliki prowadzić może tylko do raczej tandetnych, pozbawionych gotyckiej atmosfery (która zresztą również nie jest wartością samą w sobie) opowieści dla nastolatków*.

Daleka jestem od uznania „Zmierzchu” za dzieło wybitne, ale potępianie z zasady współczesnych produkcji za spłycanie Dawnych I Przecież Lepszych Wątków Kultury uważam za przesadnie buńczuczne. Tak, czytałam i oglądałam „Zmierzch”. Tak, czytałam i oglądałam „Czystą krew” (zresztą to są naprawdę dwa różne dzieła i wymienianie ich na jednym poziomie tandety uważam za niesprawiedliwe). Czytałam też Stokera i opracowanie Erberto Petoi („Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności”), z którego Bartłomiej Sala czerpie garściami. Od czegoś trzeba zacząć, a czasem nastolatkom zaczytanym w opowieściach pozbawionych gotyckiej atmosfery łatwiej wyruszyć w wampirzą podróż od „Czystej krwi”, a dopiero potem odkrywać kulturową spuściznę nosferatu. I nie tylko nastolatkom.

[tl;dr] Przeklęty wampirzy korowód – ładne obrazki, autorska końcowa interpretacja – już nie tak ładna.

PS. Za poczet ów bardzo dziękuję wydawnictwu BOSZ!

* „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala, BOSZ 2016, s. 231.

„Afryka Nowaka” Piotr Tomza

„Afryka Nowaka” Piotr Tomza„Podróż – przez Afrykę i w głąb siebie”, szumnie zapowiada okładka*. Czarny Ląd od wiek wieków przyciągał podróżników różnej maści, łącznie z eleganckimi brytyjskimi dżentelmenami („Doctor Livingstone, I presume?”). Tym razem czeka nas opowieść właściwie o dwóch książkach, o dwóch wyprawach, o dwóch projektach podróżniczych o epickim wręcz rozmachu.

Garść informacji wprowadzających: Kazimierz Nowak, zwany pionierem polskiego reportażu, postanowił przemierzyć Afrykę z północy na południe. Rowerem. W 1931 roku. Samotna podróż w tę i z powrotem jednośladem (plus minu kilka innych środków transportu) zabrała mu pięć lat – niemniej jego wyczyn jakoś zatarł się w ludzkiej pamięci, między innymi z uwagi na różne zalawirowania historii i szybką śmierć Nowaka po powrocie do Polski. Dopiero w 2000 roku opublikowano jego relacje prasowe w formie książkowej – „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” pod redakcją Łukasza Wierzbickiego – a te z kolei stały się przyczynkiem do sztafety śladami pioniera-rowerzysty.

Sztafetowa wyprawa rowerowa wyruszyła z Libii 5 listopada 2009 (nie licząc zerowego etapu w Polsce) – i przed kolejne dwa lata bez mała kolejne ekipy w kolejnych etapach przemierzały Afrykę na rowerach. Przekazywali sobie książkę-pałeczkę, specjalne wydanie „Rowerem i pieszo…”, bez tekstu, tylko ze zdjęciami. Jechali śladami Nowaka i szukali miejsc, które odwiedził, osób, które mógł spotkać. Skrupulatne wyliczenia statystyczne informują, że na projekt „Afryka Nowaka” złożyło się:

  • 149 uczestników
  • 33 000 kilometrów
  • 813 dni
  • 88 pamiątkowych tabliczek
  • 30 etapów
  • 6 świadków pamiętających polskiego podróżnika
  • 4 rowery
  • 2 wielbłądy
  • 2 konie

Tyle statystycznie, ale i projekt, i książka to coś więcej. Piotr Tomza (uczestnik etapu numer 3, Egipt) złożył w bardzo zróżnicowany kolaż swoje własne przemyślenia i wspomnienia oraz relacje i wypowiedzi innych uczestników sztafety. Bo to nie jest opowieść z gatunku „Afryka niezwykła tak bardzo”, pełna zachwytów nad egzotyką, klimatem, całą ideą sztafety. To raczej relacja z arcytrudnej, szalenie wymagającej wyprawy, gdzie starły się ze sobą różne konfliktogenne czynniki: od silnych osobowości (każda z własnym zdaniem i z własną wizją) po trudne warunki (jak nie piasek, to błoto, jak nie upał, to ulewa). To historia ludzi, którzy mieli w miarę jedną ideę i różne pomysły, jak tę ideę zrealizować. Czy wyszło i jak wyszło – to musicie sprawdzić osobiście.

Pod koniec „Afryki Nowaka” wśród różnych przywołanych cytatów pojawia się jeden, bardzo wymowny, z „Wielkiego bazaru kolejowego” Paula Theroux:

„Od książek podróżniczych wiało nudą. Nudziarze je pisywali i nudziarze je czytali. Irytowało mnie, że podróżnicy ukrywają przez czytelnikami chwile rozpaczy, pożądania czy strachu. Nie pisali, że nakrzyczeli na taksówkarza albo że wyśmiewali się z ludowych tancerzy”**.

I myślę, że właśnie o to w takich książkach chodzi.

PS. Tytułem (auto)reklamy – spotkanie z Autorem w najbliższą niedzielę (13.07) w krakowskim Empki w CH Bonarka. O 16:00. Będę w nim miała swój skromny udział.

* Piotr Tomza, Afryka Nowaka, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2014.
** Tamże, s. 533.

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna BatorMiędzynarodowy Dzień Książki Anno Domini 2014. Siedzę sobie spokojnie i otóż otrzymuję sms o treści: „Jest jakaś książka, którą chciałabyś dostać? Bo jestem w księgarni”. Cóż, nie jest to pytanie, które powinno się zadawać Malicie w liczbie pojedynczej (wszak tych książek jest milijon nad milijony), niemniej akurat się nie wahałam – i tak oto „Rekin z parku Yoyogi” trafił w me łapki.

O moich zachwytach nad prozą Bator już sporo na tym blogu było. Nie ma co ukrywać, Autorka ze wszech miar fascynuje, nie tylko jako pisarka i twórczyni niesamowitej rzeczywistości polsko-niepolskiej, ale jako osoba sama w sobie. A „Rekin w parku Yoyogi” to wcale nie jest książka o Japonii. To jest książka o Joannie Bator w Japonii i okolicach (bardzo świetnie  to podsumowała Ekruda).

Rzecz podzielona jest na trzy części, trzy ścieżki: od japońskich niesamowitości i filozoficznego dziwowania się nad światem, przez alegorie pełne nawiązań i porównań (tekst o Godzilli – majstersztyk!), aż po Foucaltowskie heterotopie – miejsca dziwne, krzywe, niesamowite – czyli mini-studium subkultury otaku. Wszystkie eseje, bardzo krótkie, to raczej osobiste impresje na temat. Nie antropologiczne wywody, nie naukowe opracowania, nie publicystyczne teksty. Bator lawiruje między swoimi wspomnieniami z Japonii i z kraju, nawiązaniami filozoficznymi i rozmaitymi cytatami z popkultury. Całość okraszona ilustracjami Trusta i krótkim komiksem – ha, mangą! – Julii Yamato.

Mogłabym o tej książce pisać bardzo długo – na przykład rozpływać się w zachwycie, że dzięki „Rekinowi” wreszcie zrozumiałam, o co chodziło Baudrillardowi – ale raczej nie ma sensu. To trzeba przeczytać osobiście, zastanowić się, przemyśleć. Najlepiej znając już inne Batorowe dzieła, wtedy ogląd będzie pełniejszy. Co i Wam zalecam.

PS. Tu jest moment na oficjalne dzię-ku-ję! (dla Majestatu, ofiarodawcy).
PPS. A tu audiowizualnie, czyli wywiad na temat (sam wywiad uważam za dość… banalny, jeśli chodzi o prowadzących, ale celem podziwiania Autorki będzie w sam raz).

„Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima” Piotr Bernardyn

„Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima” Piotr BernardynTrzy lata.

Trzy lata miną pojutrze od trzęsienia ziemi i tsunami, które w mediach opisywano jednym tchem na równi z hasłem „Fukushima”. 11 marca 2011 – data, która w japońskiej rzeczywistości odcisnęła się głębokim piętnem. Porażająca siła natury, która wygrywa po raz kolejny, to tylko jedna strona medalu: bardziej wstydliwą stroną okazała się ta druga, powiązana z energią atomową.

Piotr Bernardyn, polski dziennikarz od lat mieszkający w Tokio, popełnił świetny pamiętniko-esejo-artykuł. To nie tylko jego własne wspomienia z „dnia zero” – które swego czasu były głównym tematem rozmów („Gdzie wtedy byłeś? Co robiłeś?” pytano się wzajem dzień po, tydzień po, miesiąc po). To też studium energetyki jądrowej w Japonii: korupcja i rozmaite machinacje TEPCO (Tokyo Electric Power Company), operatora elektrowni w Fukushimie, ukrywanie nieprawidłowości w działaniu reaktorów z całego kraju, promocja „mitu bezpieczeństwa” (anzen shinwa) atomu. Bo z samym tsunami sprawa jest prosta, paradoksalnie: fala spowodowała niewyobrażalną tragedię, ale jej skutki można bezpiecznie usuwać. Awaria elektrowni równa się skażeniu, ewakuacjom, panice i mniej lub bardziej dyplomatycznym zabiegom uspokajającym. I traumie, która przez wiele lat może kłaść się cieniem na życiu tysięcy Japończyków.

Bernardyn opisuje również ludzkie, zwyczajno-niezwyczajne historie i reakcje: cytuje zarówno wypowiedzi anonimowych osób stłoczonych w miejscach ewakuacji (hinanjo), jak i poglądy bardziej konkretnych osób – choćby naukowców od lat przeciwnych elektrowniom atomowym, jak Hiroaki Koide czy Jinzaburo Takagi (ten drugi na dobrą sprawę przewidział, co mogło się zdarzyć w Fukushimie). Mnie najbardziej utkwiła w pamięci postać Asako Kumagai: ta prosta kobieta z prefektury Aomori przez pół życia walczyła z wielką firmą energetyczną J-Power, nie chcąc sprzedać swojego poletka pod budowę kolejnej elektrowni. Walczyła i wygrała. Kropla w morzu… ale jakże istotna kropla.

Nieuchronnie nasuwały mi się porównania z „Made in Japan” Tomańskiego, wszak temat podobny i forma również. Niemniej, książka Bernardyna jest niepomiernie lepiej napisana i bardziej poruszająca – dość powiedzieć, że historia szkoły podstawowej Okawa z Ishinomaki śniła mi się po nocach.

Jaką lekcję Japonia i świat wyciągną z 11 marca – trudno powiedzieć. Czy będzie wyrwanie się z marazmu, czy nie, czy będą zmiany, czy znów popadnięcie w lepkie bagienko tłumaczenia się mentalnością – trudno oceniać. Ale dobrze wiedzieć i dobrze jest sobie parę rzeczy przemyśleć. A do tego „Słońce jeszcze nie wzeszło” nadaje się idealnie.

PS. Ethlenn za pożyczenie dziękując uprzejmie! 先生さん、どうもありがとうご座います。

„Dziewczyny atomowe” Denise Kiernan

„Dziewczyny atomowe” Denise KiernanZanim Little Boy uderzył w Hiroszimę, a Fat Man w Nagasaki, zanim w Los Alamos w Nowym Meksyku przeprowadzono pierwszy test bomby atomowej… było sobie Oak Ridge. Choć małe miasteczko w stanie Tennessee przez długi czas nie posiadało chodników i dosłownie tonęło w błocie, przyniosło przełom w nauce i sztuce wojennej na miarę XXI wieku. Czemu Oak Ridge? To właśnie to miejsce, pośród wzgórz w stanie Tennessee, najtajnieszy z tajnych Projekt Manhattan wybrał na swoją placówkę. Część dotychczasowych mieszkańców przesiedlono, część podkupiono i w dolinie długiej na 27 kilometrów zbudowano nie tylko przeróżne zakłady i reaktory, ale przede wszystkim mieszkania dla ludzi, którzy nawet nie wiedzieli, nad czym pracują. Do Oak Ridge ściągnięto tysiące pracowników, a wszystko po to, by wspomóc konstruowanie bomby atomowej (kryptonim „Gadżet”).

Margaret Mead określiła całe przedsięwzięcie mianem „eksperymentu społecznego” i faktycznie coś w tym jest: wybudujcie miasto na ponad 70 tysięcy ludzi, dając im arcytajną pracę  na trzy zmiany i zabraniając im rozpowszechniać jakichkolwiek informacji. Tak, łącznie z rozmową z współmałżonkiem, który również pracuje w Oak Ridge. „Ciągle coś wjeżdża, nic nie wyjeżdża…” żartowali mieszkańcy. Oprócz całej niesamowitej otoczki – tworzenia miasta niemal od podstaw, badania efektów psychologicznych, wszystkich kolejnych testów nad izotopami uranu – nie można zapomnieć o tytułowych atomowych dziewczynach. W Oak Ridge pracowały tysiące kobiet, zwłaszcza młodych, z małych miasteczek i wsi. Autorka dotarła do części bohaterek, przeprowadzając z nimi setki rozmów i wypytując o wszystko: od szczegółów ich codziennej pracy aż po stosunki damsko-męskie (kiedy w mieście roi się od pięknych panien i przystojnych kawalerów, nietrudno o płomienne romanse). Toni, Coleen, Celia, Katty, Virginia, Dot, Helen, Rosemary – to tylko niektóre z nich.

Denise Kiernan przystępnie – czasem wręcz łopatologicznie – opisuje nie tylko historyczny przebieg Projektu, ale również jego badania nad izotopami uranu i konstrukcją bomby. Nie, żeby mi ta łopatologiczność (w końcu to książka Amerykanki kierowanej do Amerykanów) przeszkadzała – w tej materii jestem laikiem i prostota przekazu była mile widziana. Trzeba przyznać, że mimo, iż jest to non-fiction, czyta się jak niezłą powieść historyczną.

Mapa Oak Ridge

Zatrwożyły mnie dwie rzeczy w tej książce: po pierwsze, niebywały stopień propagandy wojennej i proamerykańskiej, jaki był na porządku dziennym w Oak Ridge. Wszechobecne kontrole i przepustki, wzajemne szpiegowanie, komunikaty w stylu „Pomyśl! Czy jesteś upoważniony, by o tym mówić?” – to tylko niektóre przykłady. A druga rzecz, nie mniej frapująca: wyobraźcie tylko sobie, że przez przeszło dwa lata bierzecie udział w rządowym projekcie, o którym wiecie tylko to, że pomoże wygrać wojnę. I wreszcie 6 sierpnia 1945 roku okazuje się, że dzięki wam powstała śmiercionośna bomba atomowa.

Rozpisałam się jak na mnie, ale to tylko dowód na to, że bardzo  mnie wciągnęła ta książka. Jakoś więcej czytałam o II wojnie światowej od strony europejskiej, więc tym bardziej cieszyłam się na poznanie nowej perspektywy – a czytało się naprawdę zacnie. Kawał dobrej historii, polecam.

PS. Zerknijcie na oficjalną stronę książki: tam mnóstwo zdjęć (w tym to powyższe) i wszelkich materiałów – łącznie z muzyką, kórej słuchały atomowe dziewczęta.
PPS. I pięknie dziękuję za egzemplarz recenzencki wydawnictwu Otwarte!