Truman Capote o mordercach z zimną krwią

Prerekwizytem do mojego nadrabiania twórczości Trumana Capote’a stała się powieść „Łabędzie z Piątej Alei”. W tej prześwietnej zresztą książce Melanie Benjamin – prócz przyjaźni pisarza z damami z nowojorskiej śmietanki towarzyskiej – kreśli kulisy powstania książki „Z zimną krwią”, sugerując przy tym, że Capote wykorzystał swoich rozmówców, dokładniej, morderców, podobnie jak wykorzystał łabędzie. Ale zacznijmy od początku. Continue reading „Truman Capote o mordercach z zimną krwią”

Elegia dla bidoków, książka frapująca, książka świetna

Na fali kulturoznawczej pasji poznawania świata zabrałam się niedawno za głośną książkę, która kreśli portret jednej konkretnej społeczności w kipiącym tyglu północnej Ameryki. Nawet nie przypuszczałam, jak wyjątkowa okaże się to lektura – „Elegia dla bidoków” J. D. Vance’a pokazuje nie tylko portret białej klasy robotniczej z rejonu Appalachów, ale także historię człowieka, który życiorysem – i to jeszcze przed trzydziestką – mógłby zainspirować niejedną powieść. Jego „Elegia”, podobnie jak „Made in USA” Guy Sormana (jeden z moich pierwszych wpisów!), pomaga objaśniać współczesną Amerykę – a przynajmniej pewną jej część. Continue reading „Elegia dla bidoków, książka frapująca, książka świetna”

Czas mroku, czyli rzecz o Winstonie Churchillu

Winston Churchill to postać szalenie ciekawa i łatwo na świecie kojarzona – jego kultowy wręcz wizerunek z odwiecznym melonikiem i równie odwiecznym cygarem utrwalił się na zdjęciach, filmach i w rozmaitych dziełach popkultury. Winston-orator, Winston-premier, Winston-przywódca… ale i Winston-słowokleta, Winston-nadmierny miłośnik alkoholu, Winston z kilkudziesięcioletnim bagażem błędnych ocen i decyzji. Do dziś budzi kontrowersje wśród historyków i nie tylko, i całe morze atramentu wylano na poczet jego biografii tudzież analiz jego poczynań. Jeszcze jedną odsłonę życia Churchilla proponuje Anthony McCarten w „Czasie mroku”. Odsłonę osadzoną w krótkim, acz intensywnym okresie życia premiera, bardzo… drobiazgową. Continue reading „Czas mroku, czyli rzecz o Winstonie Churchillu”

Tak się żyło w średniowiecznym zamku

Moja zaprzyjaźniona ekspertka od broni i wojowników wszelakich (wikingowie, samurajowie, średniowieczni rycerze, you name it) pewnego letniego wieczoru przywiozła mi na motorze dwa olbrzymie albumy o rycerzach, uzupełniając je lekturą o zamkach. Zaczęłam od tego ostatniego, czyli od książki „Życie w średniowiecznym zamku”, popularnonaukowego, historyczno-kulturoznawczego przewodnika po wczesnośredniowiecznych warowniach pióra pary mediewistów, Frances i Josepha Giesów. Nie trzeba było mnie zachęcać do czytania hasłem „Poznaj świat, który zainspirował Geroge’a R. R. Martina” (jak stoi na okładce), bo od zawsze historie o życiu codziennym dawnych czasów czytam chętnie, zwłaszcza średniowieczne, zwłaszcza angielskie (pamiętacie dzień z życia Tudora?). Continue reading „Tak się żyło w średniowiecznym zamku”

Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego

Nie tak znów dawno spędziłam ciepły, przyjemny czerwcowy wieczór, krążąc wokół Wyspy Białej – a wszystko za sprawą niezwykłej książki o pewnej wyprawie i pewnej obsesji na jej punkcie. Innymi słowy, „Ekspedycja. Historia mojej miłości”, którą popełniła Bea Uusma. Ta cudownie wydana opowieść przenosi nas w okolice bieguna północnego z końca XIX wieku oraz w czasy współczesne, czasy tropienia i śledzenia.

Otóż 11 lipca 1897 roku trzech podróżników – inicjator przedsięwzięcia Salomon August Andrée, inżynier Knut Frænkel i fotograf Nils Strindberg– wyrusza ze Spitsbergenu na północ balonem wypełnionym wodorem Continue reading „Ekspedycja i obsesja. Bea Uusma podąża śladami wyprawy Andréego”

W górach przeklętych, czyli poczet wampirów

O wampirach można rozprawiać godzinami – bywają całe kursy akademickie im poświęcone – i wcale tematu nie wyczerpać. Pozwólcie więc, że ograniczę się do stwierdzenia na wstępie, że mało która postać zrobiła taką popkulturową karierę w ostatnich latach, jak wampir. Tak, wiem, truizm. Równie banalnie dodam, że nie sposób wymienić jednym tchem tych wszystkich powieści, filmów, seriali, w których pojawiają się mniej lub bardziej wyrafinowani krwiopijcy. Ale każda legenda, każda wampiryczna cecha, każdy rys postaci gdzieś bierze swój początek. Swój przeklęty, mroczny początek.

W książce „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala stawia sobie za cel stworzenie pocztu najważniejszych wampirów gór Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Opisuje dokładnie dwadzieścia osiem postaci, zarówno te mało znane, jak i rozsławione na świat cały (nie mogło wszakże zabraknąć Elżbiety Batory oraz hrabiego Drakuli, stworzonego przez Brama Stokera). Sięgając po dawne kroniki i opracowania, ale także po nieco bardziej współczesne nam dzieła kultury (vide choćby lord Ruthen, opisany w noweli Polidoriego), pokazuje swoistą wampirzą ewolucję – od wstającego z grobu chłopa, który gnany niekontrolowanym pragnieniem morduje okoliczne wioski, po wysublimowanego arystokratę, snującego plany zdobycia świata (albo chociaż Londynu). Zmora z Siedlęcina, Arnaut Pavle, wampir z Bystrego, Azzo von Klatka, Carmilla czy graf Orlok – postaci z kart historii, powieści i filmu tworzą dumny, krwiopijczy korowód.

Koncept, muszę przyznać, niezły, niemniej jego realizacja kuleje. Może i bardziej zasadne byłoby skupienie się tylko na postaciach znanych z folkloru czy kronik historycznych, niekoniecznie dorzucanie do tego postaci znanych wyłącznie z literatury, ale domyślam się, że kryterium geograficzne było tutaj najbardziej istotne. Rzecz jest bardzo ciekawie wydana – wydawnictwo BOSZ proponuje naprawdę oryginalne graficzne publikacje, a niepokojące ilustracje Justyny Sokołowskiej tworzą wyjątkowy klimat. Ale za poważne uchybienie uważam brak mapy – w tak pięknie wydanej książce mapa tytułowych okolic musiała by być wielkiej urody, a tu nawet takiej schematycznej brak. Przez to czytelnik może się czuć zagubiony, a przy tak intensywnych opisach geograficzno-historycznych mapa jest po prostu koniecznością. Ba, proponowałabym nawet mini-mapkę przy każdym rozdziale, albo przy bardziej obszernych historiach – choćby wtedy, gdy autor opisuje szereg miejsc historycznie związanych z Władem III Palownikiem.

https://coczytamalita.files.wordpress.com/2016/05/w-gc3b3rach-przeklc499tych2.jpg?w=650&h=552
Ładne obrazki, czyli tak się kąpie krwawa Elżbieta.

Wspomniane intensywne opisy geograficzno-historyczne są ważne, wręcz konieczne, by wprowadzić w czasoprzestrzeń: ale momentami zdecydowanie dominowały nad samymi wampirzymi opowieściami. Choćby przy opisie wampira z Tomic (opowieść z 1830 roku, zanotowana przez Oscara Kolberga wiele lat później) autor zaczyna historyczne wprowadzenie od śmierci Zygmunta Augusta (1572 Anno Domini, przypominam), by przejść przez trzy rozbiory i zahaczyć o rabację galicyjską. Dla mnie to dużo za dużo, jakby autorowi zabrakło pomysłu na właściwą treść i opakowywał upiory w zbyteczne warstwy historycznego wodolejstwa. Rozplanowanie książki też pozostawia nieco do życzenia: niektóre rozdziały wydawały się być zbiorem podrozdzialików raczej luźno ze sobą związanych – o sytuacji danego regiony w dziejach, o wampirze, o miejscach z nim związanych – i brakowało mi w nich płynności.

Te wszystkie powyższe niedociągnięcia jeszcze bym i przebolała, niemniej ostateczny wydźwięk książki przyprawił mnie o bardzo gwałtowny skok irytacji. Patetyczne zakończenie łka nad trywializacją postaci nosferatu w naszych czasach i odarciu go z kulturowych znaczeń. Autor wini produkcje takie jak „Blade”, „Zmierzch” czy „Czysta krew”, gdyż pokazują, że

oderwanie wampira od jego kulturowej spuścizny i symboliki prowadzić może tylko do raczej tandetnych, pozbawionych gotyckiej atmosfery (która zresztą również nie jest wartością samą w sobie) opowieści dla nastolatków*.

Daleka jestem od uznania „Zmierzchu” za dzieło wybitne, ale potępianie z zasady współczesnych produkcji za spłycanie Dawnych I Przecież Lepszych Wątków Kultury uważam za przesadnie buńczuczne. Tak, czytałam i oglądałam „Zmierzch”. Tak, czytałam i oglądałam „Czystą krew” (zresztą to są naprawdę dwa różne dzieła i wymienianie ich na jednym poziomie tandety uważam za niesprawiedliwe). Czytałam też Stokera i opracowanie Erberto Petoi („Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności”), z którego Bartłomiej Sala czerpie garściami. Od czegoś trzeba zacząć, a czasem nastolatkom zaczytanym w opowieściach pozbawionych gotyckiej atmosfery łatwiej wyruszyć w wampirzą podróż od „Czystej krwi”, a dopiero potem odkrywać kulturową spuściznę nosferatu. I nie tylko nastolatkom.

[tl;dr] Przeklęty wampirzy korowód – ładne obrazki, autorska końcowa interpretacja – już nie tak ładna.

PS. Za poczet ów bardzo dziękuję wydawnictwu BOSZ!

* „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala, BOSZ 2016, s. 231.

„Afryka Nowaka” Piotr Tomza

„Afryka Nowaka” Piotr Tomza„Podróż – przez Afrykę i w głąb siebie”, szumnie zapowiada okładka*. Czarny Ląd od wiek wieków przyciągał podróżników różnej maści, łącznie z eleganckimi brytyjskimi dżentelmenami („Doctor Livingstone, I presume?”). Tym razem czeka nas opowieść właściwie o dwóch książkach, o dwóch wyprawach, o dwóch projektach podróżniczych o epickim wręcz rozmachu.

Garść informacji wprowadzających: Kazimierz Nowak, zwany pionierem polskiego reportażu, postanowił przemierzyć Afrykę z północy na południe. Rowerem. W 1931 roku. Samotna podróż w tę i z powrotem jednośladem (plus minu kilka innych środków transportu) zabrała mu pięć lat – niemniej jego wyczyn jakoś zatarł się w ludzkiej pamięci, między innymi z uwagi na różne zalawirowania historii i szybką śmierć Nowaka po powrocie do Polski. Dopiero w 2000 roku opublikowano jego relacje prasowe w formie książkowej – „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” pod redakcją Łukasza Wierzbickiego – a te z kolei stały się przyczynkiem do sztafety śladami pioniera-rowerzysty.

Sztafetowa wyprawa rowerowa wyruszyła z Libii 5 listopada 2009 (nie licząc zerowego etapu w Polsce) – i przed kolejne dwa lata bez mała kolejne ekipy w kolejnych etapach przemierzały Afrykę na rowerach. Przekazywali sobie książkę-pałeczkę, specjalne wydanie „Rowerem i pieszo…”, bez tekstu, tylko ze zdjęciami. Jechali śladami Nowaka i szukali miejsc, które odwiedził, osób, które mógł spotkać. Skrupulatne wyliczenia statystyczne informują, że na projekt „Afryka Nowaka” złożyło się:

  • 149 uczestników
  • 33 000 kilometrów
  • 813 dni
  • 88 pamiątkowych tabliczek
  • 30 etapów
  • 6 świadków pamiętających polskiego podróżnika
  • 4 rowery
  • 2 wielbłądy
  • 2 konie

Tyle statystycznie, ale i projekt, i książka to coś więcej. Piotr Tomza (uczestnik etapu numer 3, Egipt) złożył w bardzo zróżnicowany kolaż swoje własne przemyślenia i wspomnienia oraz relacje i wypowiedzi innych uczestników sztafety. Bo to nie jest opowieść z gatunku „Afryka niezwykła tak bardzo”, pełna zachwytów nad egzotyką, klimatem, całą ideą sztafety. To raczej relacja z arcytrudnej, szalenie wymagającej wyprawy, gdzie starły się ze sobą różne konfliktogenne czynniki: od silnych osobowości (każda z własnym zdaniem i z własną wizją) po trudne warunki (jak nie piasek, to błoto, jak nie upał, to ulewa). To historia ludzi, którzy mieli w miarę jedną ideę i różne pomysły, jak tę ideę zrealizować. Czy wyszło i jak wyszło – to musicie sprawdzić osobiście.

Pod koniec „Afryki Nowaka” wśród różnych przywołanych cytatów pojawia się jeden, bardzo wymowny, z „Wielkiego bazaru kolejowego” Paula Theroux:

„Od książek podróżniczych wiało nudą. Nudziarze je pisywali i nudziarze je czytali. Irytowało mnie, że podróżnicy ukrywają przez czytelnikami chwile rozpaczy, pożądania czy strachu. Nie pisali, że nakrzyczeli na taksówkarza albo że wyśmiewali się z ludowych tancerzy”**.

I myślę, że właśnie o to w takich książkach chodzi.

PS. Tytułem (auto)reklamy – spotkanie z Autorem w najbliższą niedzielę (13.07) w krakowskim Empki w CH Bonarka. O 16:00. Będę w nim miała swój skromny udział.

* Piotr Tomza, Afryka Nowaka, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2014.
** Tamże, s. 533.