Dzieła zebrane #18

Tak się składa życiowo, że październik i listopad to są wymarzone miesiące na konferencje, sympozja i inne akademickie zjazdy i przyjemności, więc od jakich trzech tygodni żyję głównie konferencjami, organizując, występując, ogarniając i modląc się po cichu o szczęśliwe zakończenie tych wszystkich przygód. Ale, szczęśliwie, trochę czasu na czytanie też się znajduje (znalazła się też chwilka, dosłownie chwilka, na sprint przez Targi Książki, było owocnie!). Dwa krótkie #dziełazebrane mam dla Was dzisiaj zatem!

„Fioletowy hibiskus” Chimamanda Ngozi Adichie

Odkąd „Amerykaana” wbiła mnie w fotel, postanowiłam nadrobić prozę Adichie, nie tylko dlatego, że ta konkretna powieść szalenie mi się podobała, ale też dlatego, że literacka Nigeria to wciąż dla mnie raczej terra incognito i chciałabym poczytać więcej w temacie. Ustawiłam się więc w kolejce bibliotecznej i wreszcie jest, debiut Chimamandy z 2004 roku, czyli „Fioletowy hibiskus”.

Drobiazgowo zaplanowana codzienność nastoletniej Kambili uwzględnia głównie naukę i modlitwę. Surowy i bardzo pobożny ojciec, stawiany przez proboszcza za wzór dla całej parafii, trzyma całą rodzinę bardzo krótko, jednocześnie zapewniając im luksusowe warunku życia – Kambili, jej brat Jaja i ich zastraszona matka nie muszą się martwić o brak jedzenia, przerwy w dostawach prądu, wody czy gaz w butlach do gotowania. Ale pod płaszczykiem dobrobytu kryje się terror równie przerażający, jak ten panujący w rozgrywkach wojskowych i politycznych Nigerii lat 90-tych. Kambili dopiero w konfrontacji ze światem poza domem – choćby dzięki wizytom u ciotki – zaczyna rozumieć, że istnieje alternatywa dla jej dotychczasowego życia. Życia, które właśnie zaczyna walić się gruzy.

Z jednej strony jestem zafascynowana, zarówno tą plastycznością opisu Nigerii z czasów militarnej dyktatury, jak i niezwykłymi postaciami, ale z drugiej strony zaraz po skończeniu książki miałam wrażenie, że opowieść została dość brutalnie urwana, a napięcie i klimat pieczołowicie budowane przez prawie dwieście stron pękły jak bańka mydlana. Niemniej doszłam do wniosku, że chyba właśnie o to chodzi, o pokazanie tej gwałtowności, kiedy bezpieczny (pozornie) świat w ułamku sekundy potrafi runąć i nigdy już nie wrócić do dawnej równowagi. Pękanie dotychczasowego porządku obserwujemy w skali makro – wydarzeń krajowych – jak i mikro, w rodzinie Kambili, a wszystko w naprawdę króciutkiej, ale nasyconej opowieści. Innymi słowy, Chimamanda Ngozi Adichie znów na tak.

dziela
Tulipany w ramach ilustracji.

„Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka” Lucyna Olejniczak

Mama-Malita pożyczyła mi dwa tomy cyklu o kobietach z ulicy Grodzkiej (opowieść kobieco-krakowsko-historyczna) ze słowami „idealne do tramwaju”. Raczej niewielkie objętościowo książki Olejniczak traktują o kobietach powiązanych z Franciszkiem Bernatem, właścicielem apteki przy ulicy Grodzkiej, a wszystko zaczyna się w Krakowie, Anno Domini 1890. Tom pierwszy, choć nosi tytuł „Hanka”, opowiada przede wszystkich o córce Hanki i rzeczonego aptekarza, Wiktorii – którą przy narodzinach podmieniono z urodzoną tego samego dnia zmarłą córką prawowitej pani aptekarzowej. Sama Hanka, wydając ostatnie tchnienie, przeklęła swego dotychczasowego chlebodawcę… i jednocześnie, nieświadoma zamiany noworodków, swoją własną córkę. Wiktoria dorasta zatem jako prawowita Bernatówna i mimo oschłości ojca, rychłej śmierci przybranej matki i nieprzyjemności ze strony macochy wyrasta na dziewczę dobre, pogodne, pracowite i oczywiście urodziwe. Cierpliwie opiekuje się swymi braćmi, pomaga biednym i marzy o pracy w ojcowskiej aptece, ale klątwa rzucona przez jej rodzoną matkę wciąż wisi nad rodziną Bernatów…

Szczerze mówiąc, nie była to najlepsza książka na świecie. Kraków przełomu wieków odmalowywano już tyle razy, że trzeba naprawdę wyjątkowej prozy (ach, pani Szymiczkowa!), żeby się jakoś wyróżnić. Ale mniejsza o Kraków, mniejsza o raczej szkolny styl, ale płytkości bohaterów nie potrafię darować. Ot, choćby Franciszek Bernat jest tak do szczętu zły (morderca, gwałciciel i pedofil, naprawdę trudno znaleźć jakąkolwiek jego zaletę), a Wiktoria tak doskonała (nawet myje się regularnie, w przeciwieństwie do innych bohaterek), że trochę boli przy czytaniu. Acz jednego tej powieści odmówić nie można – faktycznie jest idealna do tramwaju. Moje dziewięć przystanków minęło nie wiedzieć kiedy!

PS. Mamie-Malicie, oczywiście, za pożyczenie dziękując!

Rzecz o rasie, rzecz o miłości

Wiadomy Portal społecznościowy swego czasu doniósł Wam, że czasem czuje się całe oceany ulgi po skończeniu książki. Niekoniecznie dlatego, ŻE się skończyła, ale JAK się skończyła. Więcej o zakończeniach opowiadać nie będę, bo ja z tej ekipy, która spoilery traktuje jako świętokradztwo rangi najwyższej. No, staram się.

O „Amerykaanie” przeczytałam u Ekrudy już długą chwilę temu i uświadomiłam sobie, że Nigeria to jeden z tych wielu krajów, o których może i odrobinę wiem, ale za to zupełnie, totalnie, kompletnie nie znam od strony literackiej. Kilka miesięcy oczekiwania w bibliotece – i oto jest. Kilka stron przejrzanych celem researchu na temat autorki – oto są. Chimamanda Ngozi Adichie, rodem z Nigerii, przeniosła się na studia do USA, gdzie szło jej świetnie i z nauką, i z pisaniem, vide jej debiutancka powieść, „Fioletowy hibiskus” i kolejne dzieła. Nie można zapomnieć też o wykładach dla TED tudzież o występie w teledysku Beyoncé (witaj, postmodernizmie).

Jej „Amerykaana” to powieść o rasie i o miłości (kolejność obojętna). Otóż Ifemelu i Obinze poznali się w liceum w Lagos i zakochali w sobie bez pamięci. Ich codzienna rzeczywistość, czasy wojskowej dyktatury, jeszcze bardziej umacnia w postanowieniu: wyjechać z kraju. I to nie byle gdzie, a do Stanów Zjednoczonych, ziemi obiecanej, wyczytanej, poznanej przez kulturę, literaturę, muzykę. Ifemelu faktycznie wyjeżdża do USA na studia i choć jej życie po drugiej stronie oceanu to początkowo raczej upadki niż wzloty, to jednak wreszcie przebojem zdobywa nową rzeczywistość. Nowi przyjaciele, związki i romanse bledną jednak wobec wielkiego problemu: jak być czarną w Ameryce. Czarną nie-Amerykanką. Z obserwacji, czasem mocno zgryźliwych, rodzi się poczytny blog. Niby życie się układa, ale… Ifemelu postanawia wracać do Lagos. I w tym punkcie powrotnym, punkcie wyjściowym, spotykamy ją po raz pierwszy. Dopiero potem Chimamanda Ngozi Adichie pokazuje, jak do tego punktu wyjścia doszło, snując jednocześnie dużo mniej pomyślną historię Obinze. Dawny ukochany Ifemelu nie dotarł do Ameryki – problemy wizowe po 11 września – usiłuje zatem utrzymać się w Londynie (on, piekielnie zdolny i praworządny, wiedzie żywot nielegalnego imigranta), a gdy i tam zawodzi, robi nieco tylko szemraną karierę w Nigerii. Dom, rodzina, dziecko. I nieustanna tęsknota za milczącą Ifem.

https://americanahblog.files.wordpress.com/2014/09/image.jpg
Nigeryjski widoczek prosto z bloga Ifemelu (patrz PS).

„Amerykaana” – czyli ta, która powróciła z Ameryki – opowiada historię dwojga niezwykłych ludzi, ale snuje też rozważania na bardziej „makro” poziomie: o konstruowaniu na nowo własnej tożsamości w nowym miejscu, o byciu czarnym nie-Amerykaninem i czarnym Amerykaninem, o dyskryminacji, poprawności politycznej i o tym, że manifestacją polityczno-społeczną mogą być nawet włosy. Zwłaszcza włosy. Wiecie, jak trudno uczesać prawdziwe afro?

Wyjąwszy kilka potknięć translatorskich (ale nie tak rażących, żeby się wwiercały w pamięć), „Amerykaana” przykuwa i hipnotyzuje od pierwszych stron i mało którym bohaterom kibicowałam tak gorliwie a namiętnie, jak Ifem i Obinze. Po pierwsze, żeby im się udało, a po drugie, żeby im się udało razem. Oprócz sympatii w ich kierunku bardzo podobało mi się też tło kulturowe: zarówno Nigeria, jak i Stany, z zupełnie nowej, rasowej i nie tylko, perspektywy. W pewnym momencie wśród amerykańskich przyjaciół Ifem toczy się dyskusja o literaturze i Shan, wyjątkowo irytująca osóbka (i pisarka, dodajmy), stwierdza, że:

„W tym kraju nie można napisać szczerej powieści o rasie. Gdybyś napisała, jak rasa wpływa na ludzi, byłoby to zbyt oczywiste. Czarni pisarze, którzy tworzą w tym kraju fikcję literacką, wszyscy trzej, nie te dziesięć tysięcy płodzących bzdurne powieści o gettach w jaskrawych okładkach, mają dwie opcje do wyboru: albo będą pisać wspaniale, albo pretensjonalnie”.

Choć Shan miała na myśli trochę inną literaturę, biorę jej podział za dobrą monetę. Chimamanda Ngozi Adichie pisze wspaniale. Kropka.

PS. Tu znajdziecie stronę autorki, a tu blog samej Ifemelu, ten drugi, prowadzony już z Lagos. Zalecam czytać po „Amerykaanie”.