Śledztwo wśród blokowisk, czyli Stasi, wilk i towarzyszka porucznik

Mam ostatnio szczęście do powieści sensacyjnych dziejących się w nowych – przynajmniej dla mnie – okolicznościach. Najpierw porucznik Himekawa, gwiazda tokijskiej policji metropolitalnej, a teraz Karin Müller, towarzyszka porucznik z powieści Davida Younga, przyrównywanych atmosferą do oscarowego „Życia na podsłuchu”. Niedawno premierę miał drugi tom historii o Karin, czyli „Stasi i wilk”. Tak tak, kierunek NRD. Continue reading „Śledztwo wśród blokowisk, czyli Stasi, wilk i towarzyszka porucznik”

Prawda tańczy z fałszem w Wysokim Zamku. Dick po raz pierwszy.

Philip K. Dick to jeden z tych klasycznych autorów, których obiecywałam sobie od bardzo dawna. Jakoś nie było okazji – aż w końcu postanowiłam sama sobie okazję stworzyć, nabywając stosownego audiobooka (była promocja, więc tym bardziej!). I tak przez miniony miesiąc spacerowałam po San Francisco, wyglądającym zupełnie inaczej niż to, które znamy – a ostatnie kilka dni spacerowałam bardziej intensywnie, przejęta, jak to wszystko się zakończy.

Otóż rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych, które jakiś czas temu przestały być Stanami Zjednoczonymi – dokładniej wtedy, kiedy nazistowskie Niemcy wygrały II wojnę światową wraz ze swoim nieodłącznym sojusznikiem, imperialną Japonią. Teraz mamy rok 1962, dawna Ameryka została podzielona na strefę wpływów niemieckich i japońskich, a nową rzeczywistość wciąż oswajają przeróżne postaci: wśród nich Nobusuke Tagomi, wysoko postawiony w handlu Japończyk, Frank Frink, ukrywający swoje żydowskie pochodzenie, jego właściwie była żona Juliana, instruktorka judo, Robert Childan, właściciel sklepu z amerykańskim rzemiosłem artystycznym czy tajemniczy Szwed nazwiskiem Baynes. Reprezentują różne strony barykady, mają bardzo różne przemyślenia na temat istniejącego porządku. Niemniej, łączą je dwie szalenie ważne książki – po pierwsze, Yijing”, starożytna chińska Księga Przemian, dzięki której można odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, zdając się na los i odczytują odpowiednie heksagramy. Po drugie, „Utyje szarańcza” (to cytat z Koheleta, jakby co), powieść w powieści, szalenie popularne dzieło, kreślące wizję alternatywą do alternatywnej – czyli co by było, gdyby Niemcy i Japonia przegrały wojnę. Książka w pewnych rejonach zakazana, książka, którą popełnił mężczyzna, skrywający się w fortecy zwanej Wysokim Zamkiem.

https://s26.postimg.org/mnu07m6bt/Czlowiek_z_Wysokiego_Zamku_audiobook_Philip_K_Di.jpg
Bardzo mi się podoba ta okładka!

Półprawda, nie-do-końca prawda i fałsz mieszają się w powieści Dicka nieustannie, czy to gdzieś w zakamarkach systemu, czy w bardzo namacalnej postaci taśmowo produkowanych podróbek. Wiodąca ideologia, polityczne zagrywki i nieustanna walka o władzę, która wcale nie skoczyła się wraz z wojną idą w parze z osobistymi dramatami, poszukiwaniem swojej tożsamości i oswajaniem czynów, których popełnienia nie da się wymazać. Całość intryguje w najwyższym stopniu.

Choć nie należę do bardzo ścisłego grona entuzjastów historii alternatywnych, to muszę przyznać, że wizja Dicka robi ogromne wrażenie (zwłaszcza jej… ostateczna interpretacja). Rozmach tej wizji, od drobiazgów jak nowoczesna biżuteria czy colt z czasów wojny secesyjnej, po imponujące wydarzenia, jak osuszenie Morza Śródziemnego – wszystko jest przemyślane, dopracowane, poukładane na stosownych miejscach. Jako entuzjastka pieczołowicie skonstruowanych światów przedstawionych biję brawo na stojąco.

Zasadniczo, im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się podobało. Początkowo nie mogłam się wciągnąć (składam to na karb dużych przerw miedzy pierwszymi rozdziałami), ale zakończenia „dosłuchałam” na stojąco, stojąc w płaszczu w drzwiach do mieszkania, tak byłam zafascynowana. Jak to zacnie, że klasyka okazała się Klasyką przez duże K.

PS. Teraz już mogę spokojnie oglądać serial, co to go Amazon rok temu wyprodukował był – to rzecz raczej na motywach niż właściwa ekranizacja, ale obsada wygląda więcej niż obiecująco.

Matka, która zabiła swoje dzieci

Są książki, które mają setki stron i bardziej nużą niż ciekawią, a ich objętość wcale nie daje specjalnie dużo radości. Są też takie, które na naprawdę niewielkiej przestrzeni mają upakowany tak nieprawdopodobny ładunek emocjonalny, że aż dziw. „Magda”, debiut Meike Ziervogel, liczy sobie 140 stron. A emocji… całe miliony.

Magda Goebbels, przez wielu uważana za Pierwszą Damę Trzeciej Rzeszy, była fanatyczną wielbicielką Hitlera i jednocześnie wcieleniem wizji o rasie aryjskiej. Wyszła za ministra propagandy, kanclerza Josepha Goebblesa, bez reszty poświęcając się działaniom na rzecz spełnienia snu o tysiącletniej Rzeszy. W książce Ziervogel Magda jest kobietą pełną sprzeczności, dość wspomnieć, że pragnęła zachować czystość, a jednak urodziła siódemkę dzieci (nie wspominając o kilku romansach). Dzieciństwo w klasztorze, żydowski ojczym, nieudane pierwsze małżeństwo, gorące poparcie dla nazizmu – wszystko wydaje się blednąć wobec wielkiego finału, który nastąpił w berlińskim bunkrze, gdy tysiącletnia Rzesza okazała się tylko kilkunastoletnią mrzonką. 1 maja 1945 roku Magda Goebbels osobiście podała truciznę swoim dzieciom, a potem wraz z mężem popełniła samobójstwo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cc/Bundesarchiv_Bild_146-1978-086-03%2C_Joseph_Goebbels_mit_Familie.jpg
Szczęśliwa familia Goebbelsów (z synem Magdy z pierwszego małżeństwa)

Mimo dość burzliwych początków, koniec końców Magda odnalazła swoje powołanie: jako matka narodu niemieckiego, jako nazistka doskonała, którą stała się w momencie, gdy ujrzała po raz pierwszy „małego człowieczka o postawie giganta”. Nabożny szacunek i gorliwe uwielbienie nie pozwoli jej pomyśleć Hitlerze inaczej, niż „On”, jak gdyby był Bogiem. Ziervogel pokazuje nie tylko narodziny owego fanatyzmu, ale przede wszystkim toksyczne relacje matek i córek – Magdy i jej matki, Magdy i jej najstarszej córki – oddając im głos i pozwalając na wyrzucenie z siebie wszystkich wspomnień. Fakty i fikcja przeplatają się ze sobą, „tak, jak nakazywała mi potrzeba”, wyznaje Ziervogel, oszczędnie gospodaruje środkami, niemniej potrafi wstrząsnąć do głębi. Szczególnie jeden fragment, wizja Magdy – co by było, gdyby wojna zakończyła się porażką Niemiec, a ona sama i jej dzieci byłyby zdane na łaskę radzieckich żołnierzy. Umierająca Magda (cierpiała na neuralgię i koszmarne migreny jeszcze pod koniec wojny), zalegająca w cuchnącym barłogu, bezradnie patrzy na swoje wygłodzone i zawszone pociechy, przełyka łzy, gdy jej najstarsza córka handluje własnym ciałem, by zarobić na chleb. I Ziervogel tak o tym pisze, tak to przedstawia, że ja właściwie rozumiem Magdę.

Raz jeszcze – rzecz niewielka, ale porażająca. Spać po tym ciężko.

PS. Jeśli chodzi o narodziny fanatyzmu, nic dla mnie nie pokazuje go bardziej doskonale, niż ta scena.

„Czas życia i czas śmierci” Erich Maria Remarque

I jeszcze raz Remarque, bo sobie obiecałam więcej Remarque’a. Piękne są to książki, tylko niebywale smutne. I tu paradoks, bo są przejmująco smutne, ale jednocześnie podnoszące na duchu.

Tym razem towarzyszymy Ernstowi Graeberowi, który walczy w armii niemieckiej na froncie rosyjskim. Niby wojska III Rzeszy wygrywają (a tak przynajmniej głosi propaganda), ale żołnierze są świadomi, że linia obrony się załamuje, a oddziały wykruszają się pod naporem partyzantów. I tak, w obliczu klęski armii niemieckiej, Graeber dostaje urlop. Po raz pierwszy od dwóch lat może wrócić do rodzinnego miasteczka. Zastaje je podupadłe i zniszczone podczas nalotów, ale wciąż zamieszkałe. Dom rodzinny Ernsta został zbombardowany, nikt nie wie, czy jego rodzice żyją. Graeber próbuje ich szukać i spotyka różne postaci ze swojej przeszłości, sprzed wyruszenia na wojnę – zdawałoby się,  że z innego świata. Jest świadkiem upadku ojczyzny, ale też, nieoczekiwanie, przeżywa wielką miłość. Interpretacja tytułu wydaje się prosta: czas śmierci na wojnie, czas życia podczas krótkiego powrotu do domu. W obydwu „czasach” Ernst będzie musiał się zmierzyć z pytaniami: czym jest człowieczeństwo w czasie wojny, jak się odnaleźć w czarno-białych podziałach na Aryjczyków i podludzi, jak rozstrzygnąć konflikt między winą a poświęceniem.

„Czas życia i czas śmierci” pozwala czytelnikom na spojrzenie z drugiej niejako strony. O ile dotychczas czytywałam książki o II wojnie światowej raczej z perspektywy polskiej (acz zdarzyła się też powieść o blokadzie Leningradu), to tutaj ponad połowa akcji dzieje się w bombardowanym niemieckim miasteczku. Od razu przywiodło mi to na myśl cudowną książkę Marka Zusacka, „Złodziejka książek”. Dobrze jest sobie uświadomić, że zwykli Niemcy również przeżywali piekło wojny.

A ja ponawiam obietnicę „więcej Remarque’a”.

PS. A przeczytałam w ramach wyzwania “Z półki”.

„Nazista i fryzjer” Edgar Hilsenrath

Ta książka jest wstrętna. Pamiętacie, kiedyś pisałam o tej dziwnej fascynacji obrzydliwością? Otóż tu fascynacji nie będzie. Tutaj rzecz mogła się zdarzyć naprawdę.

Max Schulz, rocznik 1907, syn dziwki i pięciu ojców, pasierb gwałciciela dzieci, czystej krwi Aryjczyk, wygląda jak Żyd. Przeszedł długą drogę – od szczurołapa, przez terminatora w zakładzie fryzjerskim, po esesmana. Po wojnie przybiera nową tożsamość – podaje się za swojego przyjaciela, Icka Finkelsteina, rówieśnika, towarzysza zabaw, Żyda. Ludobójca Schulz aka Finkelstein udaje się do Palestyny, by tam budować nowe państwo. Będzie bojownikiem o wolność, bohaterem, uznanym fryzjerem, przykładnym Żydem. Podwójna tożsamość nie złamie go tak łatwo. Czy czuje wyrzuty sumienia, pragnie, by go zdemaskowano? Myślę, że tak – ale nie dlatego, że chce, by zatriumfowała moralna sprawiedliwość. Wydaje mi się, że jemu chodzi o docenienie jego geniuszu, sprytu, jak doskonale wcielił się w nową rolę.

„Bulwersująca perspektywa oprawcy”, pisali na okładce. Ohydne to jest. Wulgarne, obsceniczne. Schulz jakby był dumny z tego, co zrobił. Nie pojmuję tej książki. Sama nie wiem, co o tym myśleć, ciężko zebrać myśli w logiczną całość. Co nie zmienia faktu, że nie potrafiłam się od niej oderwać.

„Zapomniany pergamin” Philipp Vanderberg

Philipp Vanderberg został obwołany niemieckim Danem Brownem – niesłusznie, bo to raczej Brown jest amerykańskim Vanderbergiem. Niemniej, niemiecki autor (mieszkający w odnowionej wieży tortur, niezły kosmos) wsławił się spiskowymi teoriami dziejów z Kościołem w tle, patrz słynny „Spisek sykstyński”.

Tym razem jednak wędrujemy do początków XV wieku, do Niemiec czasów katedr. Główna bohaterka, młodziutka i śliczna Afra, opuszcza gospodarstwo, w którym dotychczas pracowała. Po długiej i zawiłej drodze dociera do Ulm. Tam zakochuje się w budowniczym katedr, Ulryku von Ensingenie. Problem w tym, że Ulryk jest żonaty. Co gorsza, Afrę ściga tajemnicze bractwo odszczepieńców – zapewne ma to związek z równie tajemniczym pergaminem, który ojciec-bibliotekarz pozostawił dziewczynie w spadku. Co z tego, że pergamin jest pusty – znajomy alchemik odkrywa, że ukryto na nim świadectwo pewnego mnicha. Owo wyznanie może zatrząść posadami Kościoła.

Intryga toczy się dzielnie przez kilkaset stron. Podążamy za Afrą przez Europę, przez toczoną przez zarazę Wenecję, aż do klasztoru na Monte Cassino. Czyta się miło. Z tym, że zakończenie rozczarowuje – pieczołowicie budowane napięcie pod koniec siada, by urwać się nagle i pozostawić niedosyt. Że co, że już? A pfff. Szkoda. Co nie zmienia faktu, że miłośnicy tego typu książek – czytaj: ja – będą zadowoleni.