Alienor Akwitańska, królowa

Nie od dziś wielce lubuję się w czytaniu historycznych powieści, zwłaszcza z perspektywą kobiecą. Najczęściej tyczy się to książek o nietuzinkowych postaciach z przeszłości, już to królowych, już to wpływowych dam. Zaczęło się to wszystko Bardzo Dawno Temu od zaczytywania się prozą Philippy Gregory (trochę mi przeszło, ale do jej starszych dzieł mam ogromny sentyment) i od czasu do czasu lubię uraczyć się właśnie czymś w historycznym stylu. Elizabeth Chadwick popełniła w tym stylu siła powieści, z czego w języku polskim ukazały się bodajże trzy – ostatnio, „Pieśń królowej” o Eleonorze Akwitańskiej, królowej Francji i Anglii oraz jednej z najbardziej wpływowych kobiet średniowiecza.

W źródłach anglonormańskich imię królowej widnieje jako „Alienor” i prawdopodobnie właśnie tak o sobie mówiła nasza bohaterka, a Chadwick postanowiła to uszanować. Poznajemy zatem Alienor jako rezolutną i dobrze wychowaną trzynastolatkę, Continue reading „Alienor Akwitańska, królowa”

Północ i Południe.

Malitowe upodobanie do prozy Jane Austen i podobnych klimatem opowieści jest znane nie od dziś. Historycznie, miłościwo, z zakończeniem, które zapewnia trzy kilo rozrzewnienia – mówcie, co chcecie, ja ubóstwiam takie książki oraz cały ten entourage dam, dżentelmenów, bali, odpowiednich manier, listów i zalotów, jakich dziś się nie uświadczy. A jak nie Austen – to Elizabeth Gaskell. „Panie z Cranford”, ktoś, coś?

Every day.
Every day.

Tym razem jednak w klimacie bardziej… północno-angielskim. „North and South” niedawno wróciło do łask czytelników, głównie dzięki serialowi BBC z 2004 roku. I to właśnie od rzeczonego serialu zaczęłam całą historię, dopiero potem zabrałam się za czytanie. Niemniej ekranizacja jest wyśmienita, obsada dobrana idealnie, zasadniczo, typ pierwszy. Samą powieść pierwotnie czytano w odcinkach w połowie XIX wieku, skądinąd w magazynie „Household works”, redagowanym przez Dickensa. Gaskell przerobiła potem całość do druku, dodała to i owo (między innymi ostatni rozdział, całe szczęście) i całość opublikowano jako „North and South”.

Z sielskiego Południa na, zdawałoby się, posępną i nieprzystępną Północ – to droga, jaką Margaret Hale pokonuje wraz z rodzicami. Pan Hale, ongiś pastor, wskutek osobistych wątpliwości porzuca stan duchowny i cała familia musi opuścić plebanię w ukochanym Helstone. Przenoszą się do Milton, małego miasteczka słynącego z przemysłu włókienniczego, zanurzając się w zupełnie nowe, początkowo dość nieprzyjazne życie. Pan Hale zajmuje się prywatnym nauczaniem, a jednym z ulubionych jego rozmówców i podopiecznych staje się John Thornton, właściciel fabryki, człowiek dumny, pracowity i bardzo bogaty. Margaret od początku nie lubi Thorntona, nie uważa go za dżentelmena i potępia jego metody zarządzania fabryką – zwłaszcza po tym, jak zaprzyjaźnia się z kilkoma jej pracownikami. On z kolei uważa dziewczynę za wyniosłą, mając wrażenie, że Margaret gardzi wszystkim, co dla niego jest drogie – i jednocześnie nie traci żadnej okazji, by ją spotkać.

Dzieło Gaskell to, jak mówią Anglicy, social novel i można się doszukiwać w nim bardzo bardzo wielu motywów – od porównania przemysłowej Północny i rolniczego Południa, przez konflikty na linii panowie-robotnicy, strajki w fabrykach, aż po wątki religijne czy genderowe. Chodzi mi o to, że uczucie między Margaret a panem Thorntonem – choć arcyważne – nie jest jedynym kluczem odczytania „North and South”. Richard Armitage, który wcielił się w głównego onego w serialu z 2004 roku, był wręcz zdziwiony ogromem… fanowskiego odzewu. I nie brak opinii, że jego Thornton to nowy pan Darcy.

No błaaagam.
I ten śnieg padający. No błaaagam.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie ta historia miłosna chwyta za serducho. Przyznaję bez bicia – mnie chwyciła bardzo. Abstrahując od historycznego tła (arcyciekawe, naprawdę) i wątków gospodarczo-socjalnych, to właśnie John Thornton i całokształt jego postaci sprawia, że będę wracać do „North and South”. Nieraz.

PS. Gdyby nie Ethlenn – nie byłoby. Dziękuję za serial!
PPS. Polski przekład, „Północ i Południe”, ukazał się dopiero 4 lata temu, muszę sobie przekartkować!
PPPS. Muzycznie wybornie mi do tego pasował musical Stinga. Ot, taka intuicja.

Gdzie Drzewo, gdzie Rzeka

Wawrzyniec Podrzucki - Uśpione archiwum (wydanie poprawione)Pamiętacie Book Rage? Otóż pośród różnej maści książek stamtąd pobranych znalazła się także trylogia „Yggdrasil” Wawrzyńca Podrzuckiego, z pierwszym tomem w wersji poprawionej. Hard science fiction nie należy do najbardziej hołubionych przez mnie gatunków, co prawda, ale raz na czas jakiś chętnie przyjmuję dawkę. Pod warunkiem, że dobrej jakości.

Oto i niewielkie miasteczko Keshe w segmencie New Cheshire, oto i funkcjonariusz Thomas Farquahart, młody zdolny zastępca kesheńskiego konstabla. Oto i klasyczny quest, z odkrywaniem wielkiego sekretu i obowiązkową damą (choć nie tak bardzo klasyczną). Powiew hard sf zapewnia natomiast scena, na której rzeczony quest się odbywa. Gigantyczna nanostruktura Drzewa, które od wieków służy jako dom dla tysięcy ludzi i dziesiątek kultur, kryje w sobie wiele tajemnic. I nie chodzi tylko o samą strukturę biologiczną, wszędobylski żywogrunt otulający macierz i niedostępny żywoskłon – raczej o genezę Drzewa, bo to wiedza skomplikowana i niebezpieczna. Może też okazać się niezbędna, jako że szykują się wielkie zmiany i nikt nie wie, co one przyniosą. Zatem Gerhard von Klosky, Vlad Karawaniarz i sam Thomas ruszają w podróż na Dół, na wpół mityczny i nieskończenie wielki, by zdążyć na wyznaczone spotkanie… i przy okazji nie dać się zabić, bo przeszkody na drodze do sukcesu – w osobie fanatyków religijnych czy świadomych wytworów Drzewa – mnożą się w tempie zastraszającym.

Jakiś czas temu rozpływałam się nad kreacją uniwersów, nad światami stworzonymi, których autentyczność przekonuje mnie czasem bardziej niż najlepiej skonstruowana fabuła. Wawrzyniec Podrzucki, pisarz i mikrobiolog, kreśli właśnie taki świat (co nie oznacza, że fabuła niedomaga). Kreśli go z rozmachem, z pomysłem, z uzasadnieniem naukowym, z wszystkim, czego trzeba. Łącznie z interesującym, nazwijmy to, doborem imion (tylko nazwisko „von Klosky” za każdym razie budziło we mnie uczucie bardziej meh, niż jakiekolwiek inne). Wybaczam nawet zwyczaj nazywania Rzeczy Z Dużej Litery, to właściwie ma sens w tym przypadku (nie mówiąc o tym, że Yggdrasilowe potężne Drzewo, Rzeka i Las uruchomiły mi ciąg skojarzeń prowadzący prosto na Pandorę, jeden z czternastu księżyców planety Polifem).

Jeśli brzmi to zaplątanie i enigmatycznie, to uspokajam, tylko brzmi. „Uśpione archiwum” to jedna z tych książek, które najlepiej odkrywać osobiście, bo wszystkie próby wytłumaczenia, o co tak naprawdę chodzi, mogą zepsuć połowę uciechy. Proszę iść odkrywać.
A-ha, wspomniałam, że to trylogia, prawda?
*biegnie po drugi tom*

PS. Gdy pisałam ten tekst, iTunes, nastawione na tryb „random favourite”, wypluło mi w głośniki ten utwór. Przypadek? Nie sądzę.
PPS. Drzewo w wizji Autora wygląda o tak.

Book Rage Megahicle

„Arsenał” Marek OramusOstatnio, dość przypadkiem, trafiłam na stronę Book Rage – konceptu naprawdę prześwietnego. Cała rzecz polega na tym, że raz na dwa tygodnie pojawia się nowy pakiet książek do nabycia (a dokładniej, pakiet ebooków). Uiszcza się dowolną kwotę i można zassać na czytnik kilka lektur. Część funduszy wędruje do zespołu Book Rage, część do organizacji pożytku publicznego (vide Fundacja Nowoczesna Polska), a reszta do samych autorów. Trafiłam na stronę, zobaczyłam pakiet („Oblicza przyszłości”), nabyłam, ściągnęłam, rzuciłam się do czytania.

Na pierwszy ogień poszedł, nomen omen, „Arsenał” Marka Oramusa. Nazwisko to już od dawna kołatało się w pamięci (m.in. dzięki Maciejowi Parowskiemu et alii), ale właściwych dzieł jeszcze nie było okazji poznać. Wreszcie nadszedł ten moment, ale to było raczej z gatunku „wiem, kto pisze, nie mam pojęcia, o czym”. Czasem zdarza mi się czytać coś kompletnie bez przygotowania – to znaczy, nie znając zarysu fabuły, domyślając się zaledwie ogólnego kierunku (uhm, sf) – i jest to ciekawe doświadczenie.

Powoli zatem odkrywałam, o co chodzi. A chodzi o Pierwszy Kontakt. Chyba. Chyba, bo sami zainteresowani długo nie są tego pewni. Niemniej, zacznijmy od początku – otóż statek Megahicle wyrusza na misję badawczą na orbitę Jowisza, a z nim – czy raczej: na nim – trochę randomowo dobrana załoga (choć psychotesty przeszła w stopniu zadowalającym). Wśród nich Adam Nyad, nadworny błazen tudzież znakomity technik, który w epickim nadęciu misji widzi głównie żenującą sztuczność. Jego brak dopasowania w końcu doprowadzi do ostracyzmu ostatecznego – co się równa wpakowaniu do anabiozera i uśpieniu do czasu powrotu na Ziemię. A przynajmniej tak by się wydawało: bo w międzyczasie „Megahicle” napotyka na swojej drodze bliżej niezidentyfikowany obiekt, tytułowy Arsenał. Niby obłok pyłowo-gazowy, ale wysyła ciepło i coraz bardziej się zbliża. Uśpiony Nyad okazuje się być ostatnią deską ratunku dla członków załogi, a zachowanie zdrowego rozsądku w obliczu nieznanego największą trudnością…

Mogłoby się wydawać, że im bardziej odjechana w koncepcjach science fiction, im nowsza i bardziej uaktualniona technologicznie, im bardziej wymyślne i wydumane zaplecze naukowo-sprzętowe posiada, tym lepiej. Nic podobnego. Dobra sf się nie starzeje – a „Arsenał” liczy sobie trzydzieści lat bez mała. Obcość innego, tak odmienna, że aż wwierca się w umysł, próba porozumienia, gdy wspólnych płaszczyzn nie ma wcale, konsekwencje tych prób na poziomie mikro i makro – och, czyta się jednym tchem. Może tylko abstrakcyjne wizje, jakie nawiedzają Nyada za sprawą Arsenału, czasem zanadto pięły się w fantazmatowe przestrzenie. Sam pyskaty Nyad momentami przypominał mi Marka Watneya z „Marsjanina” (choć powinno być odwrotnie, Weir pisał lata po Oramusie) – podobny poziom sarkazmu i błazeństwa. I okoliczności przyrody też całkiem podobne, minus wielka, obca kula gazu.

A zakończenie… och, zakończenie.
Proszę iść czytać.
I uważać na podróże w kosmos.

„She” Henry Rider Haggard

„She” Henry Rider HaggardMiejsca, z których czerpię inspiracje książkowe, to temat szeroki a zasługujący na naprawdę rzetelne opisanie. Ale to nie dziś, nie teraz – dziś tylko prześlizgniemy się po temacie. Otóż wzmiankę o „She” Haggarda napotkałam (do spółki z „Wind in the Willows” Grahame’a) w historii współczesnego czarostwa, naukowym opracowaniu Ronalda Huttona („The Triumph of the Moon”, skądinąd naprawdę mocna a solidna rzecz). Dużo później skojarzyłam sobie to z książką „Powrót Onej”, która utkwiła mi w pamięci z uwagi na tytuł („Ona” jako imię, nie jako zaimek osobowy? Błyskotliwe!). I tak od wzmianek i skojarzeń przeszłam do zrzucenia pliku na czytnik (yay dla Projektu Gutenberg!).

Henry Rider Haggard zasłynął powieściami przygodowymi z nutką archeologiczno-fantastyczną: dość wspomnieć „Kopalnie Króla Salomona” (Allain Quatermain, do boju!) czy „Córkę Montezumy” – w sumie, ponad sześćdziesiąt dzieł, wydawanych na przełomie wieków XIX i XX. Tematycznie – podróże do Zaginionego Świata. To zdecydowanie literacka działka Haggarda, walnie przyczynił się do powstania gatunku zwanego właśnie lost world. Tak jest i tym razem – oto bowiem wyruszamy do Afryki, by zagłębić się w jaskinie i ruiny przesławnego miasta Kôr.

Wyprawa zaczyna się w Anglii, za sprawą czerepu (to jest: odłamka) starożytnej glinianej amfory. Zapisano na nim historię sprzed naszej ery, a opowiada ona o miłości, morderstwie i zemście. Ciąg dalszy tej historii, w myśl ojcowskiego testamentu, powinien napisać Leo Vincey, młodzian o urodzie Apolla. Zaintrygowani owym dziedzictwem Leo i jego opiekun, Horace Holly, wyruszają do dzikiej Afryki, by odkryć tajemnicę rodziny i by odnaleźć tytułową Oną („She-who-must-be-obeyed”, tak pokornie zwracają się do owej damy jej poddani). Ona, czyli boska Ayesha, pradawna władczyni ruin Kôr, nieszczęśliwa i czekająca na powrót ukochanego…

Całość podana w sprytnym koncepcie – otóż zaczyna się od wstępu wydawcy, który otrzymał manuskrypt od Holly’ego i zdecydował się go opublikować ku potomności. I tak obserwujemy oczami Horace’a całą przygodę: morderczą przeprawę przez bagna, spotkanie z dzikim plemieniem Amahaggerów i wreszcie Oną, Ayeshę, istotę o tyleż piękną i potężną, co szalenie niebezpieczną.

Haggard znał się na rzeczy, kreując świat Onej – spędził w Afryce kilka ładnych lat, znał wielu innych podróżników, fascynowały go ruiny i bogate złoża Czarnego Lądu. Sama historia Ayeshy klimatem ogromnie mi przypominała „A Princess of Mars” (choć chronologicznie jest odwrotnie, ba, obydwie powieści dzieli równo 30 lat) – te pustynie, te plemiona, te pradawne królestwa… wielce lubię takie książki. Najbardziej podobał mi się Billali, starszy plemiona Amahaggerów, który czule zwracał się do Holly’ego „mój synu, mój Pawianie” („my son, my Baboon” – to z uwagi na mało wyględną aparycję narratora). Przygoda, zaskakujące zwroty akcji (końcówka, uau, to było mocne) – miła memu sercu rozrywka.

Indiana Jones approves.

„Lord of Emperors” Guy Gavriel Kay

„Lord of Emperors” Guy Gavriel KaySą dwie opcje, jeśli chodzi o czytanie dylogii, trylogii, sag i wszystkich innych dłuższych cykli (przyjmijmy robocze założenie, że wszystkie mamy w zasięgu objęć, mniejszym lub większym). Albo rzucamy się łapczywie na całość i nie odpusczamy, dopóki nie padnie ostatni bastion ostatniego tomu, albo robimy stosowne przerwy pomiędzy kolejnymi częściami, zapominając, jak fantastycznie czytało się tę poprzednią. Ja z reguły wybieram w tym zestawieniu bramkę numer dwa – raczej bezwiednie. Tak było przy historii Locke’a Lamory. Tak jest przy Sarantium*.

„Lord od Emperors” czytałam na raty. Zaczęłam jakieś dwa miesiące temu, potem odłożyłam (sesja nie sesja, poza tym całość mam na czytniku i ów rekwizyt jakoś poszedł w kąt na chwilę). Przypomniałam sobie przy ostatnim wyjeździe, nadrobiłam to, co uleciało fabularnie z pamięci… i przepadłam. Magia Sarantium, cesarskie intrygi, romanse i podboje znów wciągnęły bez reszty.

Wracamy zatem do miasta, w którym panują po trzykroć przesławny Valerius II i jego olśniewająca małżonka, Alixana. Miasta, które oddycha w rytm kwadryg, ścigających się po hipodromie (łapka w górę, komu się przypomina wtedy Ben Hur). Miasta, w którym na równi wielbi się woźniców rydwanów, tancerki i… twórców mozaik. Crispin, artysta rodem z obrzeży cesarstwa, wkłada całe serce w swoje wiekopomne dzieło, kopułę nowej świątyni jedynego boga, Jada. Przy okazji z mocno toporną gracją lawiruje między stronnictwami na dworze a zobowiązaniami wobec własnej władczyni, młodziutkiej królowej Gisel. Wojna wisi nad Sarantium, pytanie tylko z kim i kto na niej najbardziej zyska…

Zupełnie osobną kwestię – interesująco rozegraną, dodajmy – stanowią wszelakie rozważania teologiczne. W Sarantium bowiem czci się Boga Jedynego, zwanego Jad, i tępi herezje (zwłaszcza te nabrzmiałe uwielbieniem dla syna Jada, boskiego woźnicy Heladikosa). To nie tylko przemyślne odwołanie do czasów Justyniana I i jego antypogańskich dekretów – wszak Valerius i Sarantium stanowią żywe odbicie Bizancjum czasów Justyniana. To też przyczynek do jednego z najbardziej poruszających momentów całej historii, ba, obydwu książek z cyklu. Mało którego bohatera mi było wtedy tak żal, jak Crispina.

Niewiele więcej można rzec, żeby nie nadpsuć przyjemności. Gdzieś w połowie książki akcja nabiera takiego tempa, że moi towarzysze lektury musieli uspokajać rozedrgane Malitowe czytelnicze serce gromkim „Nie przeżywaj tego tak, dziewczyno”. Zachwyty części pierwszej przenoszę i na część drugą, dorzucając zachwyt nad samym zakończeniem. Jest takie, jak być powinno.

Że jak, że jeszcze nie czytaliście?
Ale Wam zazdroszczę.

PS. Myszkovska zabrała mnie wczoraj do taniej książki. Właściwie to poszłyśmy razem, zgodnie. Kupiłam „Lwy Al-Rassanu” Kaya. Klasyka.

* Drugą część też czytałam w oryginale, stąd zachowuję angielskie nazwy własne. Tuże okładka.

„A Princess of Mars” Edward Rice Burroughs

„A Princess of Mars” Edward Rice BurroughsZdarzyło mi się ostatnio wyjechać na parę dni z limitowanym wielce bagażem. Podróż była długa i najeżona niebezpieczeństwami – a można wziąć było naprawdę niewiele rekwizytów ratujących życie. Wzięłam czytnik. I zaiste słuszną decyzję podjęłam. Na ów nieoceniony w swej pojemności i wadze artefakt załadowałam byłam kilka drobiazgów i kilka pocisków większego kalibru – w tym „A Princess of Mars” (w oryginale, wszak lubię).

Powieść Burroughsa, licząca sobie prawie 100 lat, skupia się nie tyle na marsjańskiej księżniczce, co na Johnie Carterze, żołnierzu rodem z Wirginii. Ów dżentelmen dość niespodziewanie – uciekając przed hordą rozwścieczonych Indian – przenosi się na Marsa. Specjalnie go to nie dziwi, nawet wtedy, gdy odkrywa swe nowe zdolności: otóż z uwagi na mniejszą grawitację na czerwonej planecie Ziemianin może dokonywać imponujących skoków. Co się przyda przy ucieczce przed hordami rozwścieczonych Marsjan. Albo gdy trzeba zaimponować marsjańskiej księżniczce, która słynie z urody i intelektu (prawie jak mieszkanki Ziemi, czyż nie?). Bo wiadomo, trzeba ocalić świat, złoić skórę kilku bad guys i zdobyć serce księżniczki, czego John Carter nie omieszka uczynić, niekoniecznie w tej kolejności.

„A Princess of Mars” (dołączając kilka z motywów z późniejszych części przygód Cartera) zekranizowano dwa lata temu pod tytułem „John Carter” i choć może nie był to film zbierający laurki od krytyków i pełen zachwyt widowni, to ja byłam usatysfakcjonowana. Przygoda, obce światy, wielorękie stwory, legendy, latające statki – sama radość. I cała zgraja zielonoskórych Tharków, nie mogąca przyswoić, że „Wirginia” to miejsce pochodzenia, i zwracająca się do dzielnego Cartera per „Worginia”. Cudo.

Książka zaś – nie jest najwyszych lotów, co to, to nie. Ale z drugiej strony, wolę Burroughsa w wydaniu marsjańskim niż… tarzańskim (to znaczy, jeśli idzie o historię Tarzana wśród małp). „A Princess of Mars” zapewniła Godziwą Rozrywkę Podróżną, a to było ze wszech miar wskazane. Dziękuję bardzo.

PS. Wśród pozostałych drobiazgów i/lub pocisków znalazła się „Szara Dama” Elizabeth Gaskell tudzież „Gargantua i Pantagruel” Rabelaisa, nie można mi odmówić różnorodności lektur.

PPS. A już niedługo, już rychło, w kapliczce kultu autoemisji… Liebster Blog Award via myszkovska! Strzeżcie się.

PPPS. Źródło zdjęcia.