Alcatraz, Sanderson, Prima Aprilis

Nie jestem fanką Prima Aprilis z tej przyczyny, że nie cierpię, kiedy ktoś robi mi dowcipy. Owszem, doceniam, niektóre primaaprilisowe kawały są wyjątkowo udane, ale najlepiej, żeby jednak ich docelowym odbiorcą był ktoś inny (choć przyznaję, Hadyna wygrywa w dzisiejszym zestawieniu dowcipów). Niemniej, pierwszy kwietnia jest dniem raczej frywolnym a swawolnym (bardzo lubię te dwa słowa, a rzadko mam okazję użyć!), więc z tego tytułu chciałam Wam dziś opowiedzieć o Alcatrazie.

Nie o Alcatraz. To ważne. Continue reading „Alcatraz, Sanderson, Prima Aprilis”

Gry bywają niebezpieczne. Caraval.

caravalData w dowodzie nie kłamie, rocznikowo wyrosłam z young adult dobrą chwilę temu. Co nie zmienia faktu, że powieści dedykowane temuż właśnie targetowi czytać lubię (Rainbow RowellTęcza odpowiedniej słodyczy, czyli Eleonora i Park., mówi Wam to coś?), przede wszystkim, jeśli chodzi o fantastyczne young adult. Jak to ujął ongiś Andrzej Sapkowski, to ten typ książek, które gdyby nie smoki, do złudzenia przypominałyby „Polyannę” (której, skądinąd, nie cierpię) – i fakt, dorosłemu a bardziej oczytanemu czytelnikowi powieści w tym typie mogą wydawać nieco zbyt proste w strukturze. Trafiają się jednak czasem absolutne perełki, które wielce przyjemnie się czyta. „Caraval. Chłopak, który smakował jak północ”, debiutancka powieść Stephanie Garber, absolutną perełką co prawda nie jest, Continue reading „Gry bywają niebezpieczne. Caraval.”

Wybacz mi, Leonardzie.

Tak właściwie, to czytam teraz „Księgi Jakubowe”: idzie to powolutku, bo księgi zaiste objętością powalają, a ciężko je wozić ze sobą w tramwaju. Zresztą, nieraz już było tak, że jedną rzecz czytam na kanapie, jedną po drodze, dorzucając trzecią, którą czytam w imię Nauki. Wybiegając z domu w pewien mglisty krakowski poranek, postanowiłam wepchnąć coś do przepastnej torby (analiza jej zawartości innym razem). Chciałam coś lekkiego, zarówno w formie, jak i w materii – bo w środkach publicznego transportu najlepiej a najbezpieczniej właśnie takie. Coś mnie jednak zaćmiło w tym biegu… ale mniejsza o to.

Matthew Quick znany jest mi tylko pośrednio, bo jego „Poradnik pozytywnego myślenia” widziałam w formie ekranizacji (skądinąd, ogromnie mi się ten film nie podobał, wyjąwszy fantastyczną Jennifer Lawrence). Oprócz obsypanego pochwałami „Poradnika” Quick popełnił też trzy książki dla młodzieży, a „Wybacz mi, Leonardzie” to jedna z nich.

Leonard Peacock (tak, serio) kończy właśnie osiemnaście lat. Nikt nie pamięta o jego urodzinach, ale to mniej istotne: Leonard postanawia sam zatroszczyć się o prezenty. Dla czwórki przyjaciół przygotował podarunki, a dla siebie… dla siebie ma Walthera P-38, nazistowski pistolet odziedziczony po dziadku. Najpierw zastrzeli Ashera Beala, a potem siebie. Od samego urodzinowego poranka towarzyszymy Leonardowi, który goli głowę na łyso, pakuje broń do plecaka i wyrusza, by pożegnać się z najważniejszymi w swoim życiu osobami: ze staruszkiem Waltem, który mieszka dom obok i uwielbia filmy z Humphreyem Bogartem, kolegą Babackiem, wirtuozem skrzypiec, śliczną Lauren, ultra-pobożną chrześcijanką rozdającą żałościwe ulotki przy stacji metra oraz z Herr Silvermanem, najlepszym z nauczycieli. Kroczek po kroczku, nitka po nitce poznajemy Leonarda i jego bliskich, zbliżając się do wielkiej tajemnicy, której lepka i mroczna ohyda stoi za samobójczym planem.

Tak, jak się łatwo można domyślić, „Wybacz mi, Leonardzie” nie jest lekturą lekką (w treści), łatwą i przyjemną. Co nie zmienia faktu, że jest lekturą świetną. Może inaczej: czyta się błyskawicznie, bo wywody Leonarda i jego listy z przyszłości są tak frapujące i tak wciągające, że nie wiadomo kiedy dociera się do ostatniej strony. Gdzieś tak w połowie zaczęłam się lękać finału (raz już miałam wyrzuty sumienia w sprawie samobójstwie postaci z powieści), a najbardziej bałam się, że pojawi się jakaś lukrowana afirmacja życia, która zupełnie nie pasowałaby do krzywo ostrzyżonego Leonarda i jego kapelusza à la Bogart. Szczęśliwie, nie ma ani grama nachalności i epatowania tekstami w stylu „nie rób tego, życie jest piękne” – limit epatowania wyczerpała Lauren, gorliwie zapewniająca przechodniów „Jezus cię miłuje”. A ilość opcji w sprawie interpretacji tytułu – rzecz wspaniała.

Jednak to, co u Quicka jest tutaj najlepsze, to wysoki poziom uniwersalności. Niby książka dla młodzieży, ale i dorośli mogą z powieści coś wynieść: zwłaszcza, kiedy Leonard prowadzi swoje „badania na temat dorosłości”, czyli zakłada garnitur, kupuje gazetę i wtapia się w tłum korpo-ludków, poszukując choć jednej osoby, która wyglądałaby na szczęśliwą i która potwierdziłaby, że dorosłość nie jest taka fatalna.
Czy muszę mówić, ile ich znajduje?

„Naznaczeni błękitem. Część 1” Ewa Białołęcka

„Naznaczeni błękitem. Część 1” Ewa BiałołęckaByło tak: nocną porą sms od Izy „Asia, czy Ty czytałaś Tkacza Iluzji?”. Ja, że nie, że Białołęckiej w ogóle nie znam. Na następny dzień Iza zjawia się z dwoma książkami i mówi (cytując ogólny sens z pamięci): „Musisz to przeczytać. To jedna z moich ulubionych książek, znam prawie na pamięć…” — pauza dla efektu — „…i są smoki”. Po czym wręcza dwa tomy „Naznaczonych błękitem”. Nie muszę dodawać, że na dzień dobry byłam kupiona.

Witajcie w Lengorchii, krainie pełnej magii. Magii zarezerwowanej dla naznaczonych błękitem, magów należących do Kręgu. Gdy na świat przychodzi dziecko obdarzone magicznym talentem – Mówca, Stworzyciel, Tkacz Iluzji czy Strażnik Słów – magowie obserwują go bacznie, po czym po starannej próbie talentu decydują przyjąć do kręgu. Ale nawet wśród utalentowanych zdarzają się jednostki wyjątkowo wybitne, inne, niezwykłe, niepokorne. I tak w pierwszej części „Kronik Drugiego Kręgu” spotykamy chłopców, którzy dzięki swoim umiejętnościom i charakterom zatrzęsą całą Lengorchią. Kamyk i Nocny Śpiewak jeszcze wiele muszą się nauczyć, ale już wiadomo, że dokonają czynów niezwykłych. Zwłaszcza, że towarzyszem tego pierwszego jest futrzasty smok, zwany Pożeraczem Chmur (skądinąd wątek ze smokiem uważam za wyjątkowo cudny).

Piękna, baśniowa historia o dorastaniu, walce z oczekiwaniami innych i z własnymi słabościami. Do tego nutka Orsona Scott Carda (tak tak, młode/nastoletnie lata życia danej postaci): bardzo lubię czytać o młodych bohaterach, którzy dopiero uczą się swojego rzemiosła i jeszcze nikt (albo bardzo niewielu) zdaje sobie sprawę, że kiedyś będą sławni i wielcy. A od „Naznaczonych błękitem” po prostu nie szło się oderwać, czytałam pół nocy, nosiłam ze sobą wszędzie, byleby jak najszybciej skończyć. A tu jeszcze na półce oczekuje tom numer dwa! Pełna radość.

PS. Stokrotne ukłony i podziękowania za pożyczenie dla IzaZy!

„Wybrani” C. J. Daugherty

„Wybrani” C. J. DaughertyOna. Nastoletnie dziewczę, całkiem wyględne i o przyzwoitym poziomie IQ. Niby przeciętna, ale gdzieś w tle kryje się mroczna przeszłość lub rodzinna tajemnica. Spotykamy ją na życiowym zakręcie: oto kolejna szkoła. Nowe, tajemnicze środowisko. Dwaj faceci, obydwaj przystojni i zainteresowani Oną (albo jeden przystojny i zagadkowy facet, grunt, że na dzień dobry zainteresowany). Do kompletu zbrodnia/spisek/oszustwo. Znacie? Znamy, na Boga. To posłuchajcie.

Allie Sheridan ma ostatnio pod górkę. Kłopoty z policją, fatalna atmosfera w domu, załamka po odejściu ukochanego starszego brata… pomóc może jedynie zmiana klimatu. Diametralna. I tak Allie ląduje w Akademii Cimmeria, bardzo nietuzinkowym i starannie ukrytym miejscu. Nie ma internetu, muzyki czy telewizji. Jest za to biblioteka, mnóstwo nauki, wielki las za oknem i szereg Zasad, drobiazgowo regulujących życie uczniów. Allie, przyjęta w  środku semestru, od początku wzbudza sensację. Prawie natychmiast zyskuje a.) nową przyjaciółkę b.) niechętną i skłonną do podłości koleżankę c.) dwóch adoratorów. Oczywiście, tajemnica wisi w powietrzu, będzie morderstwo, pożary i szkolny letni bal. Łiiii!

Wciągające? No, całkiem. Ale czy wybitne? Gdzieżby. Oryginalne? A skąd. Porównania z „Upadłymi” Lauren Kate i cyklem „Dom nocy” P. C. Cast + Kristin Cast nasuwają się same. Skojarzeniowo dźwięczało mi też „Nie opuszczaj mnie” Ishiguro. Z tym, że powieść „Wybrani” należy raczej do tego typu książek, w których szczegółowo odnotowuje się strój bohaterek tudzież ich makijaż i fryzurę…

Już nawet się nie będę zżymać na to, że Allie po dwóch dniach pobytu w Akademii Cimmeria ma najlepszą przyjaciółkę i boskiego faceta. Nie ma sensu. Bo ustalmy fakty: „Wybrani” jest dokładnie to, czego się spodziewałam i dokładnie to, na co liczyłam: mało angażujący intelektualnie odmożdżacz. Jeśli zatem potrzebujecie niewymagającej książki dla relaksu, to śmiało. Bezinwazyjne jak kluski z serem.

„Wrota” John Connolly

Ot, i proszę: okładka w tonacji niebieskiej, a na niej Jego Złowrogość (czyli rogaty łepek Szatana), demony, latające czaszki, tytułowe wrota, chłopiec i jamnik. Jamnik mnie kupił na dzień dobry, bo od dzieciństwa darzę jamniki szczerym uwielbieniem (choć jestem szczęśliwą służącą kota). Od początku byłam ciekawa powieści także z uwagi na Autora – z powieści Connolly’ego czytałam już „Księgę rzeczy utraconych”, która ogromnie mi się podobała (krasnoludki-komuniści!). Ale do rzeczy.

Jedenastoletni Samuel Johnson to chłopiec nietuzinkowy. Na klasową prezentację ciekawostek z dumą przynosi szpilkę, powołując się na św. Tomasza z Akwinu i mówiąc, że na główce szpilki można zobaczyć niezliczoną ilość tańczących aniołów. Nauczyciel nie jest zachwycony… Jednak rychło Samuel pakuje się w tarapaty dużo gorsze niż awantura po wywiadówce. Przechadzając się po okolicy w przebraniu ducha (co z tego, że 3 dni przed Hallowe’en), przypadkiem podgląda magiczny seans, podczas którego zostają otwarte wrota do piekła. Na naszą planetę zaczynają przybywać sługi Jego Złowrogości, przygotowując grunt pod inwazję. Samuel – i jego nieodłączny jamnik Boswell, rzecz jasna – jako jedyni zdają sobie sprawę z grożącego Ziemi niebezpieczeństwa. Na szczęście jest CERN i Wielki Zdarzasz Hadronów – a tam dzieją się rzeczy nieprzewidziane przez naukowców…

„Wrota” to raczej powieść dla młodszych czytelników, co nie zmienia faktu, że jestem nią zachwycona – ale od zawsze uwielbiam baśnie. A tu mamy wszystko, co trzeba: bohater o osobowości odstającej od przeciętnej, konkretny wróg razem z całą armią popleczników (patrz: cała galeria demonów i demoniątek – do moich faworytów należy Chenryk, Demon Byków Ortograficznych), cudownie dowcipny styl Autora. I jamnik. Zasadniczo, nie szło się oderwać i zamiast odsypiać naukę do egzaminów, czytałam do nocy. Na zakończenie, dobra wieść – Connolly zostawił furtkę do kolejnych książek o Samuelu. Sequel ukazał się w zeszłym roku, czekam na polski przekład.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Niebieska Studnia – bardzo pięknie dziękuję!