Gwałtu, rety, Eka Kurniawan

Dawno, dawno temu, wszedłszy mimochodem do księgarni, natrafiłam na powieść „Piękno to bolesna rana” indonezyjskiego pisarza Eki Kurnawiana. Zachwycił mnie sam tytuł i pierwsze zdanie: „Pewnego niedzielnego popołudnia, w marcu, Dewi Ayu wstała z grobu, w którym przeleżała dwadzieścia jeden lat”. Nabyłam książkę drogą kupna z zamiarem sprezentowania jej Mamie-Malicie – a Mama-Malita niedawno, niedawno temu mi ją pożyczyła. I tak oto zagłębiłam się w zupełnie nowy świat, w samo serce miasteczka Halimunda, gdzie swój niespokojny żywot wiodła Czytaj dalej „Gwałtu, rety, Eka Kurniawan”

Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!

„Kłaniam się nisko”, brzmi tytuł pierwszego wpisu na Co czyta Malita sprzed sześciu lat (tym zwrotem zwykłam przedstawiać się w radiu, dzięki później czemu zyskałam w chórze ksywkę „Bow down” — ale to bardzo stare dzieje). Co najważniejsze, swego rodzaju tradycją stało się snucie opowieści o Malitowych książkach najulubieńszych w blogowe urodziny. Wychodzi na to, że są to same #comfortbooks, które dobrze robią niezależnie od okazji. Rok temu opowiadałam Wam o „Błękitnym Zamku” Lucy Maud Montgomery i nie mam zamiaru obniżać poziomu sentymentalizmu. Acz tym razem sentymentalizm będzie polsko-romantyczny, a wszystko za sprawą „Klawikordu i róży” pióra Haliny Popławskiej Czytaj dalej „Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!”

Wiktoria, czyli jak zostać królową

W kulturze bardzo mocno utrwalił się wizerunek Wiktorii jako korpulentnej starszej pani, dystyngowanej babci całej Europy, siedzącej gdzieś na Wyspach w maleńkiej koronie i z posępną miną przyglądającą się upadającym obyczajom całego świata (przynajmniej takie wrażenie odnoszę, gdy patrzę na portret z jubileuszowego, 50-tego roku panowania…). Skostniała epoka wiktoriańska to czasy Imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi, czasy, w których zawsze i wszędzie obowiązują sztywne konwenanse społeczne. Ale wszystko ma swój początek i coraz częściej w popkulturze zaczynamy przyglądać się młodej Wiktorii, osiemnastoletniej dziewczynie, która Czytaj dalej „Wiktoria, czyli jak zostać królową”

Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku

W sprawie retellingów i rozmaitych adaptacji w stylu „przenieśmy coś starego we współczesne realia” jestem bardzo ostrożna. Owszem, zdarzyło mi się natknąć na kilka naprawdę błyskotliwych nawiązań i przeróbek, ale z reguły bardziej kibicuję oryginałowi. Zwłaszcza w przypadku tak klasycznych dzieł, jak powieści mojej umiłowanej Jane Austen. Tym razem jednak przepadłam z kretesem przy pierwszym filmiku. Gdyż, moi drodzy, w XXI wieku Lizzie Bennet prowadzi Czytaj dalej „Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku”

Isabel Allende i japoński kochanek

Mam jeszcze jedną reminiscencję zeszłoroczną, a dokładniej – świąteczną. Nie od dziś wiadomo, że prezentowanie mi książek wiąże się z pewnym ryzykiem i czasem bezpieczniej podpytać o pobożne życzenia (jak było w przypadku „Jamnikarium”, sama sugerowałam Aniołkowi to i owo). Ale zdarzają się też zupełne niespodziewajki, które cieszę czytelniczą duszę podwójnie. Gdy więc spod królewskiej choinki wyciągnęłam najnowszą powieść Isabel Allende, byłam Czytaj dalej „Isabel Allende i japoński kochanek”

Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

Wakacje Anno Domini 2016 upłynęły mi pod znakiem prozy Jojo Moyes – przynajmniej na dwa wyjazdy zabrałam ze sobą jej powieści. I nie da się ukryć, że to są znakomite książki na takie wakacyjno-lżejsze momenty, kiedy potrzebna jest wciągająca opowieść, raczej grubawa, taka słodka i gorzka jednocześnie, o której wiesz, że po drodze bohaterom się trochę od losu oberwie, ale end będzie happy i nadzieja znów wróci do serc czytelniczych. Najnowsza powieść Moyes – „Dziewczyna, którą kochałeś” Czytaj dalej „Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach”

Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.

Do trzech sióstr Brontë nie żywię ani wielkich sentymentów, ani nabożnego szacunku: tak, przeczytałam o dziwnych losach Jane Eyre, pióra Charlotte, tak, stosunkowo niedawno nadrobiłam też „Wichrowe wzgórza” pióra Emily (jak być może pamiętacie, niespecjalnie mnie zachwyciło). Co prawda proza trzeciej z sióstr, Anne, nadal pozostaje dla mnie nieodkryta, niemniej nie czuję jakiegoś wielkiego  wewnętrznego nacisku, by to zmienić. Co nie zmienia faktu, że gdy natrafia się jakaś powieść na motywach i/lub twórczo nawiązująca do dzieł i postaci dawnych, to chętnie sięgam. Powieść taka objawiła się w postaci „Ostatniej z rodu Brontë” Catherine Lowell, określanej jako romans ze szczyptą intrygi.

Otóż Samantha Whipple, tytułowa ostatnia z rodu Brontë, faktycznie może prześledzić swoje drzewo genealogiczne aż do słynnych sióstr. Jej tragicznie zmarły ojciec, Tristan, był rzekomo w posiadaniu olbrzymiego skarbu-pamiątek po siostrach Czytaj dalej „Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.”

Imperium miłości na piasku zbudowane

Miłościwa opowieść na tle burzliwych czasów dawnych? Tak, proszę. Niektóre czasy hołubię bardziej niż inne, ale zasadniczo chętnie czytuję powieści historyczne. Więc kiedy pojawiła się w zapowiedziach nowość rosyjsko-turecka (on rodem z Krymu, ona z Kisłowodzka), doszłam do wniosku, że spróbować należy. Zwłaszcza, że to historia bardzo prawdziwa, jako że Nermin Bezmen opisuje historię swojego dziadka, zagłębiając się w przeszłość swojej rodziny.

Pierwsza część tego zgłębiania dni minionych, noszącego ogólny tytuł „Imperium miłości”, zaczyna się w 1916 roku w Piotrogrodzie. Oto podczas wystawnego balu debiutująca w towarzystwie Aleksandra Wierżeńska, zwana Szurą, poznaje porucznika armii carskiej Kurta Seyita Eminowa i zakochuje się w nim bez pamięci. Młodzieniec, rzecz jasna, uczucie odwzajemnia, niemniej na przeszkodzie ich płomiennego romansu stoją nie tylko życzenia rodzin zakochanych, ale i nadciągająca rewolucja. Rewolucja i wielka wojna światowa, niszcząca cały bezpieczny i poukładany świat wszystkich bohaterów.

Tak naprawdę, to miłości w pierwszym tomie „Imperium miłości” nie jest tak dużo, jako że Bezmen opowiada przede wszystkim o samym Kurcie – jego dzieciństwie w Ałuszcie, pierwszych dniach w szkole wojskowej, potyczkach i miłostkach. Początki romansu z Szurą, bardzo… harlekinowe, to zaledwie dwa rozdziały, plus kilka listów tu i ówdzie. Wszystko na tle ostatnich dni caratu, opisanych niestety bardzo szkolnie (i na dobrą sprawę, cała fabuła pierwszego tomu jest streszczona na okładce).

Jak już się zapewne domyślacie, zapowiadało się dobrze, ale dobrze nie wyszło. O nagrodę za powodowanie największej irytacji w „Imperium” starają się: toporność języka i schematyczne postaci. Choć jednak prym wiedzie to drugie. Oto Kurt, który jest najlepszym i ukochanym synem, znakomitym żołnierzem, wspaniałym przyjacielem, jeszcze wspanialszym kochankiem, a do tego jeszcze taki przystojny i wykształcony. Szura natomiast, niewinne dziewczę, jest piękna, czysta i niewinna, a w jej niewinnej duszy nawet nie powstałaby myśl o uwodzicielskim zachowaniu. Błękitne oczęta, ocienione przez długie rzęsy, blond włosy opadające kaskadą na plecy (lub wytwornie upięte w kok) i kształtny, zadarty nos dopełniają całokształtu.

To nie jest tak, że neguję takie konstrukcje idealnych postaci całkowicie, wręcz przeciwnie – raczej chodzi o to, że bohaterowie Bezmen  są po prostu niewiarygodni. Składam to na karb faktu, że Autorka pisze o swoim dziadku i jego ukochanej, więc domyślam się, że trudno by było pisać o nich źle. Ale gdyby jedno albo drugie miało choćby jedną skazę w swym wizerunku, może potrafiłabym ich polubić i im współczuć.

Językowi, jako się rzekło, przydałoby się nieco subtelności. W miarę upływu stron było nieco lepiej (albo ja się po prostu przyzwyczaiłam), ale pierwsze sceny spotkania Kurta i Szury… ciężko mi nawet wybrać cytat celem zobrazowania, całe strony można by przepisać. Nie przeczę, że to może też być tak, że ja już tyle podobnych książek czytałam i po prostu „Imperium” nie robi na mnie wrażenia (czy raczej robi, ale odmienne od zamierzonego). A szkoda, bo potencjał na historię jest – gdyby go nieco inaczej opisać? Niemniej, w takiej formie mnie po prostu ta historia nie odpowiada.

PS. A tak poza tym – a może przede wszystkim – na podstawie powieści Bezmen powstał „Kurt Seyit i Szura”, serial tureckiej produkcji, emitowany w Polsce w zeszłym roku (zwiastun tuże). W wersji serialowej Kurt, rodowity Tatar, jest błękitnookim przystojniakiem.
PPS. Egzemplarz recenzencki trafił do mnie dzięki Przezacnej Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy.

Komedia wypadków, czyli Jojo Moyes vol. 3

Ostatnio Jojo Moyes bardzo na tapecie – zwłaszcza z uwagi na ekranizację „Zanim się pojawiłeś” (książka, film oraz część druga: zacne!). I słusznie, bo ta brytyjska autorka naprawdę ma pomysły na dobre postacie tudzież dobre historie. Kolejną dobrą historię można odnaleźć w „Razem będzie lepiej”, wydanej niedawno w nowej szacie graficznej. Rzeczona szata graficzna może nie jest jakoś zachwycająca – przynajmniej mnie nie zachwyca – ale zawartość już owszem.

Otóż Moyes zaprasza na spotkanie z kolejną niezwykłą kobietą. Poznajcie Jess, najbardziej niezłomną optymistkę pod słońcem. Rzeczywistość niespecjalnie sekunduje jej w tym optymizmie: Jess tyra na dwa etaty (kelnerki i sprzątaczki), dietę opiera na produktach z promocji, ciuchy szyje, bo nie stać jej na kupno, a rachunki płaci w ostatniej chwili, kiedy cudem znajdą się fundusze. Niemniej swoje dzieci (a dokładniej, przybranego syna emo-nastolatka i własną córkę lat dziesięć) uczy, że uczciwych ludzi zawsze czeka nagroda od życia. Co prawda nie wiadomo, kiedy ta nagroda nadejdzie. Na razie Jess unika doraźnych rozwiązań. Nie śmie też poprosić swojego męża o pomoc – Marty zabrał się dwa lata wcześniej do mamusi i cierpi na depresję, biedaczek. Ale oto pojawia się szansa na odmienienie losu: Tanzie, córka Jess, może uzyskać prestiżowe stypendium w prywatnej szkole. Nie wdając się w dalsze szczegóły: Jess pakuje dzieci i potężnego, wiecznie śliniącego się psa do zdezelowanego rolls-royce’a i rusza w podróż do Szkocji. Podróż pełną przygód, zarówno tych cudownych, jak i tych, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć.

Ale tytułowe „razem” nie dotyczy tylko Jess i jej podopiecznych: poznajcie Eda, drugiego bohatera tej pokręconej opowieści. Ed, zamożny biznesmen robiący imponującą karierę, zaprzepaszcza wszystko w ułamku sekundy: a to wszystko przez kobietę, która zdecydowanie nie była warta całej afery. Problemy w pracy, przesłuchania na policji, utrata najlepszego przyjaciela, a do tego choroba ojca i inne problemy rodzinne – życie Eda już dawno przestało wyglądać jak ładny obrazek z eleganckiego magazynu. A potem spotyka Jess… i właściwie bez większego zastanowienia wyciąga do niej pomocną dłoń. A dokładniej, pomocną kierownicę.

Moyes prezentuje czytelnikom prawdziwą komedię wypadków: niby jest już naprawdę fatalnie, ale nagle okazuje się, że poziom beznadziei może spaść trzy piętra niżej. Wszystko sprzysięga się przeciwko Jess i jej bliskim, powodując, że ów niezłomny optymizm wydaje się być tylko wydumaną mrzonką i wydaje się, że sprawiedliwość nigdy nie zostanie wymierzona (Marty, bądź potępiony!). W pewnym momencie piętrzące się przeciwności losu stają się raczej groteskowe niż przytłaczające (naprawdę, co jeszcze może się przydarzyć?!), ale wszystko płynie w kierunku happy endu, który wcale nie razi swoją szczęśliwością.

Ogromną zasługą Moyes jest tworzenie mocnych, wyrazistych postaci, które mają wady, ale nie sposób ich nie lubić. Genialna matematyczka Tanzie, jej przyrodni brat, stłamszony Nicky, niezmordowana Jess, Ed i wszyscy inni tworzą barwny korowód, mniej lub bardziej radośnie podrygujący wśród wszystkich nieszczęść. W rezultacie dostajemy słodko-gorzką opowieść o tym, że jednak dobro zwycięża, a bad guys zostaną ukarani. Bardzo to kojące – i mimo chwilowej groteskowości czasem bardzo potrzeba nam takich książek. Zwłaszcza na wakacje.

PS. Za książkę dziękuję pani redaktor z wydawnictwa Znak Literanova!

Niebanalna rzecz o niebanalnej dziewczynie, czyli Jojo Moyes vol. 2

Okładka książki Kiedy odszedłeśNiecały miesiąc temu zachwycałam się pewną niebanalną historią o miłości, czyli „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes z piękną filmową okładką. W zeszłym tygodniu wreszcie dotarłam też do kina – melduję, że twórcy filmu poszli w raczej miłościwo-czułą interpretację historii Lou i Willa, ale pominęli kilka ważnych dla mnie momentów książki. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że wszystkiego w ekranizacji upchnąć się nie da (choć są i takie arcywierne, pamiętacie trzy typy?), ale jednak byłam lekko rozczarowana. Co nie zmienia faktu, że Emilia Clarke i Sam Claflin jako odtwórcy głównych ról pasują idealnie, a brwi Emilii powinny być uwzględnione jako osobny aktor i dostać nominację do Oscara.

Ale to nie koniec tej historii, bo Jojo Moyes napisała drugą część losów Louisy Clark na wyraźną prośbę fanów – czytelnicy chcieli wiedzieć, jak Lou sobie dalej radzi. Czy raczej, jak sobie nie radzi. Bardzo lubię dowiadywać się, co się stało z bohaterami po zakończeniu książki (wystarczy jedno zdanie uronione w wywiadzie z autorem), ale czasem powieści dopisane na prośbę fanów mogą być tworzone na siłę, a wtedy lepiej pozostać z uczuciem niedosytu niż niesmaku. Na szczęście historia Lou i jej bliskich nie jest daniem, które za pierwszym razem smakuje wybornie, ale odgrzane traci na tej wyborności. „Kiedy odszedłeś” (czyli w oryginale, „After you”, ładnie łączące się z „Me before you”) jest chyba nawet jeszcze lepsze niż część pierwsza – choć wcale nie bardziej… radosne.

Siłą tej książki jest ilość zaskakujących zwrotów akcji – nie śmiem Wam zdradzić wszystkiego, bo co to by była za radocha! Niemniej, spotykamy Lou półtora roku po zakończeniu poprzedniej książki i choć sytuacja finansowa dziewczyny trochę się poprawiła, to jej kondycja duchowa pozostawia sporo do życzenia. Poczucie straty i bezcelowości własnej egzystencji wisi nad Louisą nieustannie, a słowa Willa – „Po prostu żyj” – wydają się być wytartym frazesem. Nudnawa praca, napięty kontakt z rodziną i dojmująca samotność niespecjalnie wpisują się w ramy barwnego życia i czerpania radości z każdej jego chwili. Ale Lou wydaje się przyciągać kłopoty i różne wypadki – zaczyna się od upadku z piątego piętra, a potem napięcie rośnie. Aż do ostatnich stron!

Wyrażam niniejszym radość nie tylko z tego, że w ogóle jest druga część, ale i z tego, jaka to część – jako się rzekło, wysoki poziom utrzymany, a choć czasem frustracja sięga zenitu, oderwać się po prostu nie idzie (wiecie, że jak już czytam, to przeżywam, czyli wstrzymuję oddech, bezwiednie komentuję, wybucham śmiechem/płaczem – budząc duże rozbawienie osób drugich i trzecich w pobliżu). Jojo Moyes tworzy bohaterów wspaniałych, autentycznych, takich, których się uwielbia i nie cierpi jednocześnie. Dość wspomnieć ilość wątków, która składa się na tę książkę – bo nie tylko Lou, ale jej rodzice, siostra i nowo poznani znajomi mają swoje rozterki, małe i duże nieszczęścia tudzież chwile uniesień. Innymi słowy, pochłonęłam całość w jedno sobotnie popołudnie (zrobiłam małą przerwę na serię karnych, czasem trzeba wspierać biało-czerwonych).

Co ja poradzę. Też wciąga.

PS. Mama-Malita pożyczyła znów, bardzo dziękuję!