Londyn w czterech odcieniach magii

londyn-czerwonyJedna z zasad rządzących czasem wolnym brzmi: im więcej oglądasz seriali/filmów, tym mniej czytasz książek. Nigdy, co prawda, nie oznacza to przejścia do stanu „nie czytam nic, tylko oglądam” lub odwrotnie, po prostu proporcje się zmieniają. Wychodzę z założenia, że należy rozsądnie poświęcać się jednemu i drugiemu, ale są takie okresy, że pochłaniam jedną książkę za drugą, i takie, że wolę po prostu zasiąść na naszej olbrzymiej kanapie i przyjąć odpowiednią ilość emocji dzięki małemu ekranowi (no, chyba, że akurat mecz, to wtedy kanapa i TV zajęte). Więc ostatnio nadrabia się seriale, ale szczęśliwie jeździ się też pociągami – te zaś bywają spóźnione, co przynosi dużo czasu na czytanie tego, co się na podróż wzięło. Dzięki temu, ostatnia podróż na trasie Kraków-Warszawa-Kraków przyjęłam trzy książki. O dwóch już Wam opowiedziałam (ostatnio o tej!), pora na trzecią: „Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab.

Otóż wyobraźcie sobie, że jest Londyn. Nietrudno, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że to nie jedno miasto, a cztery – w czterech różnych światach. Continue reading „Londyn w czterech odcieniach magii”

Nekromancja w Londynie, czyli Clovis LaFay i spółka

Zacznijmy od reminiscencji targowych. Otóż w powodzi rozmaitych wydawnictw, które można było odwiedzić na tegorocznych Targach Książki w Krakowie, jedno szczególnie przypadło nam do gustu – nam, to jest Królowi Małżonkowi i mnie. Jest to wydawnictwo Sine Qua Non, które elegancko zaspokaja nasze potrzeby z dwóch dziedzin: sportowej (to Król Małżonek) i pop-kulturowo fantastycznej (et moi). Nie omieszkałam powiedzieć o tym sympatycznym panom na stoisku, zwłaszcza, że dodatkowo obdarzyli nas piękną torbą. Odgrzebywanie się z targowych zakupów w SQN idzie nam powoli – Król Małżonek jeszcze nie napoczął nabytego „Nienasyconego zwycięzcy” o Ancelottim, ja zdążyłam za to przyjąć debiutanckie wyimki z magicznych akt Scotland Yardu Anny Lange, czyli historię Clovisa z rodziny LaFay.

Otóż w Londynie Roku Pańskiego 1872 otwiera się nowa jednostka Policji Metropolitalnej – Podwydział Spraw Magicznych Continue reading „Nekromancja w Londynie, czyli Clovis LaFay i spółka”

Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Nie dalej jak w poniedziałek dokumentowałam moje radości z nadejścia poczty, od razu zresztą zabrałam się do czytania. Król Małżonek nawet nie musiał sprawdzać, w której książce tkwi zakładka. „Ech, ty arystokratko…”, stwierdził, czytając opis na okładce „Belgravii” Juliana Fellowesa. Cóż poradzić, zawsze miałam tendencje szlachecko-rojalistyczne. A Fellowes, znany i zachwalany jako scenarzysta „Downtown Abbey”, trzyma się tych arystokratycznych klimatów, aczkolwiek w swojej powieści wędruje nieco wcześniej niż w sezonach słynnego serialu.

Są bowiem takie wieczory i takie przyjęcia, które pozostają niezapomniane mimo upływu lat. Tak było z balem, który w pewien czerwcowy wieczór wyprawiła w Brukseli księżna Richmond. „Wieczór tańcujący. 15 czerwca 1815. Powozy od trzeciej. Tańce od dziesiątej” głosił biały kartonik, bilecik upragniony przez wielu szlachetnie urodzonych i do arystokracji aspirujących. Tych pierwszych reprezentuje choćby siostrzeniec gospodyni, Edmund wicehrabia Bellasis, a tych drugich rodzina Trenchardów – a dokładniej jej głowa, James Trenchard, zwany „Magikiem”, główny dostawca księcia Wellingtona. Napoleon nadciąga, armia potrzebuje zaopatrzenia, a kolejna bitwa wydaje się nieunikniona. Richmondowie wydają jednak bal, w ramach towarzyskiej rozrywki (pół londyńskiej śmietanki zjechało do Brukseli) i demonstracji angielskiej zimnej krwi. Wielu gości prosto z imponującego pałacu wyruszy na pole bitwy – do Quatre-Bras, a potem gdzieś w rejon małego miasteczka, zwanego Waterloo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8b/The_Duchess_of_Richmond%27s_Ball_by_Robert_Alexander_Hillingford.jpg
Bal zdarzył się naprawdę, ja mam dowody, Robert Hillingford w 1870 roku namalował.

Ów czerwcowy wieczór okaże się wyjątkowo brzemienny w skutki i obydwie rodziny –  familia Bellasisów oraz familia Trenchardów – będą go wspominać przez długie lata. Ba, nie tylko oni, bowiem bal przejdzie do legendy! Niemniej, u Fellowesa ten jeden wieczór to tylko wstęp do właściwej akcji, u progu panowania młodej królowej Wiktorii, kiedy to znów będziemy mogli śledzić losy obydwu rodzin w rozbudowującym się Londynie. Dokładniej, w wypełnionej białymi kolumnami dzielnicy Belgravia, w której wyniosłe arystokratyczne rody sąsiadują z bogatymi nuworyszami. A zdarza się czasem, że jednych i drugich łączy pewien sekret, który może rzucić cień na reputację co poniektórych. Podzielenie się tym sekretem uruchamia cały kołowrót intryg, miłości, zdrad i zemsty, a taki kołowrót ciężko zatrzymać bez strat własnych…

Doświadczyłam wzlotów i upadeczków przy lekturze – zaczyna się naprawdę dobrze, potem ta część londyńska jakoś się powoli rozkręca, ale końcówkę czytałam z wypiekami do późnej nocy. Fellowes potrafi odmalować klimat epoki: te przyjęcia, herbatki, zaproszenia, obyczaje panów i służby (zaraz mi się przypomniały posiedzenia w kuchni u Granthamów!), ach, mogłabym o tym czytać i czytać bez końca. Przepadam za takimi opowieściami (uczciwszy absurdalność tamtejszych obyczajów, rzecz jasna). Autor żongluje nazwiskami postaci historycznych: ówczesnych polityków, architektów, malarzy… nazwiskami może niekoniecznie znanymi polskiemu czytelnikowi, stąd tłumaczka, Anna Bańkowska, zapewniła dużo przypisów, dookreślających, kto zacz. Bardzo dużo. Osobiście uważam, że przypisy wyjaśniające są w powieściach raczej niepotrzebne – kto wie, ten się irytuje, że mu tłumaczą, a kto nie wie, ten albo rzecz przeskoczy, albo sprawdzi w internetach – za wyjątkiem nieprzetłumaczalnych gier słownych, których nie da się zgrabnie obejść w inny sposób. Niemniej, co redakcja, to inny styl.

Nie zmienia to faktu, że „Belgravię” czyta się naprawdę dobrze. Grono bohaterów – ciężko wyróżnić tu jednego głównego – reprezentuje wszystkie stany i charaktery (od służby po hrabiów, od drani po anioły), w tle tętni mój umiłowany Londyn, dobro zwycięża, zło dostaje po łapkach. Jest, jak trzeba. I o to chodzi.

PS. A za egzemplarz „Belgravii” ślę podziękowania dla Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy – na białym kartoniku, niczym księżna Richmond.
PPS. Dodam jeszcze, że rzecz jest bardzo ładnie wydana, śliczna okładka!

Ostrożnie z przesyłkami kurierskimi

Mało którego detektywa lubię tak bardzo, jak Cormorana Strike’a (już samo to imię!). Przytyty, nadmiernie owłosiony olbrzym-weteran o zgryźliwym humorze i z protezą nogi zdecydowanie odkuł się od sytuacji wyjściowej (brak kasy, brak perspektyw, brak klientów w agencji detektywistycznej i ogólny Weltschmerz) w tomie pierwszym. Tom drugi to świadectwo całkiem dobrej passy – głośna sprawa z pewnym zaginionym manuskryptem i dość… literackim morderstwem. Tom trzeci rozpoczyna się od makabrycznej przesyłki, a potem napięcie rośnie. Uważajcie na kurierów, moi drodzy. Zwłaszcza jeżdżących czarno-czerwoną hondą.

Otóż pewnego pięknego poranka Robin Ellacott, asystentka Strike’a, otrzymuje przesyłkę do agencji. Nic w tym dziwnego – większość paczek okołoślubnych zamawia na adres biurowy, skoro przesiaduje w pracy całymi dniami. Jednak w kartonie zamiast eleganckich zaproszeń leży odcięta kobieca noga. Owa przesyłka staje się preludium nie tylko do kolejnej sprawy dla agencji Strike, ale także przyczynkiem do unurzania się w paskudnej przeszłości. Cormoran na dzień dobry ma trzech podejrzanych, zupełnie innych, rzecz jasna, niż policja. Oficjalne śledztwo toczy się powoli, więc Cormoran i Robin – partnerzy w akcji – ruszają w drogę, i to dosłownie: rozklekotanym land roverem odwiedzają kolejne miasta, rozgrzebując sprawy minione i pozornie coraz bardziej tracąc trop. Zbrodnie się mnożą, a ich sprawca ma obsesję nie tylko na punkcie detektywa, ale również jego asystentki…

Czasem tak jest, że w kryminałach bardziej ceni się otoczkę niż intrygę (profesorowa Szczupaczyńska, do raportu!). O ile poszukiwanie mordercy i nadawcy paczki składa się na całkiem przyzwoity wątek (równie przyzwoite i równie paskudne są wątki poboczne, vide wszyscy trzej podejrzani), to tutaj bardziej raduje jednak część obyczajowa. Szczęśliwie dalej unikamy kiczowato romansowych wstawek na linii Corm-Robin, ale jednak obydwoje niespecjalnie dobrze czują się w aktualnych związkach, a ich życie prywatne mocno rzutuje na pracę agencji. Tym razem to Robin wyjątkowo obrywa w sferze damsko-męskiej, ślub już za trzy miesiące, a końca problemów nie widać.

Skądinąd, mam wrażenie, że „Żniwa zła” są bardziej o Robin, niż o Cormoranie. Nie tylko właściwa mordercza intryga wysuwa dziewczynę na pierwszy plan i stawia na równi ze Strikiem, ale przede wszystkim lepiej poznajemy jej przeszłość. Pewne wydarzenia z życia Robin rzutują nie tylko na jej uczucia do płci przeciwnej, ale przede wszystkim na marzenie o pracy w agencji i zostanie detektywem. Marzenie, które wspiera Strike, a torpeduje matka i przyszły mąż Robin. Nie sposób uniknąć kolejnych konfliktów w tej kwestii.

Nie potrafię ocenić, która z dotychczasowych Cormoranowych opowieści podobała mi się najbardziej i to już coś mówi o „Żniwach zła” – Galbraith/Rowling nieustannie trzyma poziom i idzie w jak najbardziej słusznym kierunku.

Tylko ta końcówka. Błagam. Taki cliffhanger, że aż zęby bolą. Fukałam przez dobrych kilka minut, rozdzierająco pytając „jaaaak to?!”. Czekam na tom czwarty. Niecierpliwie.

PS. Ktoś dzwoni do drzwi. Mam nadzieję, że to nie kurier.
PPS. Kurier. Przyniósł buty. Seems legit. </czarny humor>

Od zbieracza do dżentelmena

„Spryciarz z Londynu” Terry PratchettTym razem będzie sprawdzony przepis na uradowanie Mality: Londyn, coś historycznego, nutka łotrzykowstwa (czytaj: odpowiedni bohater, jak Lamora czy Bathurst), szczypta humoru i Pratchett. Terry Pratchett. Każdy z tych komponentów z osobna zwiastuje radość wielką, a co dopiero takie combo! Zwłaszcza, że skojarzenia już od początku były miłe – z sentymentem przywołuję Dodgera z „Olivera Twista” (które to dzieło poznałam pierwotnie w wersji disneyowskiej, polecam).

Natomiast w wizji Pratchetta Dodger to młody a bystry zbieracz (czyli osobnik parający się zbieraniem wartościowym przedmiotów w cuchnących londyńskich kanałach, łapka w górę, komu się przypomniał „Złomiarz”). Prawdziwy złoty chłopiec tej części miasta, w której Przywoici Obywatele starają się nie przebywać, nawet w biały dzień pod obstawą straży (czy też nowych oddziałów policji, zwanych peelersami). Zarówno w kanałach, jak odmętach różnych knajp i ulic wszyscy znają Dodgera, a Dodger zna wszystkich (chyba, że występuje sytuacja w stylu: „Dodger? Nie, nie znam, nie wiem, nie widziałem, to na pewno jego pan szuka?”). My zaś spotykamy londyńskiego spryciarza pewnej ohydnie deszczowej londyńskiej nocy, kiedy wyskakuje z kanału, by ratować damę w opresji. Tajemnicze dziewczę  okazuje się być cudzą małżonką, i to małżonką zbiegłą a niechętną do powrotu. Pomoc jej udzielona staje się biletem do nowego dla Dodgera świata: pełnego dżentelmenów, dam, polityków, szpiegów, knowań oraz eleganckich garniturów. Będzie musiał wspiąć się na wyżyn swojego sprytu, by ocalić swoją skórę… i zapewnić bezpieczeństwo uratowanej przez siebie damie. Wątek miłosny w pakiecie.

W pakiecie znajdziemy również humor pratchettowy, barwna – choć brunatna w kolorystyce –  panorama wiktoriańskiego Londynu oraz moc nawiązań do innych dzieł (fryzjer z Fleet Street!) i historycznych postaci (od Dickensa, przez Disraelego, po Tenniela, łącznie z młodym kudłatym młodzieńcem imieniem Karol, który zapowiada, że system kiedyś padnie). Zresztą, postacie fikcyjne cieszą równie mocno, co te implementowane z kart historii – do moich fikcyjnych faworytów należą Salomon Cohen, gospodarz i przyjaciel Dodgera, oraz jego pies, szkaradny acz poczciwy Onan (tak, to celowe).

Żeby nie przedłużać: „Spryciarz” może nie powala na kolana maestrią skomplikowanej intrygi, ale czysta radocha z lektury (połączona z frajdy odkrywania intertekstualnych nawiązań) zapewnia czytelniczego banana na obliczu przez co najmniej 24 godziny. Ergo warto.

PS. Stokrotnie dziękując Magdzie-Która-Ma-Wszystkie-Pratchetty (Również-W-Oryginale).

PPS. W pakiecie pożyczonym od Magdy był też „Dodger’s Guide to London”, czyli – jak sama nazwa wskazuje – lektura uzupełniająca. Zbiór ciekawostek (typu „wpadki z koronacji królowej Wiktorii”), rycin i wypisów z rozmaitych czasopism, okraszonych ilustracjami Paula Kidby’ego.

dodger
Od tego się taki przewodnik powinien zaczynać…

„Toń” Anya Lipska

„Toń” Anya LipskaCo, że dawno kryminału nie było? Już nadrabiam, a to za sprawą debiutu Anyi Lipskiej, rodowitej Angielki, która wzięła się za tematy zbrodnicze a polonijne. Będzie zatem ciało wyrzucone na brzeg Tamizy, zaginiona dziewczyna, próby rozliczenia z przeszłością (zwłaszcza, uwaga uwaga, przeszłością solidarnościową), pościgi, polityczne intryganctwo i panorama londyńskiej Polonii. Ale zacznijmy od początku.

Jak to w kryminałach bywa, duet tropiący zbrodnię jest wskazany (szereg przykładów pokazuje nam konieczność posiadania odpowiedniego sidekicka, od Sherlocka, przez Blomkvista, po Strike’a): tu mamy duet damsko-męski, w osobach pani detektyw Natalie Kershaw i emigranta-który-potrafi-załatwić-różne-rzeczy, Janusza Kiszki (nieszczęśliwe to nazwisko, przyznajcie). Ów duet właściwie dopiero się zawiązuje –  więc opis okładkowy, „choć pochodzą z dwóch różnych światów, muszą działać wspólnie, żeby dopaść zabójcę”, jest trochę na wyrost, tej kooperacji nie ma za wiele. Kershaw ma swoje śledztwo (kim była dziewczyna, której ciało wyłowiono z Tamizy?), Kiszka w tym samym czasie prowadzi mniej oficjalne dochodzenie (gdzie chwilowo przebywa inna dziewczyna, która niedawno przyjechała do Londynu?). Oczywiście, okazuje się, że te dwie sprawy się łączą i wymiana informacji będzie konieczna. Ba, niezbędna. Czy razem odnajdą mordercę i co z tym wszystkim wspólnego mają wybory prezydenckie w Polsce?

O Polonii w Londynie i okolicach wiem dwie rzeczy: że jest imponującej wielkości i… że niewiele więcej wiem. Zacnie, że przedostaje się do różnych dzieł kultury (ot, choćby serial „Londyńczy” obił mi się o uszy, acz nie widziałam), i zacnie, że biorą się za to twórcy również zagraniczni. Anya Lipska zaplecze teoretyczno-merytoryczne posiada w osobie swojego małżonka, który wyemigrował na angielską ziemię mniej więcej wtedy, co powieściowy Kiszka. Stąd szczegóły dopracowano naprawdę nieźle, acz widać, że to książka napisana z myślą o angielskim – a w każdym razie, nie-polskim – czytelniku. Nie potrafię rozróżnić, jak bardzo gra tu się stereotypami (choć to nieustanne żywienie się bigosem na przemian z kiełbasą pozwala na pewne przypuszczenia w tym temacie), niemniej część fabularnych rozwiązań została poprzedzona wytłumaczeniem dla Polaków niepotrzebnym: jak choćby wytłumaczenie, że SB to takie Stasi, tylko nad Wisłą. Skądinąd temat rozrachunków z esbecką przeszłością jest o niebo lepiej poruszony w „Uwikłaniu” Miłoszewskiego.

„Toń” jest obiecująco przyzwoita, choć bez fanfar i nerwowego obgryzania paznokci. Epilog świetny, jak dla mnie „robi” połowę powieści. Najniższy poziom reprezentuje natomiast Ostateczny Czarny Charakter – za duża ilość przewin na jedną osobę robi się w pewnym momencie groteskowa. Ciekawi mnie za to, jak rozwinie się relacja na linii Kershaw-Kiszka, na razie było to raczej ostrożne krążenie, niż właściwa współpraca. Anya Lipska pisze chwilowo tom numer trzy, część druga – ‘‘Death Can’t Take a Joke” – już się zdążyła ukazać. Nie czekam z wytęsknieniem na polskie tłumaczenie, ale i powrotu do duetu K&K nie wykluczam.

PS. „Toń” przyszła w paczce od wydawnictwa Czwarta Strona, razem z bardzo… niepokojącą mapą londyńskiego metra ^^ Dziękuję bardzo!

Toń

„Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka” Mark Hodder

„Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka” Mark HodderLondyn, Londyn… XIX wiek… król Albert (sic!), eugenicy i technicy, rotofotele i wyklinające papugi, które osobiście przenoszą wiadomości. I cała masa Dziwnych a Trudno Wytłumaczalnych Zdarzeń. Byliśmy tu już, nieprawdaż, panie Burton? Zgadza się, panie Swinburne?

Druga część alternatywnej, można rzec, historii Anglii, to dalej steampunk pełną gębą i dalej kawał mocnej opowieści. Dzielny duet Burton & Swinburne, występujący na permanetnym rauszu, otrzyma nowe zadanie: rozwiązanie zagadki, w której główne role odgrywają Nakręcany Człowiek, pretendent do tytułu dziedzica rodu Tichborne oraz duch lady Mafaldy. Albo tak się im wydaje. Całość okazuje się bowiem arcyskomplikowaną intrygą, która może doprowadzić do upadku Imperium Brytyjskiego. Ale nie z nami te numer, Brunner Burton. Nawet, jeśli znowu dojdzie do zakrzywienia czasoprzestrzeni.

Ja tu tak dość ogólnikowo krążę wokół tematu, ale nie chcę po prostu zbyt wiele zdradzić – w tym miejscu będę nalegać na natychmiastowy pęd do półki/biblioteki/księgarni celem zaopatrzenia się w tom pierwszy, drugi i trzeci też z rozpędu. Nie tylko dla znakomicie prowadzonej historii – rzecz jest świetnie napisana. Duża ilość bon motów w pakiecie:

„Różnica między literaturą a dziennikarstwem leży w tym, że dziennikarstwa nie da się czytać, a literatury nikt nie czyta”*

Nieustannie zadziwia mnie także rozmach, z jakim Hodder traktuje temat. Domyślam się, że nad życiorysem prawdziwego Richarda Burtona tudzież Algernona Swineburne’a musiał spędzić długie godziny, podobnie jak nad wycinkami na temat sprawy Tichborne’ów czy dziełami Herberta Spencera. Bardzo świetne w „Zdumiewającej sprawie…” jest też to, że nie stanowi ona po prostu kolejnego tomu z zupełnie odrębną tajemnicą do rozszyfrowania, tylko szeroko nawiązuje do „Dziwnej sprawy Skaczącego Jacka”, ba, tłumaczy część pierwszą i rzuca więcej światła między innymi na kluczowe dla niej podróże w czasie. Innymi słowy, godziwa rozrywka na wysokim poziomie. Niech rekomendację stanowi fakt, że wolałam skończyć i dowiedzieć się JAK TO SIĘ SKOŃCZY O MATKO JEDYNAAAA, niż spać. Warto było.

PS. Myszkovskiej dziękując znów!

* Mark Hodder, Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka, tłum. Krzysztof Sokołowski, Fabryka Słów, Lublin 2012, s. 91.