Łowca tygrysów, czyli Paulliny Simons opowieść miłościwa a niebanalna

Do książek Paulliny Simons mam stosunek bardzo osobisty – nie tylko dlatego, że miałam okazję poznać autorkę i zachwycić się jej żywiołową osobowością. Przede wszystkim chodzi o fakt, że większość powieści Paulliny na język polski przełożyła Mama-Malita, a najnowsze dzieło czytałam tak szybko, jak tylko drukarka wypluwała kolejne strony tłumaczenia. „Łowca tygrysów” okazuje się Continue reading „Łowca tygrysów, czyli Paulliny Simons opowieść miłościwa a niebanalna”

Swing Time, czyli podwójna opowieść Zadie Smith

Dawno, dawno temu czytałam „Białe zęby” Zadie Smith, niemniej muszę przyznać, że prawie nic z tego czytania nie pamiętam. Gdzieś po drodze było też „O pięknie” – równie niewiele wspomnień – więc postanowiłam odświeżyć znajomość wraz z najnowszą książką autorki, roztańczonym „Swing Time”. Przy okazji przeczytałam też bardzo zacny wywiad ze Smith w „Wysokich Obcasach”: o mediach społecznościowych (czy raczej, nieobecności w nich), macierzyństwie i wyborach, jakie podejmują współcześni ludzie. Bardzo polecam. Continue reading „Swing Time, czyli podwójna opowieść Zadie Smith”

Londyn. Miasto. Historia. Powieść.

Takie tam, londyńskie memorabilia.

Są takie miejsca na ziemi, są takie miasta, które stanowią nieprzerwane źródło inspiracji dla artystów, pisarzy, twórców wszelakich. Jednym z nich jest Londyn, tygiel kulturowy tętniący życiem od tysięcy lat. Miasto wielokrotnie odegrało jakąś mniejszą lub większą rolę w powieściach, które czytam (nawet dorobiło się własnego tagu!), ale raczej jako scena akcji niż jej pierwszeoplanowy bohater. Tym razem jednak to Londyn jako miasto gra główną rolę, a wszystko za sprawą monumentalnej powieści Edwarda Rutherfurda. Continue reading „Londyn. Miasto. Historia. Powieść.”

Londyn w czterech odcieniach magii

londyn-czerwonyJedna z zasad rządzących czasem wolnym brzmi: im więcej oglądasz seriali/filmów, tym mniej czytasz książek. Nigdy, co prawda, nie oznacza to przejścia do stanu „nie czytam nic, tylko oglądam” lub odwrotnie, po prostu proporcje się zmieniają. Wychodzę z założenia, że należy rozsądnie poświęcać się jednemu i drugiemu, ale są takie okresy, że pochłaniam jedną książkę za drugą, i takie, że wolę po prostu zasiąść na naszej olbrzymiej kanapie i przyjąć odpowiednią ilość emocji dzięki małemu ekranowi (no, chyba, że akurat mecz, to wtedy kanapa i TV zajęte). Więc ostatnio nadrabia się seriale, ale szczęśliwie jeździ się też pociągami – te zaś bywają spóźnione, co przynosi dużo czasu na czytanie tego, co się na podróż wzięło. Dzięki temu, ostatnia podróż na trasie Kraków-Warszawa-Kraków przyjęłam trzy książki. O dwóch już Wam opowiedziałam (ostatnio o tej!), pora na trzecią: „Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab.

Otóż wyobraźcie sobie, że jest Londyn. Nietrudno, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że to nie jedno miasto, a cztery – w czterech różnych światach. Continue reading „Londyn w czterech odcieniach magii”

Nekromancja w Londynie, czyli Clovis LaFay i spółka

Zacznijmy od reminiscencji targowych. Otóż w powodzi rozmaitych wydawnictw, które można było odwiedzić na tegorocznych Targach Książki w Krakowie, jedno szczególnie przypadło nam do gustu – nam, to jest Królowi Małżonkowi i mnie. Jest to wydawnictwo Sine Qua Non, które elegancko zaspokaja nasze potrzeby z dwóch dziedzin: sportowej (to Król Małżonek) i pop-kulturowo fantastycznej (et moi). Nie omieszkałam powiedzieć o tym sympatycznym panom na stoisku, zwłaszcza, że dodatkowo obdarzyli nas piękną torbą. Odgrzebywanie się z targowych zakupów w SQN idzie nam powoli – Król Małżonek jeszcze nie napoczął nabytego „Nienasyconego zwycięzcy” o Ancelottim, ja zdążyłam za to przyjąć debiutanckie wyimki z magicznych akt Scotland Yardu Anny Lange, czyli historię Clovisa z rodziny LaFay.

Otóż w Londynie Roku Pańskiego 1872 otwiera się nowa jednostka Policji Metropolitalnej – Podwydział Spraw Magicznych Continue reading „Nekromancja w Londynie, czyli Clovis LaFay i spółka”

Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Nie dalej jak w poniedziałek dokumentowałam moje radości z nadejścia poczty, od razu zresztą zabrałam się do czytania. Król Małżonek nawet nie musiał sprawdzać, w której książce tkwi zakładka. „Ech, ty arystokratko…”, stwierdził, czytając opis na okładce „Belgravii” Juliana Fellowesa. Cóż poradzić, zawsze miałam tendencje szlachecko-rojalistyczne. A Fellowes, znany i zachwalany jako scenarzysta „Downtown Abbey”, trzyma się tych arystokratycznych klimatów, aczkolwiek w swojej powieści wędruje nieco wcześniej niż w sezonach słynnego serialu.

Są bowiem takie wieczory i takie przyjęcia, które pozostają niezapomniane mimo upływu lat. Tak było z balem, który w pewien czerwcowy wieczór wyprawiła w Brukseli księżna Richmond. „Wieczór tańcujący. 15 czerwca 1815. Powozy od trzeciej. Tańce od dziesiątej” głosił biały kartonik, bilecik upragniony przez wielu szlachetnie urodzonych i do arystokracji aspirujących. Tych pierwszych reprezentuje choćby siostrzeniec gospodyni, Edmund wicehrabia Bellasis, a tych drugich rodzina Trenchardów – a dokładniej jej głowa, James Trenchard, zwany „Magikiem”, główny dostawca księcia Wellingtona. Napoleon nadciąga, armia potrzebuje zaopatrzenia, a kolejna bitwa wydaje się nieunikniona. Richmondowie wydają jednak bal, w ramach towarzyskiej rozrywki (pół londyńskiej śmietanki zjechało do Brukseli) i demonstracji angielskiej zimnej krwi. Wielu gości prosto z imponującego pałacu wyruszy na pole bitwy – do Quatre-Bras, a potem gdzieś w rejon małego miasteczka, zwanego Waterloo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8b/The_Duchess_of_Richmond%27s_Ball_by_Robert_Alexander_Hillingford.jpg
Bal zdarzył się naprawdę, ja mam dowody, Robert Hillingford w 1870 roku namalował.

Ów czerwcowy wieczór okaże się wyjątkowo brzemienny w skutki i obydwie rodziny –  familia Bellasisów oraz familia Trenchardów – będą go wspominać przez długie lata. Ba, nie tylko oni, bowiem bal przejdzie do legendy! Niemniej, u Fellowesa ten jeden wieczór to tylko wstęp do właściwej akcji, u progu panowania młodej królowej Wiktorii, kiedy to znów będziemy mogli śledzić losy obydwu rodzin w rozbudowującym się Londynie. Dokładniej, w wypełnionej białymi kolumnami dzielnicy Belgravia, w której wyniosłe arystokratyczne rody sąsiadują z bogatymi nuworyszami. A zdarza się czasem, że jednych i drugich łączy pewien sekret, który może rzucić cień na reputację co poniektórych. Podzielenie się tym sekretem uruchamia cały kołowrót intryg, miłości, zdrad i zemsty, a taki kołowrót ciężko zatrzymać bez strat własnych…

Doświadczyłam wzlotów i upadeczków przy lekturze – zaczyna się naprawdę dobrze, potem ta część londyńska jakoś się powoli rozkręca, ale końcówkę czytałam z wypiekami do późnej nocy. Fellowes potrafi odmalować klimat epoki: te przyjęcia, herbatki, zaproszenia, obyczaje panów i służby (zaraz mi się przypomniały posiedzenia w kuchni u Granthamów!), ach, mogłabym o tym czytać i czytać bez końca. Przepadam za takimi opowieściami (uczciwszy absurdalność tamtejszych obyczajów, rzecz jasna). Autor żongluje nazwiskami postaci historycznych: ówczesnych polityków, architektów, malarzy… nazwiskami może niekoniecznie znanymi polskiemu czytelnikowi, stąd tłumaczka, Anna Bańkowska, zapewniła dużo przypisów, dookreślających, kto zacz. Bardzo dużo. Osobiście uważam, że przypisy wyjaśniające są w powieściach raczej niepotrzebne – kto wie, ten się irytuje, że mu tłumaczą, a kto nie wie, ten albo rzecz przeskoczy, albo sprawdzi w internetach – za wyjątkiem nieprzetłumaczalnych gier słownych, których nie da się zgrabnie obejść w inny sposób. Niemniej, co redakcja, to inny styl.

Nie zmienia to faktu, że „Belgravię” czyta się naprawdę dobrze. Grono bohaterów – ciężko wyróżnić tu jednego głównego – reprezentuje wszystkie stany i charaktery (od służby po hrabiów, od drani po anioły), w tle tętni mój umiłowany Londyn, dobro zwycięża, zło dostaje po łapkach. Jest, jak trzeba. I o to chodzi.

PS. A za egzemplarz „Belgravii” ślę podziękowania dla Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy – na białym kartoniku, niczym księżna Richmond.
PPS. Dodam jeszcze, że rzecz jest bardzo ładnie wydana, śliczna okładka!

Ostrożnie z przesyłkami kurierskimi

Mało którego detektywa lubię tak bardzo, jak Cormorana Strike’a (już samo to imię!). Przytyty, nadmiernie owłosiony olbrzym-weteran o zgryźliwym humorze i z protezą nogi zdecydowanie odkuł się od sytuacji wyjściowej (brak kasy, brak perspektyw, brak klientów w agencji detektywistycznej i ogólny Weltschmerz) w tomie pierwszym. Tom drugi to świadectwo całkiem dobrej passy – głośna sprawa z pewnym zaginionym manuskryptem i dość… literackim morderstwem. Tom trzeci rozpoczyna się od makabrycznej przesyłki, a potem napięcie rośnie. Uważajcie na kurierów, moi drodzy. Zwłaszcza jeżdżących czarno-czerwoną hondą.

Otóż pewnego pięknego poranka Robin Ellacott, asystentka Strike’a, otrzymuje przesyłkę do agencji. Nic w tym dziwnego – większość paczek okołoślubnych zamawia na adres biurowy, skoro przesiaduje w pracy całymi dniami. Jednak w kartonie zamiast eleganckich zaproszeń leży odcięta kobieca noga. Owa przesyłka staje się preludium nie tylko do kolejnej sprawy dla agencji Strike, ale także przyczynkiem do unurzania się w paskudnej przeszłości. Cormoran na dzień dobry ma trzech podejrzanych, zupełnie innych, rzecz jasna, niż policja. Oficjalne śledztwo toczy się powoli, więc Cormoran i Robin – partnerzy w akcji – ruszają w drogę, i to dosłownie: rozklekotanym land roverem odwiedzają kolejne miasta, rozgrzebując sprawy minione i pozornie coraz bardziej tracąc trop. Zbrodnie się mnożą, a ich sprawca ma obsesję nie tylko na punkcie detektywa, ale również jego asystentki…

Czasem tak jest, że w kryminałach bardziej ceni się otoczkę niż intrygę (profesorowa Szczupaczyńska, do raportu!). O ile poszukiwanie mordercy i nadawcy paczki składa się na całkiem przyzwoity wątek (równie przyzwoite i równie paskudne są wątki poboczne, vide wszyscy trzej podejrzani), to tutaj bardziej raduje jednak część obyczajowa. Szczęśliwie dalej unikamy kiczowato romansowych wstawek na linii Corm-Robin, ale jednak obydwoje niespecjalnie dobrze czują się w aktualnych związkach, a ich życie prywatne mocno rzutuje na pracę agencji. Tym razem to Robin wyjątkowo obrywa w sferze damsko-męskiej, ślub już za trzy miesiące, a końca problemów nie widać.

Skądinąd, mam wrażenie, że „Żniwa zła” są bardziej o Robin, niż o Cormoranie. Nie tylko właściwa mordercza intryga wysuwa dziewczynę na pierwszy plan i stawia na równi ze Strikiem, ale przede wszystkim lepiej poznajemy jej przeszłość. Pewne wydarzenia z życia Robin rzutują nie tylko na jej uczucia do płci przeciwnej, ale przede wszystkim na marzenie o pracy w agencji i zostanie detektywem. Marzenie, które wspiera Strike, a torpeduje matka i przyszły mąż Robin. Nie sposób uniknąć kolejnych konfliktów w tej kwestii.

Nie potrafię ocenić, która z dotychczasowych Cormoranowych opowieści podobała mi się najbardziej i to już coś mówi o „Żniwach zła” – Galbraith/Rowling nieustannie trzyma poziom i idzie w jak najbardziej słusznym kierunku.

Tylko ta końcówka. Błagam. Taki cliffhanger, że aż zęby bolą. Fukałam przez dobrych kilka minut, rozdzierająco pytając „jaaaak to?!”. Czekam na tom czwarty. Niecierpliwie.

PS. Ktoś dzwoni do drzwi. Mam nadzieję, że to nie kurier.
PPS. Kurier. Przyniósł buty. Seems legit. </czarny humor>