Seks, betel i czary – Wyspy Trobrianda sto lat po Malinowskim

Kiedy dawno, dawno temu natknęłam się na tę książkę w księgarni, zachłysnęłam się genialnością tego pomysłu – pojechać na Trobriandy śladami Malinowskiego, ach, to lepiej niż płynąć do Indii śladem Kolumba! Natychmiast odżyły mi w głowie wszystkie te stronice o ogrodach koralowych, wymianie kula i magii na drugim końcu świata, przeczytane na pierwszym roku w ramach poznawania podstaw antropologii. Bo wiecie, moi drodzy, jak Słowackim wielkim poetą był, tak Bronisław Malinowski wielki antropologiem był. Ba, ojcem antropologii terenowej! Ów drobny badacz w okularach wstał zza biurka i ruszył w teren. Dosłownie. Sto lat temu, przez łącznie prawie dwa lata, mieszkał wśród Kiriwińczyków na Trobriandach (dziś: Papua-Nowa Gwinea). Chodził, pytał (w tambylczym języku), fotografował, starał się być jak najbardziej obiektywny, zbierał legendy i opowieści, dokumentował obrzędy i rytuały. Po czym opublikował swoje badania w kilku pracach, wykazując przy tym zmysł marketingowo-reklamowy: jedną z nich zatytułował „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”.

Do tej pracy bezpośrednio nawiązuje Aleksandra Gumowska w podtytule swojego reportażu: „Życie seksualnej dzikich sto lat później”. Sam podtytuł, wraz z trzema tytułowymi słowami (seks, betel i czary – znów wracamy do zmysłu marketingowo-reklamowego), doskonale oddaje zawartość tej książki. Autorka dwukrotnie odwiedziła Kiriwinę, w tym wieś Omarakana, gdzie sto lat wcześniej badał terenowo Malinowski i jakby wskoczyła w jego czarno-białe zdjęcia: bo niby zmieniło się wszystko, a właściwie nie zmieniło się nic.

Malinowski wśród Trobriandczyków, 1918 rok

Aleksandra Gumowska, reporterka i dziennikarka, zdążyła zwiedzić kawał świata, zanim wybrała się na Trobriandy (łodzią z głównej wyspy Papui-Nowej Gwinei, dodajmy, nie poleca). Tam, bardzo gościnnie przyjęta przez wodza Omarakany, zamieszkała w chacie z liści i otrzymała stosowne imię. „Krewna Malinowskiego”, szeptali autochtoni, którzy doskonale wiedzą, kim był polski antropolog. Autorka podąża jego śladami nieustannie, zwiedzając Kiriwinę i sąsiednie wyspy, poszukując podobieństw do czasów Malinowskiego i odkrywając ten niezwykły świat. Świat bez prądu i kanalizacji, bez telefonu i bez wychodków. Gdzie swoboda obyczajowa wśród młodzieży wciąż dorównuje legendzie, ukutej przez Malinowskiego. Gdzie wciąż działają czarownicy (za odpowiednią opłatą rzucą zaklęcie na wrogą osobę), a czarownice – zwane mulukwausi – mogą przybrać postać kogoś bliskiego. Skądinąd, Malinowski miał cudowny sposób na nocne wiedźm odstraszanie, Wagnerowsko-wulgarny, strona 161 dla chętnych.

Sielska Wyspa Miłości, bo tak czasem określana jest Kiriwina, ma jednak swoje ciemne strony i autorka nie waha się pokazać ich palcem – od AIDS, przez nieudolność opieszałych urzędników, po upadek władzy wodzowskiej, dotychczas spajającej wszystko w jeden stabilny organizm. Tak, Zachód zawitał na Trobriandy i wcale nie pomaga tambylcom. Jak gorzko zauważa siostra Valentina, zakonnica mieszkająca na Kiriwinie, Zachód przynosi zmianę, nie rozwój: „Rozwój to coś, co wzrasta powoli, ale pozostaje. Tutaj jest raz lepiej, raz gorzej. To zmiany – nagłe i krótkotrwałe”.

https://i0.wp.com/ocdn.eu/images/pulscms/Mzk7MDQsMCw3NCw0NTAsMjZkOzA2LDMxNCwxYmM7MGMsMTQwYjFjZmU3ZjBhYzUyZWRjMDEwZDcwOTc4ZTg0YmUsMSwxLDYsMA__/a1dad0eeed70e81e8032f5406d6ee25d.jpg
Tak się tańczy kasawagę tomanabweta, czyli taniec zwany przystojnym. Fot.Aleksandra Gumowska

Jak wiecie, nie jestem reportażowa, ale tutaj nie szczędzę zachwytów. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Malinowskiego mam duży sentyment: on wywodził się z Krakowa i zahaczył o moją Alma Mater, a ja z rozrzewnieniem wspominam pierwszy semestr na kulturoznawstwie, kiedy pracowicie wkuwaliśmy schemat rytualnej wymiany kula (do dziś pamiętam, że „raz w kula, zawsze w kula”, że naszyjniki z czerwonej muszli krążą po wyspach zgodnie ze wskazówkami zegara, a naramienniki z muszli białej odwrotnie). Ergo miło było wrócić do tych opowieści i poczytać coś na kształt ciągu dalszego. Po drugie, Aleksandra Gumowska zapewnia kolory opowieściom i fotografiom słynnego antropologa – dosłownie i w przenośni, bo w książce znajdziemy zestawienia zdjęć „dawniej i dziś”. To jak tchnięcie nowego życia w dawne dzieje, fascynująca wyprawa do przeszłości i teraźniejszości jednocześnie. Czasem zabawna, czasem przykra, czasem przerażająca. Nie jest to li i jedynie jednak analiza porównawcza, ale żywa opowieść o własnej podróży, bardzo barwnie napisana.

Na pewno ci, którzy znają choć trochę dzieła Malinowskiego, będą mieć więcej frajdy z „Seksu, betelu i czarów” (pierwotnie stało tu tylko pierwsze słowo z tytułu, ale nie brzmiało to jakoś specjalnie mądrze). Co nie znaczy, że prerekwizytem do lektury powinny być dzieła zebrane Bronisława M., wręcz przeciwnie. Czytajcie bez prerekwizytów, bo Wyspy Trobrianda to miejsce, które warto odwiedzić i dziś. Chociaż czytelniczo.

[tl;dr] Sto lat po słynnym antropologu. Seks, betel, czary – still applies. Warto!

PS. Ok, jedna mała prerekwizytowa sugestia. Bardzo zacny artykuł o Malinowskim, jego badaniach i jego dziennikach (a wyłonił się z nich zupełnie inny człowiek, niż można sądzić po oficjalnych pracach naukowych) – tu, na stronie National Geographic.
PPS. Wywiad z autorką i kilka zdjęć – tuże!

Mój ty herosie, czyli rzecz o Wölsungach

Zdarzyło mi się już nieraz rozpływać nad książkami Artura Szrejtera – stanowią wyważoną kombinację rzetelnie przedstawionych faktów historycznych i luźno-gawędziarskiego stylu narracji. Modelowy przykład literatury zwanej popularnonaukową. Po rajzie księcia Racibora (czyli bracia Słowianie dają po garach braciom Wikingom) oraz dziejach Słowian Połabskich (czyli wojenko wojenko) przyszedł czas na temat znacznie bliższy Malitowemu serduszku: temat superbohatersko-smoczy.

„Herosi mitów germańskich” to, jak głosi podtytuł, opowieść o Sigurdzie pogromcy smoka i innych Wölsungach (jeśli komuś dzwoni w głowie Zygfryd tudzież Nibelungowie, a w tle gra Wagner, to zdecydowanie dobry kierunek). Dokładniej: studium tego, jak opowieści o wielkich bohaterach zmieniały się pod wpływem rozmaitych przemian społecznych, politycznych, gospodarczych czy światopoglądowych.

Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.
Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.

Rzecz zaczyna się od samej sagi o Wölsungach, zbeletryzowanej przez Szrejtera – polecam czytać na głos, albo chociaż pod nosem, klimat prawie jak przy ognisku i opowieści bajarza. Potem następuje właściwe opracowanie sagi (rozbite na dwa tomy, dodajmy), w którym śledzimy historie konkretnych bohaterów, ich rozwój, rozplątujemy niejasności i sprzeczności, odkrywamy źródła takich czy innych rozwiązań fabularnych (zginął przez wodę/alkohol? Boska kara za wykroczenia na tle seksualnym!).
Mój ulubiony wątek rozważań to zdecydowanie mityczny proces grabieży. Otóż młodsi herosi „ograbiają” antenatów z walecznych czynów, czyli na przykład czyny Sigmunda z pierwotnej wersji opowieści w nowej wersji zostają przypisane Sigurdowi, synowi Sigmunda. Jak pisze Szrejter, wszystko dlatego, że „w legendzie ważniejsza od »prawdziwej« historii jest typowość czynu, a na drugi plan schodzi osoba, która go dokonała”*. Innymi słowy, wielkie dzieła Bardzo Dawnych Bohaterów transportuje się do biografii Bohaterów Nieco Nowszych – bliższych słuchaczom i bardziej dostosowanych do ich czasów. I jeśli Wam się wydaje, że są to herosi niepokalani, którzy ratują damy w opresji, nie kalają swojego honoru najmniejszą nawet przewiną, całują dzieci w czółka i nigdy nie przeklinają przy stole – niestety. Wölsungowa ekipa to dranie, mordercy, kazirodcy, dzieciobójcy, kłamcy… ale i tak ich kochamy.

Sigi, Wölsung, Sinfjötli (mój ulubieniec, ten to dopiero był szalony), Sigurd i inni zapisali się w sagach złotymi głoskami – czy raczej kapiącymi krwią. Szrejter analizuje tradycję skandynawską, niemiecką i anglosaską wymienionych opowieści, tropi pozostałości dawnych wierzeń, od olbrzymów po szamanów, pokazuje przemiany ideologiczne. Wszystko, jako się rzekło, podane w popularnonaukowym sosie, zarówno wizualnie (brak przypisów), jak i stylistycznie – to bardziej gawęda niż cokolwiek innego. Jedyna rzecz, która mi trochę zgrzytała, to ilość wtrętów splatających książkę w całość (mam na myśli zwroty w stylu „o tym pisałem w rozdziale trzecim”, „o tamtym będzie mowa przy okazji biografii Rerira”) – momentami było ich po prostu za dużo. Co nie zmienia faktu, że erudycyjno-dowcipno-luźny styl Szrejtera i jego podejście do tematu zasługują na oklaski.

[tl;dr] Artur Szrejter trzyma poziom. Wysoki. A ja czekam na tom drugi.

PS. Dziękując Autorowi za książkę – i za dedykację!

* A. Szrejter, Herosi mitów germańskich, wyd. Erica, Warszawa 2015, s. 133.

Dzieła zebrane #4

W czwartej odsłonie dzieł zebranych (przypominam: chodzi o krótkie refleksje nad tymi lekturami, które dobrze opisuje się w formie pigułkowej) dwa powroty, jeden antropologiczny, drugi starożytno-rzymski. Tak się składa, że obydwa powroty są pożyczone – więc od razu kieruję strumień dziękczynień do Magdy (vide Barley) oraz Bartka (zwanego Gordianusem).

Plaga gąsienicPrimo, niewinny antropolog powraca do Kamerunu, czyli Nigel Barley i jego „Plaga gąsienic”. Ów powrót obliczony jest na to, żeby Barley – który miał okazję spędzić ładnych parę miesięcy wśród Dowayów – mógł zaobserwować ceremonię obrzezania, arcyważny moment w życiu plemienia (pierwotnie chciałam napisać „wziąć udział”, ale niespecjalnie dobrze to brzmi w tym kontekście). Cała rzecz dzieje się raz na kilka lat i randomowemu badaczowi nie zawsze udaje się trafić w kalendarz. Czy tym razem się uda – o, to już zupełnie inna kwestia. Niemniej, raz jeszcze dostajemy opowieści interesujące i pisane z polotem. Może nie czyta się już tak świetnie, jak części numer jeden – efekt pierwszego wrażenia nieco przyblakł – ale wciąż jest zacnie. I coraz mocniej wiem, że wolę być badaczem terenowym w miejskiej dżungli.

„Zagadka Katyliny” Stephen SaylorSecundo, „Zagadka Katyliny” Stephena Saylora. Tu powrót uosabia Gordianius Poszukiwacz – choć zdawałoby się, że wiedzie życie ustatkowanego obywatela Rzymu i żadnych ekscesów nie widać na horyzoncie zdarzeń. Oto małżonka, trójka dzieci (w tym dwóch adoptowanych synów), piękne gospodarstwo na wsi, cisza, spokój… ech, właśnie nie do końca. Choć Gordianus stara się odciąć od rzymskiej polityki, to polityka (w pakiecie z intrygami, spiskami i walką o władzę) osobiście zastuka do jego drzwi. A wszystko przez Lucjusza Sergiusza Katylinę, jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtych czasów. Jego konflikt z Cyceronem stał się kanwą wielu dzieł (nie mówiąc o samych mowach Cycerona przeciwko Katylinie), a Saylor podsuwa ujęcie trochę… z innej strony. Nie będzie to moja ulubiona powieść z cyklu, ale dobrze znów było spotkać Gordianusa.

Z ogłoszeń parafialnych – skoro już mamy okazję: Malita czyta teraz nieco mniej, z braku czasu i z uwagi na brak dostępu do świeżych dostaw książek analogowych (tj. w papierku). Ale za to będzie okazja więcej korzystać z mego umiłowanego czytnika, a tam czają się rozmaite klasyki literatury (łącznie z Tołstojem, którego obiecuję sobie od lat). Bądźcie czujni!

Dzieła zebrane #2

Drugi oficjalny wpis z gatunku pigułek książkowych sponsoruje tych książek pożyczanie: od początku roku mam wyjątkowe szczęście zarówno do powieści wyniesionych z różnych bibliotek, jak i dzieł ofiarnie przyniesionych przez czytających krewnych i przyjaciół Królika. W tym momencie pora na podziękowania: za numer jeden bibliotece na Rajskiej (z jedną z najbardziej hipsterskich czytelni świata), za numer dwa Magdzie-Która-Ma-Wszystkie-Pratchetty (Oraz-Inne-Perełki), za numer trzy najlepszemu akademickiemu sidekickowi, czyli Annie K.
A otóż i rzeczone lektury.

„Bursztynowa luneta” Philip PullmanPrimo, ostatnia część „Mrocznych materii” Pullmana, czyli „Bursztynowa luneta” (trzeci artefakt do kolekcji!). Najbardziej… obrazoburcza z części (trudno się dziwić, kiedy chce się zabić Boga-Autorytet, to jednak może to budzić pewne kontrowersje), dla mnie również najmroczniejsza. I faktycznie, jedna scena chwyta za serducho bardzo mocno i konkretnie. Całość z gatunku „warto znać”, nie czuję się może wbita w fotel, ale czytało się zacnie.

Niewinny antropologSecundo, króciutki esej Nigela Barleya, który naiwnie zapragnął wyrwać się z okowów gabinetowej antropologii i wybrał się na Prawdziwe Badania Terenowe. Do Kamerunu. Na początku lat 80-tych. Tak, to wymagało dużej odwagi, ułańskiej fantazji… i sporej dawki humoru. Zwłaszcza tego ostatniego u Barleya dużo. Jego studia nad plemieniem Dowayów to dziś klasyka, tak samo „Niewinny antropolog”. Dowcip to tutaj pojęcie kluczowe, bo tylko to może uratować badacza w walce z kameruńską biurokracją (i kołomyjami z grantami na badania, jakie to swojskie), przeciekającym dachem chaty i utratą dwóch przednich zębów…

Uwaga na marginesie: esej Barleya woziłam w tramwaju, w domu czytając naukowe opracowanie z dziedziny pagan studies. O jakże się zabawnie (i ciut nieswojo) poczułam, gdy nagle autor tego drugiego zacytował tego pierwszego…

Batman apolloTertio, obiecany już jakiś czas temu „Batman Apollo”, czyli sequel „Empire V” Wiktora Pielewina. Rama Drugi, ongiś początkujący wampir, dziś podróżuje służbowo po otchłaniach-nibyzaświatach, romansuje z amerykańską wampirzycą Sophie i jednocześnie wiernie służy Wielkiej Myszy, czyli Isztar/Herze. Ale i tak niezmiennie wiecznie obrywa, że wie za mało i jaki to on niedomyślny, a jak chce wiedzieć więcej, to obrywa, że po co się tyle dopytuje. Wiecznie nieogarnięty, wiecznie nie na miejscu, a jednak pnie się po kolejnych szczebelkach hierarchii, osiągając nowe stopnie wampowtajemniczenia. W pakiecie Dracula, który wygląda jak Kriszna i prosi, by tytułować go per sadhu, tytułowy batman Apollo (skojarzenia z atmanem trafione) i prawdziwa racja bytu gier video. Skrzyżowanie „Incepcji” z „Raportem mniejszości”, a wszystko w oparach absurdu, satyry na współczesną Rosję i wybuchowej mieszanki różnych koncepcji filozoficznych.

A na razie wracam do Dużej Książki, czyli omni wydania „Ziemiomorza” Ursuli K. Le Guin. Och, jej!

„W kręgu tradycji dworu Heian” red. Iwona Kordzińska-Nawrocka

„W kręgu tradycji dworu Heian” red. Iwona Kordzińska-NawrockaZ gatunku: „zdejmuję z półki, bo mam już wyrzuty, że tak długo tam leży”. Swego czasu moja koleżanka dotrzegła tę oto książkę w przybytku zwanym „tanią książką” (nie chodźcie tam. Pieniądze same wychodzą z portmonetki). Przyszła na zajęcia i mówi: „Widziałyście? Ale widziałyście?!”. Poszłam zobaczyć. Nabyłam. Odłożyłam na lepszą chwilę… i oto przyszła.

O epoce Heian po polsku wciąż można przeczytać niewiele, choć to się powoli zmienia: w bibliotekach można odkopać „Świat Księcia Promienistego” Ivana Morrisa – to pozycja o tyleż klasyczna, co dość leciwa, liczy sobie czterdzieści lat bez mała. Jest też między innymi „Japońska miłość dworska” Iwony Kordzińskiej-Nawrockiej, można też sięgać do źródeł (dosłownie) i rzucić się na „Zapiski spod wezgłowia” Sei Shōnagon (polecam!).
Tutaj mamy zestaw artykułów w klimacie, a z różnych stron. Będzie zatem o przesławnym księciu Genjim jako o bohaterze literackim, a także o kulturowym wzorcu kobiecości, damach dworu, czyli nyōbo, i ich fryzurach, makijażu i szatach (jak to jest, że tekst o estetyce uczesania i makijażu podobał mi się najbardziej…). Poza tym: słów parę o sztuce epistolarnej (wznosimy na szczyty abstrakcji, czyli jak dobrać kolor mankietów szaty posłańca do tematu listu/wiersza i pory roku), peregrynacjach w tradycji dworskiej oraz ilustrowanych zwojach do „Opowieści o księciu Genjim” (aż żal, że ilustracji w książce niewiele). Zbiór zamykają artykuły okołodemoniczne: wizerunek demona w literaturze Heian i mono no ke (duch opętujący, głównie kobiety, warto dodać) w „Opowieści…”. W tym ostatnim przytoczono ciekawą tezę: otóż mono no ke miałoby być formą protestu przeciwko poligamii i męskiej dominacji w epoce. Gender jak nic!

Antologia ze wszech miar zgodna z Prawem Zbiorów Tekstów (głoszące, iż zbiór zawiera teksty lepsze i najlepsze). Kilku artykułom przydałaby bardziej wnikliwa korekta stylistyczna, a czasem i interpunkcyjna (przecinki, o matulo, gdzie są przecinki). Wydaje mi się tylko, że wartałoby poszerzyć wstęp o kilka wyjaśnień merytoryczno-historycznych, jak choćby od razu napisać o terrorze formy: co prawda to pojawia się pod koniec książki (w rozdziale o sztuce epistolarnej), ale myślę, że dobrze by było od tego zacząć. Mam też mieszane uczucia co do braku kanji w samych artykułach. Wykaz niektórych terminów w japońskim zapisie ideograficznym znajduje się na samym końcu książki (i odkryłam go dość późno, klasyka) i mnie szczerze mówiąc brakowało odnośników w samym tekście. Ale z drugiej strony, terminów japońskich pojawia się olbrzymia ilość, więc domyślam się, że ciężko byłoby każde słówko opatrzać kanji w nawiasie. Tak sygnalizuję wahanie.

Niemniej, mimo wahania, całość przyzwoita. Można się rzucać.

„Na szczęście to Żyd. Polskie figurki Żydów” Erica Lehrer

"Na szczęście to Żyd: Polskie figurki Żydów" Erica LehrerKażde krakowskie dziecko ma kilka obligów do wypełnienia: wśród obowiązkowe zdjęcie podczas karmienia gołębi (dotyczy też dzieci przyjezdnych, gołębie nie zwracają uwagi na proweniencję karmicieli) oraz wizyta na największym odpuście w mieście – Emausie – w wielkanocny poniedziałek. Odpust, jak to odpust, obfituje w kicz stosowany, od pokracznych plastikowych samochodzików, przez lalki i piernikowe serducha, po ozdoby do włosów, peruki i różnorakie figurki. W tym – figurki Żydów. Na szczęście.

Koło tych bardzo prześlicznych drobiazgów z Emausu – na odpuście bywam od zarania dziejów, rokrocznie a namiętnie – przechodziłam bezrefleksyjnie, ba, niektórych nawet nie zauważałam. Kiedyś poproszono mnie o nabycie stosownej figurki Żyda, a ja nie wiedziałam, że można się w nie zaopatrzyć, gdzieś między strzelnicą, watą cukrową a balonikami na hel. W końcu nabyłam dwie – jedną z pieniążkiem, a drugą bez. Obdarowany był zachwycony i do dziś trzyma je na biurku.

Żyd z pieniążkiem.

Antropolożka Erica Lehrer już we wstępie pisze, że tych figurek – z pieniążkiem, z fragmentem Tory, ze skrzypkami, kiwających się, z drewna, z modeliny – dziś jest w Polsce więcej niż samych Żydów. Ba, „większość mieszkańców Polski nigdy nie spotkała Żyda”*. Kiedyś barwne, rzeźbione postaci Żydów były częścią bożonarodzeniowych szopek i innych chrześcijańskich przedstawień okołoteatralnych (herody, jasełka i inne). Po Zagładzie pojawiły się znów, tym razem jako wytwór sztuki ludowej (cepelia, wiadomo). Od niedawna funkcjonują w formie Żyda na szczęście – figurynki wyposażonej w błyszczący grosik, czasem z inskrypcją w stylu „kto ma w domu Żyda, temu nie grozi bida”. Urody raczej wątpliwej, mają przynosić bogactwo, szczęście i ogólną prosperity w firmie, domu i zagrodzie.

Bańka na choinkę: jest nawet menora.

„W odbywanych w ciągu dwóch ostatnich dziesięcioleci podróży po Polsce figurki stale mi towarzyszyły”**, mówi Lehrer. Zadziwiła ją ich różnorodność i skrajne reakcje, jakie wywołują. Od słowa do słowa, od figurki do figurki, powstała wystawa „Pamiątka, Zabawka, Talizman”, można ją było zobaczyć w krakowskim Muzeum Etnograficznym w zeszłym roku (dokładniej, 25 czerwca – 14 lipca, współorganizował ją Festiwal Kultury Żydowskiej). Sama publikacja to coś na kształt albumowo-esejowej wersji rzeczonej wystawy, z dużą ilością zdjęć figurek, ale i z krótkimi refleksjami naukowymi: antropologicznymi, psychologicznymi, etnologicznymi.

Najbardziej zafrapował mnie w tym wszystkim ogrom treści, jakie można wyciągnąć z takiej figurki. Dla niektórych jest niezbitym dowodem na silne poczucie antysemityzmu w Polsce, inni widzą ją jako wstrętny stereotyp, jeszcze inni jako zabawną ozdobę. Od wstydu po zachwyt – pełne spektrum. Przyczynek do całej dyskusji stanowią przedrukowane wpisy odwiedzających wystawę: zdarzył się nawet list do Ministra Turystyki od Żydówki z Izraela, sugerującą zakaz sprzedaży figurynek. Więcej wpisów i przemyśleń można znaleźć na stronie powystawowej, tam również przebogata galeria.

Nie będzie celnej pointy na koniec, pozostawiam Wam do przemyślenia osobistego. Jest czy nie jest taka figurka antysemicka? Jest czy nie jest zabawnym amuletem, przynoszączym pomyślność finansową?

Odpowiedź jest równie ważna jak namysł nad nią.

PS. Za książkę dziękuję korporacji ha!art.
PPS. Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Żyd na szczęście.

* Erica Lehrer, Na szczęście to Żyd. Polskie figurki Żydów, korporacja ha!art 2014, s. 12.
** Tamże, s. 12.

„Zapiski spod wezgłowia” Sei Shōnagon

"Zapiski spod wezgłowia" Sei ShōnagonDziś mamy blogi. Twittery. Instagramy. Tumblry i inne bajery. A dawno, dawno temu, w pięknej Japonii czasów Heian (w tym konkretnym wypadku, sama końcówka XI wieku), był tylko papier. I  tusz. I pędzelek. I wezgłowie (zwane też poduszką), pod którym upychało się pilnie zapisane strony. No, może nie dosłownie, ale wiecie, o co chodzi. Panie, panowie, oto blogerka sprzed tysiąca lat: Sei Shōnagon.

Czemu blogerka? Zacznijmy od nicku. Każda szanująca się blogerka wszakże nick posiada, mniej lub bardziej oczywisty. Nikt właściwie nie wie, jak naprawdę nazywała się autorka „Zapisków” – „Sei” to w uproszczeniu jedno z czytań rodowego nazwiska ojca rzeczonej damy, a„Shōnagon” to bowiem odwołanie do jego dworskiej rangi (a wierzajcie mi, system rang czasów Heian jest bardziej skomplikowany niż sekwencjonowanie DNA). Szlachetne panie z epoki często tytułowano właśnie takim nawiązaniem do nazwiska ojca czy pozycji na dworze innego męskiego członka rodziny. Jest nick? Jest.

Shōnagon była damą dworu cesarzowej Teishi przez siedem lat i mimo niezbyt prominentnego rodowodu stała się jej ulubienicą – także dzięki swoim słynnym zapiskom. A co wchodzi w skład bloga pisanego pędzlem? Wszystko. Serio. Shōnagon dysponuje szerokim wachlarzem (nomen omen!) tematycznym: do legendy przeszły choćby jej listy, katalogi rozmaitych rzeczy. Wylicza na przykład szczyty górskie („szczyty, które wydają mi się najbardziej interesujące, to: Tsuruhano, Amida i Iyataka”[1]), ale też rzeczy, które wyglądają czysto („Gliniana czarka. Nowy czajnik z metalu. Słomiana mata”[2]). Skrzętnie notuje poematy, opisuje różne wydarzenia z życia dworu, między wierszami przemyca historie swoich własnych romansów (słynęła ze sporej ilości kochanków). Jak prawdziwy arbiter elegantiarum (i współczesny bloger, come to that), dzieli się swoją opinią na każdy temat, okraszając ją dawką samokrytyki:

„Kaznodzieja powinien być przystojny. Żeby właściwie zrozumieć kazanie, należy patrzeć na mówiącego, aby nie zapomnieć o słuchaniu. Tak więc brzydki kaznodzieja może być przyczyną grzechu… Hm, chyba muszę wreszcie przestać pisać takie bzdury. Gdybym była młodsza, mogłabym sobie pozwolić na pisanie głupstw, ale w moim wieku [jakieś 30 lat – JM] powinnam być bardziej poważna” [3]

Jest blogerstwo ogólne? A jakże. Q.E.D.

Żarty na bok – „Zapiski spod wezgłowia” Sei Shōnagon to klasyka klasyk, doskonały przykład zuihitsu, czyli luźnych notatek na tematy wszelakie. Znałam już część, ale w tłumaczeniu angielskim, zacnie było zatem poznać całość po polsku. Szczególnie cenna w takich opracowaniach jest odpowiednia redakcja i opatrzenie przekładu odpowiednią ilością przypisów tłumaczących – bez nich często można źle zrozumieć (albo kompletnie nie zrozumieć) poszczególne anegdoty, riposty, poematy, dowcipy. Mnie akurat tylko przeszkadzało, że przypisy znajdują się na końcu książki, zamiast u dołu strony, ale to kwestia gustu. Całokształt – jako źródło wiedzy o życiu codzienny arystokracji Heian i ubawu przy czytaniu kolejnych list damy S. – naprawdę zacny.

Aha, i tylko w Japonii osobista kotka cesarza mogła mieć piątą rangę dworską.
Co dowodzi dwóch rzeczy:
a.) że to naprawdę zakręcony kraj
b.) że znają się na rzeczy mimo wszystko.

Q.E.D. Znów.

[1] Sei Shōnagon, Zapiski spod wezgłowia, przeł. Agnieszka Heuchert, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2014, s. 24.
[2] Tamże, s. 196.
[3] Tamże, s. 50.

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator

„Rekin z parku Yoyogi” Joanna BatorMiędzynarodowy Dzień Książki Anno Domini 2014. Siedzę sobie spokojnie i otóż otrzymuję sms o treści: „Jest jakaś książka, którą chciałabyś dostać? Bo jestem w księgarni”. Cóż, nie jest to pytanie, które powinno się zadawać Malicie w liczbie pojedynczej (wszak tych książek jest milijon nad milijony), niemniej akurat się nie wahałam – i tak oto „Rekin z parku Yoyogi” trafił w me łapki.

O moich zachwytach nad prozą Bator już sporo na tym blogu było. Nie ma co ukrywać, Autorka ze wszech miar fascynuje, nie tylko jako pisarka i twórczyni niesamowitej rzeczywistości polsko-niepolskiej, ale jako osoba sama w sobie. A „Rekin w parku Yoyogi” to wcale nie jest książka o Japonii. To jest książka o Joannie Bator w Japonii i okolicach (bardzo świetnie  to podsumowała Ekruda).

Rzecz podzielona jest na trzy części, trzy ścieżki: od japońskich niesamowitości i filozoficznego dziwowania się nad światem, przez alegorie pełne nawiązań i porównań (tekst o Godzilli – majstersztyk!), aż po Foucaltowskie heterotopie – miejsca dziwne, krzywe, niesamowite – czyli mini-studium subkultury otaku. Wszystkie eseje, bardzo krótkie, to raczej osobiste impresje na temat. Nie antropologiczne wywody, nie naukowe opracowania, nie publicystyczne teksty. Bator lawiruje między swoimi wspomnieniami z Japonii i z kraju, nawiązaniami filozoficznymi i rozmaitymi cytatami z popkultury. Całość okraszona ilustracjami Trusta i krótkim komiksem – ha, mangą! – Julii Yamato.

Mogłabym o tej książce pisać bardzo długo – na przykład rozpływać się w zachwycie, że dzięki „Rekinowi” wreszcie zrozumiałam, o co chodziło Baudrillardowi – ale raczej nie ma sensu. To trzeba przeczytać osobiście, zastanowić się, przemyśleć. Najlepiej znając już inne Batorowe dzieła, wtedy ogląd będzie pełniejszy. Co i Wam zalecam.

PS. Tu jest moment na oficjalne dzię-ku-ję! (dla Majestatu, ofiarodawcy).
PPS. A tu audiowizualnie, czyli wywiad na temat (sam wywiad uważam za dość… banalny, jeśli chodzi o prowadzących, ale celem podziwiania Autorki będzie w sam raz).

„W łożnicach królów” Juliette Benzoni

„W łożnicach królów” Juliette BenzoniPopularnonaukowe opracowania historyczne z lekką nutką pikanterii to dla mnie lektura wielce wyśmienita (wystarczy wspomnieć „Życie seksualne królów Polski” czy „Najstarszy zawód świata”). Różne smaczki dawnych dziejów zawsze w cenie, a już zwłaszcza dworskie historie. Ileż afer, intryg, romansów… mniam mniam. Gdy zatem w me łapki trafiła książka Juliette Benzoni, od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę.

Koncept jest prosty a genialny: Benzoni przedstawia noce poślubne rozmaitych władców, przede wszystkich francuskich – wszak Autorka jest Francuzką – ale do przeglądu załapie się też Henryk VIII Tudor (i Anna Kliwijska), Aleksander Macedoński oraz Cezar Borgia. Będą również boskie noce: Zeus, Amon, Oktawian August, a nawet młodziutki cesarz Bizancjum, Konstantyn VI. Wszystkie opowieści pogrupowano zgodnie z charakterem królewskich nocy: są takie pełne rezygnacji, powściągliwe, pełne entuzjazmu, ale i dramatyczne. Niektóre mariaże, układane na siłę z uwagi na rację stanu, kończyły się prawdziwym fiaskiem w łożnicy, inne z kolei okazywały się nadspodziewanie dobrze dobrane, jeszcze inne nie mogły zostać skonsumowane z powodu… nadmiernej kontroli teściowych (sic!).

Juliette Benzoni ze swadą i lekkością snuje królewskie historie, cytując kronikarzy i wczuwając się w sytuację królewskich państwo młodych (a czasem mocno podstarzałych). Będą też akcenty polskie – jak noc poślubna Ludwika XV, króla Francji, i ślicznej jak obrazek Marii Leszczyńskiej, córki eks-króla Polski Stanisława (i to jak raz była i udana noc, i początkowo całkiem udane małżeństwo).

Mam tylko jeden zarzut, nie do treści, a do układu książki – noce uszeregowano tematycznie, niemniej kolejność chronologiczna wydaje mi się łatwiejsza do ogarnięcia i bardziej naturalna. Ale to drobiazg zaledwie, nie przeszkadza zanadto w odbiorze. Miłośnicy dworskich opowieści wszelkiej maści – jak Malita – powinni być usatysfakcjonowani.

PS. A książka to prezent od Węża Jadwigi, to jest naprawdę dobra kobieta! Dzięki raz jeszcze ^^

„Stan zdumienia” Ann Patchett

„Stan zdumienia” Ann PatchettAnn Patchett znam już z poruszającej powieści „Belcanto” (patrz: skomplikowane relacje między terrorystami a zakładnikami w okupowanej rezydencji na odludziu), a że „Stan zdumienia” zachwalano mi wszem i wobec, byłam więcej niż zaintrygowana.

Wkraczamy zatem w świat amazońskiej dżungli – a wszystko za sprawą badań naukowych, które w dorzeczu Amazonki prowadzi legendarna doktor Annick Swenson. Nie sposób jednak się z nią skontaktować: listy idą tygodniami, o ile w ogóle docierają, a o łączności telefonicznej nie ma nawet co marzyć. Więcej, Anders Eckman, pracownik koncernu farmaceutycznego, który jedzie na miejsce, by osobiście sprawdzić stań badań, umiera wskutek gorączki. Jego śmierć (i znów, stań badań) ma wyjaśnić Marina Singh, dawna studentka doktor Swenson i koleżanka Andersa. I tak Marina rozpoczyna podróż z zaśnieżonej Minnesoty do Brazylii, a potem rwącą rzeką w niemal dziewiczy głąb dżungli. Czeka ją nie tylko wieść o wstrząsających wynikach eksperymentów, ale i konfrontacja z lękami z przeszłości…

Brzmi lekko sensacyjnie, i słusznie, ale nie to w „Stanie zdumienia” jest najważniejsze. „Time Magazine”* określił powieść jako „współczesną, kobiecą wersję Jądra Ciemności” i naprawdę trudno o lepsze podsumowanie. Może nie jest to rzecz tak mroczna, ale echa Conradowego klimatu są wyraźnie odczuwalne. Albo inaczej: co by było, gdyby Bronisław Malinowski był ginekolożką i ruszył do Brazylii, zamiast na Trobriandy… posmak thrillera, szczypta antropologii, garść refleksji nad ingerencją w różne autochtoniczne społeczności tworzą frapującą mieszankę. Może nie była to najbardziej porywająca lektura tych wakacji, ale „Stan zdumienia” zdumiewa. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

PS. “Z półki”, edycja 2013′.

*cytat z okładki, za: Ann Patchett, Stan zdumienia, przeł. Anna Gralak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.