W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów

Należę do tego grona zwiedzaczy świata, którzy bardzo lubią chodzić do muzeów – więc z reguły podczas podróży muszę się udać na jakąś wystawę. Szczególnie zaś lubię chodzić do muzeów związanych z życiem codziennym: zwiedzać dawne rezydencje, przechadzać się po skansenach i tym podobne. Niebagatelną rolę w tym zwiedzaniu pełnią stroje (pamiętacie lamenty o czepku z czasów Jane Austen?) – nie na darmo w dzieciństwie zaczytywałam się takim książkami, jak Continue reading „W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów”

Ach, ci wikingowie…

zdjęcie Moce wikingów. Światy i zaświaty wczesnośredniowiecznych SkandynawówEuropa barbarzyńców – brzmi dumnie, prawda? Popularnonaukowa seria pod tym tytułem, wydawana przez Instytut Wydawniczy Erica, kreśli heroiczne dzieje ludów i początki powstawania państw, które dały nam Europę w dzisiejszym kształcie. Nieraz już mi się zdarzało do serii zaglądać – głównie dzięki bardzo zacnym dziełom Artura Szrejtera – a tym razem czeka nas wyprawa do epoki wikingów, wyprawy śladami niezwykłych przedmiotów i grobowców, z których każdy skrywa fascynującą opowieść: „Moce Wikingów” Continue reading „Ach, ci wikingowie…”

Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora

https://www.penguin.co.uk/content/dam/catalogue/pim/editions/43/9780241973714/cover.jpg.rendition.460.707.pngPo ostatnich raczej mało entuzjastycznych wpisach nareszcie książka, którą jestem zachwycona bez reszty. Co prawda nie powieść, co prawda po angielsku, ale jest naprawdę znakomita. Otóż będąc niedawno w Anglii, zaliczyłam rajd po księgarniach i obłowiłam się naukowo i hobbystycznie (częścią łupów już się zresztą chwaliłam!). Na pierwszy ogień do czytania poszła urocza książeczka, zatytułowana „How to be a Tudor” pióra brytyjskiej pani historyk, Ruth Goodman. Goodman zna się na rzeczy jak mało kto Continue reading „Dzień z życia Tudora, od rana do wieczora”

Sigurd smoka pogromił, Szrejter to wszystko opisał

Smoki – są. Bohaterowie pierwszej klasy – są. Sagi – są. Nauka dla ludzi – też. Czyli co? A raczej: kto? Artur Szrejter… i Sigurd!

Tom drugi opowieści o herosach mitów germańskich, zaopatrzony w podtytuł „Sigurd bohater Północy” to kolejna część cyklu o wierzeniach dawnych Germanów. Dumny pochód olbrzymów, bogów, potworów i ich pogromców rozciąga się już od kilku książek – nie mogło w nim zabraknąć popularnonaukowego opracowania jednej z najsłynniejszych historii: historii Sigurda, który pokonał smoka i zyskał dzięki temu sławę, bogactwo… oraz przekleństwo.  Nazywany Fafnisbani, tj. „zabójca Fafnira”, Sigurd z rodu Wölsungów już od V wieku gości w wyobraźni słuchaczy i opowiadaczy, podobnie jak jego starcie ze smokiem, miłosne (i polityczne) perypetie z waleczną Brynhild oraz piękną Gudrun. Przynajmniej w tradycji skandynawskiej (vide choćby „Edda poetycka”, ale nie tylko), bo wersja niemiecka („Pieśń o Nibelungach”, to o to chodzi) mocno różni się od północnych opowieści.

Tak się pięknie prezentują na półce!
Tak się pięknie prezentują na półce!

Sigurd przeszedł długą ścieżkę, od bohatera mitycznego aż po postać rodem z ludowych baśni, a co nowa wersja, to nowe znaczenia. Szrejter raz jeszcze pokazuje, jak składano wiele różnych wersji opowieści – wielokrotnie sprzecznych ze sobą – w jedną mniej lub bardziej spójną całość. Zmiany społeczne, kulturowe i religijne od V do XIII wieku miały czynny wpływ na kształtowanie naszego bohatera: pogromca Fafnira mityczną karierę rozpoczynał prawdopodobnie jako lokalny bohater związany z etosem szamańskim, by później przeistoczyć się w ideał wolnego wojownika, a na koniec podporządkować silnej władzy królewskiej. Tak przynajmniej było w tradycji skandynawskiej, bo „Pieśń o Nibelungach” pokazuje zupełnie inny obraz. Otóż niemiecką wizję Sifrida sponsoruje jasne i wyraźne rozgraniczenie na my/oni, a dokładniej, hasło „u nas, dobrych Niemców, nie ma żadnych smoków i innego podejrzanego tałatajstwa”. Wpływy romansu dworskiego i mentalności chrześcijańskiej zredukowały zabicie potwora i zdobycie skarbu do kilku zwrotek. Biedny smok.

„Sigurd bohater Północy” stanowi dopełnienie tomu pierwszego „Sigurd Pogromca Smoka i inni Wölsungowie”. Zawiera analizę dziejów Sigurda/Sifrida właśnie (ostatniego herosa z rodu Wölsungów) oraz autorskie tłumaczenie całej sagi z całym multum przypisów, taki odpowiednik de luxe zbeletryzowanej wersji, otwierającej tom pierwszy. Szrejter proponuje kilka ścieżek czytania obydwu książek: na przykład zacząć od rzeczonego tłumaczenia, pogłębić wiedzę opracowaniem, a wersję zbeletryzowaną zostawić na deser. Ja czytałam w kolejności chronologicznej, tj. jak się kartki układały, i to też jest bardzo zacny sposób.

Ze Szrejterowych opracowań najbardziej lubię właśnie te mitoznawczo-kulturoznawcze (bom z tej dziedziny najstaranniej kształcona), ale niezależnie od tematu, imponuje mi erudycja Autora, ogrom zaplecza źródłowego (i nie mówię tu tylko o tekstach pisanych, ale choćby i o wykopaliskach), jak również umiejętność podania rzeczy w popularnonaukowym sosie. To wszystko składa się na solidną księgę (jakby powiedziała to moja znajoma ekspertka od wikingów i broni każdej, „solidną knigę”), która spodoba się i miłośnikom sag tudzież germańskich wierzeń, i tym zainteresowanym przemianami mitu, i miłośnikom smoków. Czyli mnie.

PS. Stosowne skrzynie podziękowań (ale bez klątw, jakimi bywają obciążone skarby), posyłam wydawnictwu Erica oraz samemu Autorowi za dedykację!

Seks, betel i czary – Wyspy Trobrianda sto lat po Malinowskim

Kiedy dawno, dawno temu natknęłam się na tę książkę w księgarni, zachłysnęłam się genialnością tego pomysłu – pojechać na Trobriandy śladami Malinowskiego, ach, to lepiej niż płynąć do Indii śladem Kolumba! Natychmiast odżyły mi w głowie wszystkie te stronice o ogrodach koralowych, wymianie kula i magii na drugim końcu świata, przeczytane na pierwszym roku w ramach poznawania podstaw antropologii. Bo wiecie, moi drodzy, jak Słowackim wielkim poetą był, tak Bronisław Malinowski wielki antropologiem był. Ba, ojcem antropologii terenowej! Ów drobny badacz w okularach wstał zza biurka i ruszył w teren. Dosłownie. Sto lat temu, przez łącznie prawie dwa lata, mieszkał wśród Kiriwińczyków na Trobriandach (dziś: Papua-Nowa Gwinea). Chodził, pytał (w tambylczym języku), fotografował, starał się być jak najbardziej obiektywny, zbierał legendy i opowieści, dokumentował obrzędy i rytuały. Po czym opublikował swoje badania w kilku pracach, wykazując przy tym zmysł marketingowo-reklamowy: jedną z nich zatytułował „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”.

Do tej pracy bezpośrednio nawiązuje Aleksandra Gumowska w podtytule swojego reportażu: „Życie seksualnej dzikich sto lat później”. Sam podtytuł, wraz z trzema tytułowymi słowami (seks, betel i czary – znów wracamy do zmysłu marketingowo-reklamowego), doskonale oddaje zawartość tej książki. Autorka dwukrotnie odwiedziła Kiriwinę, w tym wieś Omarakana, gdzie sto lat wcześniej badał terenowo Malinowski i jakby wskoczyła w jego czarno-białe zdjęcia: bo niby zmieniło się wszystko, a właściwie nie zmieniło się nic.

Malinowski wśród Trobriandczyków, 1918 rok

Aleksandra Gumowska, reporterka i dziennikarka, zdążyła zwiedzić kawał świata, zanim wybrała się na Trobriandy (łodzią z głównej wyspy Papui-Nowej Gwinei, dodajmy, nie poleca). Tam, bardzo gościnnie przyjęta przez wodza Omarakany, zamieszkała w chacie z liści i otrzymała stosowne imię. „Krewna Malinowskiego”, szeptali autochtoni, którzy doskonale wiedzą, kim był polski antropolog. Autorka podąża jego śladami nieustannie, zwiedzając Kiriwinę i sąsiednie wyspy, poszukując podobieństw do czasów Malinowskiego i odkrywając ten niezwykły świat. Świat bez prądu i kanalizacji, bez telefonu i bez wychodków. Gdzie swoboda obyczajowa wśród młodzieży wciąż dorównuje legendzie, ukutej przez Malinowskiego. Gdzie wciąż działają czarownicy (za odpowiednią opłatą rzucą zaklęcie na wrogą osobę), a czarownice – zwane mulukwausi – mogą przybrać postać kogoś bliskiego. Skądinąd, Malinowski miał cudowny sposób na nocne wiedźm odstraszanie, Wagnerowsko-wulgarny, strona 161 dla chętnych.

Sielska Wyspa Miłości, bo tak czasem określana jest Kiriwina, ma jednak swoje ciemne strony i autorka nie waha się pokazać ich palcem – od AIDS, przez nieudolność opieszałych urzędników, po upadek władzy wodzowskiej, dotychczas spajającej wszystko w jeden stabilny organizm. Tak, Zachód zawitał na Trobriandy i wcale nie pomaga tambylcom. Jak gorzko zauważa siostra Valentina, zakonnica mieszkająca na Kiriwinie, Zachód przynosi zmianę, nie rozwój: „Rozwój to coś, co wzrasta powoli, ale pozostaje. Tutaj jest raz lepiej, raz gorzej. To zmiany – nagłe i krótkotrwałe”.

https://i1.wp.com/ocdn.eu/images/pulscms/Mzk7MDQsMCw3NCw0NTAsMjZkOzA2LDMxNCwxYmM7MGMsMTQwYjFjZmU3ZjBhYzUyZWRjMDEwZDcwOTc4ZTg0YmUsMSwxLDYsMA__/a1dad0eeed70e81e8032f5406d6ee25d.jpg
Tak się tańczy kasawagę tomanabweta, czyli taniec zwany przystojnym. Fot.Aleksandra Gumowska

Jak wiecie, nie jestem reportażowa, ale tutaj nie szczędzę zachwytów. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Malinowskiego mam duży sentyment: on wywodził się z Krakowa i zahaczył o moją Alma Mater, a ja z rozrzewnieniem wspominam pierwszy semestr na kulturoznawstwie, kiedy pracowicie wkuwaliśmy schemat rytualnej wymiany kula (do dziś pamiętam, że „raz w kula, zawsze w kula”, że naszyjniki z czerwonej muszli krążą po wyspach zgodnie ze wskazówkami zegara, a naramienniki z muszli białej odwrotnie). Ergo miło było wrócić do tych opowieści i poczytać coś na kształt ciągu dalszego. Po drugie, Aleksandra Gumowska zapewnia kolory opowieściom i fotografiom słynnego antropologa – dosłownie i w przenośni, bo w książce znajdziemy zestawienia zdjęć „dawniej i dziś”. To jak tchnięcie nowego życia w dawne dzieje, fascynująca wyprawa do przeszłości i teraźniejszości jednocześnie. Czasem zabawna, czasem przykra, czasem przerażająca. Nie jest to li i jedynie jednak analiza porównawcza, ale żywa opowieść o własnej podróży, bardzo barwnie napisana.

Na pewno ci, którzy znają choć trochę dzieła Malinowskiego, będą mieć więcej frajdy z „Seksu, betelu i czarów” (pierwotnie stało tu tylko pierwsze słowo z tytułu, ale nie brzmiało to jakoś specjalnie mądrze). Co nie znaczy, że prerekwizytem do lektury powinny być dzieła zebrane Bronisława M., wręcz przeciwnie. Czytajcie bez prerekwizytów, bo Wyspy Trobrianda to miejsce, które warto odwiedzić i dziś. Chociaż czytelniczo.

[tl;dr] Sto lat po słynnym antropologu. Seks, betel, czary – still applies. Warto!

PS. Ok, jedna mała prerekwizytowa sugestia. Bardzo zacny artykuł o Malinowskim, jego badaniach i jego dziennikach (a wyłonił się z nich zupełnie inny człowiek, niż można sądzić po oficjalnych pracach naukowych) – tu, na stronie National Geographic.
PPS. Wywiad z autorką i kilka zdjęć – tuże!

Mój ty herosie, czyli rzecz o Wölsungach

Zdarzyło mi się już nieraz rozpływać nad książkami Artura Szrejtera – stanowią wyważoną kombinację rzetelnie przedstawionych faktów historycznych i luźno-gawędziarskiego stylu narracji. Modelowy przykład literatury zwanej popularnonaukową. Po rajzie księcia Racibora (czyli bracia Słowianie dają po garach braciom Wikingom) oraz dziejach Słowian Połabskich (czyli wojenko wojenko) przyszedł czas na temat znacznie bliższy Malitowemu serduszku: temat superbohatersko-smoczy.

„Herosi mitów germańskich” to, jak głosi podtytuł, opowieść o Sigurdzie pogromcy smoka i innych Wölsungach (jeśli komuś dzwoni w głowie Zygfryd tudzież Nibelungowie, a w tle gra Wagner, to zdecydowanie dobry kierunek). Dokładniej: studium tego, jak opowieści o wielkich bohaterach zmieniały się pod wpływem rozmaitych przemian społecznych, politycznych, gospodarczych czy światopoglądowych.

Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.
Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.

Rzecz zaczyna się od samej sagi o Wölsungach, zbeletryzowanej przez Szrejtera – polecam czytać na głos, albo chociaż pod nosem, klimat prawie jak przy ognisku i opowieści bajarza. Potem następuje właściwe opracowanie sagi (rozbite na dwa tomy, dodajmy), w którym śledzimy historie konkretnych bohaterów, ich rozwój, rozplątujemy niejasności i sprzeczności, odkrywamy źródła takich czy innych rozwiązań fabularnych (zginął przez wodę/alkohol? Boska kara za wykroczenia na tle seksualnym!).
Mój ulubiony wątek rozważań to zdecydowanie mityczny proces grabieży. Otóż młodsi herosi „ograbiają” antenatów z walecznych czynów, czyli na przykład czyny Sigmunda z pierwotnej wersji opowieści w nowej wersji zostają przypisane Sigurdowi, synowi Sigmunda. Jak pisze Szrejter, wszystko dlatego, że „w legendzie ważniejsza od »prawdziwej« historii jest typowość czynu, a na drugi plan schodzi osoba, która go dokonała”*. Innymi słowy, wielkie dzieła Bardzo Dawnych Bohaterów transportuje się do biografii Bohaterów Nieco Nowszych – bliższych słuchaczom i bardziej dostosowanych do ich czasów. I jeśli Wam się wydaje, że są to herosi niepokalani, którzy ratują damy w opresji, nie kalają swojego honoru najmniejszą nawet przewiną, całują dzieci w czółka i nigdy nie przeklinają przy stole – niestety. Wölsungowa ekipa to dranie, mordercy, kazirodcy, dzieciobójcy, kłamcy… ale i tak ich kochamy.

Sigi, Wölsung, Sinfjötli (mój ulubieniec, ten to dopiero był szalony), Sigurd i inni zapisali się w sagach złotymi głoskami – czy raczej kapiącymi krwią. Szrejter analizuje tradycję skandynawską, niemiecką i anglosaską wymienionych opowieści, tropi pozostałości dawnych wierzeń, od olbrzymów po szamanów, pokazuje przemiany ideologiczne. Wszystko, jako się rzekło, podane w popularnonaukowym sosie, zarówno wizualnie (brak przypisów), jak i stylistycznie – to bardziej gawęda niż cokolwiek innego. Jedyna rzecz, która mi trochę zgrzytała, to ilość wtrętów splatających książkę w całość (mam na myśli zwroty w stylu „o tym pisałem w rozdziale trzecim”, „o tamtym będzie mowa przy okazji biografii Rerira”) – momentami było ich po prostu za dużo. Co nie zmienia faktu, że erudycyjno-dowcipno-luźny styl Szrejtera i jego podejście do tematu zasługują na oklaski.

[tl;dr] Artur Szrejter trzyma poziom. Wysoki. A ja czekam na tom drugi.

PS. Dziękując Autorowi za książkę – i za dedykację!

* A. Szrejter, Herosi mitów germańskich, wyd. Erica, Warszawa 2015, s. 133.

Dzieła zebrane #4

W czwartej odsłonie dzieł zebranych (przypominam: chodzi o krótkie refleksje nad tymi lekturami, które dobrze opisuje się w formie pigułkowej) dwa powroty, jeden antropologiczny, drugi starożytno-rzymski. Tak się składa, że obydwa powroty są pożyczone – więc od razu kieruję strumień dziękczynień do Magdy (vide Barley) oraz Bartka (zwanego Gordianusem).

Plaga gąsienicPrimo, niewinny antropolog powraca do Kamerunu, czyli Nigel Barley i jego „Plaga gąsienic”. Ów powrót obliczony jest na to, żeby Barley – który miał okazję spędzić ładnych parę miesięcy wśród Dowayów – mógł zaobserwować ceremonię obrzezania, arcyważny moment w życiu plemienia (pierwotnie chciałam napisać „wziąć udział”, ale niespecjalnie dobrze to brzmi w tym kontekście). Cała rzecz dzieje się raz na kilka lat i randomowemu badaczowi nie zawsze udaje się trafić w kalendarz. Czy tym razem się uda – o, to już zupełnie inna kwestia. Niemniej, raz jeszcze dostajemy opowieści interesujące i pisane z polotem. Może nie czyta się już tak świetnie, jak części numer jeden – efekt pierwszego wrażenia nieco przyblakł – ale wciąż jest zacnie. I coraz mocniej wiem, że wolę być badaczem terenowym w miejskiej dżungli.

„Zagadka Katyliny” Stephen SaylorSecundo, „Zagadka Katyliny” Stephena Saylora. Tu powrót uosabia Gordianius Poszukiwacz – choć zdawałoby się, że wiedzie życie ustatkowanego obywatela Rzymu i żadnych ekscesów nie widać na horyzoncie zdarzeń. Oto małżonka, trójka dzieci (w tym dwóch adoptowanych synów), piękne gospodarstwo na wsi, cisza, spokój… ech, właśnie nie do końca. Choć Gordianus stara się odciąć od rzymskiej polityki, to polityka (w pakiecie z intrygami, spiskami i walką o władzę) osobiście zastuka do jego drzwi. A wszystko przez Lucjusza Sergiusza Katylinę, jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtych czasów. Jego konflikt z Cyceronem stał się kanwą wielu dzieł (nie mówiąc o samych mowach Cycerona przeciwko Katylinie), a Saylor podsuwa ujęcie trochę… z innej strony. Nie będzie to moja ulubiona powieść z cyklu, ale dobrze znów było spotkać Gordianusa.

Z ogłoszeń parafialnych – skoro już mamy okazję: Malita czyta teraz nieco mniej, z braku czasu i z uwagi na brak dostępu do świeżych dostaw książek analogowych (tj. w papierku). Ale za to będzie okazja więcej korzystać z mego umiłowanego czytnika, a tam czają się rozmaite klasyki literatury (łącznie z Tołstojem, którego obiecuję sobie od lat). Bądźcie czujni!