Coś zwietrzałe te przyprawy

https://i2.wp.com/www.fabryka.pl/uploads/tx_evoproducts/mi/st/mistrzyni-przypraw_chitra-banerjee-divakaruni-99902072531_978-83-7506-704-0_600.jpgMalita ostatnio z nosem bardziej w opracowaniach naukowych, bo a.) trzeba b.) te książki, które akurat pragnę przeczytać asap, z reguły leżą schowane pod folią na czas remontu. Ale chwilami decyduję się na dzielną walkę z kurzem i pyłem, odkrywam folię i wynoszę w bezpieczne miejsce kolejne egzemplarze. Jak „Mistrzynię przypraw”, choć ona akurat mogłaby sobie tam jeszcze poleżeć.

Są takie niezwykłe kobiety, które swoją miłość do przypraw potrafią przekuć na jak najbardziej realną pomoc życiową: oto złocistobrązowy cynamon przynosi przyjaciół, ziarna sezamu zmielone z drewnem sandałowym leczą choroby żołądka, olej brahmi na ostudzenie gniewu. Niezwykłe kobiety, których słuchają przyprawy, uczą się od Najstarszej pieśni i zaklęć i z niedostępnej wyspy wyruszają w swoje misje.

Najbardziej niezwykła, najzdolniejsza jest Tilo, kobieta pyszna i uparta. Wbrew sugestiom Najstarszej rusza do kalifornijskiego Oakland, by tam prowadzić sklep z przyprawami. Niby-zwyczajne miejsce, do którego Tila jest przywiązana aż do końca swojej misji. Sprzedaje nasiona, przyprawy i inne drobne smakołyki, a do każdego zakupu dodaje magiczną modlitwę dla nabywającego – dla żony Ahuji dający siłę fenkuł, goździk współczucia dla Jagjita… Dla lokalnej społeczności Tilo staje się małą wyrocznią, staruszką wiedzącą i potrafiącą uczynić więcej niż zwykli śmiertelnicy, a jej sklepik oazą spokoju w zabieganym świecie. Mistrzyni przypraw ma obowiązek pomagać wszystkim – oprócz siebie. Nie wolno jej opuszczać sklepu, nie wolno jej dotknąć żadnego śmiertelnika, a już przede wszystkich – obdarzyć go uczuciem. I tak Tilo zostaje wystawiona na poważną próbę, gdy w jej drzwiach staje pewien Amerykanin…

Image by Mukti's Kitchen
„Byłaś jedyną, w której dłoniach przyprawy zaśpiewały w odpowiedzi”

Ujmijmy to tak: punkt wyjściowy jak najbardziej daje radę (szczypta magii w przyprawach, poświęcenie, złośliwy los), ale wykonanie… za wysoki poziom pretensjonalności jak na mnie. Lubię lubić bohaterów, niemniej trudno mi było poczuć sympatię do afektowanej Tilo, a poznałam ją dobrze: pierwszoosobowa narracja zapewnia wgląd w myśli i wszystkie emocje. Jej rozterki, pragnienia, konflikt tychże pragnień z obowiązkiem – egzaltowane, aż strach. Ciężko mi podać jeden przykład, to raczej wrażenie, które wyciągam z całości. A wiem, że da się takie rozdarcie w duszy opisać przekonująco – żeby nie szukać daleko, Morgiana z „Mgieł Avalonu” to doskonale napisana postać, a rozterek też miała co niemiara. I choć nie popieram pewnych jej decyzji, to w pewien sposób je rozumiem. W przypadku Tilo natomiast – miałam ochotę chwycić ją za sari i potrząsnąć z gromkim „Ogarnij się, kobieto!”.

Nie ogarnęła się, niestety. A miało być tak pięknie.

„Literatura od kuchni” Bogusław Deptuła

"Literatura od kuchni" Bogusław DeptułaZacznijmy od wyznania – uwielbiam czytać przy jedzeniu. Wiem, nie należy to do najbardziej eleganckich form zachowań, które widnieją jako wzorzec w podręcznikach savoir-vivre’u. Niemniej, kiedy jadam sama, to praktycznie zawsze sięgam po gazetę (nie będzie aż tak żal poplamić) czy książkę (z reguły znaną na pamięć, by sobie przypomnieć po raz setny ulubione dialogi, zdarzenia, intrygi). Ale najlepsze są takie jedzeniowe lektury, które pogłębiają apetyt – i kulinarnie, i czytelniczo.

„Literatura od kuchni” stanowi zbiór książkowych przepisów – czy to inspirowanych daną lekturą, czy to prosto z tej lektury zaczerpniętych. Zaczęło się od kulinarnych felietonów Bogusława Deptuły dla internetowego czasopisma dwutygodnik.com – powstało ich ponad pięćdziesiąt. Do książki trafiło równo trzydzieści sześć, podzielonych na dwanaście różnorakich jadłospisów: menu poetyckie, kryminalne, awangardowe, najmłodsze, erotyczne… jest wpierw opowieść o danym dziele, a potem przepis właściwy. Ale nie są to ani oczywiste książki, ani oczywiste dania: dość rzec, że o połowie wzmienionych autorów mam mgliste pojęcie abo w ogóle o nich nie słyszałam. Z takich co bardziej słynnych pojawiają się tylko magdalenki Prousta, ale są też rurki z kremem rodem z „Postrzyżyn” Hrabala, żabnica z tapenadą, inspirowana „Księżniczką Anginą” Topora, a nawet makaron z wątróbkami prosto z mojego ulubionego „Lamparta/Geparda” Lampedusy. Erudycyjne, dowcipne a smakowite to historie. Wisienką na torcie – nomen omen! – jest posłowie, zaserwowane przez Jana Gondowicza.

Przez prawie trzy miesiące podczytywałam – li i jedynie przy jedzeniu – „Literaturę od kuchni” i nie dość, że czytało się zacnie, to i jadło smaczniej. Bardzo lubię takie fuzje literackie, a moja dusza łasucha (i ciało też zresztą) cieszy się na samą myśl o jakichkolwiek kulinarnych wstawkach! Już zresztą zastanawiam się, co wrzucić na ruszt jako pierwsze, jak na razie stawkę otwierają papatacze Pchły Szachrajki… w każdym razie, Deptułowe dzieło smakuje wybornie. Zwłaszcza przy jedzeniu.

PS. Zdjęcie mojego autorstwa.

„Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść” Marlena de Blasi

"Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść"Marlena de Blasi pewnego dnia w bajkowej Wenecji spotkała miłość swojego życia: Włocha imieniem Fernando. Spędziła z nim tysiąc dni w Wenecji, tysiąc dni w Toskanii, tysiąc dni w Orvieto… i wszystko opisała w książkach, które stanowią niepowtarzalną mieszankę powieści o miłości, przewodnika po Italii i, uwaga uwaga, książki kucharskiej (opis pappy di pomodoro  mam w pamięci do dziś!). Ostatni przystanek to górzysta Umbria i baśniowe palazzo przy Via del Duomo 34. Długi i żmudny remont dobiega końca… ale to wcale nie finał kłopotów i zalawirowań w życiu Marleny i Fernanda.

„Czuję się stłamszona”, zwierza się pisarka ukochanemu Wenecjaninowi. On chce z nią spędzać całe dnie, ona musi pracować – terminy i wydawcy poganiają, a upragniona samotność czy chwila dla weny oddalają się coraz bardziej. Marlena podejmuje odważną decyzję: wyprowadza się na jakiś czas. Jej znajomy, Biagio, podsuwa świetny pomysł: a może by tak zaszyć się w niedostępnej leśniczówce? To jest to! Niemniej, czasowa przeprowadzka przyniesie nieoczekiwane skutki. Bo dzięki Biagiowi i małej chatce w leśnych ostępach Marlena poznaje tytułową Lavinię – kobietę charakterną do bólu, ale fascynującą. Zdobyć jej zaufanie nie jest łatwo, ale po początkowej niechęci obie panie nawiązują bardzo bliską i wyjątkową relację, Barwna opowieść Lavinii o sobie samej i swoich latoroślach – same kobiety w tej rodzinie! – oczaruje pisarkę. I tak płyniemy, od miłości i rozterek po ciężkie wojenne czasy. Jak zwykle u Marleny w oparach boskiej kuchni, tchnącej smakowitością z każdej strony książki.

Powiem tak: zawsze bardzo chciałam pojechać do Toskanii, ale po opowieściach Lawinii i jej sarkaniu na turystów (łącznie z bezbrzeżną nienawiścią do Niemców) mam mieszane uczucia. Oto przyjeżdża sobie cudzoziemiec, kupuje opuszczone palazzo i już mu się wydaje, że jest z niego Toskańczyk pełną gębą, utyskuje Lavinia. Gdzieś na dnie serca kołata mi się, że jest w tym trochę racji, ale z moim pragnieniem wyjazdu do słonecznej Italii poczułam się trochę jak złodziejka. Ale pełne swady opowieści i rozważania metafizyczno-filozoficzne trochę mi to wynagrodziły.

PS. Absolutnie nie czytać na głodno!
PPS. Wyzwaniowo – „Z półki”, edycja 2o13.