Najdłuższa noc w Belle Epoque, czyli zbrodnia w Krakowie

najdluzsza-nocObrodziło nam w zbrodnicze książki, które się dzieją w Krakowie czasów dawnych – moja krakowska dusza wielce się raduje, nawet mniej o tą zbrodnię (jakkolwiek by to nie brzmiało), a bardziej właśnie o lokalizację. Już niezwykła dama, królowa pischingera znana jako Maryla Szymiczkowa (aka duet Dehnel&Tarczyński) wskazała czytelnikom, jakże zacne jest to tło dla wszelakich intryg kryminalnych. Ostatnio natomiast, gdzie człowiek nie zerknął, to zwiastowano mu nadejście serialu „Belle Epoque” – co i rusz natykałam się na plakaty „na mieście” tudzież na wywiady, zwiastuny, teasery. Dodam więcej, niektóre sceny kręcono koło mojego Instytutu, tuż przy Grodzkiej, zatem czuję się emocjonalnie zaangażowana. Ale to nie tylko o mały ekran chodzi, nie nie!

Otóż rzecz w tym, że wraz z telewizyjną „Belle Epoque” wychodzi książka, popełniona przez współscenarzystów serialu. „Najdłuższa noc” Marka Bukowskiego i Macieja Dancewicza Continue reading „Najdłuższa noc w Belle Epoque, czyli zbrodnia w Krakowie”

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Continue reading „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

Pan Darcy nie żyje, czyli wypadki przy pracy

Spokojnie. Tylko spokojnie. Tylko spokój nas uratuje. Tak, wiem, Darcy nie żyje, ale damy radę. Tak, rozkwasił się na bruku, ale to był wypadek. Chyba…

A teraz serio – chodzi o powieść „Pan Darcy nie żyje” Magdaleny Knedler. Zwykle miewam mieszane uczucia co do książek uzupełniających i/lub wykorzystujących wątki. Wiecie, jeden autor opiera się na drugim. Czasem wychodzi to przyzwoicie, czasem bluźnierczo, czasem arcyzabawnie. W kwestii Jane Austen bywam ostrożna, dość rzec, że na paluszkach podchodzę do zbliżającej się premiery filmowego opus zatytułowanego „Duma i uprzedzenie i zombie”. Tym razem, klikając „dodaj do koszyka”, pomyślałam sobie „a, nawet jak będzie złe, to i tak mam ochotę to przeczytać”. Będziecie zaskoczeni albo nie – nie było złe, ani trochę!

Magdalena Knedler wystartowała z raczej naukowego punktu siedzenia, pisząc pracę magisterską poświęconą obrazowi szlachty angielskiej w wybranych ekranizacjach powieści Jane Austen (ten moment, kiedy oglądasz filmy i robisz naukę jednocześnie – lubimy bardzo). I pewnego razu, gdy studiowała fotosy z planu „Dumy i uprzedzenia” z 2005 roku (Keira Knightley w roli Elizabeth, uroczo zmokły Matthew Macfadyen jako pan Darcy), w tym zdjęcia filmowego Longbourn, pomyślała – tu cytuję: „Ale fajny dom. I dach… a gdyby tak z tego dachu zleciał któryś aktor? Na przykład główny? Co by się wtedy stało z produkcją?”.

Groombridge Place, czyli Longbourn z 2005 roku. Fajny dom, fajny dach.

Na książkową realizację tych rozważań przyszło kilka lat poczekać, ale oto jest. Oto spadł, ten pan Darcy. A właściwie Peter Murphy, blondyn z loczkiem, który w powszechnej opinii bardziej nadaje się na Bingleya niż na Najsłynniejszego Bohatera Z Powieści Panny Austen. Zresztą, cała produkcja w reżyserii Alana Fawleya wydaje się być trefna – Lizzie (to jest, wybitna młoda aktorka, Zoe Alcott) jakaś taka chuda, plotki o anoreksji się szerzą i szerzą. Charakteryzatorka narzeka z kolei na Rosie Hinds, zatrudnioną do roli Jane Bennet, że podstarzała diwa i ma wory pod oczami jak basset. Zasadniczo, atmosfera na planie w Bridebridge Hall jest napięta i mało kto z ekipy tak naprawdę wierzy w powodzenie całego przedsięwzięcia. Ba, nawet nie chodzi o powodzenie w kinach, tylko o to, żeby film w ogóle nakręcić – pierwszy dzień zdjęć nie wypada najlepiej, mówiąc delikatnie. A do tego Zoe i kostiumografka Bell uciekają we dwie na rowerze. Jednym. Żeby całość jakoś zatuszować, reżyser wysyła ekipę na festyn do pobliskiego miasteczka. Wolny wieczór okazuje się brzemienny w skutki – Peter Murphy, seksowny przystojniak, spada z dachu. Czy sam, czy z czyjąś pomocą – to już rozstrzygnie dochodzenie. I wtedy dopiero zaczyna się zabawa.

Oczywiście, jak przyjdzie do przesłuchań i śledztwa, okaże się, że wszyscy zainteresowani mają jakieś tam grzeszki na sumieniu, nie tylko potencjalny morderca. Duchy przeszłości wynurzają się tu i ówdzie, dawne romanse nagle wychodzą na jaw, innymi słowy – kolorowy zawrót głowy. Tak, ja wiem, że tu tragedia i wypadek, ale serdecznie się ubawiłam całą błyskotliwością konceptu. Magdalena Knedler napisała wciągającą, klimatyczną historię, od której ciężko się oderwać. Ba, błogosławiłam gigantyczną kolejkę na poczcie, gdzie musiałam odsiedzieć 40 minut, ale przynajmniej mogłam w spokoju dokończyć lekturę. Raz na jakiś czas taka mniej zobowiązująca, pysznie bawiąca się konwencją i pełna intertekstualnych nawiązań książka bardzo dobrze robi każdej czytelniczej duszy. Janeici o kryminalnym zacięciu – to coś dla was. I nie tylko!

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/tumblr_m5zn9hvNbJ1rtgi2wo4_500.gif
Zmokły Matthew Mcfayden na zakończenie. Bo czemu nie.

PS. Okładka jest obłędna.

Krakowski światek kryminalny

Jak się już rzekło wielokrotnie, jedną z najzacniejszych stron posiadania bloga czytelniczego jest fakt, że różni ludzie przynoszą/polecają/pożyczają kolejne lektury. No wiecie, w stylu „to ci się spodoba, skoro czytałaś XYZ” aż po „a bo znajoma znajomego… chcesz książkę?”. Nie da się ukryć, że na hasło „chcesz książkę?” całe moje jestestwo zwykło się układać w metaforyczne „tak tak daj proszę!”. I mniej więcej tą drogą weszłam w posiadanie „Wagi” Bartłomieja Basiury. Czyli kryminał. Czyli Kraków.

Zaczyna się do sterty rozsypanej układanki i całego kalejdoskopu wątków, które tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Otóż jest Dagmara, studentka prawa, która odbywa praktykę na komendzie policji. U swego ojca, dodajmy – Miłosza „Lamy” Goczałki, legendy krakowskiego Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Z kolei Szymon, bezrobotny absolwent dziennikarstwa, planuje pisać biografię doktora Droubera, dość frapującej (i wrednej) postaci. Do tego ambitna Edyta Kotarska, która ma mnóstwo kłopotów w pracy (zastępca dyrektora aresztu przy Montelupich to nie przelewki) i niewiernego męża (przystojny Adam, pilot, co lotnisko to kochanka) (no, prawie). Te i inne postaci połączy zbrodnia: z początku niby tylko tragiczny rezultat porachunków pseudokibiców. Trzy ciała, znalezione w jednym z krakowskich mieszkań, wiodą do kolejnych ciał, a w każdym brakuje jakiegoś organu. Jakby ktoś je kolekcjonował… policja i prokuratura drepczą w kółko, w areszcie przy Monte sprawy się komplikują, a nagle znikąd pojawia się tajemnicza firmo-instytucja, Insight, która przynosi więcej pytań niż odpowiedzi – jakby tych pierwszych było mało.

O ile pomysł i splecenie wątków naprawdę niezłe – choć początkowo ciężko było się wciągnąć, końcówkę czytałam do późnej nocy – to wykonanie słabsze, momentami mocno toporne. Mieszanie normalnej, trzecioosobowej narracji z elementami gwary więziennej czy potknięcia stylistyczne typu „zrobił kolejny łyk” trochę irytują przy czytaniu. Ujmując rzecz nieco od innej strony: swego czasu „Nowa Fantastyka” publikowała porady dla piszących w wydaniu Michaela J. Sullivana. Część z nich była świetna, część dość oczywista, ale jedna z nich mocno zapadła mi w pamięć. Parafrazując: lepiej pokazywać, niż opowiadać wprost i łopatologicznie tłumaczyć wszystko czytelnikowi. Więc jeśli w ciągu kilkunastu stron trzy razy dowiaduję się, że Dagmara „nie należała do bystrych” i „nigdy nie grzeszyła inteligencją”, to sama czuję się jakoś taka mniej bystra przez to. Jako że wolę powieści o słabszej fabule, ale wyśmienicie napisane od tych kiepsko napisanych, ale z pomysłem na akcję – trochę jestem rozczarowana.

[tl;dr] Początek toporny. Finał mocny. Forma utykająca. Nie przekreślam na amen.

PS. A za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf.

Ostrożnie z przesyłkami kurierskimi

Mało którego detektywa lubię tak bardzo, jak Cormorana Strike’a (już samo to imię!). Przytyty, nadmiernie owłosiony olbrzym-weteran o zgryźliwym humorze i z protezą nogi zdecydowanie odkuł się od sytuacji wyjściowej (brak kasy, brak perspektyw, brak klientów w agencji detektywistycznej i ogólny Weltschmerz) w tomie pierwszym. Tom drugi to świadectwo całkiem dobrej passy – głośna sprawa z pewnym zaginionym manuskryptem i dość… literackim morderstwem. Tom trzeci rozpoczyna się od makabrycznej przesyłki, a potem napięcie rośnie. Uważajcie na kurierów, moi drodzy. Zwłaszcza jeżdżących czarno-czerwoną hondą.

Otóż pewnego pięknego poranka Robin Ellacott, asystentka Strike’a, otrzymuje przesyłkę do agencji. Nic w tym dziwnego – większość paczek okołoślubnych zamawia na adres biurowy, skoro przesiaduje w pracy całymi dniami. Jednak w kartonie zamiast eleganckich zaproszeń leży odcięta kobieca noga. Owa przesyłka staje się preludium nie tylko do kolejnej sprawy dla agencji Strike, ale także przyczynkiem do unurzania się w paskudnej przeszłości. Cormoran na dzień dobry ma trzech podejrzanych, zupełnie innych, rzecz jasna, niż policja. Oficjalne śledztwo toczy się powoli, więc Cormoran i Robin – partnerzy w akcji – ruszają w drogę, i to dosłownie: rozklekotanym land roverem odwiedzają kolejne miasta, rozgrzebując sprawy minione i pozornie coraz bardziej tracąc trop. Zbrodnie się mnożą, a ich sprawca ma obsesję nie tylko na punkcie detektywa, ale również jego asystentki…

Czasem tak jest, że w kryminałach bardziej ceni się otoczkę niż intrygę (profesorowa Szczupaczyńska, do raportu!). O ile poszukiwanie mordercy i nadawcy paczki składa się na całkiem przyzwoity wątek (równie przyzwoite i równie paskudne są wątki poboczne, vide wszyscy trzej podejrzani), to tutaj bardziej raduje jednak część obyczajowa. Szczęśliwie dalej unikamy kiczowato romansowych wstawek na linii Corm-Robin, ale jednak obydwoje niespecjalnie dobrze czują się w aktualnych związkach, a ich życie prywatne mocno rzutuje na pracę agencji. Tym razem to Robin wyjątkowo obrywa w sferze damsko-męskiej, ślub już za trzy miesiące, a końca problemów nie widać.

Skądinąd, mam wrażenie, że „Żniwa zła” są bardziej o Robin, niż o Cormoranie. Nie tylko właściwa mordercza intryga wysuwa dziewczynę na pierwszy plan i stawia na równi ze Strikiem, ale przede wszystkim lepiej poznajemy jej przeszłość. Pewne wydarzenia z życia Robin rzutują nie tylko na jej uczucia do płci przeciwnej, ale przede wszystkim na marzenie o pracy w agencji i zostanie detektywem. Marzenie, które wspiera Strike, a torpeduje matka i przyszły mąż Robin. Nie sposób uniknąć kolejnych konfliktów w tej kwestii.

Nie potrafię ocenić, która z dotychczasowych Cormoranowych opowieści podobała mi się najbardziej i to już coś mówi o „Żniwach zła” – Galbraith/Rowling nieustannie trzyma poziom i idzie w jak najbardziej słusznym kierunku.

Tylko ta końcówka. Błagam. Taki cliffhanger, że aż zęby bolą. Fukałam przez dobrych kilka minut, rozdzierająco pytając „jaaaak to?!”. Czekam na tom czwarty. Niecierpliwie.

PS. Ktoś dzwoni do drzwi. Mam nadzieję, że to nie kurier.
PPS. Kurier. Przyniósł buty. Seems legit. </czarny humor>

Mieszczański Kraków zbrodnią żyje!

Mam ja ostatnio szczęście do mariaży kryminalnych zagadek i historii z przeszłości: oto kolejna zbrodnia w stylu vintage dołącza na półeczkę „przeczytane”. Tym razem przeszłość nieco bliższa, a miejsce zbrodni to już prawie że po sąsiedzku. Otóż Maryla Szymiczkowa, królowa pischingera i wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, przenosi czytelników do Krakowa Anno Domini 1893, gdzie czasem nie dzieje się za wiele, ale gdy się już dziać zacznie, końca nie widać. Dodajmy w tym miejscu, dla porządku i ładu, że – jak to ładnie ujęto na okładce – Szymiczkową do życia powołało dwóch dżentelmenów, Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w ramach literackiego eksperymentu postanowili rzucić zbrodnię w Dulski świat krakowskiej socjety. A przewodniczką po tym świecie jest pewna wyjątkowa bohaterka. Profesorowa, nie ma to tamto.

Dla profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej – dojrzałej damy, ale jeszcze nie statecznej matrony – prestiż w krakowskim światu w obrębie Plantacji to cel, który uświęca wszystkie środki. Tej pogoni za prestiżem zupełnie nie rozumie jej szanowny małżonek, profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (sympatyczny, acz niezbyt ambitny). Ignacy potrzebuje do szczęścia głównie swoich preparatów, codziennej lektury prasy oraz mizerii. Z pełnym uśmiechu politowaniem spogląda na żonine wysiłki zadośćuczynienia mieszczańskiej ortodoksji: zakupy w Sukiennicach, towary kolonialne wyłącznie u Hawełki, suma tylko w Mariackim, z gazet wyłącznie „Czas”. Zofia wspina się na społecznej drabinie, zdeterminowana przemienić się w krakowiankę idealną (łącznie z wyparciem swojego prowincjonalnego pochodzenia), a konkretnie w damę komitetową Towarzystwa Dobroczynności. W tym celu planuje zorganizować loterię fantową na rzecz dzieci skrofulicznych, a fanty uzyskać od podopiecznych Domu Ubogich fundacji Helclów. Tymczasem u Helclów panuje nieopisane poruszenie: otóż w tym przybytku niespokojnej, jak się okazuje, starości, popełniono morderstwo. Początkowo uważano, że jedna z pensjonariuszek umarłą śmiercią nad wyraz naturalną, ale jednak okoliczności okazują się inne – a zbrodnie się mnożą. Policja wszczyna dochodzenie, ale Szczupaczyńska wie swoje i podążając za przykładem ukochanych literackich detektywów wypytuje siostry szarytki, personel oraz pensjonariuszki (nie zapominając przy tym o fantach na loterię). Jej wysoki poziom ciekawości wrodzonej (czytaj: wścibstwa) zawiedzie ją do miejsc, o których nie śniło się krakowskiej policji…

https://i0.wp.com/krakow.pl/zalacznik/243508/4.jpg
Dom Pomocy Społecznej im. Helclów dziś

Ale, ale, nie zapędzajmy się z tą policją. Kryminalna intryga nie jest tutaj najbardziej istotna, ba, to zaledwie pretekst, by zanurzyć się w świecie przedstawionym. Dehnel i Tarczyński odmalowują mieszczański Kraków końca XIX wieku, w którym widelec jest technologiczny (frędzli dywanów nie sposób rozczesać innym narzędziem), a przebaczenie to termin wyłącznie z dziedziny teologii, „bez zastosowania w życiu codziennym”. Towarzyskie niesnaski, anse i awanse to jest temat najważniejszy, a Zofia Szczupaczyńska doskonale wie, jak trudno lawirować w tym kłębowisku żmij i żmijek, wszak lawiruje na co dzień. Ot, nieustanne sprzeczki z odległą kuzynką, ot, poszukiwanie odpowiedniej służącej czy sprawunki na Placu Szczepańskim przed porządnym niedzielnym obiadem – czasem te zwykłe czynności przerwie jakaś wielka narodowa sprawa, jak pogrzeb Matejki (Zofię zaprzątają głównie numerowane miejsca w kondukcie), albo właśnie tytułowa tajemnica domu Helclów.

Napisane to jest przednio, panowie dążyli do odwzorowania języka dawnej literatury, bawiąc się konwencjami tudzież dorzucając trzy kilo ironii. Bardzo cenię sobie takie stylistyczne i fabularne puszczanie oczka do czytelnika (postać asystenta Ignacego, niejakiego Żeleńskiego, to jedno z co większych mrugnięć).

Ergo. Mniejsza o tę zbrodnię. Kraków, Kraków moi drodzy. Dla Krakowa się to czyta.

PS. Ta okładka <3

AAAA czytam z kości, tanio!

Jakub Szamałek wie, o czym pisze. Zęby zjadł na starożytności, łącznie ze przekopaniem oksfordzkich bibliotek i zrobieniem doktoratu w temacie. A że trzeba czasem zrobić sobie wycieczkę od suchego stylu akademickiego, cóż będzie lepsze, niż powieść? Ba, kryminał? Starożytny w klimacie? Proszę bardzo – dwutorowe „Czytanie z kości” to już trzecia (i ostatnia) część historii Leocharesa, starożytnego greckiego detektywa, ale bez obaw, można czytać bez znajomości dwóch poprzednich tomów i nie pogubić się zanadto. Nieodmiennie i natychmiast nasuwa się porównanie z Gordianusem Poszukiwaczem, detektywem rzymskim, też wplątującym się w różne afery. Dla mnie Gordianus pozostaje bezkonkurencyjny, ale Leochares dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Tor pierwszy to opowieść prosto z V wieku przed naszą erą. Tym razem los rzucił Leocharesa i jego najbliższych do Tarentu, gdzie próbują wieść spokojny w miarę żywot po zaszłościach z Aten i znad Morza Czarnego. Ale pieniądze się kończą, długi rosną, a do tego jeszcze sprawa w sądzie… szczęśliwie, deus ex machina, zjawia się książątko z etruskiego miasta Veii z bardzo dobrze płatnym zleceniem. Trzeba rozwikłać zagadkę śmierci etruskiego króla, co oznacza duże ryzyko, implikacje polityczne i wejście w dość niezrozumiałą dla postronnych kulturę Etrusków (skądinąd, bardzo ciekawie a barwnie w powieści odmalowaną).
Drugi tor, współczesny, to również rozwiązanie pewnej zagadki – zagadki kości Uomo Misterioso, szkieletu znalezionego w Tarencie. Młoda a ambitna archeolożka, Inga Szczęsny, wpada na niespodziewany trop, który zawiedzie ją aż na południe słonecznej Italii i przyniesie swoisty epilog toru numer jeden.

Szamałek opisuje starożytność, której daleko do wypielęgnowanych ideałów tłoczonych nam w latach szkolnych: to widać było także w poprzednich książkach. Zwykliśmy myśleć o antyku jako o złotym wieku demokracji, ładu i kosmosu – cóż, nie bardzo. Okrucieństwo, bezwzględność, niewolnictwo, seksizm… ojj, długo by wymieniać. Całość podana w formie lekkiej (aż zanadto lekkiej, momentami) i wyjątkowo wciągającej. Bardzo zabawnie czytało mi się też ten współczesny wątek, jako że czułam pewne pokrewieństwo dusz z główną bohaterką. Niemniej, koleje mojego doktoranckiego losu nie są aż tak dramatyczne, jak Ingi (ale te konferencje, to zbieranie punktów… ach, znamy znamy).

To, co zapisuję na minus, to przypisy. Ogólnie nie przepadam za instytucją przypisów w powieściach – chyba, że to nieprzetłumaczalna gra słów i tłumacz się musi, nomen omen, wytłumaczyć – ale podawanie przypisów rzeczowych czasem, mam wrażenie, urąga inteligencji czytelnika (słowniczek na samym końcu książki spełnia podobną rolę, a można go dystyngowanie ominąć). Co nie zmienia faktu, że bardzo potrzebowałam jakiejś odprężającej narracji, niespecjalnie wymagającej intelektualnie. Może akurat kryminało-historyczna powieść nie wpasowuje się w te ramy, bo poszukiwanie zabójcy automatycznie uruchamia myślenie… Grunt, że dostałam to, czego chciałam: książkę, która wciągnie mnie na dwa wieczory wygodnego leżenia na kanapie tak skutecznie, że przewracałam stronę za stroną w słusznym tempie.

PS. Dziękując wydawnictwu Muza!