A imię jego Macbeth, czyli znakomita wizja w wydaniu Nesbø

A tymczasem wydaje się opowieści szekspirowskie – na pewno pamiętacie „Projekt: Szekspir”, uczynion celem uczczenia czterechsetnej rocznicy śmierci słynnego dramaturga. Opowiedziano na nowo zatem już „Zimową opowieść”, „Kupca weneckiego” czy „Burzę”, wreszcie przyszła też pora na kilka słów od Jo Nesbø – któż mógłby lepiej uwspółcześnić krwawą opowieść o Makbecie! Wspominałam już chyba, że „Makbet” to moja ulubiona sztuka Szekspira – bo, wiadomo, czarownice – i jednocześnie ta, której najwięcej odsłon widziałam. Czy to film z Michaelem Fassbenderem, czy restauracyjna wersja z Jamesem McAvoyem (latające świnie!), czy wreszcie wersja prawdziwie teatralna, dawno, dawno temu w krakowskim Starym – każda miała coś w sobie. A wersja Nesbø jest doprawdy znakomita. Czytaj dalej „A imię jego Macbeth, czyli znakomita wizja w wydaniu Nesbø”

Znów Kraków, znów kryminał – ale za to jaki!

Po ostatnich przygodach z kryminałami zapowiedziałam sobie samej, że właściwie to nie jestem fanką i nie muszę sobie zrobić przerwę. Los chciał inaczej – i nie przypuszczałam, że tak szybko przyjdzie mi rewidować stanowisko. A wszystko za sprawą trylogii grobiańskiej Krzysztofa A. Zajasa, którą pochłonęłam jednym cięgiem w niecały tydzień. Profesor Zajas wykłada na co dzień teorię literatury na mojej Alma Mater – a w wymiarze praktycznym popełnił jak dotąd trzy powieści: kolejno: „Ludzie w nienawiści”, „Mroczny krąg” i „Z otchłani”.

Jak każdy szanujący się kryminał, i te trzy posiadają swojego Przedstawiciela Prawa i Porządku. No, czasem bardziej porządku i ogólnie pojętej ludzkiej sprawiedliwości, niż prawnych niejasności i regulaminu policyjnego. Komisarz Andrzej Krzycki, okrzyknięty w toku działań „najlepszy śledczym małopolskiej policji” posiada cechę w swoim fachu cenną a rzadką: intuicję. Bezbłędne wyczuwanie rozmówcy/podejrzanego, brawura i bezkompromisowość tworzą funkcjonariusza tyle nietuzinkowego, co skutecznego. Tę skuteczność zapewnia Krzyckiemu także jego partner, aspirant Lucek Bałyś, dowcipny młodzian o blond loczku na czole i wyjątkowych talentach kulinarnych. Razem zaczynają pracę nad dziwacznym wypadkiem w podkrakowskich Skałkach, który zawiedzie ich do świniarni w Grobianach i dawno nie rozwikłanego morderstwa. Ciąg kolejnych ofiar (przyznajmy od razu, ostatnich drani i łajdaków) pozwala przypuszczać, że za zbrodniami stoi tajemniczy Mściciel, jednoosobowy wymiar sprawiedliwości, mszczący się na tych, którzy umknęli oficjalnej kary w majestacie prawa. I tak się zaczyna historia Krzyckiego, Mściciela i wszystkich innych: trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

Trzy tłuste tomy, mniam!
Trzy tłuste tomy, mniam!

Piszę o trylogii jako o całości, jako że przyjęłam trzy książki jednym haustem (z małym łyczkiem „Onego” w przerwie). Ale właściwie to jest jedna opowieść, nie kolejne, osobne sprawy, jak to często bywa w cyklach książek o dzielnych detektywach, prokuratorach, komisarzach i innych w temacie. Trylogia grobiańska, mroczna i splątana, tworzy spójną historię o Mścicielu i kolejnych jego następcach, a wątki i postaci z „Ludzi w nienawiści” pełnią ważną rolę także w „Z otchłani”. Dodam jednak dla porządku, że każdym tomie tło jest nieco inne – choćby w ostatniej części Krzycki wraz z nowym, tajnym partnerem, księdzem Adamem, zostaje uwikłany w sprawę morderstw księży, której drugie dno tapla się bagienku hipokryzji różnych polskich instytucji, z hierarchami Kościoła tuszującymi liczne przypadki pedofilii na czele. Wszystko podane w odpowiedniej mieszance akcji, dowcipu, kiczu, patosu oraz refleksji życiowych.

To, co bardzo Zajasowi wyszło w całej opowieści, to solidne postaci, pełnokrwiste, barwne, niektóre wyjątkowo podłe (czasem aż za bardzo, ale cóż, czarny charakter być musi). Moim ulubieńcem, oprócz blondynka zwanego Lucy, jest małomówny szef techników Gargulski, który jednym zmrużeniem powiek potrafi przekazać więcej treści niż trzy artykuły w prasie brukowej. In plus bardzo też postaci kobiece, wszak czasem w kryminałach panie bywają sprowadzone do roli trofeum lub mały wyrazistej postaci drugoplanowej. Tu aż się roi od naprawdę ciekawych bohaterek: od Izy, przebojowej dziennikarki z Warszawy, przez Ewę, bez której komenda niechybnie by się zawaliła, aż po Dorotę o twardym charakterze i pewnej ręce trzymającej broń.

Jedyne, co mi nie leży (ostrożnie, spoiler!), to arcydisneyowskie zakończenie. Z reguły kryminały, jeśli już kończą się szczęśliwie, to z nutką (albo całą gamą) goryczy. Trylogia zaś (mam tu na myśli zwieńczenie wszystkich trzech części) została obdarzona iście cukierkowym happy endem, który wydaje się trochę nieprawdopodobny. Ale wybaczam. Lubię happy endy.

Jeśli wprowadzam pewne zamieszanie w kolejnych częściach trylogii i z wszystkimi bohaterami – wybaczcie. Zalecam uporządkowanie tego mojego entuzjazmu we własnym zakresie, tj. przeczytanie trylogii pióra Zajasa w trybie pilnym. Nie będziecie rozczarowani.

[tl;dr] Kawał kapitalnego krakowskiego kryminału. Nie pytać, czytać. ASAP.

PS. Ważne ogłoszenie parafialne – pierwsze, premierowe spotkanie z Krzysztofem A. Zajasem o „Z otchłani” już w tę środę (16.03) w empiku w Bonarce o 18:00. Będę tam ja, prowadząca całokształt, bądźcie i Wy!
PPS. Za całą trylogię bardzo dziękuję wydawnictwu Sonia Draga.