Najdłuższa noc w Belle Epoque, czyli zbrodnia w Krakowie

najdluzsza-nocObrodziło nam w zbrodnicze książki, które się dzieją w Krakowie czasów dawnych – moja krakowska dusza wielce się raduje, nawet mniej o tą zbrodnię (jakkolwiek by to nie brzmiało), a bardziej właśnie o lokalizację. Już niezwykła dama, królowa pischingera znana jako Maryla Szymiczkowa (aka duet Dehnel&Tarczyński) wskazała czytelnikom, jakże zacne jest to tło dla wszelakich intryg kryminalnych. Ostatnio natomiast, gdzie człowiek nie zerknął, to zwiastowano mu nadejście serialu „Belle Epoque” – co i rusz natykałam się na plakaty „na mieście” tudzież na wywiady, zwiastuny, teasery. Dodam więcej, niektóre sceny kręcono koło mojego Instytutu, tuż przy Grodzkiej, zatem czuję się emocjonalnie zaangażowana. Ale to nie tylko o mały ekran chodzi, nie nie!

Otóż rzecz w tym, że wraz z telewizyjną „Belle Epoque” wychodzi książka, popełniona przez współscenarzystów serialu. „Najdłuższa noc” Marka Bukowskiego i Macieja Dancewicza Continue reading „Najdłuższa noc w Belle Epoque, czyli zbrodnia w Krakowie”

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Continue reading „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

Dzieła zebrane #18

Tak się składa życiowo, że październik i listopad to są wymarzone miesiące na konferencje, sympozja i inne akademickie zjazdy i przyjemności, więc od jakich trzech tygodni żyję głównie konferencjami, organizując, występując, ogarniając i modląc się po cichu o szczęśliwe zakończenie tych wszystkich przygód. Ale, szczęśliwie, trochę czasu na czytanie też się znajduje (znalazła się też chwilka, dosłownie chwilka, na sprint przez Targi Książki, było owocnie!). Dwa krótkie #dziełazebrane mam dla Was dzisiaj zatem!

„Fioletowy hibiskus” Chimamanda Ngozi Adichie

Odkąd „Amerykaana” wbiła mnie w fotel, postanowiłam nadrobić prozę Adichie, nie tylko dlatego, że ta konkretna powieść szalenie mi się podobała, ale też dlatego, że literacka Nigeria to wciąż dla mnie raczej terra incognito i chciałabym poczytać więcej w temacie. Ustawiłam się więc w kolejce bibliotecznej i wreszcie jest, debiut Chimamandy z 2004 roku, czyli „Fioletowy hibiskus”.

Drobiazgowo zaplanowana codzienność nastoletniej Kambili uwzględnia głównie naukę i modlitwę. Surowy i bardzo pobożny ojciec, stawiany przez proboszcza za wzór dla całej parafii, trzyma całą rodzinę bardzo krótko, jednocześnie zapewniając im luksusowe warunku życia – Kambili, jej brat Jaja i ich zastraszona matka nie muszą się martwić o brak jedzenia, przerwy w dostawach prądu, wody czy gaz w butlach do gotowania. Ale pod płaszczykiem dobrobytu kryje się terror równie przerażający, jak ten panujący w rozgrywkach wojskowych i politycznych Nigerii lat 90-tych. Kambili dopiero w konfrontacji ze światem poza domem – choćby dzięki wizytom u ciotki – zaczyna rozumieć, że istnieje alternatywa dla jej dotychczasowego życia. Życia, które właśnie zaczyna walić się gruzy.

Z jednej strony jestem zafascynowana, zarówno tą plastycznością opisu Nigerii z czasów militarnej dyktatury, jak i niezwykłymi postaciami, ale z drugiej strony zaraz po skończeniu książki miałam wrażenie, że opowieść została dość brutalnie urwana, a napięcie i klimat pieczołowicie budowane przez prawie dwieście stron pękły jak bańka mydlana. Niemniej doszłam do wniosku, że chyba właśnie o to chodzi, o pokazanie tej gwałtowności, kiedy bezpieczny (pozornie) świat w ułamku sekundy potrafi runąć i nigdy już nie wrócić do dawnej równowagi. Pękanie dotychczasowego porządku obserwujemy w skali makro – wydarzeń krajowych – jak i mikro, w rodzinie Kambili, a wszystko w naprawdę króciutkiej, ale nasyconej opowieści. Innymi słowy, Chimamanda Ngozi Adichie znów na tak.

dziela
Tulipany w ramach ilustracji.

„Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka” Lucyna Olejniczak

Mama-Malita pożyczyła mi dwa tomy cyklu o kobietach z ulicy Grodzkiej (opowieść kobieco-krakowsko-historyczna) ze słowami „idealne do tramwaju”. Raczej niewielkie objętościowo książki Olejniczak traktują o kobietach powiązanych z Franciszkiem Bernatem, właścicielem apteki przy ulicy Grodzkiej, a wszystko zaczyna się w Krakowie, Anno Domini 1890. Tom pierwszy, choć nosi tytuł „Hanka”, opowiada przede wszystkich o córce Hanki i rzeczonego aptekarza, Wiktorii – którą przy narodzinach podmieniono z urodzoną tego samego dnia zmarłą córką prawowitej pani aptekarzowej. Sama Hanka, wydając ostatnie tchnienie, przeklęła swego dotychczasowego chlebodawcę… i jednocześnie, nieświadoma zamiany noworodków, swoją własną córkę. Wiktoria dorasta zatem jako prawowita Bernatówna i mimo oschłości ojca, rychłej śmierci przybranej matki i nieprzyjemności ze strony macochy wyrasta na dziewczę dobre, pogodne, pracowite i oczywiście urodziwe. Cierpliwie opiekuje się swymi braćmi, pomaga biednym i marzy o pracy w ojcowskiej aptece, ale klątwa rzucona przez jej rodzoną matkę wciąż wisi nad rodziną Bernatów…

Szczerze mówiąc, nie była to najlepsza książka na świecie. Kraków przełomu wieków odmalowywano już tyle razy, że trzeba naprawdę wyjątkowej prozy (ach, pani Szymiczkowa!), żeby się jakoś wyróżnić. Ale mniejsza o Kraków, mniejsza o raczej szkolny styl, ale płytkości bohaterów nie potrafię darować. Ot, choćby Franciszek Bernat jest tak do szczętu zły (morderca, gwałciciel i pedofil, naprawdę trudno znaleźć jakąkolwiek jego zaletę), a Wiktoria tak doskonała (nawet myje się regularnie, w przeciwieństwie do innych bohaterek), że trochę boli przy czytaniu. Acz jednego tej powieści odmówić nie można – faktycznie jest idealna do tramwaju. Moje dziewięć przystanków minęło nie wiedzieć kiedy!

PS. Mamie-Malicie, oczywiście, za pożyczenie dziękując!

Znów Kraków, znów kryminał – ale za to jaki!

Po ostatnich przygodach z kryminałami zapowiedziałam sobie samej, że właściwie to nie jestem fanką i nie muszę sobie zrobić przerwę. Los chciał inaczej – i nie przypuszczałam, że tak szybko przyjdzie mi rewidować stanowisko. A wszystko za sprawą trylogii grobiańskiej Krzysztofa A. Zajasa, którą pochłonęłam jednym cięgiem w niecały tydzień. Profesor Zajas wykłada na co dzień teorię literatury na mojej Alma Mater – a w wymiarze praktycznym popełnił jak dotąd trzy powieści: kolejno: „Ludzie w nienawiści”, „Mroczny krąg” i „Z otchłani”.

Jak każdy szanujący się kryminał, i te trzy posiadają swojego Przedstawiciela Prawa i Porządku. No, czasem bardziej porządku i ogólnie pojętej ludzkiej sprawiedliwości, niż prawnych niejasności i regulaminu policyjnego. Komisarz Andrzej Krzycki, okrzyknięty w toku działań „najlepszy śledczym małopolskiej policji” posiada cechę w swoim fachu cenną a rzadką: intuicję. Bezbłędne wyczuwanie rozmówcy/podejrzanego, brawura i bezkompromisowość tworzą funkcjonariusza tyle nietuzinkowego, co skutecznego. Tę skuteczność zapewnia Krzyckiemu także jego partner, aspirant Lucek Bałyś, dowcipny młodzian o blond loczku na czole i wyjątkowych talentach kulinarnych. Razem zaczynają pracę nad dziwacznym wypadkiem w podkrakowskich Skałkach, który zawiedzie ich do świniarni w Grobianach i dawno nie rozwikłanego morderstwa. Ciąg kolejnych ofiar (przyznajmy od razu, ostatnich drani i łajdaków) pozwala przypuszczać, że za zbrodniami stoi tajemniczy Mściciel, jednoosobowy wymiar sprawiedliwości, mszczący się na tych, którzy umknęli oficjalnej kary w majestacie prawa. I tak się zaczyna historia Krzyckiego, Mściciela i wszystkich innych: trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

Trzy tłuste tomy, mniam!
Trzy tłuste tomy, mniam!

Piszę o trylogii jako o całości, jako że przyjęłam trzy książki jednym haustem (z małym łyczkiem „Onego” w przerwie). Ale właściwie to jest jedna opowieść, nie kolejne, osobne sprawy, jak to często bywa w cyklach książek o dzielnych detektywach, prokuratorach, komisarzach i innych w temacie. Trylogia grobiańska, mroczna i splątana, tworzy spójną historię o Mścicielu i kolejnych jego następcach, a wątki i postaci z „Ludzi w nienawiści” pełnią ważną rolę także w „Z otchłani”. Dodam jednak dla porządku, że każdym tomie tło jest nieco inne – choćby w ostatniej części Krzycki wraz z nowym, tajnym partnerem, księdzem Adamem, zostaje uwikłany w sprawę morderstw księży, której drugie dno tapla się bagienku hipokryzji różnych polskich instytucji, z hierarchami Kościoła tuszującymi liczne przypadki pedofilii na czele. Wszystko podane w odpowiedniej mieszance akcji, dowcipu, kiczu, patosu oraz refleksji życiowych.

To, co bardzo Zajasowi wyszło w całej opowieści, to solidne postaci, pełnokrwiste, barwne, niektóre wyjątkowo podłe (czasem aż za bardzo, ale cóż, czarny charakter być musi). Moim ulubieńcem, oprócz blondynka zwanego Lucy, jest małomówny szef techników Gargulski, który jednym zmrużeniem powiek potrafi przekazać więcej treści niż trzy artykuły w prasie brukowej. In plus bardzo też postaci kobiece, wszak czasem w kryminałach panie bywają sprowadzone do roli trofeum lub mały wyrazistej postaci drugoplanowej. Tu aż się roi od naprawdę ciekawych bohaterek: od Izy, przebojowej dziennikarki z Warszawy, przez Ewę, bez której komenda niechybnie by się zawaliła, aż po Dorotę o twardym charakterze i pewnej ręce trzymającej broń.

Jedyne, co mi nie leży (ostrożnie, spoiler!), to arcydisneyowskie zakończenie. Z reguły kryminały, jeśli już kończą się szczęśliwie, to z nutką (albo całą gamą) goryczy. Trylogia zaś (mam tu na myśli zwieńczenie wszystkich trzech części) została obdarzona iście cukierkowym happy endem, który wydaje się trochę nieprawdopodobny. Ale wybaczam. Lubię happy endy.

Jeśli wprowadzam pewne zamieszanie w kolejnych częściach trylogii i z wszystkimi bohaterami – wybaczcie. Zalecam uporządkowanie tego mojego entuzjazmu we własnym zakresie, tj. przeczytanie trylogii pióra Zajasa w trybie pilnym. Nie będziecie rozczarowani.

[tl;dr] Kawał kapitalnego krakowskiego kryminału. Nie pytać, czytać. ASAP.

PS. Ważne ogłoszenie parafialne – pierwsze, premierowe spotkanie z Krzysztofem A. Zajasem o „Z otchłani” już w tę środę (16.03) w empiku w Bonarce o 18:00. Będę tam ja, prowadząca całokształt, bądźcie i Wy!
PPS. Za całą trylogię bardzo dziękuję wydawnictwu Sonia Draga.

Krakowski światek kryminalny

Jak się już rzekło wielokrotnie, jedną z najzacniejszych stron posiadania bloga czytelniczego jest fakt, że różni ludzie przynoszą/polecają/pożyczają kolejne lektury. No wiecie, w stylu „to ci się spodoba, skoro czytałaś XYZ” aż po „a bo znajoma znajomego… chcesz książkę?”. Nie da się ukryć, że na hasło „chcesz książkę?” całe moje jestestwo zwykło się układać w metaforyczne „tak tak daj proszę!”. I mniej więcej tą drogą weszłam w posiadanie „Wagi” Bartłomieja Basiury. Czyli kryminał. Czyli Kraków.

Zaczyna się do sterty rozsypanej układanki i całego kalejdoskopu wątków, które tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Otóż jest Dagmara, studentka prawa, która odbywa praktykę na komendzie policji. U swego ojca, dodajmy – Miłosza „Lamy” Goczałki, legendy krakowskiego Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Z kolei Szymon, bezrobotny absolwent dziennikarstwa, planuje pisać biografię doktora Droubera, dość frapującej (i wrednej) postaci. Do tego ambitna Edyta Kotarska, która ma mnóstwo kłopotów w pracy (zastępca dyrektora aresztu przy Montelupich to nie przelewki) i niewiernego męża (przystojny Adam, pilot, co lotnisko to kochanka) (no, prawie). Te i inne postaci połączy zbrodnia: z początku niby tylko tragiczny rezultat porachunków pseudokibiców. Trzy ciała, znalezione w jednym z krakowskich mieszkań, wiodą do kolejnych ciał, a w każdym brakuje jakiegoś organu. Jakby ktoś je kolekcjonował… policja i prokuratura drepczą w kółko, w areszcie przy Monte sprawy się komplikują, a nagle znikąd pojawia się tajemnicza firmo-instytucja, Insight, która przynosi więcej pytań niż odpowiedzi – jakby tych pierwszych było mało.

O ile pomysł i splecenie wątków naprawdę niezłe – choć początkowo ciężko było się wciągnąć, końcówkę czytałam do późnej nocy – to wykonanie słabsze, momentami mocno toporne. Mieszanie normalnej, trzecioosobowej narracji z elementami gwary więziennej czy potknięcia stylistyczne typu „zrobił kolejny łyk” trochę irytują przy czytaniu. Ujmując rzecz nieco od innej strony: swego czasu „Nowa Fantastyka” publikowała porady dla piszących w wydaniu Michaela J. Sullivana. Część z nich była świetna, część dość oczywista, ale jedna z nich mocno zapadła mi w pamięć. Parafrazując: lepiej pokazywać, niż opowiadać wprost i łopatologicznie tłumaczyć wszystko czytelnikowi. Więc jeśli w ciągu kilkunastu stron trzy razy dowiaduję się, że Dagmara „nie należała do bystrych” i „nigdy nie grzeszyła inteligencją”, to sama czuję się jakoś taka mniej bystra przez to. Jako że wolę powieści o słabszej fabule, ale wyśmienicie napisane od tych kiepsko napisanych, ale z pomysłem na akcję – trochę jestem rozczarowana.

[tl;dr] Początek toporny. Finał mocny. Forma utykająca. Nie przekreślam na amen.

PS. A za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf.

Mieszczański Kraków zbrodnią żyje!

Mam ja ostatnio szczęście do mariaży kryminalnych zagadek i historii z przeszłości: oto kolejna zbrodnia w stylu vintage dołącza na półeczkę „przeczytane”. Tym razem przeszłość nieco bliższa, a miejsce zbrodni to już prawie że po sąsiedzku. Otóż Maryla Szymiczkowa, królowa pischingera i wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, przenosi czytelników do Krakowa Anno Domini 1893, gdzie czasem nie dzieje się za wiele, ale gdy się już dziać zacznie, końca nie widać. Dodajmy w tym miejscu, dla porządku i ładu, że – jak to ładnie ujęto na okładce – Szymiczkową do życia powołało dwóch dżentelmenów, Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w ramach literackiego eksperymentu postanowili rzucić zbrodnię w Dulski świat krakowskiej socjety. A przewodniczką po tym świecie jest pewna wyjątkowa bohaterka. Profesorowa, nie ma to tamto.

Dla profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej – dojrzałej damy, ale jeszcze nie statecznej matrony – prestiż w krakowskim światu w obrębie Plantacji to cel, który uświęca wszystkie środki. Tej pogoni za prestiżem zupełnie nie rozumie jej szanowny małżonek, profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (sympatyczny, acz niezbyt ambitny). Ignacy potrzebuje do szczęścia głównie swoich preparatów, codziennej lektury prasy oraz mizerii. Z pełnym uśmiechu politowaniem spogląda na żonine wysiłki zadośćuczynienia mieszczańskiej ortodoksji: zakupy w Sukiennicach, towary kolonialne wyłącznie u Hawełki, suma tylko w Mariackim, z gazet wyłącznie „Czas”. Zofia wspina się na społecznej drabinie, zdeterminowana przemienić się w krakowiankę idealną (łącznie z wyparciem swojego prowincjonalnego pochodzenia), a konkretnie w damę komitetową Towarzystwa Dobroczynności. W tym celu planuje zorganizować loterię fantową na rzecz dzieci skrofulicznych, a fanty uzyskać od podopiecznych Domu Ubogich fundacji Helclów. Tymczasem u Helclów panuje nieopisane poruszenie: otóż w tym przybytku niespokojnej, jak się okazuje, starości, popełniono morderstwo. Początkowo uważano, że jedna z pensjonariuszek umarłą śmiercią nad wyraz naturalną, ale jednak okoliczności okazują się inne – a zbrodnie się mnożą. Policja wszczyna dochodzenie, ale Szczupaczyńska wie swoje i podążając za przykładem ukochanych literackich detektywów wypytuje siostry szarytki, personel oraz pensjonariuszki (nie zapominając przy tym o fantach na loterię). Jej wysoki poziom ciekawości wrodzonej (czytaj: wścibstwa) zawiedzie ją do miejsc, o których nie śniło się krakowskiej policji…

https://i0.wp.com/krakow.pl/zalacznik/243508/4.jpg
Dom Pomocy Społecznej im. Helclów dziś

Ale, ale, nie zapędzajmy się z tą policją. Kryminalna intryga nie jest tutaj najbardziej istotna, ba, to zaledwie pretekst, by zanurzyć się w świecie przedstawionym. Dehnel i Tarczyński odmalowują mieszczański Kraków końca XIX wieku, w którym widelec jest technologiczny (frędzli dywanów nie sposób rozczesać innym narzędziem), a przebaczenie to termin wyłącznie z dziedziny teologii, „bez zastosowania w życiu codziennym”. Towarzyskie niesnaski, anse i awanse to jest temat najważniejszy, a Zofia Szczupaczyńska doskonale wie, jak trudno lawirować w tym kłębowisku żmij i żmijek, wszak lawiruje na co dzień. Ot, nieustanne sprzeczki z odległą kuzynką, ot, poszukiwanie odpowiedniej służącej czy sprawunki na Placu Szczepańskim przed porządnym niedzielnym obiadem – czasem te zwykłe czynności przerwie jakaś wielka narodowa sprawa, jak pogrzeb Matejki (Zofię zaprzątają głównie numerowane miejsca w kondukcie), albo właśnie tytułowa tajemnica domu Helclów.

Napisane to jest przednio, panowie dążyli do odwzorowania języka dawnej literatury, bawiąc się konwencjami tudzież dorzucając trzy kilo ironii. Bardzo cenię sobie takie stylistyczne i fabularne puszczanie oczka do czytelnika (postać asystenta Ignacego, niejakiego Żeleńskiego, to jedno z co większych mrugnięć).

Ergo. Mniejsza o tę zbrodnię. Kraków, Kraków moi drodzy. Dla Krakowa się to czyta.

PS. Ta okładka <3

„Szopka” Zośka Papużanka

„Szopka” Zośka PapużankaDomek z klocków i gwoździ na okładce zapadł mi w pamięć już bardzo dawno temu, wszak „Szopka” to rzecz nienowa. Zabrałam się jednak za czytanie dopiero niedawno, po wywiadzie z Papużanką w „Wysokich Obcasach”, bodajże miesiąc temu. I już sam tytuł w zestawieniu z nazwiskiem Autorki stanowczo ma coś w sobie. Szopka. Zośka. Papużanka. Przyznajcie, jest ukryta jakaś przekorna magia w połączeniu tych trzech słów… i ta rudość i te kolczyki. To musi być naprawdę nietuzinkowa osoba.

Dulszczyzna żyje i ma się dobrze. Wiecznie narzekająca matka, ojciec zahukany, ale poczciwy, synek Maciuś, który nigdy nie stanie się Maciejem, nawet po pięćdziesiątce i morzu wychlanej wódy, płochliwa a strachliwa córunia Wandzia. Dalsza rodzina, bliższa rodzina, kolejne pokolenia – tak się to splata w groteskowo-gorzkich oparach zakłamanego absurdu. Totalna szopka.

– Ja w sprawie konkursu na szopkę [mówi Pan Deus Ex Machina, który przychodzi do domostwa Maciusiowej rodziny, by wręczyć nagrodę w rzeczonym konkursie – JM]
– Szopka to jest tutaj, proszę pana – powiedział bardzo poważnie Maciuś. – Siedem dni w tygodniu.*

Teraz uwaga, będę się wymądrzać jak egzaltowana nastolatka. „Szopka” przeczołgała mnie emocjonalnie, bo choć nie znam (całe szczęście…?) takich relacji rodzinnych z autopsji, to jednak Papużankowe przedstawienie wbija w fotel. Boże jedyny, jak to jest napisane. Ocieka doskonałością. Uwielbiam taki styl. Ta płynność, te frazy, dobór słów do sytuacji… absolutnym majstersztykiem jest dla mnie obszerny fragment, w którym wyprawa do teściowej na sznycle staje się świętym rytuałem, najbardziej sakralnym z obrzydliwych rodzinnych zwyczajów:

O święta anagnorisis, do której od pięciu decybelicznych minut zięciomałżonek się modli, czemu jesteś tylko pozorem? Czemu nim gardzisz, czemu nie wtajemniczysz, skoro to on ma kluczyki do rydwanu, skoro bez niego święto sznycla się nie odbędzie, nie zapalą się świece?**

Uchowaj nas Boże od szopki w rodzinie.
I daj nam literatury naszej powszedniej takiej jak „Szopka”.
Dzisiaj i na wieki wieków.
Amen.

PS. Szopka nominowana do Nike 2013. O tak.
PPS. “Z półki”. 2013.

* Zośka Papużanka, Szopka, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 25.
** Tamże, s. 132.