Strach, kłamstwo i… przekonanie. Pozdrowienia z Korei.

Odkąd Litera dobrą chwilę temu podrzuciła wieść o zapowiedziach tej książki, cały czas gdzieś tkwiło mi z tyłu głowy niezachwiane przekonanie, że muszę to przeczytać. Pół roku w najbardziej zamkniętym kraju świata, w zbudowanej na fundamencie z kłamstw i propagandy Korei Północnej – już sam opis robił kolosalne wrażenie. Robi wrażenie też historia autorki. Suki Kim urodziła się w Korei Południowej i wyemigrowała do USA z rodzicami, gdy miała lat trzynaście. Jak sama zauważa, urodziła się i wychowała w krajach, które Korea Północna uznaje za wroga. Ba, uczniowie pani Kim są wychowywani w poczuciu, że wojna z imperialistyczną Ameryką wisi na włosku.

Ów półroczny pobyt nie był pierwszą wizytą autorki w Korei Północnej – Suki Kim odwiedziła kraj Wielkiego Przywódcy między innymi w 2008 roku, jako dziennikarka podczas tournée orkiestry Filharmonii Nowojorskiej. Prawdziwie wyzwanie przyszło jednak w 2011 roku, gdy wreszcie powstała pierwsza prywatna uczelnia na północ od 37 równoleżnika: Pyongyang University of Science and Technology. Uniwersytet, w skrócie zwany PUST, został ufundowany przez kościoły ewangelickie, zatrudnia wyłącznie zagranicznych wykładowców i ma kształcić przyszłą elitę narodu, synów najpotężniejszych ludzi w państwie. Dwustu siedemdziesięciu trzech wybranków.

Kim Suki jeszcze w 2008 roku złożyła podanie o pracę w charakterze wykładowcy i po dwóch latach wymian korespondencji została zatrudniona jako lektorka języka angielskiego. Pojechała do Pjongjangu pod podwójną przykrywką – jako pisarka, udająca misjonarkę, udającą nauczycielkę. Spędziła sześć miesięcy na kampusie, zamknięta jak w więzieniu, z obowiązkową godziną policyjną i starannie zaplanowanymi wycieczkami: przyjezdne grono pedagogiczne mogło oglądać tylko to, co zostało dla nich zaplanowane. Podobnie z planami lekcji: każdy najdrobniejszy szczegół musieli zatwierdzić opiekunowie i nie było mowy o tym, by w jakikolwiek sposób podważyć nie tylko osobę Wielkiego Przywódcy, ale i oficjalną wizji państwa w stosunku do innych krajów świata.

Studencki pani Kim nie wiedzieli zatem (albo udawali, gdyż sztukę mijania się z prawdą opanowali do perfekcji), czym są podatki i jak się jeździ na nartach, ale karmieni reżymową propagandą i ideologią songun wierzyli, że cały świat podziwia Koreę Północną, rodzime seriale z latach 70-tych są bardzo popularne we współczesnych Chinach, a kimchi stało się oficjalną potrawą igrzysk w Atlancie w 1996 roku.

Mogłabym godzinami wymieniać, co mi zapadło w pamięć przy czytaniu „Pozdrowień z Korei”. Choćby to, że wszystko przypomina o osobie Wielkiego Przywódcy: od przypinek z jego wizerunkiem po wszechobecne utwory patriotyczne, nieustannie emitowane z głośników: „bez ciebie nie ma nas, bez ciebie nie ma ojczyzny”, jak głosi refren Pieśni Generała Kim Dzong Ila. Albo problem z napisaniem podania o pracę – w Korei Północnej naszych typowych listów motywacyjnych po prostu nie ma. Pracę, tak jak i studia czy szkołę, za młodego człowieka wybiera rząd.

https://en.wikipedia.org/wiki/Pyongyang_University_of_Science_and_Technology#/media/File:Columbia_SIPA_students_at_PUST_in_DPRK_%2810682515504%29.jpg
Studenci PUST pozują do zdjęcia ze studentami z Uniwersytetu Columbia

Osobna kwestia to samo-zaszczucie samej autorki, poczucie bezustannej kontroli i inwigilacji. Trzy razy się zastanawia, zanim napisze i wyśle e-mail, obawiając się, że może powiedzieć za dużo – tkwi w przekonaniu (całkiem słusznie), że każdy kontakt ze światem zewnętrznym jest starannie cenzurowany. Co i rusz rozpamiętuje pożegnanie z kochankiem, irytując się, że on nie potrafi rozszyfrować jej enigmatycznych wiadomości. Jednocześnie przywiązuje się do swoich uczniów i choć z jednej strony pragnie pokazać im nowy, inny świat, to z drugiej strony wie, że po pierwsze się jej to nie uda, a po drugie – nie ma to najmniejszego sensu.

Zamiast zakończenia – opowieść krótka. Gdzieś w odmętach pierwszego roku studiów oglądaliśmy dokument „Za kulisami – Korea Północna z ukrycia”, nakręcony ukrytą kamerą dzięki misji medycznej. Zagraniczni lekarze usuwali katarakty setkom pacjentów: przeprowadzali zabiegi, zakładali opatrunek i po kilku dniach wracali go zdjąć. I wtedy jedną z pierwszych rzeczy, jakie robili od dawna niewidzący obywatele Korei, było spojrzenie w twarz umiłowanego przywódcy oraz wyrażenie swojej wielkiej wdzięczności, gdyż bez niego nie mogliby odzyskać wzroku. Wydaje mi się, że są dwie możliwości: albo są tak doskonale stłamszeni, że nie wyobrażają sobie innej reakcji, albo są tak doskonale zindoktrynowani, że reagują szczerze, z całego serca, naprawdę w to wierząc.

Strach czy autentyczne przekonanie?

Naprawdę nie wiem, która możliwość jest bardziej przerażająca.

PS. Rzeczony dokument, w kiepskiej jakości, tutaj. Scena ze zdejmowaniem opatrunków zamyka film.
PPS. A tu opowieść autorki – dwanaście minut, ale warte każdej sekundy.

„Szkoła kotów” Kim Jin-kyung

Szkoła kotówJakiś czas temu spotkała mnie miła recenzencka niespodzianka – wygrałam byłam konkurs w Biblionetce z moim tekstem o mlecznym Gaimanie. Nagroda – najmilsza z możliwych, czyli książka do wyboru z Biblionetkowych patronatów. I, jak to mówią, osiołkowi w żłobie dano, całe mnóstwo, licząc siano. Ale od początku jeden tytuł przykuł mą uwagę w stopniu zaawansowanym: koty? Korea? Więcej kotów? Biorę!

Tak, ja wiem, że to jest książka dla dzieci. Niemniej, starannie pielęgnuję okruchy dziecięcości w mej czytelniczej duszy, aplikując sobie raz na jakiś czas „Dzieci z Bullerbyn” JW Lindgren, powieści Noel Streatfeild czy Waltera Moersa (smokiii!). Bez tego rzeczywistość byłaby jeszcze bardziej szara i smutna. A Kim Jin-kyung popełnił „Szkołę Kotów” dla swojej córeczki, na pociechę po stracie ukochanego mruczącego przyjaciela. „A może koty jednak nie umierają, tylko idą w miejsce, gdzie się uczą, bawią i przeżywają różne przygody?”, pomyślał. Po czym wyobraził je sobie… i opisał.

Otóż koty, ukończywszy piętnasty rok życia, opuszczają domostwa, które dzielą z ludźmi i udają się do niezwykłej placówki edukacyjnej. Tam poznają tajniki wiedzy okołokociej zarówno w dziedzinie historii, sztuki, jak i magii. Bywają też rozmaite porady i mądrości życiowe, na przykład: „kot, który siedzi zbyt długo w ciszy i bez ruchu, nie ma nic wspólnego z prawdziwym kotem”* (w to akurat trochę mi ciężko uwierzyć, zwłaszcza, jak patrzę na mojego podkociopiecznego, który jak zlegnie całym ciężarem, to nie wstaje, bo po co. Patrz niżej). Wszystko prowadzi do zrozumienia sekretu Kryształowej Groty oraz pradawnej przepowiedni. Złowieszczy Tenebris, władca Kotcieni, tylko bowiem czeka, by znów dać o sobie znać…

Pięknie wydana książeczka cieszy oczy i ducha. Kotów, jak wiadomo, nigdy dość, a te tutaj są wyjątkowo wdzięcznie przedstawione. Co prawda to dopiero pierwszy tom przygody Saliksa, Miłki i Mesana – gdyż to ich oczami i łapkami poznajemy Kocią Szkołę – ale cliffhanger na sam koniec jest zaiste godny podziwu. Wiecie, co to oznacza? Tak! Jeszcze więcej kotów w drugim tomie! Ja tam się cieszę.

PS. A tu jeszcze kot fotograficzny, słodko drzemiący popołudniową porą.

kot

* Kim Jin-kyung, Szkoła kotów, przeł. Edyta Matejko-Paszkowska i Choi Sung Eun, Kwiaty Orientu 2013, s. 47.