„Y: ostatni z mężczyzn. Cykle” Brian K. Vaughan, Pia Guerra

„Y: ostatni z mężczyzn. Cykle” Brian K. Vaughan, Pia GuerraPamiętacie Yoryka? Trochę nieogarnięty iluzjonistę, po uszy zakochanego w Beth, syna członkini Kongresu i prominentnego naukowca? Tak, to on. Ostatni z mężczyzn. Ach, jakie to symboliczne, że chromosom Y i Yoryk!

Krótkie przypomnienie, o cóż się rozchodzi: latem 2002 roku dziwna Zaraza w ułamku sekundy pozbawiła życia wszystkie ssaki z chromosomem Y. Co za tym idzie, z powierzchni ziemi znika 85% przedstawicieli rządów państw świata, 100 % księży katolickich, imamów oraz ortodoksyjnych rabinów. 92 % groźnych przestępców. 99% właścicieli ziemskich. 3 miliardy, 48 % populacji: innymi słowy, wszyscy mężczyźni. No, prawie wszyscy.

Yoryk Brown, jedyny ocalały, wraz z Bardzo Tajemniczą Agentką 355, panią doktor Alison Mann, specjalistką od klonowania, oraz małpą imieniem Ampersand (drugi ocalały samiec, to istotne!) podejmują pełną wyzwań podróż przez postapokaliptyczne Stany. Muszą odnaleźć kopie próbek badań doktor Mann, bo oryginały spłonęły w tomie pierwszym, a być może stanowią one klucz do wyjaśnienia przyczyn Zarazy. Śladem radosnej ekipy podążają fanatycznej Amazonki (wśród nich siostra Yoryka, Hero) oraz… armia izraelska. Innymi słowy, będzie się działo.

Znowu machnęłam w trymiga. Tak leżało obok, niby czekało na lepszą okazję… a przecież komputer się długo uruchamia, to sobie zerknę. Hmm, potrzebuję chwili relaksu, tylko dwie strony. O, już koniec? No popatrz. Miło sobie raz na jakiś czas poczytać komiksy, bo choć nie jestem najbardziej entuzjastyczną z ich wielbicielek, to jednak doceniam i lubię. Tom trzeci również czeka w zasięgu ręki, a po ostatnim kadrze tomu numer dwa czuję się wysoce zaintrygowana. Problem w tym, że tylko trzy tomy (z dziesięciu!) zostały wydane w języku polskim. Ech, przeczuwam czytanie streszczeń po angielsku…

PS. Dziękuje Jackowi za pożyczenie, raz jeszcze!
PPS. Autoreklama: a tu słów parę o prześwietnych 
„Przedksiężycowych” Anny Kańtoch, oczywiście na Hatak.pl.

„Y: Ostatni z mężczyzn. Zaraza” Brian K. Vaughan, Pia Guerra

„Y: Ostatni z mężczyzn” Brian K. Vaughan, Pia GuerraBo Malita czytuje także komiksy, jak pamiętacie. Czasem internetowe, rzadziej te w papierowej wersji, ale zdarza się. I jak to w sesji bywa, kiedy już obejrzymy żubry/pingwiny/kotki i pozamiatamy pustynię, zawsze jeszcze znajdzie się coś do przeczytania, zanim sięgniemy po Właściwe Notatki Do Nauki. Ja ukradkiem podczytywałam „Y”, tak po stronę, dwie, aż ku własnemu zdumieniu odkryłam, że przeczytałam całość. W trymiga!

Rzecz opiera się na tym, że nagle, w ułamku sekundy, giną wszyscy mężczyźni na Ziemi. 3 miliardy osobników płci męskiej. 48% populacji. Ta straszliwa hekatomba dotyczy wszystkich ssaków z chromosomem Y. Wszystkich…? No właśnie. Yoryk Brown ocalał. On i jego podopieczny, małpa kapucynka Ampresand, również płci męskiej. Dlaczego przeżyli i co było przyczyną wyginięcia pozostałych mężczyzn – oto jest pytanie. Yoryk będzie musiał nie tylko odnaleźć odpowiedź, ale też uciec przed bandą wojujących Amazonek (czyli, cytując, „gangów, które w całym kraju palą banki spermy”). I, oczywiście, zrobi wszystko, by odszukać swoją ukochaną, której oświadczył się przez telefon na kilka sekund przed katastrofą. Ale co się stało z Beth? I co z całą sprawą ma wspólnego pani pułkownik, stacjonująca na zachodnim brzegu Jordanu oraz pani doktor, eksperymentująca z klonowaniem?

Brzmi jak „Seksmisja”? Może trochę. Tym razem jednak nie schodzimy do podziemi, ale przemierzamy postapokaliptyczny krajobraz pełen rozbitych samochodów. Towarzyszymy Yorykowi i specjalnej agentce 355 (kolejna zagadka, kto to jest?!), z zapartym tchem śledząc kolejne zwroty akcji. A dzieje się i dzieje na tych niespełna 130 stronach komiksu. I urywa się tak dramatycznie, że aż chciałam zakrzyknąć w oburzeniu „Co, już?”. Na szczęście są widoki na kolejne zeszyty, w Polsce ukazały się jak dotąd trzy tomy z wydanych w oryginale dziesięciu. Bardzo mnie ciekawi, dokąd zaprowadzi nas Yoryk i cała plejada pań… Świetny klimat i scenariusz (to Brian K. Vaughan), niezłe rysunki (to Pia Guerra). Panie i panowie, warto czytać komiksy.

PS. Dziękuję Jackowi za pożyczenie. Jacek skądinąd prowadzi sklep z komiksami, Atom Comics, zajrzyjcie, bo zacny.

„Ślimacze opowieści II. Miłość i patologia” Ilona Myszkowska, Marcin Krzysiak

Że co, że komiks? Też się czyta. A raczej czytuje, bo nie jestem specjalną entuzjastką komiksów. Owszem, kiedy śledziłam zagraniczne a fantastyczne, ubóstwiałam też „Zits”, ale teraz regularnie odwiedzam tylko jeden – „Chata Wuja Freda”. Niefantastyczny. Polski (dobre, bo nasze!). Komiks, do którego naprawdę pasuje nadużywane przeze mnie określenie „epicki”.

Ilona aka Kobieta-Ślimak od trzech lat bez mała komiksowuje w sieci, dzieląc się ze stale rosnącą rzeszą czytelników swoimi mniej lub bardziej patologicznymi przemyśleniami na temat życia, śmierci i innych takich błahostek. Nieustannie zadziwia mnie trafność niektórych odcinków, tzn. ich przystawalność do mojej rzeczywistości – jak choćby mój najukochańszy odcinek o nożyczkach w szufladzie albo o fryzjerze. Och och jakie to tró/prawdziwe.

Kiedy przedwczoraj w paczce przyszły „Ślimacze Opowieści II” tudzież grube wydanie odcinków internetowych na papierze, moja dusza uradowało się wielce. Pochłonęłam obie rzeczy w trymiga, obśmiewając się jak norka. Na „Ślimacze…” składają się krótsze i dłuższe komiksy, takie dwukadrowe i takie kilkustronicowe. Moim osobistym faworytem jest „Z kamerą wśród świrów: kupujemy buty”, jednostronicowy komiks, który zawojował moje serce. Tu spoiler: nawet jeśli odnaleziony but będzie odpowiedniego kształtu, koloru, rozmiaru i ceny, to nie wszystko – kobieta musi czuć z nim więź emocjonalną… Słownie może nie brzmi to zbyt dobrze, niemniej obrazkowo wypada genialne. I już wiem, dlaczego od dwóch tygodni nie mogę kupić odpowiednich butów. „Horrory, których nie było” – świetny koncept. Najmniej podobały mi się obrazki zwierzątków patologicznych („To jest Patyczak Svenson. Stać go na zapłacenie wszystkich podatków, ale i tak oszukuje skarbówkę. Dla zasady”) – jakoś… nie przystają do całości.

Kobieta-Ślimak jest mistrzynią w ciętym a trafnym przelewaniu zwykłych codziennych sytuacji (ale nie tylko) na obrazki i dymki z tekstem. Choć nie przebiera w słowach, a rysunki są czarno-białe, to całokształt wypada – otóż właśnie – epicko. Zachwyca mnie również idiolekt Ilony i jej wybranka, Buca-Bez-Empatii vel Marcina; zwroty typu „dobsz”, „umrzyj”, „omajgad” przyswoiłam bezproblemowo.

Nie będzie się to podobało wszystkim: bo wulgarne, bo krzywe, bo niesmaczne, a w ogóle komiksy są złe. Mnie ten typ humoru odpowiada i wierną fanką pozostaję. Kobieta-Ślimak (i BBE) ftw, a ja idę sobie jeszcze poczytać „Ślimacze”.

A zdjęcie stąd.