Japoński kot prosto z nieba

Moja szanowna Alma Mater (przy okazji, brawka dla nas za przodowanie wśród polskich uczelni!) wydaje różne książki, wiadomo, naukowe głównie, i chwali się nimi ogólnouniwersyteckim newsletterem. A oprócz pozycji naukowych znajdziemy w nim też takie zacności, jak „Seria z żurawiem”, czyli literatura współczesna ze wszystkich stron świata. Jak na razie dorobek serii jest raczej skromny, ale za to znalazł się w nim akcent japoński. Koci akcent japoński. Widzicie, musiałam. No musiałam nabyć. Continue reading „Japoński kot prosto z nieba”

Gdy Bóg nie odpowiada. Endō Shusaku i jego „Milczenie”

shusaku_milczenieWiele zmieniło się w Japonii od czasów, gdy w połowie XVI wieku stopę na wyspach postawił Franciszek Ksawery. Chrześcijaństwo, początkowo bujnie rozkwitające i liczące dziesiątki tysięcy wiernych, za czasów szogunatu Tokugawów przestało być tolerowane przez władze. Ba, w 1614 roku wydano edykt, zakazujący wyznawania wiary w Chrystusa, a kapłanów ostatecznie wydalono z kraju. Co nie oznaczało, że chrześcijanie zniknęli na zawsze, raczej, że zeszli do podziemia. Prześladowania trwały, a podejrzanych o wyznawanie zakazanej wiary testowano, każąc świętokradczo dotknąć stopą wizerunku Jezusa lub Maryi. Wizerunki te zwane  fumi-e, czyli, dosłownie, podeptane obrazy. Właśnie ten okres dziejów Japonii przedstawia „Milczenie”, najsłynniejsza i obsypana nagrodami powieść Shūsaku Endō z 1966 roku.

„Wieść dotarła do Kościoła”. Lakoniczne zdanie otwierające „Milczenie” przekazuje pogłoskę o tym, że ojciec Cristóvão Ferreira wyrzekł się wiary chrześcijańskiej. Continue reading „Gdy Bóg nie odpowiada. Endō Shusaku i jego „Milczenie””

Dzieła zebrane #19

Wybrałam się jakiś czas temu na slajdowisko, zorganizowane przez moją znajomą podróżniczkę – rzecz poświęcona była jej niedawnej wyprawie do Japonii, było mnóstwo pięknych zdjęć i wspomnień, co automatycznie uruchomiło moje własne dalekowschodnie tęsknoty. Wróciłam do domu i wiedziona tymi tęsknotami, w tempie błyskawicznym wygrzebałam dwie książki okołojapońskie, które Continue reading „Dzieła zebrane #19”

Isabel Allende i japoński kochanek

Mam jeszcze jedną reminiscencję zeszłoroczną, a dokładniej – świąteczną. Nie od dziś wiadomo, że prezentowanie mi książek wiąże się z pewnym ryzykiem i czasem bezpieczniej podpytać o pobożne życzenia (jak było w przypadku „Jamnikarium”, sama sugerowałam Aniołkowi to i owo). Ale zdarzają się też zupełne niespodziewajki, które cieszę czytelniczą duszę podwójnie. Gdy więc spod królewskiej choinki wyciągnęłam najnowszą powieść Isabel Allende, byłam Continue reading „Isabel Allende i japoński kochanek”

Ludzie, którzy jedzą ciemność – o dziewczynie, która zaginęła w Tokio

Jak zdarzyło mi się nieraz wspomnieć (ostatnio przy okazji dyskusji o „Małym życiu”, zerknijcie na komentarze pod wpisem!), rzadko czytam reportaże. Jeśli już, to są to opowieści w jakiś sposób ugruntowane  – jak w przypadku książki Aleksandry Gumowskiej o seksie, betelu i czarach na Trobriandach. Niemniej, istnieje jeden wyjątek w moim czytaniu reportaży: jeśli jest to reportaż o Japonii, biorę w ciemno. W tenże sposób dawno, dawno temu zaopatrzyłam się na jednej z wyprzedaży Znakowych w „Ludzi, którzy jedzą ciemność” Richarda Lloyda Parry’ego.

Właściwie, zawartość przynosi dość odmienną treść niż obiecane na okładce hasło „Tokio – miasto mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Można się spodziewać mrocznych sekretów, wstrząsającej przemocy, sex drugs and rock’n’roll – i wszystkiego po troszku tam znajdziemy. Ale przede wszystkim reportaż Parry’ego to opowieść o jednej, ślicznej dziewczynie, która zaginęła 1 lipca 2000 roku.

Lucie Blackman, która wraz z przyjaciółką Louise pojechała do Tokio odkuć się finansowo, pracowała jako hostessa w klubie Casablanca. Tym jednym prostym zdaniem wkraczamy w cały świat mizu shōbai, „wodnego świata” nocnego życia w Japonii. Być hostessą oznacza być damą do towarzystwa w klubie, czymś na kształt bardziej zaangażowanej kelnerki, która dba o to, by klient dobrze się bawił, wypił to i owo, był ukontentowany konwersacją i kompanią ładnej dziewczyny. Ale, jak zauważa Parry, gdyby praca hostessy kończyła się tylko na siedzeniu w klubie, Lucie Blackman być może by jeszcze żyła. Wyjście na niezobowiązujący obiad z klientem, wymagany przez właściciela klubu, skończyło się tragicznie. I pozwólcie, że w tym miejscu zakończę wprowadzenie, bo siłą tej książki jest właśnie stopniowe odkrywanie wstrząsającej historii Lucie i innych zaangażowanych osób.

Roppongi by night

Richard Lloyd Parry, brytyjski korespondent piszący dla The Independent czy The Times, mieszkał w Tokio w 2000 roku i później, a ciągnąca się przez całe lata sprawa Lucie bardzo go zaintrygowała. Zaczął drążyć temat, a efekt widać oto na załączonym obrazku.  Jego „Ludzi…” czyta się bardziej jak powieść sensacyjną, jako że Parry prowadzi czytelnika w miarę rozwoju historii niczym przez fikcyjną konstrukcję. Zastanawia się, co mogło zdarzyć się Lucie i osadza jej losy w szerokim japońskim kontekście, by wreszcie dojść do wielkiego finału. Oczywiście, rzecz jest starannie opracowana, oparta na solidnym researchu i rozlicznych wywiadach z zaangażowanymi w sprawę osobami – w tym bliskimi samej Lucy.

Parry porusza w swoim reportażu bardzo wiele wątków: nie tylko drobiazgowo analizuje świat nocnych klubów w tokijskiej dzielnicy Roppongi, pieczołowicie odtwarza losy Lucie przed i po jej przyjeździe do Japonii, ale porusza także inne, trudne i ważne tematy. Pisze o różnych sposobach przerywania żałoby, kreśląc bardzo intymny portret rodziców Lucie (skądinąd solidnie pokłóconych), zagłębia się w przebieg japońskich procesów sądowych oraz wyjaśnia sytuację zainichi, czyli Koreańczyków mieszkających w Japonii.

Całość robi ogromne wrażenie – nie tylko dzięki znakomitemu przygotowaniu autora i jego solidnej pracy, ale także, a może przede wszystkim, naprawdę poruszającej opowieści o młodej dziewczynie, której nie dane było dożyć dwudziestych drugich urodzin. I o mrocznej tajemnicy, o nieprzemijającym cieniu, który ta opowieść położyła na życiu wielu innych.

PS. Jakbyście mieli ochotę, Richarda Lloyda Parry’ego można śledzić na Twitterze!

Ganbare. Po prostu.

Przyznaję z miejsca, że kiedy przychodzę do kogoś w odwiedziny i dostrzegam książki, to zaraz idę przyjrzeć się z bliska. Kartkuję, wybieram, pożyczam. I gdy odwiedziłam w zeszłym tygodniu myszkovską (i opracowałyśmy plan nadrabiania klasyki fantastyki), na wierzchu leżało „Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Tej książki akurat pożyczyć nie mogłam, ale przeczytałam pół na miejscu. Tylko pół, ale nie dlatego, że nie miałam czasu, tylko dlatego, że to nie jest książka do czytania na raz.

Zasługuje na więcej.

Choć raczej rzadko czytam reportaże, to dla tych okołojapońskich robię wyjątek. A w tym przypadku Katarzyna Boni postanowiła zmierzyć się z szalenie trudnym tematem, trudnym także dlatego, że wciąż tak bardzo świeżym. Choć od 11 marca 2011 minęło już ponad pięć lat, to skutki tamtych wydarzeń widać do dzisiaj. Ot, obrazek: jedna sosna została z lasu przy mieście Rikuzentakata, zmiecionego przez bezlitosne fale. Ot, obrazek: czarnej worki zalegające wszędzie w Fukushimie. Wypchane są skażoną ziemi, której nie da się odkazić, trzeba są po prostu zapakować i wywieźć. Te dwa obrazki symbolizują dwie wielkie tragedie: bo w marcu 2011 zdarzyło się to nie tylko tsunami, potężny żywioł niszczący wszystko, co napotka, ale i awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. Aha, ten ryż, co leży na półmisku, pochodzi właśnie z Fukushimy, przeszedł wszystkie atesty. Ale… czy zjesz ten ryż?

Nie tylko tsunami, nie tylko elektrownia, ale także rzut oka na współczesną Japonię – oto, co proponuje autorka. Opisuje tytułowe warsztaty umierania, szamanki itako kontaktujące się z duchami, Godzillę i nowy, atomowy bestiariusz japoński. Niemniej, rzecz tworzy bardzo spójną całość, delikatnie krążąc wokół wszystkiego, co związane ze śmiercią i tragediami do niej prowadzącymi.

„Ganbare!” (がんばれ!) to japoński okrzyk oznaczający „Dasz radę!”. Wyraża poparcie i zachętę, dodaje otuchy komuś innemu… albo samemu sobie. Ale granica pomiędzy „ganbare dam radę” a  „ganbare próbuję, ale nie dam rady, nie śmiem jednak prosić o pomoc” jest zwodnicza i cienka. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy została przekroczona

Boni przyjęła doskonałą strategię – w większości mini-rozdziałów opiera się na pojedynczych historiach pojedynczych Japończyków i ich bliskich. Nie od dziś wiemy, że anonimowe dziesiątki, setki, tysiące cierpiących ofiar robią zupełnie inne wrażenie niż opowieść jednego ocalałego, który nie ogłosił śmierci swojej córki – a dostałby przecież odszkodowanie – bo chce, by „brakująca jedynka przy nazwie miasta” przypominała o tym dniu. Krótkie, oszczędne w słowach, ale jednak nabrzmiałe emocjami opowieści Boni potrafią przeniknąć głęboko, głęboko do środka i solidnie zakołysać naszym własnym ukontentowanym poczuciem spokoju.

Bo całokształt jest po prostu wstrząsający.

To nie jest książka do przeczytania na raz.
Za dużo nieszczęścia w sobie kryje.

PS. Okładka jest po prostu idealna. Oklaski!

Miłosna wydmuszka

https://i0.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/95000/95604/352x500.jpgBył spokojny, majowy wieczór, który nie współgrał ze stanem moich skołatanych nerwów. Lekarstwem na takie rozedrganie ogólne, jak wiemy, bywają odpowiednie książki – zasiadłam zatem na naszej wielkiej kanapie (ulubione miejsce w rogu zaczyna się powoli wycierać) i wzięłam do ręki wyczekaną w bibliotece „Miłość na marginesie”  Yoko Ogawy. Z początku powieść ukoiła, uspokoiła, ukołysała. Ale potem przyszło rozczarowanie.

Wskakujemy w sam środek opowieści, snutej przez narratorkę-bez-imienia. Z jej pomocą rekonstruujemy bieg wydarzeń: po niecałych trzech latach małżeństwa porzuca ją mąż, a następnego pewnego dnia coś dzieje się z jej słuchem. Nie chodzi o to, że traci zupełnie zdolność słyszenia dźwięków, wręcz przeciwnie – owego dnia, o poranku, zaraz po przebudzeniu, słyszy dźwięk niezwykły. Coś jak flet… choć nikt w pobliżu nie gra na flecie. Odtąd dźwięki zaczynają ją oszukiwać, każdy najdrobniejszy szmer może zabrzmieć jak huk tysiąca wodospadów. Ale ta dziwaczna dolegliwość, długo zresztą leczona klinicznie, przynosi niespodziankę od życia: stenografa Y, który spisuje historię bohaterki na potrzeby periodyku medycznego.

Pierwsze spotkanie z Y prowadzi do kolejnych – czy to wizyt w szpitalu, czy w domu. Ona zachwyca się jego dłońmi, długimi palcami, przez które przepływają setki spisywanych opowieści. On mówi niewiele i cicho, dostosowując swój głos do chorych uszu onej. Razem powracają do wspomnień sprzed lat, własnych i cudzych, poruszając się po zwodniczym labiryncie pamięci. Ona opowiada, on pokrywa całe strony stenograficznym zapisem: coś na kształt terapii, subtelnej, ale skutecznej. Uczucie, jakie między nimi się rodzi, kiełkuje delikatnie i nieśmiało, by zyskać zaskakujący – czy naprawdę? – finał.

To bardzo zmysłowa opowieść, bardzo cielesna – ale w znaczeniu dosłownym: słuch, wzrok, uszy, dłonie, palce pełnią w narracji bardzo ważną rolę. Także w „Miłości na marginesie” widać to specyficzne Ogawowe konstruowanie miejsc-niemiejsc: w większości bezimienne postaci (jak główna bohaterka, jej mąż, znany tylko z inicjału Y), enigmatyczne określenia różnych lokalizacji (patrz choćby Klinika Otolaryngoliczna F). Tym razem z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że rzecz dzieje się w Japonii, ale właściwie umiejscowienie akcji nie jest takie ważne.

Ważne jest to, że do pewnego momentu byłam owszem, oczarowana, ale potem zaczęło coś zgrzytać. Swego czasu zachwycałam się (i dalej się zachwycam, to ważne, podkreślam) „Muzeum ciszy” Ogawy i właśnie z tych zachwytów wyczekiwałam kolejnych lektur pióra Autorki. Piotr, blogujący jako Zacofany w lekturze, określił „Muzeum” jako „kruche i nietrwałe cacko z wydmuszki”. Ja miałam i mam inne wrażenie, jeśli chodzi o tę pierwszą powieść, ale za to „Miłość na marginesie” okazała się dla mnie właśnie taką wydmuszką. Misterną, pieczołowicie skonstruowaną i nie przeczę, ładnie napisaną, niemniej w miarę czytania rozczarowanie rosło, a zakończenie pozostawiło w poczuciu oszukania.

[tl;dr] Miało być pięknie, a przyszła pustka. Pustka-oszustwo, nie pustka-błogość.