Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva

Specjalnie pożyczyliśmy rowery w Tel Awiwie, żeby się szybciej dostać na Bulwar Króla Saula – siedzibę Biura.

Jak wiecie, gdy mam do wyboru: smoki czy detektywi, zazwyczaj wybieram to pierwsze. Niemniej dobra sensacja, to znaczy wciągające powieści detektywistyczne i/lub szpiegowskie, raz na jakiś czas znakomicie wpływa na poziom czytelniczego zadowolenia. Jest kilku „dochodzeniowców”, których lubię – jednym z tych „naj” jest Cormoran Strike, na przykład – ale wśród szpiegów i asów wywiadu ten „naj” jest tylko jeden. A imię jego Gabriel. Gabriel Allon. Continue reading „Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva”

Nie taka wspaniała izraelsko-palestyńska historia miłosna

Gdy wyruszam w jakąś podróż, lubię zabrać ze sobą powieści dziejące się na miejscu, a potem odwiedzać prawdziwe-oraz-fikcyjnie-opisane-miejsca (widzieliście już zbiór pocztówek?). Więc przed dwutygodniową prawie podróżą do Izraela Mama-Malita wyposażyła nas w trzy książki w temacie, w tym najnowszy tom historii najsłynniejszego izraelskiego szpiega, anioła śmierci imieniem Gabriel. Ale najpierw rzecz nieco inna, która wyjściowo wydawała się naprawdę frapująca: oklaskiwany i nagradzany „Żywopłot” izraelskiej autorki Dorit Rabinyan. Continue reading „Nie taka wspaniała izraelsko-palestyńska historia miłosna”

Ostatnia mykwa na Syberii

Dawno, dawno temu Owca z książką pisała o Eshkolu Nevo, uroczym ponoć Izraelczyku, a pisała tak, że z miejsca zarezerwowałam pierwszą możliwą powieść w bibliotece (szczęśliwie tę samą, o której pisała Owca). O rezerwacji zdążyłam zapomnieć, aż mail z Jagiellonki wprawił mnie w stan oczekiwania pełnego ekscytacji. Ze wszech miar słusznie – otworzyłam „Samotne miłości”, przedostatnią powieść Nevo, i po trzydziestu stronach przepadłam z kretesem.

Przecież i tak nikt by nie uwierzył w tę historię, zaczyna przewrotnie Nevo. Ale można odkopać jej początek spod warstw niemówienia gdzieś w urzędowym skoroszycie z napisem Datki w latach 1993-1994. Otóż zaczęło się od żony Amerykanina Jeremiaha Mendelstruma. Gdyby nie ona – a właściwie, gdyby nie jej śmierć – nieutulony w żalu małżonek nie postanowiłby ufundować mykwy celem oddania hołdu ukochanej. Wysyła zatem bardzo długi list do władz Miasta Cadyków (to tylko jedna z cudownie peryfrazujących nazw u Nevo, obok Miasta Piasków, Jeziora bez Wody czy Tajnej Jednostki, o której Wiedzą Wszyscy), w którym rozwlekle opowiada o umiłowanej zmarłej i dopiero pod koniec przechodzi do rzeczy. Mianowicie, obiecuje góry złota i prosi o dwie rzeczy: by na ścianie mykwy umieścić tabliczkę upamiętniającą żonę oraz by budowę ukończyć w ciągu roku – żeby mógł zobaczyć gotową mykwę następnego lata, gdy przybędzie do Izraela, jeśli Bóg pozwoli.

Problem w tym, że ilość mykw w Mieście zdecydowanie przekracza zapotrzebowania mieszkańców. Burmistrz Awraham Danino postanawia zatem postawić mykwę na Syberii, czyli na osiedlu imigrantów przybyłych z Rosji. Lokatorzy nowiutkich syberyjskich bloków to sympatyczna ekipa emerytów, którzy niekoniecznie mykwy potrzebują – jeśli w ogóle potrafiliby i chcieli z niej korzystać. Ale mykwę zbudować należy i do tego zadania burmistrz oddelegowuje Mosze Ben Cuka, swojego asystenta. Mosze to ten typ faceta, o którym się mówi „mężczyzna z przeszłością” (o chodzi tu zarówno o pracę dla wspomnianej Tajnej Jednostki, jak i zakazaną miłość do pięknej Ajelet), ale pracę traktuje poważnie – co nie zmienia faktu, że z mykwą już od początku są same kłopoty: młody Arab, faktycznie kierujący budową, zostaje aresztowany za szpiegostwo (a on tylko obserwował sokoły śniade, orliki, sójki i zięby, naprawdę, niewinna pasja ornitologiczna). Mieszkańcy Syberii uznają mykwę za klub szachowy i zabierają się za planowanie harmonogramu rozgrywek… a wizyta owdowiałego filantropa zbliża się nieubłaganie.

Całokształt tych radosnych zdarzeń składa się na historię niezwykłą, historię wspaniałą, która jednocześnie jest opowieścią o najbardziej ludzkich z uczuć oraz komedią omyłek. Nostalgia przeplata się z humorem i tylko czekać wybuchowego finału, w którym spotkają się mieszkańcy Syberii, burmistrz Miasta Cadyków, jego asystent oraz, rzecz jasna, sam Mendelstrum. Nevo balansuje między rozrzewnieniem a absurdem, pokazując współczesny Izrael w przedziwnym – niekoniecznie krzywym – zwierciadle, a jednocześnie snuje opowieść do bólu uniwersalną: bo to opowieść o miłości. O każdym z jej rodzajów. I dzięki temu Nevo delikatnie dociera do samego wnętrza czytelniczego serduszka, zapewniając mu błogość, irytację i dawkę serdecznego śmiechu.

[tl;dr] Mykwa na Syberii = same kłopoty. Głównie z miłością. Tak to już bywa w tym Izraelu.

„Opowieść o miłości i mroku” Amos Oz

„Opowieść o miłości i mroku” Amos OzByło tak: odezwał się do mnie kolega, że dawno temu polecałam mu książki Oza i pytał, czy coś szczególnie rekomenduję. Wzbudziło to co nie miara konsternacji, bom w życiu żadnej powieści Oza nie czytałam. Ale za to przypomniałam sobie o autobiografii Autora, która czekała na mnie od dłuższej chwili.

Może autobiografia to nie jest najlepsze słowo – bo Amos Oz tworzy raczej długaśną gawędę o swojej rodzinie, o sobie, o Jerozolimie lat czterdziestych ubiegłego wieku. Nie ma w tym za wiele chronologii, poukładania (wiele opowieści zwykło się powtarzać) – to raczej kolaż wspomnień z lat dziecięcych. Oczytany ojciec i targana niepokojami matka, imigranci z Europy (on z Odessy, ona z Równego); wuj Josef Klausner, wielki intelektualista; obsesyjnie dbająca o higienę babcia Szlomit; kokietujący płeć piękną dziadek Aleksander… to tylko nieliczne z postaci, zaludniające karty „Opowieści…”. Jest też cała plejada jerozolimskich inteligentów (spotkania na szczycie i dyskusje o literaturze to dla małego Amosa prawie że codzienność), różni dalsi i bliżsi krewni, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele, w jednym epizodzie pojawia się nawet sam Ben Gurion. Autor przedstawia czytelnikom coraz to nowe historie, z międzywojnia, z czasów jerozolimskich, z kibucu Chulda: aż trudno spamiętać to wszystko.

Domyślam się, że bardziej doceniłabym erudycję Oza – Autor niemal wychowywał się w bibliotece – gdybym trochę lepiej znała hebrajską literaturę. Oz garściami rzuca cytatami, odwołaniami, nawiązaniami – od Bialika po Agnona. A tak to zauroczyły mnie głównie aforystyczne rozważania dziadka Aleksandra („kobieta jest pod paroma względami zupełnie taka sama jak my. Toczka w toczkę. Ale pod paroma innymi (…) absolutnie niepodobna”*) albo opowieści i marzenia o książkach:

„Gdy byłem chłopcem, miałem nadzieję, że kiedy dorosnę, zostanę książką. Nie pisarzem, tylko właśnie książką. Ludzi można wybić jak mrówki, nawet pisarzy nietrudno jest zabić. W przypadku książki wszakże, nawet gdyby ją niszczyć metodycznie, pozostaje szansa, że jakiś egzemplarz ocaleje i przez wieki całe będzie wiódł swój cichy żywot na regale, na półce w zapomnianej bibliotece”**

Ozowa Jerozolima wydaje się być właśnie taką żywą biblioteką, o klimacie nieco dusznym, przytłoczonym rozlicznymi tragediami i nieszczęściami: Holokaustu, konfliktami z Palestyńczykami, codziennymi rozterkami. Szczególnym dla Autora wydarzeniem – o którym po raz pierwszy w tej książce mówi tak szeroko – było samobójstwo matki. On sam miał wtedy 12 lat i to dramatyczne wydarzenie wniosło w jego życie tytułowy mrok.

Nie jestem zupełnie oczarowana. Owszem, poszczególne opowieści potrafiły mnie zachwycić, ale całość… nie bardzo odpowiada mi taki styl pisania, barwny, ale trochę chaotyczny. Może też dlatego, że przeczytałam książkę dość szybko, a lepiej robić to po kawałeczku, po rozdziale – tak smakować po trochu. Spróbujcie, a nuż Wam spasuje opowieść chłopca z Jerozolimy.

PS. Maciek, dzięki za inspirację!
PPS.  „Z półki – 2013”, wyzwania ciąg dalszy.

* Amos Oz, „Opowieść o miłości i mroku”, orzeł. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2005, s. 143.
** Tamże, s. 27