Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, Continue reading „Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik”

Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści

Pamiętacie Jhumpę Lahiri, niezwykłą pisarkę-właściwie-bez-ojczystego-języka? Jej cudownie osobista historia miłości do języka włoskiego ogromnie mnie zafascynowała, toteż błyskawicznie doszłam do wniosku, że muszę poznać także poprzednie, prozatorskie dokonania Lahiri. Pierwotnie zasadzałam się na przekład (kilka jej książek, w tym „Tłumacz chorób” oraz „Imiennik” doczekały się już polskiego wydania), niemniej niezawodna jak zawsze Natalia, sprawczyni całego zamieszania, zaopatrzyła mnie była w oryginał.

Podróże i odkrywanie nowych miejsc patronują „Interpreter of Maladies”, Continue reading „Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści”

Coś zwietrzałe te przyprawy

https://i2.wp.com/www.fabryka.pl/uploads/tx_evoproducts/mi/st/mistrzyni-przypraw_chitra-banerjee-divakaruni-99902072531_978-83-7506-704-0_600.jpgMalita ostatnio z nosem bardziej w opracowaniach naukowych, bo a.) trzeba b.) te książki, które akurat pragnę przeczytać asap, z reguły leżą schowane pod folią na czas remontu. Ale chwilami decyduję się na dzielną walkę z kurzem i pyłem, odkrywam folię i wynoszę w bezpieczne miejsce kolejne egzemplarze. Jak „Mistrzynię przypraw”, choć ona akurat mogłaby sobie tam jeszcze poleżeć.

Są takie niezwykłe kobiety, które swoją miłość do przypraw potrafią przekuć na jak najbardziej realną pomoc życiową: oto złocistobrązowy cynamon przynosi przyjaciół, ziarna sezamu zmielone z drewnem sandałowym leczą choroby żołądka, olej brahmi na ostudzenie gniewu. Niezwykłe kobiety, których słuchają przyprawy, uczą się od Najstarszej pieśni i zaklęć i z niedostępnej wyspy wyruszają w swoje misje.

Najbardziej niezwykła, najzdolniejsza jest Tilo, kobieta pyszna i uparta. Wbrew sugestiom Najstarszej rusza do kalifornijskiego Oakland, by tam prowadzić sklep z przyprawami. Niby-zwyczajne miejsce, do którego Tila jest przywiązana aż do końca swojej misji. Sprzedaje nasiona, przyprawy i inne drobne smakołyki, a do każdego zakupu dodaje magiczną modlitwę dla nabywającego – dla żony Ahuji dający siłę fenkuł, goździk współczucia dla Jagjita… Dla lokalnej społeczności Tilo staje się małą wyrocznią, staruszką wiedzącą i potrafiącą uczynić więcej niż zwykli śmiertelnicy, a jej sklepik oazą spokoju w zabieganym świecie. Mistrzyni przypraw ma obowiązek pomagać wszystkim – oprócz siebie. Nie wolno jej opuszczać sklepu, nie wolno jej dotknąć żadnego śmiertelnika, a już przede wszystkich – obdarzyć go uczuciem. I tak Tilo zostaje wystawiona na poważną próbę, gdy w jej drzwiach staje pewien Amerykanin…

Image by Mukti's Kitchen
„Byłaś jedyną, w której dłoniach przyprawy zaśpiewały w odpowiedzi”

Ujmijmy to tak: punkt wyjściowy jak najbardziej daje radę (szczypta magii w przyprawach, poświęcenie, złośliwy los), ale wykonanie… za wysoki poziom pretensjonalności jak na mnie. Lubię lubić bohaterów, niemniej trudno mi było poczuć sympatię do afektowanej Tilo, a poznałam ją dobrze: pierwszoosobowa narracja zapewnia wgląd w myśli i wszystkie emocje. Jej rozterki, pragnienia, konflikt tychże pragnień z obowiązkiem – egzaltowane, aż strach. Ciężko mi podać jeden przykład, to raczej wrażenie, które wyciągam z całości. A wiem, że da się takie rozdarcie w duszy opisać przekonująco – żeby nie szukać daleko, Morgiana z „Mgieł Avalonu” to doskonale napisana postać, a rozterek też miała co niemiara. I choć nie popieram pewnych jej decyzji, to w pewien sposób je rozumiem. W przypadku Tilo natomiast – miałam ochotę chwycić ją za sari i potrząsnąć z gromkim „Ogarnij się, kobieto!”.

Nie ogarnęła się, niestety. A miało być tak pięknie.

„Woal” Ana Veloso

Z książek okołowakacyjnych szczególnie cenię sobie opasłe powieści historyczne. Z reguły odkładam je sobie „na deser” każdego wyjazdu. A że ostatnio miałam ochotę na coś w indyjskim klimacie, to „Woal” był jak znalazł (zresztą, jeszcze mnie czeka inna rzecz w tym stylu, „Zapach drzewa sandałowego”). Nic, tylko umościć się wygodnie i czytać. I przenieść się do Goa.

Goa to obecnie jeden z najpopularniejszych rejonów turystycznych Indii – bajeczne plaże! Jednak 400 lat temu tereny te były znane Zachodowi głównie jako kolonia portugalska, odalona o wielomiesięczną podróż statkiem. I właśnie do portugalskiego Goa udajemy się z młodym szlachcicem, Miguelem Ribeiro Cruzem. Miguel, młodszy syn bogatej familii, ma dopilnować rodzinnych interesów (a przy okazji zniknąć na jakiś czas z rodzinnej Lisbony, niesłusznie oskarżony o wplątanie się w skandal obyczajowy). Poznaje zwyczaje kolonii, dogląda biznesu i… oczywiście się zakochuje. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na tajemniczą damę, owiniętą w tytułowy woal. I tu otwiera się przed nami drugi wątek powieści, historia pięknej dony Amby. Jej trudne losy zaczynają się w odległym Radżastanie, gdy jako mała dziewczynka traci ukochanych rodziców. Wiele będzie musiała przejść, ale w Goa odnajdzie spokojną przystań. Na wszelki wypadek jednak ukrywa twarz za zasłoną, by nikt jej nie rozpoznał – i wszyscy gubią się w domysłach, czy to z uwagi na wyjątkową urodę, czy wyjątkową brzydotę. Jedno jest pewne – Miguel Ribeiro Cruz nie spocznie, dopóki nie pozna tajemnicy dony Amby.

Przyznaję, że brzmi nieco melodramatycznie, ale to bynajmniej nie jest błahe romansidło. Można się wiele dowiedzieć o samym Goa, bo Ana Veloso barwnie odmalowuje tamte czasy (nb. czy wiecie, że goździki to wysuszone pąki kwiatowe? Ja nie wiedziałam). Do tego będą intrygi kupieckie do wyjaśnienia (kto okrada okręty Ribeirów w drodze z Goa do Lisbony?), niechciane zaręczyny (ech, biedna Isabel…) oraz hiszpańska Inkwizycja – a Inkwizycja dodaje pewnego smaczku i dreszczu emocji do każdej fabuły. Ogólnie, czyta się świetnie, trudno nie lubić Miguela, a postać Amby jest wręcz fascynująca. Naprawdę dobra rzecz, nie tylko na wakacje.

PS. Tylko jedno mam zastrzeżenie, hmm… graficzne. Znakiem rozpoznawczym Amby są szmaragdowozielone oczy – a dama na okładce jest ciemnooka. Mogliby się już trzymać jednej linii :)