Czarne obrazy rodziny Goya, czyli Saturn, czyli Dehnel

Jeszcze w zeszłym roku, w liście do bożonarodzeniowych sił wyższych, upraszałam o egzemplarz „Saturna”, a wszystko na fali zachwytów nad twórczością Jacka Dehnela. Pod poduszką koniec końców pojawił się „Krivoklat” (wyborny!), okazało się natomiast, że zdobycie papierowego egzemplarza „Saturna” graniczy z cudem – sięgnęłam zatem po ebooka, co miało, o czym za chwilę, swoje spore wady z uwagi na reprodukcje obrazów. Niemniej, sama warstwa tekstowa mroczno-wulgarnej opowieści o mężczyznach z rodziny Goya po raz kolejny dała dowód Dehnelowego talentu. Continue reading „Czarne obrazy rodziny Goya, czyli Saturn, czyli Dehnel”

Bardziej o Danie Brownie niż o jego najnowszej powieści

Trochę podkręciłam kolor, żeby niebo pasowało do okładki.

Swego czasu miałam dość prostą opinię o Danie Brownie: zręczny pisarz, umiejętnie wykorzystujący zgromadzoną przez siebie i pomocnych mu ludzi wiedzę, sprawnie konstruujący fabułę. Twórca przyzwoitych, gładko czytanych powieści z nutką spiskowo-sensacyjną w tle. Nie zmieniłam zdania, jeśli chodzi o prozę – „Początek”, najnowsza powieść Browna, jest książką niezłą i wykorzystuje sprawdzone schematy – ale zafascynował mnie pisarz jako człowiek. A wszystko przez tegoroczny Conrad Festival. Continue reading „Bardziej o Danie Brownie niż o jego najnowszej powieści”

Templanza znaczy umiar, czyli Dueñas

To nie jest tak, że ja nie mam w domu książek. Mam dużo. Ale czasem mam ochotę na konkretny gatunek, konkretny klimat, którym akurat nie dysponuję, zatem przy najbliższej wizycie u Mamy-Mality uderzam w żałobne tony „nie ma co czyyyytać!” i wynoszę stosy. Ostatnio stos bodajże siedmioelementowy. Zaczęłam zaś lamenty od tego, że przeczytałabym sobie jakąś zacną powieść historyczną (Mama-Malita akurat kończyła powieść Sarah Lark) i tak przygarnęłam powieść Maríi Dueñas – „Templanza znaczy umiar”. Continue reading „Templanza znaczy umiar, czyli Dueñas”

Jaśnie pan barceloński, czyli Cabré

jaume cabre_jaśnie pan
Jaśnie pan zasiadł w fotelu w towarzystwie leniwego kota.

Jaume Cabré kilka lat temu przebojem wdarł się na polskie salony czytelnicze monumentalną powieścią „Wyznaję”, po której czułam się bardziej rozżalona niż zachwycona. Przez dłuższy czas unikałam kolejnych książek pisarza – na polski przełożono pięć, jak dotąd – ale koniec końców uległam namowom Mamy-Mality, wynosząc wiadomy stosik. Kryminał? W historycznej Barcelonie? Do kroćset, trzeba spróbować. I tak zaczęłam czytać „Jaśnie Pana”. Continue reading „Jaśnie pan barceloński, czyli Cabré”

Fryzjer damski na tropie, czyli absurdy u Mendozy

Jeśli idzie o Mendozę, to doświadczenia mam dwojakie: po pierwsze, dużej zacności „Walka kotów”, czyli Madryt lat 30-tych, obraz Velázqueza, intrygi polityczne i szczypta romansu. Po drugie, „Przygoda fryzjera damskiego”, czyli jedna z części cyklu o damskim fryzjerze, najgorszym detektywie świata (tak, wiem, że czytam od środka całokształtu, brawo ja). Gdyby ulokować obydwie pozycje na jakieś ogromnej liście the best of Malita, to ta pierwsza plasowałaby się lata świetlne przed tą drugą – z prostej przyczyny, powieści historyczne pełne intryg lubię bardziej niż pastisze. Nie zmienia to faktu, że gdyby w skrzynce odnalazłam przepremierowy egzemplarz piątego tomu przygód damskiego fryzjera, postanowiłam dać mu (i fryzjerowi, i Mendozie) jeszcze jedną szansę w tej kwestii.

Tym razem idzie o ciało topmodelki, Olgi Baxter, znalezione w pewnym ogródku. Nasz bezimienny bohater-fryzjer, wyłuskany z ośrodka dla umysłowo niepełnosprytnych, zostaje najpierw poproszony o rozwikłanie pozornie błahej sprawy zaginionego psa, tylko po to, by nagle stać się głównym oskarżonym w sprawie śmierci Olgi. W toku tejże sprawy co i rusz ucieka, odnajduje rzeczonego psa, zaprzyjaźnia się z transwestytą panną Westinghouse i pożycza od niej (niego?) stroje (męskie, nie damskie) oraz staje się regularnym gościem Casa Cecilia, kuchnia riojańska. Korowód dziwacznych postaci ciągnie się za nim w te i wewte, przybliżając i/lub oddalając naszego bohatera od Ostatecznego Rozwiązania. Oczywiście, nie idzie tu bowiem tylko o śmierć topmodelki, ale o spiski, sekretne organizacje i przejęcie władzy nad światem (a przynajmniej nad okolicą) – i tylko demaskując od lat skrywane tajemnice hiszpańskiego półświatka nasz fryzjer będzie mógł dowieść swojej niewinności.

Absurdy dwoją się i troją w absurdalnym – nomen omen – tempie, a najbardziej spektakularnym z nich jest głosowanie na Pewnej Tajnej Nardzie, gdzie wszyscy są za, wszyscy są przeciw i jednocześnie wszyscy wstrzymują się od głosu (i wszystko jest absolutnie zgodnie z protokołem, dodajmy). Choć, jako się rzekło już w przypadku poprzedniej opowieści o fryzjerze, nie jest to „mój” typ humoru, to jednak ze strony na stronę bawiły mnie nawet nie tyle te absurdy, ale to, do jakiego stopnia Mendoza pociągnie tą groteskowość. Nie można odmówić mu też erudycji, co to, to nie – intertekstualnie załapał się między innymi profesor Higgins, Dasein i Martin Heidegger.

Z tym, że bawiło mnie to mniej więcej przez pół książki, a konkretniej, przez część pierwszą – potem zaczęło nużyć. Skądinąd część druga, która dzieje się kilkanaście lat później, została doklejona w mało sensowny sposób; mam wrażenie, że to było jak poszukiwanie ostatecznej bezsensowności, na zasadzie: co by tu jeszcze dołożyć, żeby było jak najbardziej odjechane… Tytułem stylistycznym dodam jeszcze, że choć, jak wspomniałam, erudycja i nawiązania intertekstualne na pięć plus, to jednak parę czysto językowych rozwiązań wprowadzało mnie w stan prawdziwej irytacji, a zwłaszcza pojawiająca się co parę stron konstrukcja „już to, już to” (przykładowo, za stroną 96, „w pękatej torbie obok próbek i folderów reklamowych nosił pończoch, skarpetki, neseserek z przyborami toaletowym wszelkiego rodzaju, perukę i zestaw sztucznych wąsów, wszystko to w celu składania wizyt swym klientom już to jako mężczyzna, już to jako kobieta”). Nie wiem, czy to ulubiony zwrot Mendozy, czy tłumaczki, ale na pewno nie mój.

Ergo. Jeśli zatem idzie o Mendozę, to podtrzymuję –  powieści na poważnie: tak, powieści na mniej poważnie: jednak dziękuję.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
PPS. Ale okładki ta seria to ma wyjątkowo udane.
PPPS. Warto wpisać w kalendarz: 4 października Mendoza w Polsce!

Znikąd ratunku

Dwadzieścia lat bez mała: tyle zajęło, zanim polscy czytelnicy mogli zagłębić się w słynną powieść Kathryn Harrison o dwóch nieszczęśliwych niewiastach. Rzecz oryginalnie wydana w 1995 roku, doczekała się przekładu dopiero niedawno. Grunt, że jest. A owe dwie niewiasty przeznaczenie połączyło nie tylko dniem urodzenia – 4 lutego 1662 roku – ale przede wszystkim całymi ogromami smutków, których doświadczyły.

Pierwsza z nich, postać ze wszech miar historyczna, to Marie Louise de Bourbon, wypieszczona bratanica Ludwika XIV. Polityczne rozgrywki małżeńskie rzucają ją na dwór Hiszpanii, gdzie poślubia Carlosa II, w osobie którego ziściły się koszmary chowu wsobnego Habsburgów. Pokraczny i chorowity władca, który do ósmego roku życia żywił się wyłącznie mlekiem mamek, sypia otoczony stosami relikwii i nie jest w stanie spełnić małżeńskiego obowiązku. Cierpi na tym całe królestwo, a przede wszystkim królowa małżonka. Osamotniona Marie żyje pod bezustanną presją teściowej i ludu Hiszpanii – kiedyż wreszcie urodzi potomka? Nikt nie śmie wszak zasugerować, że to z królewską potencją może być coś nie w porządku. Pozbawiona prawie wszystkich drobnych przyjemności, Marie z rozrzewnieniem zatapia się we wspomnieniach z Wersalu, przywołując ogrody Króla Słońce, zwłaszcza słodko pachnące drzewka pomarańczowe.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/33/Portrait_of_Marie_Louise_d%27Orl%C3%A9ans_circa_1680_future_Queen_of_Spain.jpg
Marie Louise de Bourbon, lat około siedemnaście

Drzewa – ale morwowe – naznaczyły całe życie Franciski de Luarca, drugiej z bohaterek. Familia de Luarca od pokoleń w miasteczku Quintapalla hodowała jedwabniki, karmione liśćmi z morwowego sadu. Gdy zabraknie drzew, zabraknie też gąsienic – i wyschnie źródło utrzymania. Bankructwo ojca, niezwykły talent matki, dość niepokorny charakter samej Franciski i wielka, zakazana miłość – to wszystko złoży się na historię, która, choć fikcyjna, wcale nie boli mniej niż ta „prawdziwa” (cudzysłów owej prawdziwości bierze się stąd, że losy Marii też są nieco autorsko zmienione).

Bardzo lubię, gdy powieść historyczna – w której z reguły kojarzę zakończenie i/lub z grubsza przebieg akcji – jednak mnie zaskakuje, nie pozwala się oderwać, słowem: gdy autor potrafi opowiedzieć raz jeszcze coś znanego, jakby to była największa nowość. Kathryn Harrison przyjmuje inną strategię, w miarę od początku książki uzmysławiając, jaki los czeka Franciskę i Marię. Ta pierwsza gnije w lochach Inkwizycji, snując opowieść o sobie i zaszczutej królowej, która skończyła w męczarniach po otruciu.

Nie powiem, przygnębiło mnie to wszystko mocno: beznadzieja losu obu kobiet jest porażająca. Jedna dzieli los niejednej królowej, traktowanej prawie wyłącznie jako łono, które wyda następcę tronu. Druga na własnej skórze (dosłownie) poznaje okrucieństwo osławionej hiszpańskiej Inkwizycji (skądinąd psychoza, jaką wywoływała ta instytucja, jest wybornie opisana). Znikąd ratunku, znikąd wyjścia. Tutaj nie będzie happy endu.

„Przysięga królowej” C.W. Gortner

„Przysięga królowej” C.W. GortnerLubię odwiedzać miejsca, o których czytałam, skrupulatnie wyszukiwać podobieństwa do książki (byłam na dworcu King’s Cross, zanim postawili słynny znak, takie to hipsterskie). I odwrotnie, lubię czytać o miejscach, które odwiedziłam… albo dopiero odwiedzę. Najlepiej, żeby to była jakaś porywająca historia, postać, której ślady będę niecierpliwie śledzić.

Tym razem ta postać to Izabela z dynastii Trastámara, lepiej znana jako Izabela Kastylijska – tyleż sławna, co kontrowersyjna władczyni. Listą jej dokonań można by obdzielić z pięć innych życiorysów: Izabela doprowadziła do zjednoczenia Hiszpanii, poślubiła mężczyznę, którego kochała (kobieta, królowa, w średniowieczu, przypominam), umożliwiła Kolumbowi wyprawę do Indii (a że okazały się Ameryką, tym lepiej), ale też powołała Świętą Inkwizycję (choć święte Oficjum funkcjonowało za jej panowania w łagodniejszej wersji), wygnała tysiące Żydów, odnowiła rekonkwistę i zdobyła muzułmańską naonczas Grenadę. C.W. Gortner pokazuje jej drogę do władzy – od nieco zagubionej infantki z Arévalo, po której nikt się niczego nie spodziewał, aż do wytrawnej i dalekowzrocznej uczestniczki dworskich rozgrywek. Dziś trudno oceniać Izabelę we współczesnych kategoriach – żyła wszakże w konkretnym kontekście historycznym – ale musiała być kobietą nietuzinkową, która potrafiła postawić na swoim.

Gortner pisał już o innych królowych – Katarzynie Medycejskiej i Joannie Szalonej (skądinąd córce Izabeli Kastylijskiej) – i „Przysięga” trzyma dotychczasowy poziom, przyzwoity, acz niezbyt wysoki. Nie jest to najbardziej porywająca z powieści historycznych świata, ale rzetelna i dobrze napisana. Może oczekiwałam jakieś bardziej wyrazistej historii – czegoś w stylu „Wiecznej księżniczki” Philippy Gregory (to o najmłodszej córce Izabeli, Katarzynie Aragońskiej, żonie Henryka VIII, po prostu rewelacja!). Tu było trochę mdło. Ale tylko troszeczkę.

Zatem: przy okazji mojej najbliższej podróży może nie będę gorliwie tropić śladów Izabeli Kastylijskiej, ale obiecuję pomyśleć o niej ciepło gdzieś w okolicy ogrodów Alhambry.