Fryzjer damski na tropie, czyli absurdy u Mendozy

Jeśli idzie o Mendozę, to doświadczenia mam dwojakie: po pierwsze, dużej zacności „Walka kotów”, czyli Madryt lat 30-tych, obraz Velázqueza, intrygi polityczne i szczypta romansu. Po drugie, „Przygoda fryzjera damskiego”, czyli jedna z części cyklu o damskim fryzjerze, najgorszym detektywie świata (tak, wiem, że czytam od środka całokształtu, brawo ja). Gdyby ulokować obydwie pozycje na jakieś ogromnej liście the best of Malita, to ta pierwsza plasowałaby się lata świetlne przed tą drugą – z prostej przyczyny, powieści historyczne pełne intryg lubię bardziej niż pastisze. Nie zmienia to faktu, że gdyby w skrzynce odnalazłam przepremierowy egzemplarz piątego tomu przygód damskiego fryzjera, postanowiłam dać mu (i fryzjerowi, i Mendozie) jeszcze jedną szansę w tej kwestii.

Tym razem idzie o ciało topmodelki, Olgi Baxter, znalezione w pewnym ogródku. Nasz bezimienny bohater-fryzjer, wyłuskany z ośrodka dla umysłowo niepełnosprytnych, zostaje najpierw poproszony o rozwikłanie pozornie błahej sprawy zaginionego psa, tylko po to, by nagle stać się głównym oskarżonym w sprawie śmierci Olgi. W toku tejże sprawy co i rusz ucieka, odnajduje rzeczonego psa, zaprzyjaźnia się z transwestytą panną Westinghouse i pożycza od niej (niego?) stroje (męskie, nie damskie) oraz staje się regularnym gościem Casa Cecilia, kuchnia riojańska. Korowód dziwacznych postaci ciągnie się za nim w te i wewte, przybliżając i/lub oddalając naszego bohatera od Ostatecznego Rozwiązania. Oczywiście, nie idzie tu bowiem tylko o śmierć topmodelki, ale o spiski, sekretne organizacje i przejęcie władzy nad światem (a przynajmniej nad okolicą) – i tylko demaskując od lat skrywane tajemnice hiszpańskiego półświatka nasz fryzjer będzie mógł dowieść swojej niewinności.

Absurdy dwoją się i troją w absurdalnym – nomen omen – tempie, a najbardziej spektakularnym z nich jest głosowanie na Pewnej Tajnej Nardzie, gdzie wszyscy są za, wszyscy są przeciw i jednocześnie wszyscy wstrzymują się od głosu (i wszystko jest absolutnie zgodnie z protokołem, dodajmy). Choć, jako się rzekło już w przypadku poprzedniej opowieści o fryzjerze, nie jest to „mój” typ humoru, to jednak ze strony na stronę bawiły mnie nawet nie tyle te absurdy, ale to, do jakiego stopnia Mendoza pociągnie tą groteskowość. Nie można odmówić mu też erudycji, co to, to nie – intertekstualnie załapał się między innymi profesor Higgins, Dasein i Martin Heidegger.

Z tym, że bawiło mnie to mniej więcej przez pół książki, a konkretniej, przez część pierwszą – potem zaczęło nużyć. Skądinąd część druga, która dzieje się kilkanaście lat później, została doklejona w mało sensowny sposób; mam wrażenie, że to było jak poszukiwanie ostatecznej bezsensowności, na zasadzie: co by tu jeszcze dołożyć, żeby było jak najbardziej odjechane… Tytułem stylistycznym dodam jeszcze, że choć, jak wspomniałam, erudycja i nawiązania intertekstualne na pięć plus, to jednak parę czysto językowych rozwiązań wprowadzało mnie w stan prawdziwej irytacji, a zwłaszcza pojawiająca się co parę stron konstrukcja „już to, już to” (przykładowo, za stroną 96, „w pękatej torbie obok próbek i folderów reklamowych nosił pończoch, skarpetki, neseserek z przyborami toaletowym wszelkiego rodzaju, perukę i zestaw sztucznych wąsów, wszystko to w celu składania wizyt swym klientom już to jako mężczyzna, już to jako kobieta”). Nie wiem, czy to ulubiony zwrot Mendozy, czy tłumaczki, ale na pewno nie mój.

Ergo. Jeśli zatem idzie o Mendozę, to podtrzymuję –  powieści na poważnie: tak, powieści na mniej poważnie: jednak dziękuję.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
PPS. Ale okładki ta seria to ma wyjątkowo udane.
PPPS. Warto wpisać w kalendarz: 4 października Mendoza w Polsce!

Znikąd ratunku

Dwadzieścia lat bez mała: tyle zajęło, zanim polscy czytelnicy mogli zagłębić się w słynną powieść Kathryn Harrison o dwóch nieszczęśliwych niewiastach. Rzecz oryginalnie wydana w 1995 roku, doczekała się przekładu dopiero niedawno. Grunt, że jest. A owe dwie niewiasty przeznaczenie połączyło nie tylko dniem urodzenia – 4 lutego 1662 roku – ale przede wszystkim całymi ogromami smutków, których doświadczyły.

Pierwsza z nich, postać ze wszech miar historyczna, to Marie Louise de Bourbon, wypieszczona bratanica Ludwika XIV. Polityczne rozgrywki małżeńskie rzucają ją na dwór Hiszpanii, gdzie poślubia Carlosa II, w osobie którego ziściły się koszmary chowu wsobnego Habsburgów. Pokraczny i chorowity władca, który do ósmego roku życia żywił się wyłącznie mlekiem mamek, sypia otoczony stosami relikwii i nie jest w stanie spełnić małżeńskiego obowiązku. Cierpi na tym całe królestwo, a przede wszystkim królowa małżonka. Osamotniona Marie żyje pod bezustanną presją teściowej i ludu Hiszpanii – kiedyż wreszcie urodzi potomka? Nikt nie śmie wszak zasugerować, że to z królewską potencją może być coś nie w porządku. Pozbawiona prawie wszystkich drobnych przyjemności, Marie z rozrzewnieniem zatapia się we wspomnieniach z Wersalu, przywołując ogrody Króla Słońce, zwłaszcza słodko pachnące drzewka pomarańczowe.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/33/Portrait_of_Marie_Louise_d%27Orl%C3%A9ans_circa_1680_future_Queen_of_Spain.jpg
Marie Louise de Bourbon, lat około siedemnaście

Drzewa – ale morwowe – naznaczyły całe życie Franciski de Luarca, drugiej z bohaterek. Familia de Luarca od pokoleń w miasteczku Quintapalla hodowała jedwabniki, karmione liśćmi z morwowego sadu. Gdy zabraknie drzew, zabraknie też gąsienic – i wyschnie źródło utrzymania. Bankructwo ojca, niezwykły talent matki, dość niepokorny charakter samej Franciski i wielka, zakazana miłość – to wszystko złoży się na historię, która, choć fikcyjna, wcale nie boli mniej niż ta „prawdziwa” (cudzysłów owej prawdziwości bierze się stąd, że losy Marii też są nieco autorsko zmienione).

Bardzo lubię, gdy powieść historyczna – w której z reguły kojarzę zakończenie i/lub z grubsza przebieg akcji – jednak mnie zaskakuje, nie pozwala się oderwać, słowem: gdy autor potrafi opowiedzieć raz jeszcze coś znanego, jakby to była największa nowość. Kathryn Harrison przyjmuje inną strategię, w miarę od początku książki uzmysławiając, jaki los czeka Franciskę i Marię. Ta pierwsza gnije w lochach Inkwizycji, snując opowieść o sobie i zaszczutej królowej, która skończyła w męczarniach po otruciu.

Nie powiem, przygnębiło mnie to wszystko mocno: beznadzieja losu obu kobiet jest porażająca. Jedna dzieli los niejednej królowej, traktowanej prawie wyłącznie jako łono, które wyda następcę tronu. Druga na własnej skórze (dosłownie) poznaje okrucieństwo osławionej hiszpańskiej Inkwizycji (skądinąd psychoza, jaką wywoływała ta instytucja, jest wybornie opisana). Znikąd ratunku, znikąd wyjścia. Tutaj nie będzie happy endu.

„Przysięga królowej” C.W. Gortner

„Przysięga królowej” C.W. GortnerLubię odwiedzać miejsca, o których czytałam, skrupulatnie wyszukiwać podobieństwa do książki (byłam na dworcu King’s Cross, zanim postawili słynny znak, takie to hipsterskie). I odwrotnie, lubię czytać o miejscach, które odwiedziłam… albo dopiero odwiedzę. Najlepiej, żeby to była jakaś porywająca historia, postać, której ślady będę niecierpliwie śledzić.

Tym razem ta postać to Izabela z dynastii Trastámara, lepiej znana jako Izabela Kastylijska – tyleż sławna, co kontrowersyjna władczyni. Listą jej dokonań można by obdzielić z pięć innych życiorysów: Izabela doprowadziła do zjednoczenia Hiszpanii, poślubiła mężczyznę, którego kochała (kobieta, królowa, w średniowieczu, przypominam), umożliwiła Kolumbowi wyprawę do Indii (a że okazały się Ameryką, tym lepiej), ale też powołała Świętą Inkwizycję (choć święte Oficjum funkcjonowało za jej panowania w łagodniejszej wersji), wygnała tysiące Żydów, odnowiła rekonkwistę i zdobyła muzułmańską naonczas Grenadę. C.W. Gortner pokazuje jej drogę do władzy – od nieco zagubionej infantki z Arévalo, po której nikt się niczego nie spodziewał, aż do wytrawnej i dalekowzrocznej uczestniczki dworskich rozgrywek. Dziś trudno oceniać Izabelę we współczesnych kategoriach – żyła wszakże w konkretnym kontekście historycznym – ale musiała być kobietą nietuzinkową, która potrafiła postawić na swoim.

Gortner pisał już o innych królowych – Katarzynie Medycejskiej i Joannie Szalonej (skądinąd córce Izabeli Kastylijskiej) – i „Przysięga” trzyma dotychczasowy poziom, przyzwoity, acz niezbyt wysoki. Nie jest to najbardziej porywająca z powieści historycznych świata, ale rzetelna i dobrze napisana. Może oczekiwałam jakieś bardziej wyrazistej historii – czegoś w stylu „Wiecznej księżniczki” Philippy Gregory (to o najmłodszej córce Izabeli, Katarzynie Aragońskiej, żonie Henryka VIII, po prostu rewelacja!). Tu było trochę mdło. Ale tylko troszeczkę.

Zatem: przy okazji mojej najbliższej podróży może nie będę gorliwie tropić śladów Izabeli Kastylijskiej, ale obiecuję pomyśleć o niej ciepło gdzieś w okolicy ogrodów Alhambry.

„Olvido znaczy zapomnienie” María Dueñas

„Olvido znaczy zapomnienie” María DueñasMarię Dueñas poznałam przy okazji „Krawcowej z Madrytu”, którą uważam za przednią a niebanalną powieść historyczną (Madryt, Maroko i szpiedzy? A pewnie!). I kobiecą, dodajmy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Więc, gdy okazało się, że jest możliwość przeczytania kolejnej książki Autorki, brałam w ciemno.

Tym razem całość dzieje się współcześnie, mniej lub bardziej, gdzieś na rozdrożu na linii Hiszpania-Kalifornia. Z tej pierwszej do tej drugiej podążamy śladami doktor Blanki Perei, kobiety dzielnej a niezłomnej. A wszystko przez małżonka Blanki, który po latach małżeństwa zdecydował się był opuścić rodzinę dla młodszej kochanki i nowego dziecka. Zdruzgotana Blanca decyduje się na terapię szokową i wyjeżdża na stypendium do Santa Cecilia w słonecznej Kalifornii, by porządkować archiwum słynnego profesora, Andrésa Fontany. Byle dalej od wiarołomnego męża i wspomnień na temat.

Exodus Blanki to zaledwie początek i asumpt do dwóch kolejnych opowieści: rzeczonego Andrésa Fontany i jego ucznia, Daniela Cartera. Obaj naukowcy również stali na rozdrożu Ameryka-Hiszpania i dzięki ich historiom możemy przenieść się do Madrytu czasów Drugiej Republiki i później, do 1958 roku. I przekonać się, że zaszłości z dawnych lat potrafią kłaść się cieniem na całym życiu…

Rozkręca się to powoli, niespiesznie – tu Blanca, tam Andrés, tam Daniel – ale gdzieś w połowie wszystkie wątki, tajemnice, przemilczenia zaczynają się ze sobą splatać, by w finale wyjaśnić sekret tytułowej misji Olvido. Właśnie, dość nieszczęśliwie tylko, uważam, przełożono tytuł. W oryginale rzecz brzmi „Misión Olvido” i zdecydowanie bardziej współgra z fabułą. Niemniej, nie pierwszy to i nie ostatni przypadek mego kręcenia nosem na przekłady tytułów. I nie zmienia to faktu, że María Dueñas napisała powieść ze wszech miar zacną – szczęśliwie, nie bardzo ckliwą, wartką i godną uwagi.

PS. „Olvido znaczy zapomnienie” miałam możność przeczytać – i to przedpremierowo! – dzięki wydawnictwu MUZA, dziękuję wielce!

„Przygoda fryzjera damskiego” Eduardo Mendoza

„Przygoda fryzjera damskiego” Eduardo Mendoza Jak wiecie, nie należę do najbardziej entuzjastycznych fanek kryminałów, acz raz na jakiś czas owszem, przyjmę. Za to moje pierwsze spotkanie z Mendozą zaliczam do całkiem udanych. Z tychże powodów skusiłam się byłam na książeczkę niezbyt grubą, ot, jak mówi Bombeletta, „na dwa chapsy”. Chapsnęłam przeto… sporą dawkę pastiszu.

Otóż, nasz główny bohater po latach niezbyt słusznej odsiadki w zapuszczonym szpitalu psychiatrycznym wychodzi na wolność, uzbrojony w stupesetową monetę. Kieruje swe kroki do prześwietnej Barcelony, tam odnajduje umiłowaną siostrę i nieoczekiwanie zatrudnia się w salonie fryzjerskim swego szwagra. Dni płyną odtąd spokojnie, monotonnie, nasz fryzjer czasem komuś przystrzyże tupecik, czasem przefarbuje perukę. Ale oto na scenę wkraczają nogi zgrabne, a z nimi ich właścicielka, śliczna acz głupiunia Ivet. Dziewczę proponuje bohaterowi – prośbą tudzież groźbą – udział w pewnej kradzieży. Rzecz jasna, kradzież skończy się morderstwem, a sam fryzjer wpląta się w aferę ze wszech miar absurdalną (nawet go o to morderstwo oskarżą). W aferze weźmie udział wielu mniej lub bardziej prominentnych mieszkańców miasta, w tym sam pan prezydent oraz czarnoskóry kierowca imieniem Magnolio.

Tak, drodzy moi, to nie rdzenny kryminał, a pastisz. Czasem przekomiczny, czasem przedurny (słowo dosadne, ale na miejscu). Najbardziej ubawiła mnie Purines, sąsiadka-domina, z którą damski fryzjer pozostaje w życzliwych stosunkach. Nie chodzi tylko o zwykłe sąsiedzkie pożyczanie mąki czy podlewanie kwiatków, gdyż „pewnego dnia [relacjonuje bohater – JM], gdy klient Purines zmarł w szczytowym momencie rozkoszy, z przyjemnością pomogłem jej wynieść go z mieszkania i zawlec na ławkę, gdzie zostawiliśmy go w pozycji siedzącej, wkładać w rękę dodatek kulturalny”*.

To tylko jeden z rozlicznych przykładów abdurdalno-parodiowych wtrętów. Stylistycznie literacka zabawa jest prześwietna, nie można odmówić Mendozie lekkości pióra. Jednakowoż, pastiszowe kryminały to zdecydowanie nie jest mój klimat. Po prostu nie leży, nie bawi, nie raduje aż tak mocno – jak już mam czytać rozrywkowe bzdurki dla odmóżdżenia, to chyba jednak wolę fatalną fantastykę. Tam przynajmniej są smoki.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki”, edycja 2o14.

* Eduardo Mendoza, Przygoda fryzjera damskiego, przeł. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków 2013, s. 53.

„Żona inkwizytora” Jeanne Kalogridis

„Żona inkwizytora” Jeanne KalogridisŻywię do Jeanne Kalogridis duży sentyment – lata temu, jeszcze przed moją epoką fascynacji Tudorami, Borgiami i innymi dworskimi aferami, przeczytałam „Poślubioną Borgii” o księżniczce Sanchy Aragońskiej, co to się wżeniła w pierwszą mafijną rodzinę. Potem była jeszcze „Ja, Mona Lisa”, jedna z ciekawszych opowieści o powstaniu portretu La Giocondy. Po kilku latach przerwy wydano po polsku trzecią historyczną powieść Kalogridis – i tym razem przenosimy się do Sewilli za rządów Izabeli Kastylijskiej.

Marisol, wielkiej urody młoda dama, pochodzi z szanowanej i dobrze sytuowanej rodziny tak zwanych „nowych chrześcijan”. Uwielbiana przez rodziców, żyje beztrosko – dopóki przypadkiem nie pada pod jej adresem wyzwisko marrana – dosłownie „świnia”, czyli konwertytka. Gdy rozpętują się poszukiwania tych, którzy w ukryciu wyznają judaizm, cień podejrzenia pada na Marisol i jej rodzinę. Ojciec postanawia ratować dziewczyną – i wydaje ją za sąsiada, przyszłego inkwizytora. I tu historia właściwie dopiero się rozpoczyna.

Bardzo mnie to wszystko poruszyło – może nawet nie tyle historia Marisol, bo bywała mocno afektowana, ale same realia historyczne. Kalogridis opisuje bardzo okrutne relacje miedzy nowymi a starymi chrześcijanami, pełne nietolerancji, uprzedzeń, a niekiedy wręcz czystej nienawiści. Wyzwiska, podejrzenia, donosy, tortury w lochach inkwizycji – gęsta od wzajemnych podejrzeń atmosfera w mieście, pragnienie władzy i żądza zysku przynoszą wiele niewinnych ofiar.

Sama powieść – nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak poprzednie. Dzięki pierwszoosobowej narracji poznajemy historię z punktu widzenia Marisol, ale to nie do końca jest zaleta. Naiwne z niej dziewczę i egzaltowane. Zatem – „Żona inkwizytora” bardziej jako punkt wyjścia do zgłębienia sytuacji Żydów i konwertytów w XV-wiecznej Hiszpanii. Takie inspiracje zawsze są cenne.

PS. Niniejszym wpisem inauguruję nie tylko książkowe recenzje i impresje Anno Domini 2o14, ale również wyzwanie „Z półki – edycja 2o14”. To właściwie jedyne, jak dotąd, okołoblogerskie wyzwanie, w którym uczestniczę. Idea czytania, tego, co się ma w domu, jest ze wszech miar wskazana, a w moim wypadku (stosy zalegające) wręcz konieczna.

„Wyznaję” Jaume Cabré

„Wyznaję” Jaume CabréSą takie książki, o których wszyscy mówią, nawet, jeśli ich nie czytali. W danym sezonie można się natknąć na stosy reklam, zachęt, recenzji, artykułów, przemyśleń – może jeszcze nie jest to etap, że otwieram lodówkę, a tam Jaume Cabré, ale przyznajcie: gdzieś już słyszeliście o „Wyznaję”.

To nie jest tylko wielka spowiedź leciwego Adriana Ardèvola, który pisze dwa najważniejsze teksty: niezwykłą rozprawę naukową i list-wyznanie, skierowane do miłości swego życia. Trudno streścić fabułę w dwóch zdaniach: bo „Wyznaję” stanowi bardziej zbiór, mieszaninę rozmaitych opowieści. Wyobraźcie sobie, że każdy wątek – Adriana, jego ojca, inkwizytora z XIII wieku, nazisty, mnicha z odległego klasztoru – to jeden mały talerzyk. Cabré wziął wszystkie talerzyki, huknął nimi o ziemię i ze skorup skleił jeden duży talerz. A zrobił to tak nietypowo, tak dziwacznie, że historie mieszają się ze sobą w pół zdania. Odcyfrowywanie talerzyka, owszem, wymaga skupienia, ale nie tak wielkiego, jak się spodziewałam (a czasem mam tendencję do swobodnego płynięcia przez tekst…).

Historia chłopca, książki, Barcelona, wielkie wyznanie miłosne i rozważania nad istotą zła, podróż przez XX wiek – wydawałoby się idealną książką dla Mality. Dość rzec, że „Cień wiatru” (chłopiec + książki + Barcelona) czytałam ze trzy razy. Długo szukałam słowa, które najtrafniej opisałoby stan emocjonalny po skończonej lekturze. Brzmi ono: rozżalenie.
Rozżalona jestem na bohaterów: nie polubiłam Adriana, Bernata, Sary. Nie czułam się porwana przez ich historię. Rozczarowana przez rozwiązanie historii z medalikiem i ze skrzypcami. Obrażona na Bernata za draństwo doskonałe (żeby nie użyć mocniejszego słowa). Po wszystkich opiniach, jakie do mnie docierały, spodziewałam się większych zachwytów.

Co mi się najbardziej w „Wyznaję” podobało, to właśnie forma, ten wielki poklejony talerz. Rozdział łączący obersturmbännführera z inkwizytorem (od którego Autor podobno zaczął pisanie książki) to istny majstersztyk. Czasem przypominało to „Atlas chmur”, ale w nim historie są starannie podzielona na rozdziały. Sam koncept jest jednak podobny: powtarzające się zdarzenia, dialogi, przypadki, nieszczęścia. Koło losów ludzkich.

„Wyznaję” to haust wielkiej literatury, nie przeczę. Finezyjnie skonstruowana opowieść, w której muzyka miesza się z prozą. Ale oczekiwałam trzęsienia ziemi – a ona zadrżała leciutko, prawie niezauważalnie.