Tyfusowa Mary, czyli historia pewnej nosicielki

Historyczne opowieści, jak wiadomo, lubię wielce, zwłaszcza te z postaciami kobiecymi w roli głównej – kiedy zatem pojawiła się zapowiedź powieści „Gorączka” Mary Beth Keane, nie zastanawiałam się zbyt długo. Nowy Jork, początek poprzedniego stulecia, prawdziwa, nieoczywista postać, czyli Mary Mallon, a do tego początki medycyny z nutką kryminalną… o, tak, bardzo proszę! Rezultat okazał się naprawdę przyzwoity – może bez porywów serca, ale za to z interesującą podróżą w minione czasy. Czytaj dalej „Tyfusowa Mary, czyli historia pewnej nosicielki”

„She” Henry Rider Haggard

„She” Henry Rider HaggardMiejsca, z których czerpię inspiracje książkowe, to temat szeroki a zasługujący na naprawdę rzetelne opisanie. Ale to nie dziś, nie teraz – dziś tylko prześlizgniemy się po temacie. Otóż wzmiankę o „She” Haggarda napotkałam (do spółki z „Wind in the Willows” Grahame’a) w historii współczesnego czarostwa, naukowym opracowaniu Ronalda Huttona („The Triumph of the Moon”, skądinąd naprawdę mocna a solidna rzecz). Dużo później skojarzyłam sobie to z książką „Powrót Onej”, która utkwiła mi w pamięci z uwagi na tytuł („Ona” jako imię, nie jako zaimek osobowy? Błyskotliwe!). I tak od wzmianek i skojarzeń przeszłam do zrzucenia pliku na czytnik (yay dla Projektu Gutenberg!).

Henry Rider Haggard zasłynął powieściami przygodowymi z nutką archeologiczno-fantastyczną: dość wspomnieć „Kopalnie Króla Salomona” (Allain Quatermain, do boju!) czy „Córkę Montezumy” – w sumie, ponad sześćdziesiąt dzieł, wydawanych na przełomie wieków XIX i XX. Tematycznie – podróże do Zaginionego Świata. To zdecydowanie literacka działka Haggarda, walnie przyczynił się do powstania gatunku zwanego właśnie lost world. Tak jest i tym razem – oto bowiem wyruszamy do Afryki, by zagłębić się w jaskinie i ruiny przesławnego miasta Kôr.

Wyprawa zaczyna się w Anglii, za sprawą czerepu (to jest: odłamka) starożytnej glinianej amfory. Zapisano na nim historię sprzed naszej ery, a opowiada ona o miłości, morderstwie i zemście. Ciąg dalszy tej historii, w myśl ojcowskiego testamentu, powinien napisać Leo Vincey, młodzian o urodzie Apolla. Zaintrygowani owym dziedzictwem Leo i jego opiekun, Horace Holly, wyruszają do dzikiej Afryki, by odkryć tajemnicę rodziny i by odnaleźć tytułową Oną („She-who-must-be-obeyed”, tak pokornie zwracają się do owej damy jej poddani). Ona, czyli boska Ayesha, pradawna władczyni ruin Kôr, nieszczęśliwa i czekająca na powrót ukochanego…

Całość podana w sprytnym koncepcie – otóż zaczyna się od wstępu wydawcy, który otrzymał manuskrypt od Holly’ego i zdecydował się go opublikować ku potomności. I tak obserwujemy oczami Horace’a całą przygodę: morderczą przeprawę przez bagna, spotkanie z dzikim plemieniem Amahaggerów i wreszcie Oną, Ayeshę, istotę o tyleż piękną i potężną, co szalenie niebezpieczną.

Haggard znał się na rzeczy, kreując świat Onej – spędził w Afryce kilka ładnych lat, znał wielu innych podróżników, fascynowały go ruiny i bogate złoża Czarnego Lądu. Sama historia Ayeshy klimatem ogromnie mi przypominała „A Princess of Mars” (choć chronologicznie jest odwrotnie, ba, obydwie powieści dzieli równo 30 lat) – te pustynie, te plemiona, te pradawne królestwa… wielce lubię takie książki. Najbardziej podobał mi się Billali, starszy plemiona Amahaggerów, który czule zwracał się do Holly’ego „mój synu, mój Pawianie” („my son, my Baboon” – to z uwagi na mało wyględną aparycję narratora). Przygoda, zaskakujące zwroty akcji (końcówka, uau, to było mocne) – miła memu sercu rozrywka.

Indiana Jones approves.