Mama kłamie, czyli Michel Bussi

bussi.jpgPowieściami Michela Bussiego od jakiegoś czasu zaczytują się Mama-Malita i Tata-Malita, a ja wciąż i wciąż obiecywałam, że rychło się zabiorę. Bussi, jeden z najpopularniejszych ostatnimi laty francuskich pisarzy, specjalizuje się w powieściach detektywistycznych, a jego sensacyjne w klimacie książki nie schodzą z list bestsellerów. Co ciekawe, jest również politologiem i profesorem geografii na uniwersytecie w Rouen, zajmuje się zwłaszcza geografią wyborczą. W Polsce, jak dotąd, ukazało się pięć jego książek, z czego najnowsza – „Mama kłamie” wydawnictwa Świat Książki – trafiła do księgarń w połowie lutego. Ja zaczęłam właśnie od tej najnowszej, i powiadam Wam, oderwać się nie szło!

Zastanówcie się, jakie jest Wasze najwcześniejsze wspomnienie? Continue reading „Mama kłamie, czyli Michel Bussi”

Alienor Akwitańska, królowa

Nie od dziś wielce lubuję się w czytaniu historycznych powieści, zwłaszcza z perspektywą kobiecą. Najczęściej tyczy się to książek o nietuzinkowych postaciach z przeszłości, już to królowych, już to wpływowych dam. Zaczęło się to wszystko Bardzo Dawno Temu od zaczytywania się prozą Philippy Gregory (trochę mi przeszło, ale do jej starszych dzieł mam ogromny sentyment) i od czasu do czasu lubię uraczyć się właśnie czymś w historycznym stylu. Elizabeth Chadwick popełniła w tym stylu siła powieści, z czego w języku polskim ukazały się bodajże trzy – ostatnio, „Pieśń królowej” o Eleonorze Akwitańskiej, królowej Francji i Anglii oraz jednej z najbardziej wpływowych kobiet średniowiecza.

W źródłach anglonormańskich imię królowej widnieje jako „Alienor” i prawdopodobnie właśnie tak o sobie mówiła nasza bohaterka, a Chadwick postanowiła to uszanować. Poznajemy zatem Alienor jako rezolutną i dobrze wychowaną trzynastolatkę, Continue reading „Alienor Akwitańska, królowa”

Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

Wakacje Anno Domini 2016 upłynęły mi pod znakiem prozy Jojo Moyes – przynajmniej na dwa wyjazdy zabrałam ze sobą jej powieści. I nie da się ukryć, że to są znakomite książki na takie wakacyjno-lżejsze momenty, kiedy potrzebna jest wciągająca opowieść, raczej grubawa, taka słodka i gorzka jednocześnie, o której wiesz, że po drodze bohaterom się trochę od losu oberwie, ale end będzie happy i nadzieja znów wróci do serc czytelniczych. Najnowsza powieść Moyes – „Dziewczyna, którą kochałeś” Continue reading „Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach”

Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Nie dalej jak w poniedziałek dokumentowałam moje radości z nadejścia poczty, od razu zresztą zabrałam się do czytania. Król Małżonek nawet nie musiał sprawdzać, w której książce tkwi zakładka. „Ech, ty arystokratko…”, stwierdził, czytając opis na okładce „Belgravii” Juliana Fellowesa. Cóż poradzić, zawsze miałam tendencje szlachecko-rojalistyczne. A Fellowes, znany i zachwalany jako scenarzysta „Downtown Abbey”, trzyma się tych arystokratycznych klimatów, aczkolwiek w swojej powieści wędruje nieco wcześniej niż w sezonach słynnego serialu.

Są bowiem takie wieczory i takie przyjęcia, które pozostają niezapomniane mimo upływu lat. Tak było z balem, który w pewien czerwcowy wieczór wyprawiła w Brukseli księżna Richmond. „Wieczór tańcujący. 15 czerwca 1815. Powozy od trzeciej. Tańce od dziesiątej” głosił biały kartonik, bilecik upragniony przez wielu szlachetnie urodzonych i do arystokracji aspirujących. Tych pierwszych reprezentuje choćby siostrzeniec gospodyni, Edmund wicehrabia Bellasis, a tych drugich rodzina Trenchardów – a dokładniej jej głowa, James Trenchard, zwany „Magikiem”, główny dostawca księcia Wellingtona. Napoleon nadciąga, armia potrzebuje zaopatrzenia, a kolejna bitwa wydaje się nieunikniona. Richmondowie wydają jednak bal, w ramach towarzyskiej rozrywki (pół londyńskiej śmietanki zjechało do Brukseli) i demonstracji angielskiej zimnej krwi. Wielu gości prosto z imponującego pałacu wyruszy na pole bitwy – do Quatre-Bras, a potem gdzieś w rejon małego miasteczka, zwanego Waterloo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8b/The_Duchess_of_Richmond%27s_Ball_by_Robert_Alexander_Hillingford.jpg
Bal zdarzył się naprawdę, ja mam dowody, Robert Hillingford w 1870 roku namalował.

Ów czerwcowy wieczór okaże się wyjątkowo brzemienny w skutki i obydwie rodziny –  familia Bellasisów oraz familia Trenchardów – będą go wspominać przez długie lata. Ba, nie tylko oni, bowiem bal przejdzie do legendy! Niemniej, u Fellowesa ten jeden wieczór to tylko wstęp do właściwej akcji, u progu panowania młodej królowej Wiktorii, kiedy to znów będziemy mogli śledzić losy obydwu rodzin w rozbudowującym się Londynie. Dokładniej, w wypełnionej białymi kolumnami dzielnicy Belgravia, w której wyniosłe arystokratyczne rody sąsiadują z bogatymi nuworyszami. A zdarza się czasem, że jednych i drugich łączy pewien sekret, który może rzucić cień na reputację co poniektórych. Podzielenie się tym sekretem uruchamia cały kołowrót intryg, miłości, zdrad i zemsty, a taki kołowrót ciężko zatrzymać bez strat własnych…

Doświadczyłam wzlotów i upadeczków przy lekturze – zaczyna się naprawdę dobrze, potem ta część londyńska jakoś się powoli rozkręca, ale końcówkę czytałam z wypiekami do późnej nocy. Fellowes potrafi odmalować klimat epoki: te przyjęcia, herbatki, zaproszenia, obyczaje panów i służby (zaraz mi się przypomniały posiedzenia w kuchni u Granthamów!), ach, mogłabym o tym czytać i czytać bez końca. Przepadam za takimi opowieściami (uczciwszy absurdalność tamtejszych obyczajów, rzecz jasna). Autor żongluje nazwiskami postaci historycznych: ówczesnych polityków, architektów, malarzy… nazwiskami może niekoniecznie znanymi polskiemu czytelnikowi, stąd tłumaczka, Anna Bańkowska, zapewniła dużo przypisów, dookreślających, kto zacz. Bardzo dużo. Osobiście uważam, że przypisy wyjaśniające są w powieściach raczej niepotrzebne – kto wie, ten się irytuje, że mu tłumaczą, a kto nie wie, ten albo rzecz przeskoczy, albo sprawdzi w internetach – za wyjątkiem nieprzetłumaczalnych gier słownych, których nie da się zgrabnie obejść w inny sposób. Niemniej, co redakcja, to inny styl.

Nie zmienia to faktu, że „Belgravię” czyta się naprawdę dobrze. Grono bohaterów – ciężko wyróżnić tu jednego głównego – reprezentuje wszystkie stany i charaktery (od służby po hrabiów, od drani po anioły), w tle tętni mój umiłowany Londyn, dobro zwycięża, zło dostaje po łapkach. Jest, jak trzeba. I o to chodzi.

PS. A za egzemplarz „Belgravii” ślę podziękowania dla Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy – na białym kartoniku, niczym księżna Richmond.
PPS. Dodam jeszcze, że rzecz jest bardzo ładnie wydana, śliczna okładka!

Dobra karma wraca, czyli wampiry

Niedostatki samego namysłu nad książką pewną historią zamaskuję, pozwólcie (Yoda mode: on). Otóż jakiś czas temu odezwał się do mnie fesjbukowo pewien młodzian, powołując się na naszą wspólną znajomą i zapytując, czy aby nie posiadam dalej „Zbrodni roślin” Amy Stewart. Albowiem jego luba bardzo chciałaby rzeczoną książkę przeczytać, a nie można jej już nabyć klasyczną drogą kupna, to jest w księgarni. Wiadomo, dla lubych robi się rzeczy niebywałe, od krokodyli po książki, więc czemu nie.

Wyznaję zasadę, że książki w miarę możliwości należy puszczać w świat, żeby służyły ludziom (wyjąwszy te najbardziej umiłowane egzemplarze, których nie pożycza się nikomu ani nigdy, zezwalając na lekturę tylko na miejscu i to w rękawiczkach o niepokalanym stanie bieli), więc zgodziłam się na wymianę. Wspomniany dobry człowiek zasypał mnie listą książek, które mógłby oddać w zamian za „Zbrodnie”, a ja poszłam w kierunku wampirzym, decydując się na Chelsea Quinn Yabro, słynącą z horrorowych opowieści. Uraczona obietnicą otrzymania od razu dwóch części wampirzego cyklu, wysłałam „Zbrodnie” (doszły na drugi dzień, Poczto Polska, nie przestajesz mnie zaskakiwać) – i jakiś czas temu dostałam i ja tłustą paczuchę. W środku były nie tylko książki, fura pięknych zakładek i elegancki breloczek, ale i list dziękczynny! Zadziwiła mnie szczodrość tego gestu, i zaprawdę powiadam Wam, dobro ludziom uczynione wraca po trzykroć.

Hotel Transylwania
A to tylko część paczuchy!

Sama książka – „Hotel Transylvania”, pierwszy tom cyklu o hrabim Saint-Germaine – nie należy co prawda do dzieł wyjątkowo wybitnych, ale wcale nie miałam krzywdy. Mianowicie, rzecz dzieje się w jednej co bardziej lubianych przeze mnie czasoprzestrzeni, to jest w nowożytnej Francji, dokładniej w Paryżu Anno Domini 1743. Na salonach debiutuje zjawiskowa Madelaine de Montalia (opis każdej sukni w pakiecie), i nie wie nawet, jak straszliwe i mroczne czeka ją niebezpieczeństwo. Oto tajne stowarzyszenie o ciągotach satanistycznych nie cofnie się przed niczym, by złożyć młode dziewczę w ofierze podczas jednego ze swoich makabrycznych rytuałów… na szczęście, na ratunek rusza hrabia Saint-Germain, szarmancki i zdający się skrywać jakąś tajemnicę (no pewnie, że tak). Zawsze wytwornie odziany w najbardziej wykwintną czerń, obeznany w arkanach alchemii i sztuce fechtunku, utalentowany kompozytor i prawdziwy bywalec salonów o nienagannych manierach. A to, że nie posiada odbicia w lustrze… kto by się tam przejmował błahostkami.

Klimaty francusko-czarownicze są mi bardzo bliskie, acz „Czary Wyroczni” nic nie przebije (skądinąd, tłumacz „Hotelu Transylvania” zaliczył mini-wtopkę, uznając przesławną La Voisin za faceta – gdzieś tam w piekle Królowa Wiedźma ma niezły ubaw). Nie zmienia to faktu, że powieść Chelsea Quinn Yabro jest dobre skonstruowanym czytadłem, gdzie akcja toczy się wartko, źli faceci są odrażający, dobrzy faceci są przystojni, a piękne kobiety omdlewają z rozkoszy w swoich przepysznych toaletach. Raz na jakiś czas bardzo dobrze przyjąć powieść w tym stylu (to samo tyczy się paranormal young adult, jak cykl o „Domu nocy” duetu pań Cast, który nie wymaga zaangażowania intelektualnego większego niż posiada chomik w tym swoim kołowym biegadełku). Warto w tym momencie wspomnieć, że Chelsea Quinn Yabro wydała już kilkadziesiąt książek związanych z hrabią Saint-Germain, a swoim cyklem zadebiutowała w 1978 roku, czyli na dwa lata po „Wywiadzie z wampirem” Anne Rice, a całe wieki przed tym, jak Elena nie mogła wybrać między Damonem a Stefanem, a Bella poznała Edwarda.  Ergo raz na jakiś czas, wampirze opowieści dobrze robią, zapewniając odrobinę rozrywki tudzież odmóżdżenia.

I pamiętajcie, dobra karma zawsze wraca.
Nawet, jeśli obrodzi wampirami.

PS. Marcinowi, sprawcy całego zamieszania, przesyłając pozdrowienia i podziękowania!

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Wojna nie kończy się nigdy

Pierre Lemaitre pojawił się już w Malitowych opowieściach jako autor kryminałów – vide jego „Koronkowa robota” i nieopisana blogowo druga część trylogii, „Alex” – ale teraz pora na temat bardziej… historyczny. Wielka, przykra, ponura i cyniczna powieść „Do zobaczenia w zaświatach” została nagrodzona najwyższym z francuskich wyróżnień literackich, Nagrodą Goncourtów, i opowiada o Wielkiej Wojnie, którą dziś znamy jako Pierwszą. A przede wszystkim, opowiada o tym, co dzieje się potem.

Gdy Albert Maillard (paranoik, dwie lewe ręce, kompleksy) i koszmarnie okaleczony Édouard Péricourt (utalentowany, uparty, poważne problemy z władczym ojcem) wracają z frontu, zdają sobie sprawę, że wojna to był zaledwie początek. Albert nie może znaleźć pracy, wstydzi się swojego ubóstwa przez eks-narzeczoną i matką, a Édouard, o twarzy zdeformowanej ponad ludzką wyobraźnię, żywi się morfiną i wegetuje zamknięty w czterech ścianach. Ich przyjaźń, pełna pretensji i żalów, trwa trochę z konieczności… aż wreszcie Édouard wymyśla przekręt, obrazoburczy, śmiały i bardzo zyskowny. Okazuje się bowiem – suprise suprise – że na wojnie i działaniach powojennych można doskonale zarobić. Jak porucznik Henri d’Aulnay-Pradelle, dowódca Alberta i Édouarda, który dzięki sprytowi własnemu i odpowiednich machinacjach zdobywa milion za milionem. Ot, sprawiedliwość życiowa. Kanalie zyskują, bohaterowie gniją – jak ponuro zauważa Albert, lepiej było im zginąć od kuli na froncie.

Ta ponurość boli nieustannie, jako że Lemaitre pokazuje przykrą rzeczywistość powojenną w całej rozciągłości. Choć przekręt i intryga, opisywane w blurbach okładkowych jako doskonały element szyderczej uczty, wydały mi się trochę niesmaczne (choć, przyznajmy, skuteczne), to codzienność nieszczęsnych weteranów robi ogromne wrażenie. Postaci Alberta i Édouarda, a także Madeleine (siostry Édouarda, jestem jej fanką, oklaski, droga pani) i pana Péricourta (ojca Madeleine i Édouarda) są więcej niż przyzwoicie skonstruowane, acz nemezis pary przyjaciół, porucznik Pradelle, wydaje mi się mało autentycznym bohaterem. Chciwa, szczwana, pozbawiona ludzkich emocji kanalia, arcyprzystojny drań, goniący za każdą spódniczką, jaka znajdzie się w zasięgu wzroku – wszystko to było za bardzo, za mocne, za mało prawdziwe.

Co nie zmienia faktu, że oprócz rozmaitych historii wojennych w kanonie lektur szkolnych powinno się kłaść równie mocny nacisk na historie „po”. Tak, wojna skończona, hip hip hurra, pomachamy parę razy flagą, przemaszerujemy kilka defilad ku czci naszych dzielnych żołnierzy, a potem przestańmy ich dostrzegać. Zapomnijmy. O chłopcach, którzy siedzieli cztery lata w okopach, nie potrafią swoich doświadczeń ani przekazać, ani wytłumaczyć. Ileż łatwiej postawić kilka pomników, niż faktycznie wspomagać (choćby finansowo) weteranów, którzy borykają się z kalectwem i z traumą. Dla nich powrót do rzeczywistości sprzed wojny jest po prostu niemożliwy, nie tylko z uwagi na fizycznie obrażenia: zmienił się świat, zmienili się najbliżsi, zmienili się oni. Gorycz i nieuchronność tej zmiany dopada Alberta i Édouarda na każdym kroku. Dla nich wojna nie kończy się nigdy.