L. i Delphine, czyli frapująca Prawdziwa Historia

„Przeczytaj, bo muszę z tobą porozmawiać”, powiedziała tonem pełnym zachęty Mama-Malita, podsuwając mi „Prawdziwą historię” Delphine de Vigan. Kierowana doświadczeniem, które mówi, że matki zawsze mają rację, nie zwlekałam zbyt wiele… i pochłonęłam czterysta stron w tempie ekspresowym. A potem, rzecz jasna, musiałyśmy porozmawiać. Continue reading „L. i Delphine, czyli frapująca Prawdziwa Historia”

Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie

Każdy tom z innej bajki. Ale  nie wydanie, a zawartość się liczy!

Miałam jakieś czternaście lat, kiedy przeczytałam „Filary Ziemi” Kena Folletta – imponującą powieść historyczną o fikcyjnym miasteczku Kingsbridge, którego mieszkańcy w dwunastowiecznej Anglii przeżywają różne dramaty na tle wydarzeń politycznych epoki, a co najważniejsze, budują wspaniałą, gotycką katedrę. Kilka lat później z przyjemnością wróciłam do Kingsbridge (równie gruba powieść „Świat bez końca”: wiek czternasty, budują most, a do tego wojna stuletnia i Czarna Śmierć). Bardzo ucieszyła mnie zatem wieść o kolejnej części: „Słup ognia” trafił do księgarni kilka tygodni temu, zarówno w oryginalne, jak i w polskim tłumaczeniu. Niezastąpiona Mama-Malita pożyczyła mi ją w zeszłym tygodniu i prawie od razu zabrałam się do czytania – i nie spoczęłam, póki nie skończyłam! Continue reading „Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie”

Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva

Specjalnie pożyczyliśmy rowery w Tel Awiwie, żeby się szybciej dostać na Bulwar Króla Saula – siedzibę Biura.

Jak wiecie, gdy mam do wyboru: smoki czy detektywi, zazwyczaj wybieram to pierwsze. Niemniej dobra sensacja, to znaczy wciągające powieści detektywistyczne i/lub szpiegowskie, raz na jakiś czas znakomicie wpływa na poziom czytelniczego zadowolenia. Jest kilku „dochodzeniowców”, których lubię – jednym z tych „naj” jest Cormoran Strike, na przykład – ale wśród szpiegów i asów wywiadu ten „naj” jest tylko jeden. A imię jego Gabriel. Gabriel Allon. Continue reading „Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva”

Mama kłamie, czyli Michel Bussi

bussi.jpgPowieściami Michela Bussiego od jakiegoś czasu zaczytują się Mama-Malita i Tata-Malita, a ja wciąż i wciąż obiecywałam, że rychło się zabiorę. Bussi, jeden z najpopularniejszych ostatnimi laty francuskich pisarzy, specjalizuje się w powieściach detektywistycznych, a jego sensacyjne w klimacie książki nie schodzą z list bestsellerów. Co ciekawe, jest również politologiem i profesorem geografii na uniwersytecie w Rouen, zajmuje się zwłaszcza geografią wyborczą. W Polsce, jak dotąd, ukazało się pięć jego książek, z czego najnowsza – „Mama kłamie” wydawnictwa Świat Książki – trafiła do księgarń w połowie lutego. Ja zaczęłam właśnie od tej najnowszej, i powiadam Wam, oderwać się nie szło!

Zastanówcie się, jakie jest Wasze najwcześniejsze wspomnienie? Continue reading „Mama kłamie, czyli Michel Bussi”

Alienor Akwitańska, królowa

Nie od dziś wielce lubuję się w czytaniu historycznych powieści, zwłaszcza z perspektywą kobiecą. Najczęściej tyczy się to książek o nietuzinkowych postaciach z przeszłości, już to królowych, już to wpływowych dam. Zaczęło się to wszystko Bardzo Dawno Temu od zaczytywania się prozą Philippy Gregory (trochę mi przeszło, ale do jej starszych dzieł mam ogromny sentyment) i od czasu do czasu lubię uraczyć się właśnie czymś w historycznym stylu. Elizabeth Chadwick popełniła w tym stylu siła powieści, z czego w języku polskim ukazały się bodajże trzy – ostatnio, „Pieśń królowej” o Eleonorze Akwitańskiej, królowej Francji i Anglii oraz jednej z najbardziej wpływowych kobiet średniowiecza.

W źródłach anglonormańskich imię królowej widnieje jako „Alienor” i prawdopodobnie właśnie tak o sobie mówiła nasza bohaterka, a Chadwick postanowiła to uszanować. Poznajemy zatem Alienor jako rezolutną i dobrze wychowaną trzynastolatkę, Continue reading „Alienor Akwitańska, królowa”

Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

Wakacje Anno Domini 2016 upłynęły mi pod znakiem prozy Jojo Moyes – przynajmniej na dwa wyjazdy zabrałam ze sobą jej powieści. I nie da się ukryć, że to są znakomite książki na takie wakacyjno-lżejsze momenty, kiedy potrzebna jest wciągająca opowieść, raczej grubawa, taka słodka i gorzka jednocześnie, o której wiesz, że po drodze bohaterom się trochę od losu oberwie, ale end będzie happy i nadzieja znów wróci do serc czytelniczych. Najnowsza powieść Moyes – „Dziewczyna, którą kochałeś” Continue reading „Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach”

Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Nie dalej jak w poniedziałek dokumentowałam moje radości z nadejścia poczty, od razu zresztą zabrałam się do czytania. Król Małżonek nawet nie musiał sprawdzać, w której książce tkwi zakładka. „Ech, ty arystokratko…”, stwierdził, czytając opis na okładce „Belgravii” Juliana Fellowesa. Cóż poradzić, zawsze miałam tendencje szlachecko-rojalistyczne. A Fellowes, znany i zachwalany jako scenarzysta „Downtown Abbey”, trzyma się tych arystokratycznych klimatów, aczkolwiek w swojej powieści wędruje nieco wcześniej niż w sezonach słynnego serialu.

Są bowiem takie wieczory i takie przyjęcia, które pozostają niezapomniane mimo upływu lat. Tak było z balem, który w pewien czerwcowy wieczór wyprawiła w Brukseli księżna Richmond. „Wieczór tańcujący. 15 czerwca 1815. Powozy od trzeciej. Tańce od dziesiątej” głosił biały kartonik, bilecik upragniony przez wielu szlachetnie urodzonych i do arystokracji aspirujących. Tych pierwszych reprezentuje choćby siostrzeniec gospodyni, Edmund wicehrabia Bellasis, a tych drugich rodzina Trenchardów – a dokładniej jej głowa, James Trenchard, zwany „Magikiem”, główny dostawca księcia Wellingtona. Napoleon nadciąga, armia potrzebuje zaopatrzenia, a kolejna bitwa wydaje się nieunikniona. Richmondowie wydają jednak bal, w ramach towarzyskiej rozrywki (pół londyńskiej śmietanki zjechało do Brukseli) i demonstracji angielskiej zimnej krwi. Wielu gości prosto z imponującego pałacu wyruszy na pole bitwy – do Quatre-Bras, a potem gdzieś w rejon małego miasteczka, zwanego Waterloo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8b/The_Duchess_of_Richmond%27s_Ball_by_Robert_Alexander_Hillingford.jpg
Bal zdarzył się naprawdę, ja mam dowody, Robert Hillingford w 1870 roku namalował.

Ów czerwcowy wieczór okaże się wyjątkowo brzemienny w skutki i obydwie rodziny –  familia Bellasisów oraz familia Trenchardów – będą go wspominać przez długie lata. Ba, nie tylko oni, bowiem bal przejdzie do legendy! Niemniej, u Fellowesa ten jeden wieczór to tylko wstęp do właściwej akcji, u progu panowania młodej królowej Wiktorii, kiedy to znów będziemy mogli śledzić losy obydwu rodzin w rozbudowującym się Londynie. Dokładniej, w wypełnionej białymi kolumnami dzielnicy Belgravia, w której wyniosłe arystokratyczne rody sąsiadują z bogatymi nuworyszami. A zdarza się czasem, że jednych i drugich łączy pewien sekret, który może rzucić cień na reputację co poniektórych. Podzielenie się tym sekretem uruchamia cały kołowrót intryg, miłości, zdrad i zemsty, a taki kołowrót ciężko zatrzymać bez strat własnych…

Doświadczyłam wzlotów i upadeczków przy lekturze – zaczyna się naprawdę dobrze, potem ta część londyńska jakoś się powoli rozkręca, ale końcówkę czytałam z wypiekami do późnej nocy. Fellowes potrafi odmalować klimat epoki: te przyjęcia, herbatki, zaproszenia, obyczaje panów i służby (zaraz mi się przypomniały posiedzenia w kuchni u Granthamów!), ach, mogłabym o tym czytać i czytać bez końca. Przepadam za takimi opowieściami (uczciwszy absurdalność tamtejszych obyczajów, rzecz jasna). Autor żongluje nazwiskami postaci historycznych: ówczesnych polityków, architektów, malarzy… nazwiskami może niekoniecznie znanymi polskiemu czytelnikowi, stąd tłumaczka, Anna Bańkowska, zapewniła dużo przypisów, dookreślających, kto zacz. Bardzo dużo. Osobiście uważam, że przypisy wyjaśniające są w powieściach raczej niepotrzebne – kto wie, ten się irytuje, że mu tłumaczą, a kto nie wie, ten albo rzecz przeskoczy, albo sprawdzi w internetach – za wyjątkiem nieprzetłumaczalnych gier słownych, których nie da się zgrabnie obejść w inny sposób. Niemniej, co redakcja, to inny styl.

Nie zmienia to faktu, że „Belgravię” czyta się naprawdę dobrze. Grono bohaterów – ciężko wyróżnić tu jednego głównego – reprezentuje wszystkie stany i charaktery (od służby po hrabiów, od drani po anioły), w tle tętni mój umiłowany Londyn, dobro zwycięża, zło dostaje po łapkach. Jest, jak trzeba. I o to chodzi.

PS. A za egzemplarz „Belgravii” ślę podziękowania dla Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy – na białym kartoniku, niczym księżna Richmond.
PPS. Dodam jeszcze, że rzecz jest bardzo ładnie wydana, śliczna okładka!