Griszowie, baśnie i język cierni, czyli świat według Bardugo nadrabiam

Nie dalej jak ostatniego dnia ubiegłego roku Anka-która-wstawia-tytuł (i-zdecydowanie-za-rzadko-pisze, tak poza tym) popełniła pełen zachwytów wpis o „Języku cierni”, cudownie wydanym zbiorze baśni pióra Leigh Bardugo. Na fali zachwytu nad Anki zachwytem popędziłam, by nabyć ów tom i jakoś tak… przeleżał aż do marca. Przeleżał także dlatego, że – zgodnie z radą myszkovskiej – chciałam nadrobić w tak zwanym międzyczasie książki, które wprowadziłyby mnie w świat stworzony przez Bardugo, a mianowicie „Trylogię Griszy”. Świat przedziwnie bliski carskiej Rosji, zaludniony przez budzące grozę stwory oraz obdarzonych magiczną mocą Griszów. Continue reading „Griszowie, baśnie i język cierni, czyli świat według Bardugo nadrabiam”

Dzieła zebrane #25 z nutką fantastyczną: Arwen Elys Dayton & Brandon Sanderson

Cykl #dziełzebranych zbiera w sobie krótkie impresje – krótsze niż w zwykłych wpisach – a często są to drugie czy kolejne tomy danego cyklu, o których nie chcę się wywnętrzać zbyt długo. Więc gdy pochłonęłam (to idealne słowo, zarówno jeśli idzie o rozmiar książki, jak i tempo jej przyjęcia) „Słowa światłości” Brandona Sandersona – peany poniżej – to doszłam do wniosku, że dobrze byłoby we wpisowym mariażu dołożyć też coś fantastycznego. Najbardziej na wierzchu leżała jeszcze przywieziona z Polconu „Poszukiwaczka” Arwen Elys Dayton (tak, ta autorka naprawdę ma na imię Arwen!). Poniewczasie zrozumiałam, że jakiekolwiek zestawienie rzeczonych powieści będzie krzywdzące – więc potraktujcie je jako osobne mini-impresje. Continue reading „Dzieła zebrane #25 z nutką fantastyczną: Arwen Elys Dayton & Brandon Sanderson”

Droga królów, Sanderson, entuzjazm poziom: milion

sandersonJuż chwilę temu cała rozentuzjazmowana chwaliłam się Wam, jaką to wspaniałą książkę właśnie skończyłam – i do teraz trzyma mnie ten entuzjazm! Tęskno mi było do solidnej, epickiej – w najlepszym tego słowa znaczeniu – historii fantastycznej. Taka właśnie jest „Droga królów” Brandona Sandersona, pierwsza z planowanych pięciu (a dokładniej, dziesięciu) części Archiwum burzowego światła. Continue reading „Droga królów, Sanderson, entuzjazm poziom: milion”

Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii

Nie da się ukryć, że raz na jakiś czas potrzebna jest w życiu powieściowa dawka smoków i/lub czarownic. Wiedźmio-magiczne opowieści czytam zawsze chętnie (ostatnio na przykład z ukierunkowaniem słowiańskim), łącznie z tymi skierowanymi do raczej młodszego czytelnika (a potem realizuję misję edukacyjną, pożyczając je dzieciakom w rodzinie). I właśnie w tej kategorii plasuje się pierwsza część „Kronik Jaaru” Adama Fabera, czyli „Księga Luster” – historia początkującej wiedźmy imieniem Kate i mieszkańców magicznego świata. Continue reading „Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii”

Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?

Kiedy okazało się, że Starz przymierza się do ekranizacji „Amerykańskich bogów” Neila Gaimana, aż skoczyłam z radości i pilnie śledziłam wszystkie doniesienia, zwiastuny, plakaty. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że dobrze by było odświeżyć oryginał, bo czytałam go ładną dekadę temu i pamiętałam tylko szczątki fabuły. Spędziłam paniczne kilka minut, przetrząsając biblioteczkę w poszukiwaniu mojego egzemplarza, ba, zadzwoniłam do Mamy-Mality i dopytywałam czy może powieści nie ma w domu rodzinnym, i oczywiście w trakcie rozmowy znalazłam ją Continue reading „Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?”

Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson

Niedawno, primaaprilisową porą, przedstawiałam Wam rozkosznie absurdalną i bawiącą się z kolejnymi metapoziomami książkę Brandona Sandersona o Alcatrazie Smendrym (kto nie czytał, proszę za mną). Ostatnio faktycznie dużo zdarzyło mi się Sandersonowych rzeczy przyjąć, łącznie z opowieścią graficzną pt. „Biały Piasek” z uniwersum Cosmere, ale teraz pora na obiecany Legion. Dosłownie, jako się rzekło.

Otóż Stephen Leeds, zwany Legionem, Continue reading „Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson”

Dzieła zebrane #17

Jak wiadomo, nic nie działa skuteczniej na jesienną pluchę-szaruchę niż kocyk, herbata i książka. Co prawda ideałem byłoby znalezienie jeszcze trzy kilo czasu na te remedia (powinni zacząć dodawać do każdej książki kilka godzin czasu w bonusie!), niemniej po troszeczku, po kawałeczku – czyta się. Gatunkowo – czyta się fantastycznie.

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Tom drugi trylogii “Krucze Pierścienie” Siri Pettersen przenosi nas wraz Hirką bezogoniastą do nowego świata, w którym można zachowywać obrazy i dźwięki na zawsze, rośliny są zupełnie inne, niż w Ym, a obłe pojazdy mkną gładkimi drogami z niepojętą szybkością. Innymi słowy, do Europy Anno Domini 2008. I jeśli Hirka myślała, że opuszczając Ym, podjęła dobrą decyzję… cóż, nowy świat okazuje się być chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niż ojczysty, nie mówiąc o tym, że dziewczyna trafia w sam środek konfliktu sięgającego czasów pradawnych. Hirka mierzy się z coraz to nowymi wyzwaniami – i chodzi nie tylko o poszukiwania własnej tożsamości, ucieczkę przed nowymi prześladowcami, ale i o nieustanną tęsknotę za domem. I za Rimem.

Sapkowski w swoim słynnym „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” definiował urban fantasy jako „elfy w Central Parku”. I właśnie ja tych elfów w Central Parku to jednak nie bardzo. Owszem, Pettersen trzyma poziom, połknęłam „Zgniliznę” w jeden długi wieczór (choć akurat nie brzmi to zbyt bezpiecznie), ale mariaż jakiegokolwiek fantastycznego świata z naszym realnym światem (czy przypominającym ten realny do złudzenia) to jednak nie jest to, co lubię najbardziej. Co innego odkrywanie podwójnego dna (vide metro w Londynie, jak u Gaimana!), ale przekraczanie granic w tę i z powrotem… niekoniecznie. Chętnie przeczytam tom trzeci, ale jednak wolałam, jak wszystko było bezpiecznie zamknięte w Ym.

Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.
Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.

„Bastion” Stephen King

Czyli co by było, gdyby ktoś przypadkiem upuścił fiolkę ze śmiercionośną zarazą? Zagłada. Apokalipsa. Porażający odsetek ludzkości umiera na grypopodobną chorobę. Bęc! Jak to pięknie ujęto na okładce, „ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia staje się masowym grobem”. W Naprawdę Bardzo Grubej Powieści mistrz horroru i dreszczyków wywoływania przedstawia historię wpierw śmiercionośnego rozwoju choroby, a potem wszystkich tych spraw, z którymi muszą mierzyć się ocalali. Bo, rzecz jasna, jedni chcą spokojnie egzystować, a inni wręcz przeciwnie. Jedni tworzą demokratyczną Wolną Strefę, inni zdobywają władzą absolutną i krwawymi metodami zdobywają posłuch. I, rzecz jasna, ci drudzy zasadzają się na tych pierwszych.

Ja u Kinga jednakowoż najbardziej cenię tę obyczajową warstwę powieści – jest w tym naprawdę znakomity. To nie ten czynnik fantastyczny  (i nie mam tu ma myśli li i jedynie supernowoczesnej broni biologicznej, która zapoczątkowała całą historię), ale czynnik ludzki czyni z tej książki coś naprawdę zacnego. Otóż bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości (w podwójnym znaczeniu, nie tylko oswoić ten postapokaliptyczny świat, ale fizycznie odszukać się nawzajem), zastanowić się, co ze sobą w tej sytuacji zrobić, jakimi prawami obłożyć nowe życie w społeczności, jak zorganizować władzę, logistykę, dystrybucję wszystkiego, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Oglądamy ten spektakl zagłady oczami wielu postaci, poznając ich marzenia, lęki i słabostki. Całość – imponująca.

Na marginesie – to jest chyba najgrubsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Bije „Mgły Avalonu” Marion Zimmer Bradley o jakieś 120 stron.

PS. Podziękowania się należą, koniecznie! Wiol za „Zgniliznę”, Ethlenn za „Bastion”. Arigatou!