Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?

Kiedy okazało się, że Starz przymierza się do ekranizacji „Amerykańskich bogów” Neila Gaimana, aż skoczyłam z radości i pilnie śledziłam wszystkie doniesienia, zwiastuny, plakaty. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że dobrze by było odświeżyć oryginał, bo czytałam go ładną dekadę temu i pamiętałam tylko szczątki fabuły. Spędziłam paniczne kilka minut, przetrząsając biblioteczkę w poszukiwaniu mojego egzemplarza, ba, zadzwoniłam do Mamy-Mality i dopytywałam czy może powieści nie ma w domu rodzinnym, i oczywiście w trakcie rozmowy znalazłam ją Continue reading „Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?”

Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson

Niedawno, primaaprilisową porą, przedstawiałam Wam rozkosznie absurdalną i bawiącą się z kolejnymi metapoziomami książkę Brandona Sandersona o Alcatrazie Smendrym (kto nie czytał, proszę za mną). Ostatnio faktycznie dużo zdarzyło mi się Sandersonowych rzeczy przyjąć, łącznie z opowieścią graficzną pt. „Biały Piasek” z uniwersum Cosmere, ale teraz pora na obiecany Legion. Dosłownie, jako się rzekło.

Otóż Stephen Leeds, zwany Legionem, Continue reading „Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson”

Dzieła zebrane #17

Jak wiadomo, nic nie działa skuteczniej na jesienną pluchę-szaruchę niż kocyk, herbata i książka. Co prawda ideałem byłoby znalezienie jeszcze trzy kilo czasu na te remedia (powinni zacząć dodawać do każdej książki kilka godzin czasu w bonusie!), niemniej po troszeczku, po kawałeczku – czyta się. Gatunkowo – czyta się fantastycznie.

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Tom drugi trylogii “Krucze Pierścienie” Siri Pettersen przenosi nas wraz Hirką bezogoniastą do nowego świata, w którym można zachowywać obrazy i dźwięki na zawsze, rośliny są zupełnie inne, niż w Ym, a obłe pojazdy mkną gładkimi drogami z niepojętą szybkością. Innymi słowy, do Europy Anno Domini 2008. I jeśli Hirka myślała, że opuszczając Ym, podjęła dobrą decyzję… cóż, nowy świat okazuje się być chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niż ojczysty, nie mówiąc o tym, że dziewczyna trafia w sam środek konfliktu sięgającego czasów pradawnych. Hirka mierzy się z coraz to nowymi wyzwaniami – i chodzi nie tylko o poszukiwania własnej tożsamości, ucieczkę przed nowymi prześladowcami, ale i o nieustanną tęsknotę za domem. I za Rimem.

Sapkowski w swoim słynnym „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” definiował urban fantasy jako „elfy w Central Parku”. I właśnie ja tych elfów w Central Parku to jednak nie bardzo. Owszem, Pettersen trzyma poziom, połknęłam „Zgniliznę” w jeden długi wieczór (choć akurat nie brzmi to zbyt bezpiecznie), ale mariaż jakiegokolwiek fantastycznego świata z naszym realnym światem (czy przypominającym ten realny do złudzenia) to jednak nie jest to, co lubię najbardziej. Co innego odkrywanie podwójnego dna (vide metro w Londynie, jak u Gaimana!), ale przekraczanie granic w tę i z powrotem… niekoniecznie. Chętnie przeczytam tom trzeci, ale jednak wolałam, jak wszystko było bezpiecznie zamknięte w Ym.

Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.
Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.

„Bastion” Stephen King

Czyli co by było, gdyby ktoś przypadkiem upuścił fiolkę ze śmiercionośną zarazą? Zagłada. Apokalipsa. Porażający odsetek ludzkości umiera na grypopodobną chorobę. Bęc! Jak to pięknie ujęto na okładce, „ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia staje się masowym grobem”. W Naprawdę Bardzo Grubej Powieści mistrz horroru i dreszczyków wywoływania przedstawia historię wpierw śmiercionośnego rozwoju choroby, a potem wszystkich tych spraw, z którymi muszą mierzyć się ocalali. Bo, rzecz jasna, jedni chcą spokojnie egzystować, a inni wręcz przeciwnie. Jedni tworzą demokratyczną Wolną Strefę, inni zdobywają władzą absolutną i krwawymi metodami zdobywają posłuch. I, rzecz jasna, ci drudzy zasadzają się na tych pierwszych.

Ja u Kinga jednakowoż najbardziej cenię tę obyczajową warstwę powieści – jest w tym naprawdę znakomity. To nie ten czynnik fantastyczny  (i nie mam tu ma myśli li i jedynie supernowoczesnej broni biologicznej, która zapoczątkowała całą historię), ale czynnik ludzki czyni z tej książki coś naprawdę zacnego. Otóż bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości (w podwójnym znaczeniu, nie tylko oswoić ten postapokaliptyczny świat, ale fizycznie odszukać się nawzajem), zastanowić się, co ze sobą w tej sytuacji zrobić, jakimi prawami obłożyć nowe życie w społeczności, jak zorganizować władzę, logistykę, dystrybucję wszystkiego, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Oglądamy ten spektakl zagłady oczami wielu postaci, poznając ich marzenia, lęki i słabostki. Całość – imponująca.

Na marginesie – to jest chyba najgrubsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Bije „Mgły Avalonu” Marion Zimmer Bradley o jakieś 120 stron.

PS. Podziękowania się należą, koniecznie! Wiol za „Zgniliznę”, Ethlenn za „Bastion”. Arigatou!

Dziecko Odyna, czyli czasem bardzo potrzeba fantastyki

Od dłuższego czasu marzyła mi się porządna fantastyka. Owszem, lubię czytać powieści współczesno-obyczajowe, historyczne, czasem też kryminały czy rozmaite literackie eksperymenta – niemniej potrzebuję również solidnej dawki smoków. Smoki tu pełnią rolę symbolu, nie muszą występować osobiście, choć zawsze są mile widziane. U Siri Pettersen będą raczej kruki. I ślepi. I ogony.

Właśnie, u Siri Pettersen. Niezawodna myszkovska już chwilę temu zapowiedziała, że po prostu muszę to przeczytać (i nie tylko ja, apel do ogółu też się pojawił). Pettersen, rodem z Norwegii, zadebiutowała swego czasu komiksem „Anti-Klimaks”, a trylogia „Krucze Pierścienie” to jej debiut fabularny. Zabiera nas w tym debiucie do świata Ym, mocno zanurzonego w skandynawskiej mitologii – może nawet nie tak mocno zanurzonego w konkretnych mitach i postaciach, choć pewne odnośniki się pojawiają (nawet i w tytule!), co w pewnym klimacie, nastroju, północnym leśno-górskim krajobrazie.

Przez ten krajobraz podążamy śladami trzech postaci: bezogoniastej Hirki, która wcale nie jest ætlingiem, jak wszyscy wokół, szlachetnie urodzonego Rimego, który odrzuca swoje nobliwe dziedzictwo oraz Urda, który z niejasnych początkowo przyczyn pała żądzą rozpętania wojny. Zbliża się Rytuał i tłumy ludzi ściągają do Manfalli, nie tylko po to, by uczestniczyć w uroczystościach, ale także, by poczuć się bezpiecznie w tych niespokojnych czasach. Zgnilizna, niesiona przez dzieci Odyna, pozbawione ogonów i zdolności czerpania Evny, budzi strach we wszystkich – czy to mieszkańcach prowincjonalnej Elveroi, czy w prominentnych członkach Rady, rządzących twardą ręką od setek lat. Niebezpieczeństwo jest więcej niż realne, a wojna z Kruczym Dworem wydaje się nieunikniona – co, jeśli do Ym ponownie zawitają ślepi? Nawet nieustraszone Ciemne Cienie nie będą w stanie im sprostać…

https://i2.wp.com/wallup.net/wp-content/uploads/2016/03/10/325209-nature-landscape-trees-forest-pine_trees-mountain-Norway-mist-sunrise-hill-clouds-736x459.jpg
O, tak sobie to wyobrażam. Jak Norwegię.

Jeśli czujecie się nieco zagubieni, to słusznie i taki był mój cel. Siri Pettersen nie tłumaczy szczegółów, tylko wrzuca bez uprzedzenia w sam środek swojego uniwersum. Skądinąd, zdecydowanie wolę taki zabieg, niż łopatologiczne wykładnie od samego początku, które pierwsze rozdziały zamieniają w teoretyczny przewodnik po okolicy (jakkolwiek czasem dramatis personae jest szalenie przydatne, jak choćby u George’a R.R. Martina). Niezależnie od sposobu przedstawienia, świat Ym ma moc – dosłownie i w przenośni. A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię takie światy.

Co prawda, to raczej nie jest tak, że zakochałam się w całości bez pamięci, ale naprawdę oderwać się nie szło. Wszystko jest jak trzeba: dorastająca bohaterka, która staje przed wielkimi wyzwaniami, powoli acz skutecznie rozwijające się uczucie, walka o własne życie i godność, poświęcenie w imię wyższych wartości, polityczne intryganctwo, oparte na spektakularnym kłamstwie. I magia, magia w najczystszej postaci w naprawdę interesująco zbudowanym świecie. Może tylko za często Hirka porównywała wszystkich napotkanych mężczyzn do ojca (ten czy ów był mniej postawny/lepiej zbudowany niż ojciec i miał tak samo/ani trochę silne ramiona), ale wybaczam. Silny wzorzec, ja rozumiem. Lękam się tylko o drugą część, bo jej kierunku nietrudno się domyślić, ale to nie rzutuje na otwarcie trylogii. „Dziecko Odyna” to rzecz warta uwagi. Ze wszech miar.

PS. Myszkovskiej dziękując za pożyczenie, rzecz jasna.
PPS. Od razu dwa tomy pożyczyła, dobra kobieta!

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Gdy odchodzą czarownice, czyli pożegnanie ze Światem Dysku

Właściwie to planowałam tylko wspomnieć słów parę w cyklu #DziełaZebrane, ale wyszło inaczej. Czasem po prostu siada się do pisania, a słowa same spływają spod palców. Z reguły dzieje się tak przy książkach wyjątkowych – a „Pasterska korona”, ostatnia powieść Świata Dysku sir Terry’ego Pratchetta jest książką wyjątkową. Ze wszech miar. Bardzo się cieszę, że mogliśmy ją przeczytać, choć, jak dowiadujemy się z posłowia – „nadal nie była ukończona całkiem tak, jak by sobie tego życzył [autor]”.

„Pasterska korona” jest dla mnie o tyle osobista, że po pierwsze traktuje o czarownicach, a po drugie, to pożegnanie też z moją ulubioną Dyskową postacią – babcią Weatherwax. Nie powiem, otwarcie książki mocno mnie przygnębiło, niemniej: taka kolej rzeczy. Jak powiedziała Niania Ogg, „my, czarownice, niedługo nosimy żałobę. Wystarczą nam szczęśliwe wspomnienia. To one są cenne”. A gdy zabraknie babci, która była przywódczynią-wiedźm-które-co-prawda-przywódczyń-nie-mają-ale-gdyby-miały-to-byłaby-nią-babcia… cóż, różne rzeczy mogą się zdarzyć. Granica między Krainą Baśni a spokojną Kredą i sielskim Lancre staje się niebezpiecznie cienka, ustalenie nowych porządków czarowniczych zajmuje trochę czasu i wysiłku, a Tiffany Obolała, dziedzicząca po babci chatkę i przywództwo-którego-właściwie-nie-ma, będzie musiała nie tylko zdwoić czarownicze wysiłki, ale też podjąć nowe wyzwania i dojść do ładu z samą sobą – bo określenie, kim się jest naprawdę, to bardzo trudne zadanie.

Nie bez przyczyny czarownice to moje ulubione postaci w Świecie Dysku. Nie chodzi tylko o sam fakt, że wiedźmy wszelkiego kalibru mają u mnie sympatię zapewnioną na dzień dobry, ale chodzi o specyficzną czarownicy dyskową konstrukcję. Otóż u Pratchetta mag składa się z laski, spiczastego kapelusza, szat oraz nadziei, by nigdy nie musieć robić czegoś naprawdę magicznego. Czarownica natomiast składa się z miotły, spiczastego kapelusza oraz – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – misji pomagania ludziom („Czarownictwo to męska robota. Dlatego trzeba do niej kobiet” wzdycha pewnego razu Tiffany). Bycie wiedźmą to męczące, niewdzięcznie i najczęściej mało magiczne powołanie. Bardzo trafne ujęcie tematu. Bardzo… życiowe.

Takich trzech, jak nas dwie, to nie ma ani jednej.

Zresztą wszystko w tej książce jest takie, jak być powinno. Od spotkania ze starymi przyjaciółmi, jak odwieczna  Niania Ogg (zakonserwowana przez życie i inne używki tak, że Śmierć nierychło zapuka do jej rezydencji), aż do poznania nowych znajomych, jak Geoffrey, który udowadnia, że jak się chce, to można, a wręcz trzeba. Nawet jeśli pół świata uważa inaczej. Skore do nieustannej bitki hordy Nac Mac Feeglów przynoszą odpowiednią ilość groteski, a wątek królowej elfów – poznającej ludzki świat – mógłby rozwinąć się w ckliwy banał, ale został poprowadzony tak, jak powinien zostać poprowadzony.

I teraz rzecz najważniejsza. O ile na początku mojej przygody widziałam Świat Dysku bardziej jako błyskotliwe popkulturowe hocki-klocki, znakomicie napisane, ale jednak głównie humorystyczne, to z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej mądrości. Humor oczywiście pozostaje, bez niego to zupełnie nie to samo — ale „Pasterska korona” jest wybornym przykładem książki po prostu mądrej, taką zwykłą-niezwykłą życiową mądrością. Że trzeba pozostać sobą, bo wtedy jest się najbardziej autentycznym… i skutecznym. Że choć w głowie kłębią się Pierwsze i Drugie (a czasem nawet Trzecie) Myśli, podpowiadając zupełnie sprzeczne auto-opinie, to trzeba zagryźć zęby i robić tak, żeby było przyzwoicie. Że trzeba mieć jakiś cel w życiu i coś do roboty, nawet, gdy będzie to zwykła szopa. Bo jeśli jedyna aktywność, jaką podejmuje się w ciągu dnia, to podniesienie nóg, kiedy żona zamiata podłogę, to jest z nami raczej słabo. Nawet nie wiecie, cholera, jak to mi dało to myślenia — może nie ta szopa konkretnie, ale całokształt.

Sir Terry, dziękuję. Znów i zawsze.

PS. Ślę stosowne podziękowania za ebook (podziękowania wiezione miotłą, rzecz jasna) wydawnictwu Prószyński i S-ka!
PPS. Było jeszcze co najmniej z pięć różnych cytatów, które chciałam upchnąć do powyższego tekstu, ale po namyśle zrezygnowałam – sami znajdźcie swoje ulubione. Mądre, dowcipne, słodko-gorzkie, każde.

Boże, chroń Królową

Jak wiecie, są książki, które mieszkają w lodówce: co nie otworzysz lodówki/internetów/blogów/Youtube’a, to wyskakuje właśnie rzeczona powieść. Czasem z przekory staram się omijać i nie zagłębiać w temat, a potem z reguły wyklinam samą siebie, że czemu mi to tyle zajęło. Tak było z „Dziewczyną z rewolwerem”, tak jest i z „Królową Tearlingu” Eriki Johansen. Nigdy więcej, obiecuję.

Otóż. Rzecz dzieje się w Tearlingu, w czasach, gdy Przeprawa to tylko odległe wspomnienie – bowiem wieki temu John Tear i jego towarzysze wyprawili się w nieznane, chcąc ocalić część populacji i ziemskiego dziedzictwa oraz stworzyć świat wolny od technologii. Jednak szumna utopia Teara uległa degeneracji, a obecnie sam Tearling to królestwo biedne i mało przyjazne mieszkańcom. Zwłaszcza po przegranej wojnie z sąsiednim Mortmesne, którym włada potężna Szkarłatna Królowa, słynąca z okrucieństwa i magicznych zdolności. I ta właśnie nieszczęsna kraina przypada w udziale Kelsei Glynn Raleigh, dziedziczce tearlińskiego tronu. Kelsea, raczej przeciętna z urody dziewiętnastolatka, przez całe życie dorastała z dala od stolicy, a milczący pakt jej przybranych rodziców ochraniał ją od skrytobójczych zamachów (ze strony wuja-regenta i Szkarłatnej Królowej). Do czasu – bo oto teraz Kelsei powraca, by przejąć władzę. Do pomocy ma surowe zasady, wpojone przez wychowawców, magiczny błękitny klejnot odziedziczony po matce i bardzo niewielu sprzymierzeńców. A swoje rządy zaczyna od szaleńczego, zdawałoby się, rozkazu, który może skończyć się tylko wojną.

Spójrzcie, jakie boskie są te dwie okładki. Cudeńko.
Spójrzcie, jakie boskie są te dwie okładki. Cudeńko.

Mogłoby się wydawać, że „Królowa Tearlingu” to gładka bajeczka o dzielnej pannicy, która przebojem zdobywa wszystko. Nic bardziej mylnego – Kelsea to świetnie skonstruowana postać, która łączy w sobie zarówno potencjał do bycia doskonałą władczynią, upór nastolatki, cudowne rozterki w stylu „trochę przytyłam, trochę się zakochałam” i naprawdę mocny kręgosłup moralny. Dzielność serca, wytrwałość i śmiałość mogą zawieść młodą królową bardzo daleko. A Kelsea to tylko jedna z całej galerii zacnych bohaterów: nie sposób nie wspomnieć solidnego dowódcy jej Straży, Lazarusa zwanego Buławą, tajemniczego Ducha, równie sprawnie władającego magią, co intelektem czy równie tajemniczej Szkarłatnej Królowej.

To, co jeszcze mi się bardzo podobało, to takie mini-wypisy z innych ksiąg, zawarte przed każdym rozdziałem – choćby fragmenty traktatów, kronik, wspomnień, cytaty z „Wczesnej historia Tearlingu” czy zagadki. Lubiłam u Sapkowskiego („Monstrum, czyli wiedźmina opisanie” – do dziś pamiętam!), lubiłam u Franka Herberta (wspomnienia Irulany, choćby), lubię i tu. Taki zabieg bardzo dobrze buduje całe uniwersum bez jakiegoś większego nakładu sił.

Trudno się dziwić, że delektowałam się lekturą i starałam się nie połknąć całości na raz, zwłaszcza, że ostatnio naprawdę niewiele mam czasu na czytanie. Co więcej, „Królowa” klimatem momentami przypominało mi uhołubioną „Wybraną” – tam też i sensowna bohaterka w roli głównej, i magii dużo, i przeciwności losu. Tom drugi czeka już u mnie na półce i naprawdę niecierpliwie wyglądam momentu, kiedy znów wybiorę się do Tearlingu. Naprawdę, bardzo niecierpliwie.

[tl;dr] Młoda królowa Tearlingu nie ma łatwo, ale radzi sobie wybornie. Trzymam za nią kciuki!

PS. Nie mogę nie wspomnieć, że rzecz ma tak przepiękną okładkę i ogólnie jest wydana tak bardzo zacnie, że chce się toto czytać w rękawiczkach, żeby nie pokalać odciskami palców.
PPS. Zwłaszcza, gdy to książka pożyczona – dzięki, Myszkovsko.