Nie mów do mnie, bo czytam. „Dawcę Przysięgi” Sandersona

W naszym domu funkcjonują dwa typy sytuacji, w których ciężko uzyskać odpowiedź od drugiej połówki, mianowicie, kiedy Król Małżonek ogląda mecz i kiedy ja zaczytam się po uszy w jakiejś książce. Występują przy tym dwie subkategorie tych sytuacji: kiedy mecz rozgrywa Real Madryt albo kiedy książkę napisał Brandon Sanderson. „Przepraszam, nie słyszałem”, tłumaczy się wtedy Król Małżonek, ja zazwyczaj reaguję nerwowym „Nie mów do mnie, bo czytam!”. W miniony weekend zaliczyliśmy obie subkategorie: królewscy ograli Gironę cztery do jednego w drugiej kolejce Primera División, a ja pochłaniałam drugą część „Dawcy Przysięgi”, ostatniego tomu „Archiwum Burzowego Światła”. Continue reading „Nie mów do mnie, bo czytam. „Dawcę Przysięgi” Sandersona”

Co by było, gdyby, czyli King i Dallas

Ale co by było, gdyby…? Pytanie filozoficzno-rozważająco-kreatywne zadają sobie różne istoty ludzkie i nie tylko. Zarówno na poziomie osobistym (co by było, gdybym nie zdążyła na ten tramwaj, co by było, gdybym poszedł na inny kierunek studiów, gdybym się przeniósł do Borobudur, gdybym…), jak i na poziomie nieco bardziej meta, dość często historycznym. Co by było, gdyby Japonia wygrała II wojnę światową (podpowiedź literacką zapewnia mister Philip K. Dick)? Co by było, gdyby powstanie listopadowe się powiodło? Co by było, gdyby Lee Harvey Oswald nie pociągnął za spust w Dallas w 1963 roku?

To ostatnie pytanie  zadali sobie bohaterowie „Dallas ‘63” Stephena Kinga, książki wydanej już kilka lat temu – ale tym razem jest to pytanie w formie misji. Otóż w prowincjonalnym Lisbon Falls, w spiżarni pewnego baru, mieści się przejście do Anno Domini 1958 roku. Można wkroczyć w czas miniony, pozostać tam przez bliżej nieokreśloną chwilę (ba, nawet lata!), a po powrocie i tak zawsze okazuje się, że we współczesności minęły zaledwie dwie minuty. Wycieczkę w przeszłość można traktować po prostu jako okazję do rozrywki i zaopatrzenia się w różne tanie dobra, ale i do poczynienia Zmian Dla Świata. Albo chociaż Dla Poszczególnych Ludzi. A plan maksimum zakłada zmianę dziejów całego kraju: ocalić prezydenta Kennedy’ego przed fatalnym strzałem z 22 listopada 1963 roku i tym samym zapobiec zamieszkom, a może, dzięki efektowi motyla, uniknąć śmierci Martina Luthera Kinga, a nawet wojny w Wietnamie? Co by było, gdyby…?

Z całym tym bagażem rozważań zostaje nie kto inny, a Bohater Misji, poczciwy Jake Epping, nauczyciel angielskiego w lokalnym liceum. Namaszczony na następcę przez właściciela baru z „króliczą norą”, wyposażony w dokumenty na nazwisko George Amberson wyrusza do Stanów Zjednoczonych sprzed kilkudziesięciu lat i czeka. Do Dallas zostało mu jeszcze trochę czasu, więc trzeba czymś wypełnić kolejne dni. Owszem, obserwacja Oswalda i jego bliskich to jedno, ale codzienne życie to drugie. I tak Jack/George podejmuje się zajęcia, które wykonuje najlepiej na świecie, czyli… uczy angielskiego w lokalnym liceum. Okazuje się, że nastolatki są nastolatkami niezależnie od tego, czy przygrywa im Elvis, czy Shakira, a szkolny teatrzyk nieodmienne pozostaje przedsięwzięciem pełnym wyzwań.

„Normalne”, nauczycielskie życie Jake’a czyta się przezacnie, ale jego wielki quest okazuje się oczywiście mocno skomplikowany, nie tylko z uwagi na moralne implikacje (może Oswald w tej wersji przeszłości jednak nie zastrzeli JFK?) i tajemnicze siły, przeciwdziałające jakimkolwiek większym zmianom biegu historii, ale także – a może przede wszystkim – z powodów dość osobistych. Bo w przeszłości czeka nie tylko znakomite piwo korzenne i fedory (pomińmy na razie wszystkie mniej przyjemne aspekty życia w USA lat 60-tych), ale i wysoka bibliotekarka imieniem Sadie o wyjątkowej zdolności do potykania się o własne nogi.

Słynny Skład Podręczników obecnie (to jest, w 2015 roku)

Całość jest po prostu obłędna: sam koncept „króliczej nory”, misja ocalenia Kennedy’ego (i innych osób również), klimat początku lat 60-tych, pieczołowicie odtworzony dzięki przekopaniu się przez dziesiątki lektur i, to chyba przede wszystkim, wspaniali bohaterowie, którym kibicuje się z całego serca. Nie tylko Jake/George i urocza Sadie, ale cały szereg bohaterów drugoplanowych (pani Mimi!) – Stephen King nieraz już udowodnił, że aspekt społeczny i „ludzki” to mocna strona jego prozy. Dodajcie do tego szczyptę nostalgii oraz nutkę grozy (Skład Podręczników naprzeciwko Dealey Plaza w Dallas funkcjonuje jako wyborna przypominajka o nadchodzącym dniu zamachu) i przepis na książkę, jak to się ładnie mówi w języku Szekspira, unputdownable, gotowy.

Jak już donosiłam w social media, oderwać się nie szło. Czytałam po nocach, woziłam ze sobą tu i ówdzie (draństwo liczy sobie prawie że 900 stron, nie woziło się łatwo), obiecywałam sobie „tylko jeden rozdział” i jakoś orientowałam się pięćdziesiąt stron później… to jest wspaniałe uczucie, kiedy cieszy każdy moment, w którym ponownie sięga sę po książkę. A to zakończenie! Przyznaję, że byłam przekonana, że będzie inaczej, ale jest po prostu tak, jak być musiało. Czyli wspaniale. Tak, uroniłam łezkę. Czy tam całą fontannę.

Dodam jeszcze tytułem końcowych zachwytów, że stacja Hulu dwa lata temu wypuściła ośmioodcinkowy serial na podstawie powieści, pod tym samym tytułem co książka (w oryginale “11/22/63”, nie radzę sobie logistycznie z tą amerykańską datacją, w której miesiąc jest po dniu, a nie przed). Główną rolę gra James Franco i pasuje mi wprost idealnie – nic, tylko zasiąść i oglądać, przenosząc się w przeszłość także wizualnie!

PS. Mama-Malita sugerowała wreszcie zdjąć z półki, co nieodmiennie dowodzi faktu, że matki zawsze mają rację.


„Dallas ‘63” Stephen King
(“11/22/62”, 2011)
Tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2011

Jak wytresować smoka, czyli pierwowzór literacki mnie rozczarował

Smoki, jak wiadomo, to najprzedniejsze ze wszystkich fantastycznych stworzeń, które kiedykolwiek zaludniły (zasmoczyły?) rozmaite dzieła kultury. Zwłaszcza literatura anglosaska może się popisać całą galerią sław tego gatunku, od bezimiennego smoka najpierwszego, czyli przeciwnika Beowulfa (tu mówię więcej na temat!), przez budzącego słuszną grozę Smauga, aż po smoki nieco bardziej… udomowione, znane z takich dzieł, jak historie o Halibucie Straszliwej Czkawce Trzecim. Czyli Cressida Cowell, wiadomo. Jak to było w oryginale powieściowym? Ha, inaczej niż w filmie… i jak dla mnie, w tym wypadku „inaczej” nie oznacza „lepiej”. Continue reading „Jak wytresować smoka, czyli pierwowzór literacki mnie rozczarował”

Szóstka wron, czyli Bardugo wspina się na wyżyny

Wyznałam ostatnio na łamach social media (czy wszyscy już widzieli Malitowego Instagrama?), że aż miło się czyta autora i/lub autorkę, po którym widać, że rozwija warsztat. Myszkovska miała rację, Leigh Bardugo przeszła długą drogę od Trylogii Griszy i historii Aliny, legendarnej Przyzywaczki Słońca. Swój talent do snucia baśni udowodniła w „Języku Cierni”, a dzięki „Szóstce Wron” pokazała, że nieobce jej szalone tempo awanturniczych przygodówek. Och, jakie to było wspaniałe! Continue reading „Szóstka wron, czyli Bardugo wspina się na wyżyny”

Toń, proszę ja was, czyli Kisiel-proza najnowsza

Do grona wielbicieli prozy Ałtorki – to jest, Marty Kisiel – dołączyłam stosunkowo niedawno, ale cała radosna ekipa z „Dożywocia” i przyległości (zwłaszcza przyległości) zawładnęła moim serduszkiem na dobre. Więc kiedy kilka miesięcy temu gruchnęła wieść o nowej powieści, okraszona zapowiedziami pięknej okładki, a nawet pierwszym zdaniem z dość… znajomym nazwiskiem w treści, byłam więcej niż zainteresowana. Upolowałam zatem „Toń” na Pyrkonie i, niczym Kubuś Puchatek, odłożyłam do smakowania za chwilę. Oto chwila nadeszła i… utonęłam! Continue reading „Toń, proszę ja was, czyli Kisiel-proza najnowsza”

Baśń wielce cudowna, czyli niedźwiedź, słowik i czar dawnej Rusi

Od czasów dziecięcych żywię sentyment do baśni, zresztą kto tego nie ma… niemniej, swego czasu zaczytywałam się w niewielkim zbiorku przepięknie wydanych rosyjskich baśni, które snuł czarny kot imieniem Koszka (no dobrze, przyznaję, album był po angielsku, czynna pomoc Mamy-Mality była wskazana). I właśnie ten zbiorek zaraz przyszedł mi na myśl, kiedy zerknęłam na zarys fabuły debiutanckiej powieści Kartherine Arden, „Niedźwiedź i słowik”. Nieustraszona Wasilisa, wyprawiająca się w dzikie leśne ostępy, damy w kokosznikach i mróz malujący swoje obrazy na okiennych szybach… znacie? Znamy! Posłuchajcie. Warto. Continue reading „Baśń wielce cudowna, czyli niedźwiedź, słowik i czar dawnej Rusi”

Griszowie, baśnie i język cierni, czyli świat według Bardugo nadrabiam

Nie dalej jak ostatniego dnia ubiegłego roku Anka-która-wstawia-tytuł (i-zdecydowanie-za-rzadko-pisze, tak poza tym) popełniła pełen zachwytów wpis o „Języku cierni”, cudownie wydanym zbiorze baśni pióra Leigh Bardugo. Na fali zachwytu nad Anki zachwytem popędziłam, by nabyć ów tom i jakoś tak… przeleżał aż do marca. Przeleżał także dlatego, że – zgodnie z radą myszkovskiej – chciałam nadrobić w tak zwanym międzyczasie książki, które wprowadziłyby mnie w świat stworzony przez Bardugo, a mianowicie „Trylogię Griszy”. Świat przedziwnie bliski carskiej Rosji, zaludniony przez budzące grozę stwory oraz obdarzonych magiczną mocą Griszów. Continue reading „Griszowie, baśnie i język cierni, czyli świat według Bardugo nadrabiam”