Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Continue reading „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch

po-Polconowy kolorowy zawrót głowy

Ostatnie kilka dni spędziłam w światach fantastycznych (patrz: Polcon) i dość rzec, że przez weekend przyjęłam trzy książki (nie da się ukryć, że kilkanaście godzin w podróży sprzyja czytaniu). Dwie z nich przynależą do dzisiejszych #dziełzebranych i pobrzmiewają w nich dwa akordy – akord zbrodniczo-sensacyjny i akord grozy. Dwa razy „K”, czyli King i Kańtoch. Continue reading „Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch”

Kwiat paproci dalej kwitnie, czyli młoda szeptucha i żerca

Różne ludzie mają swoje guilty pleasures, te małe słabostki, których może lepiej się nie powinno, a w rzeczywistości tak dobrze robią. Można jeść czekoladę jak batoniki albo chałwę na kilogramy, można oddawać się beztroskiemu shopingowaniu, nie zważając na grubość (czy raczej już: chudość) portfela, oglądać horrory klasy C i to wyłącznie z lat 80-tych albo ten typ komedii, po których mózg udaje się na przymusową emigrację… pomysłów jest mnóstwo. Moją guilty pleasure są niezbyt udane fantastyczne książki, bo mało co mnie tak odpręża (choć czasem równie mocno irytuje). Więc czasem czytamy o Continue reading „Kwiat paproci dalej kwitnie, czyli młoda szeptucha i żerca”

Dzieła zebrane #20: Piskorski, Simmons, Atwood

Od jakiś trzech tygodni pieczołowicie zbierałam przemyślenia na temat fantastycznych książek (tu mam na myśli przede wszystkich gatunek), żeby je zestawić w krótkim a tematycznym wydaniu #dziełzebranych. Pierwotnie miała się do nich zaliczyć także historia o Londynie czterech kolorów, ale jakoś tak… popłynęłam z pełnym tekstem. Ale teraz, proszę bardzo, trzy fantastyczne powieści! Continue reading „Dzieła zebrane #20: Piskorski, Simmons, Atwood”

Londyn w czterech odcieniach magii

londyn-czerwonyJedna z zasad rządzących czasem wolnym brzmi: im więcej oglądasz seriali/filmów, tym mniej czytasz książek. Nigdy, co prawda, nie oznacza to przejścia do stanu „nie czytam nic, tylko oglądam” lub odwrotnie, po prostu proporcje się zmieniają. Wychodzę z założenia, że należy rozsądnie poświęcać się jednemu i drugiemu, ale są takie okresy, że pochłaniam jedną książkę za drugą, i takie, że wolę po prostu zasiąść na naszej olbrzymiej kanapie i przyjąć odpowiednią ilość emocji dzięki małemu ekranowi (no, chyba, że akurat mecz, to wtedy kanapa i TV zajęte). Więc ostatnio nadrabia się seriale, ale szczęśliwie jeździ się też pociągami – te zaś bywają spóźnione, co przynosi dużo czasu na czytanie tego, co się na podróż wzięło. Dzięki temu, ostatnia podróż na trasie Kraków-Warszawa-Kraków przyjęłam trzy książki. O dwóch już Wam opowiedziałam (ostatnio o tej!), pora na trzecią: „Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab.

Otóż wyobraźcie sobie, że jest Londyn. Nietrudno, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że to nie jedno miasto, a cztery – w czterech różnych światach. Continue reading „Londyn w czterech odcieniach magii”

Dziecko Odyna, czyli czasem bardzo potrzeba fantastyki

Od dłuższego czasu marzyła mi się porządna fantastyka. Owszem, lubię czytać powieści współczesno-obyczajowe, historyczne, czasem też kryminały czy rozmaite literackie eksperymenta – niemniej potrzebuję również solidnej dawki smoków. Smoki tu pełnią rolę symbolu, nie muszą występować osobiście, choć zawsze są mile widziane. U Siri Pettersen będą raczej kruki. I ślepi. I ogony.

Właśnie, u Siri Pettersen. Niezawodna myszkovska już chwilę temu zapowiedziała, że po prostu muszę to przeczytać (i nie tylko ja, apel do ogółu też się pojawił). Pettersen, rodem z Norwegii, zadebiutowała swego czasu komiksem „Anti-Klimaks”, a trylogia „Krucze Pierścienie” to jej debiut fabularny. Zabiera nas w tym debiucie do świata Ym, mocno zanurzonego w skandynawskiej mitologii – może nawet nie tak mocno zanurzonego w konkretnych mitach i postaciach, choć pewne odnośniki się pojawiają (nawet i w tytule!), co w pewnym klimacie, nastroju, północnym leśno-górskim krajobrazie.

Przez ten krajobraz podążamy śladami trzech postaci: bezogoniastej Hirki, która wcale nie jest ætlingiem, jak wszyscy wokół, szlachetnie urodzonego Rimego, który odrzuca swoje nobliwe dziedzictwo oraz Urda, który z niejasnych początkowo przyczyn pała żądzą rozpętania wojny. Zbliża się Rytuał i tłumy ludzi ściągają do Manfalli, nie tylko po to, by uczestniczyć w uroczystościach, ale także, by poczuć się bezpiecznie w tych niespokojnych czasach. Zgnilizna, niesiona przez dzieci Odyna, pozbawione ogonów i zdolności czerpania Evny, budzi strach we wszystkich – czy to mieszkańcach prowincjonalnej Elveroi, czy w prominentnych członkach Rady, rządzących twardą ręką od setek lat. Niebezpieczeństwo jest więcej niż realne, a wojna z Kruczym Dworem wydaje się nieunikniona – co, jeśli do Ym ponownie zawitają ślepi? Nawet nieustraszone Ciemne Cienie nie będą w stanie im sprostać…

https://i2.wp.com/wallup.net/wp-content/uploads/2016/03/10/325209-nature-landscape-trees-forest-pine_trees-mountain-Norway-mist-sunrise-hill-clouds-736x459.jpg
O, tak sobie to wyobrażam. Jak Norwegię.

Jeśli czujecie się nieco zagubieni, to słusznie i taki był mój cel. Siri Pettersen nie tłumaczy szczegółów, tylko wrzuca bez uprzedzenia w sam środek swojego uniwersum. Skądinąd, zdecydowanie wolę taki zabieg, niż łopatologiczne wykładnie od samego początku, które pierwsze rozdziały zamieniają w teoretyczny przewodnik po okolicy (jakkolwiek czasem dramatis personae jest szalenie przydatne, jak choćby u George’a R.R. Martina). Niezależnie od sposobu przedstawienia, świat Ym ma moc – dosłownie i w przenośni. A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię takie światy.

Co prawda, to raczej nie jest tak, że zakochałam się w całości bez pamięci, ale naprawdę oderwać się nie szło. Wszystko jest jak trzeba: dorastająca bohaterka, która staje przed wielkimi wyzwaniami, powoli acz skutecznie rozwijające się uczucie, walka o własne życie i godność, poświęcenie w imię wyższych wartości, polityczne intryganctwo, oparte na spektakularnym kłamstwie. I magia, magia w najczystszej postaci w naprawdę interesująco zbudowanym świecie. Może tylko za często Hirka porównywała wszystkich napotkanych mężczyzn do ojca (ten czy ów był mniej postawny/lepiej zbudowany niż ojciec i miał tak samo/ani trochę silne ramiona), ale wybaczam. Silny wzorzec, ja rozumiem. Lękam się tylko o drugą część, bo jej kierunku nietrudno się domyślić, ale to nie rzutuje na otwarcie trylogii. „Dziecko Odyna” to rzecz warta uwagi. Ze wszech miar.

PS. Myszkovskiej dziękując za pożyczenie, rzecz jasna.
PPS. Od razu dwa tomy pożyczyła, dobra kobieta!

#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)