Książki, które czytam w Święta

Uwielbiam cały ten świąteczny rozgardiasz – pierniczki, torty, choinki, ćwiczenie kolęd (moja familia śpiewa, aż miło!), ale oprócz tego przepadam też za tymi spokojniejszymi świątecznymi momentami i co roku staram się wygospodarować czas na okupowanie kanapy w towarzystwie książki i słodkości. Po Wigilii z reguły czytam wspaniałości znalezione pod choinką (w tym roku zamówiłam od Aniołka jeszcze „Dawcę Przysięgi” Sandersona, trzymajcie kciuki, byłam grzeczna!), a przed Wigilią wprawiam się w nastrój, kartkując kilka ulubionych w temacie książek. Dziś podrzucam Wam dwie z nich. Continue reading „Książki, które czytam w Święta”

Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Continue reading „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch

po-Polconowy kolorowy zawrót głowy

Ostatnie kilka dni spędziłam w światach fantastycznych (patrz: Polcon) i dość rzec, że przez weekend przyjęłam trzy książki (nie da się ukryć, że kilkanaście godzin w podróży sprzyja czytaniu). Dwie z nich przynależą do dzisiejszych #dziełzebranych i pobrzmiewają w nich dwa akordy – akord zbrodniczo-sensacyjny i akord grozy. Dwa razy „K”, czyli King i Kańtoch. Continue reading „Dzieła zebrane #24, czyli King i Kańtoch”

Kwiat paproci dalej kwitnie, czyli młoda szeptucha i żerca

Różne ludzie mają swoje guilty pleasures, te małe słabostki, których może lepiej się nie powinno, a w rzeczywistości tak dobrze robią. Można jeść czekoladę jak batoniki albo chałwę na kilogramy, można oddawać się beztroskiemu shopingowaniu, nie zważając na grubość (czy raczej już: chudość) portfela, oglądać horrory klasy C i to wyłącznie z lat 80-tych albo ten typ komedii, po których mózg udaje się na przymusową emigrację… pomysłów jest mnóstwo. Moją guilty pleasure są niezbyt udane fantastyczne książki, bo mało co mnie tak odpręża (choć czasem równie mocno irytuje). Więc czasem czytamy o Continue reading „Kwiat paproci dalej kwitnie, czyli młoda szeptucha i żerca”

Dzieła zebrane #20: Piskorski, Simmons, Atwood

Od jakiś trzech tygodni pieczołowicie zbierałam przemyślenia na temat fantastycznych książek (tu mam na myśli przede wszystkich gatunek), żeby je zestawić w krótkim a tematycznym wydaniu #dziełzebranych. Pierwotnie miała się do nich zaliczyć także historia o Londynie czterech kolorów, ale jakoś tak… popłynęłam z pełnym tekstem. Ale teraz, proszę bardzo, trzy fantastyczne powieści! Continue reading „Dzieła zebrane #20: Piskorski, Simmons, Atwood”

Londyn w czterech odcieniach magii

londyn-czerwonyJedna z zasad rządzących czasem wolnym brzmi: im więcej oglądasz seriali/filmów, tym mniej czytasz książek. Nigdy, co prawda, nie oznacza to przejścia do stanu „nie czytam nic, tylko oglądam” lub odwrotnie, po prostu proporcje się zmieniają. Wychodzę z założenia, że należy rozsądnie poświęcać się jednemu i drugiemu, ale są takie okresy, że pochłaniam jedną książkę za drugą, i takie, że wolę po prostu zasiąść na naszej olbrzymiej kanapie i przyjąć odpowiednią ilość emocji dzięki małemu ekranowi (no, chyba, że akurat mecz, to wtedy kanapa i TV zajęte). Więc ostatnio nadrabia się seriale, ale szczęśliwie jeździ się też pociągami – te zaś bywają spóźnione, co przynosi dużo czasu na czytanie tego, co się na podróż wzięło. Dzięki temu, ostatnia podróż na trasie Kraków-Warszawa-Kraków przyjęłam trzy książki. O dwóch już Wam opowiedziałam (ostatnio o tej!), pora na trzecią: „Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab.

Otóż wyobraźcie sobie, że jest Londyn. Nietrudno, prawda? A teraz wyobraźcie sobie, że to nie jedno miasto, a cztery – w czterech różnych światach. Continue reading „Londyn w czterech odcieniach magii”

Dziecko Odyna, czyli czasem bardzo potrzeba fantastyki

Od dłuższego czasu marzyła mi się porządna fantastyka. Owszem, lubię czytać powieści współczesno-obyczajowe, historyczne, czasem też kryminały czy rozmaite literackie eksperymenta – niemniej potrzebuję również solidnej dawki smoków. Smoki tu pełnią rolę symbolu, nie muszą występować osobiście, choć zawsze są mile widziane. U Siri Pettersen będą raczej kruki. I ślepi. I ogony.

Właśnie, u Siri Pettersen. Niezawodna myszkovska już chwilę temu zapowiedziała, że po prostu muszę to przeczytać (i nie tylko ja, apel do ogółu też się pojawił). Pettersen, rodem z Norwegii, zadebiutowała swego czasu komiksem „Anti-Klimaks”, a trylogia „Krucze Pierścienie” to jej debiut fabularny. Zabiera nas w tym debiucie do świata Ym, mocno zanurzonego w skandynawskiej mitologii – może nawet nie tak mocno zanurzonego w konkretnych mitach i postaciach, choć pewne odnośniki się pojawiają (nawet i w tytule!), co w pewnym klimacie, nastroju, północnym leśno-górskim krajobrazie.

Przez ten krajobraz podążamy śladami trzech postaci: bezogoniastej Hirki, która wcale nie jest ætlingiem, jak wszyscy wokół, szlachetnie urodzonego Rimego, który odrzuca swoje nobliwe dziedzictwo oraz Urda, który z niejasnych początkowo przyczyn pała żądzą rozpętania wojny. Zbliża się Rytuał i tłumy ludzi ściągają do Manfalli, nie tylko po to, by uczestniczyć w uroczystościach, ale także, by poczuć się bezpiecznie w tych niespokojnych czasach. Zgnilizna, niesiona przez dzieci Odyna, pozbawione ogonów i zdolności czerpania Evny, budzi strach we wszystkich – czy to mieszkańcach prowincjonalnej Elveroi, czy w prominentnych członkach Rady, rządzących twardą ręką od setek lat. Niebezpieczeństwo jest więcej niż realne, a wojna z Kruczym Dworem wydaje się nieunikniona – co, jeśli do Ym ponownie zawitają ślepi? Nawet nieustraszone Ciemne Cienie nie będą w stanie im sprostać…

https://i2.wp.com/wallup.net/wp-content/uploads/2016/03/10/325209-nature-landscape-trees-forest-pine_trees-mountain-Norway-mist-sunrise-hill-clouds-736x459.jpg
O, tak sobie to wyobrażam. Jak Norwegię.

Jeśli czujecie się nieco zagubieni, to słusznie i taki był mój cel. Siri Pettersen nie tłumaczy szczegółów, tylko wrzuca bez uprzedzenia w sam środek swojego uniwersum. Skądinąd, zdecydowanie wolę taki zabieg, niż łopatologiczne wykładnie od samego początku, które pierwsze rozdziały zamieniają w teoretyczny przewodnik po okolicy (jakkolwiek czasem dramatis personae jest szalenie przydatne, jak choćby u George’a R.R. Martina). Niezależnie od sposobu przedstawienia, świat Ym ma moc – dosłownie i w przenośni. A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię takie światy.

Co prawda, to raczej nie jest tak, że zakochałam się w całości bez pamięci, ale naprawdę oderwać się nie szło. Wszystko jest jak trzeba: dorastająca bohaterka, która staje przed wielkimi wyzwaniami, powoli acz skutecznie rozwijające się uczucie, walka o własne życie i godność, poświęcenie w imię wyższych wartości, polityczne intryganctwo, oparte na spektakularnym kłamstwie. I magia, magia w najczystszej postaci w naprawdę interesująco zbudowanym świecie. Może tylko za często Hirka porównywała wszystkich napotkanych mężczyzn do ojca (ten czy ów był mniej postawny/lepiej zbudowany niż ojciec i miał tak samo/ani trochę silne ramiona), ale wybaczam. Silny wzorzec, ja rozumiem. Lękam się tylko o drugą część, bo jej kierunku nietrudno się domyślić, ale to nie rzutuje na otwarcie trylogii. „Dziecko Odyna” to rzecz warta uwagi. Ze wszech miar.

PS. Myszkovskiej dziękując za pożyczenie, rzecz jasna.
PPS. Od razu dwa tomy pożyczyła, dobra kobieta!