W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów

Należę do tego grona zwiedzaczy świata, którzy bardzo lubią chodzić do muzeów – więc z reguły podczas podróży muszę się udać na jakąś wystawę. Szczególnie zaś lubię chodzić do muzeów związanych z życiem codziennym: zwiedzać dawne rezydencje, przechadzać się po skansenach i tym podobne. Niebagatelną rolę w tym zwiedzaniu pełnią stroje (pamiętacie lamenty o czepku z czasów Jane Austen?) – nie na darmo w dzieciństwie zaczytywałam się takim książkami, jak Continue reading „W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów”

Szach-mat, Napoleonie?

SzachistaWstęp do historii „Szachisty” ma trzy oblicza. Oblicze pierwsze to wspomnienie z liceum: Łysiakowy „Flet z mandragory”, z którego pamiętam tylko to, że zrobił na mnie duże wrażenie. Oblicze drugie to też wspomnienie z liceum, kiedy to przed maturą zaklinałam los, żeby tylko Łaskawa Komisja Układająca Testy zaproponowała temat wypracowania z czasów przed Napoleonem, bo po nim bieda i lęk i stres (zawsze mnie ciągnęło do mroków historii, czytaj średniowiecze i nowożytność). Trzecie oblicze to polecanki książkowe od Bartka-zwanego-Gordianusem, który mi przynosi do redakcji książki, czasem okołorzymskie, czasem napoleońskie.

Po trzech obliczach i skojarzeniowym strumieniu świadomości przejdźmy do rzeczy. Otóż było tak: trzydzieści lat temu bez mała, za sprawą tajemniczego Hiszpana, Łysiak wszedł w posiadanie Memoriału, dokumentu traktującego o operacji „Chess-player 1806”.  Zanim rzeczony Hiszpan ulotnił się bez śladu razem z Memoriałem, Łysiak zdążył tekst przepisać, potem opracować i opublikować w formie „beletryzowanej opowieści dokumentalnej”, jak sam to określa. Ile w całokształcie fikcji, ile faktów, to rozstrzygamy we własnym zakresie, polecam.

Rzecz dzieje się w 1806 roku, przy poziomie tajności tak wysokiej, że Secret Service wysiada. Otóż Anglicy (a dokładniej, kilku wybitnych członków torysowskiej opozycji brytyjskiej Izby Gmin z lordem Castlereagh na czele) podejmują próbę pozbycia się Napoleona w sposób zuchwały i szalenie niebezpieczny: chcą podstępem podmienić cesarza na jego sobowtóra, zakonnika z Gostynia (sic!). Bowiem gdy Francuzi utracą swego umiłowanego dowódcę, los Europy nareszcie odmieni się na korzyść Anglii (Waterloo jeszcze długo przed nami). Tak śmiałego czynu może dokonać tylko ekipa złożona z mocno szemranych postaci – proces ich rekrutacji to jeden z moich ulubionych fragmentów książki – a dowodzi nią Benjamin Bathurst, postać ze wszech miar historyczna (notabene rozpłynął się w mrokach historii w 1809 roku, podejrzewa się morderstwo… ale kto go tam wie). Finał skomplikowanej intrygi rozegra się w Szamotułach koło Poznania, a niebagatelną rolę odegra w nim legenda o czarnej księżniczce i android grający w szachy…

Mechaniczny Turek, czyli android „grający” w szachy, kluczowy dla operacji „Chess-player”

Uczciwszy Napoleona i Łysiaka (na marginesie – nie znam jego bardziej współczesnej twórczości, ergo nie wypowiadam się), Malitowe serce skrywa osobne miejsce dla szczególnego typu bohaterów: aroganckich, namiętnych w swej pasji geniuszy, którzy upodobanie znajdują nie w zbrodni, ale w maestrii zaplanowania przekrętu. Którzy są brawurowi, bezczelni i pełni przekornego uroku. Modelowym przykładem urokliwego łobuza jest Locke Lamora. Ale Benjamin Bathurt, który strzela z taką samo precyzją, z jaką cytuje „Hamleta”, plasuje się na liście przykładów całkiem wysoko. Odkąd Bathurst wkroczył na scenę – na plan szachownicy, chciałoby się rzec – „Szachista” stał się zupełnie inną książką. Jej finał podobał mi umiarkowanie, za to pościg za zrealizowaniem szaleńczego pomysłu już ogromnie. Widać, tak jak Benjamina, najbardziej zachwyca mnie sama gra – „gra, ze swoim ruchem w przestrzeni, drżeniem serca, napięciem i przymusem nieomylności, poza którą gubi się nić”*.

PS. Bartkowi dziękując za pożyczenie!

 * Waldemar Łysiak, Szachista, Kraków 1989, s. 69.

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” David Mitchell

"Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta" David MitchellPrzeszło rok temu trwałam w niemym (a właściwie, wyrażonym na blogu) zachwycie „Atlasem chmur”. Cudowne splątanie pozornie niesplątywalnych opowieści z różnych miejsc i czasów! Wieść o wydaniu w Polsce kolejnej powieści Mitchella bardzo mnie ucieszyła, a jeszcze bardziej – zarys fabuły i miejsce akcji. Tym razem przenosimy się bowiem w miejsce niezwykłe: na Dejimę, maleńką sztuczną wyspę, wzniesioną u wybrzeży Japonii, przy porcie w Nagasaki. Dejimę, która w nierozerwalny sposób wiąże się z sakoku.

Termin sakoku, w wolnym tłumaczeniu „zamknięty kraj”, oznaczał dla Japonii bardzo szczególną politykę: zgodnie z rozporządzeniem szoguna z rodu Tokugawów nikt nie mógł opuszczać ani przybywać do Japonii. Surowa strategia izolacjonizmu nie obejmowała tylko jednego miejsca: Dejimy, długiej na 120 metrów i wzniesionej na drewnianych palach. Wyspa stała się faktorią Zjednoczonej Kompanii Wschodnioindyjskiej i placówką-domem dla kilkunastu holenderskich urzędników. W tym dla powieściowego Jacoba de Zoeta.

Jacob, młody zdolny idealista, przybywa na Dejimę z konkretnym zamiarem: przez pięć lat trwania misji wsławić się i wzbogacić, by stać się godnym poślubienia pięknej Anny. Jego krystaliczna niemal uczciwość nie przyda się jednak w miejscu do cna zepsutym korupcją i różnymi machinacjami– ze strony zarówno holenderskiej, jak i japońskiej. Kolejne edykty i dekrety ograniczają kontakty obu stron, utrudniając porozumienie (już nie mówiąc o zakazie nauki japońskiego dla cudzoziemców), a cienka linia współpracy może się zerwać w każdej chwili. Zwłaszcza, że na handel z Japonią mają też chęć Brytyjczycy…

Będą pokrętne walki o władzę, holenderska medycyna, chciwość i żądza – i miłość, miłość wielka a niemożliwa (ech, biedny Jacobie…). I bardzo barwne przedstawienie rzeczywistości zarówno na Dejimie, jak i we „właściwej” Japonii. Szczególnie zatrważający jest klasztor na górze Shiranui, gdzie funkcjonuje dość nietypowe zgrupowanie. Ba, sekta. Zresztą, od pierwszych stron narzuciła mi skojarzenia z Papa Songiem z „Atlasu chmur” (rozdźwięk między warstwą wierzchnią i ukrytą prawdą uderzająco znajomy) i tak samo zatrwożyła.

Może nie trwam w niemym zachwycie, ale podziwiam Autora za zdolność przenoszenia czytelnika w rzeczywistość odległą czasowo i geograficznie, a jednocześnie sprawienie, że staje się nam bliższa. Tym razem jednak całość brzmi dojmująco smutno, gorzko, przygnębiająco, a iskierka nadziei, rozniecona pod sam koniec przez Mitchella, jest bardzo wątła.

I bardzo dziękuję za książkę wydawnictwu  MAG!

PS. Z ciekawostek lingwistyczno-kulturoznawczych: tytuł jest ze wszech miar znamienny, jako że Japonia w powieści określana jest poetyckiem mianem „Kraju Tysiąca Jesieni”. I jest też takie japońskie powiedzenie,「一日千秋」(ichijitsusenshū), co oznacza dosłownie „tysiąc jesieni w jeden dzień”, a w przenośni „czekać na coś wielce niecierpliwie”.

„W łożnicach królów” Juliette Benzoni

„W łożnicach królów” Juliette BenzoniPopularnonaukowe opracowania historyczne z lekką nutką pikanterii to dla mnie lektura wielce wyśmienita (wystarczy wspomnieć „Życie seksualne królów Polski” czy „Najstarszy zawód świata”). Różne smaczki dawnych dziejów zawsze w cenie, a już zwłaszcza dworskie historie. Ileż afer, intryg, romansów… mniam mniam. Gdy zatem w me łapki trafiła książka Juliette Benzoni, od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę.

Koncept jest prosty a genialny: Benzoni przedstawia noce poślubne rozmaitych władców, przede wszystkich francuskich – wszak Autorka jest Francuzką – ale do przeglądu załapie się też Henryk VIII Tudor (i Anna Kliwijska), Aleksander Macedoński oraz Cezar Borgia. Będą również boskie noce: Zeus, Amon, Oktawian August, a nawet młodziutki cesarz Bizancjum, Konstantyn VI. Wszystkie opowieści pogrupowano zgodnie z charakterem królewskich nocy: są takie pełne rezygnacji, powściągliwe, pełne entuzjazmu, ale i dramatyczne. Niektóre mariaże, układane na siłę z uwagi na rację stanu, kończyły się prawdziwym fiaskiem w łożnicy, inne z kolei okazywały się nadspodziewanie dobrze dobrane, jeszcze inne nie mogły zostać skonsumowane z powodu… nadmiernej kontroli teściowych (sic!).

Juliette Benzoni ze swadą i lekkością snuje królewskie historie, cytując kronikarzy i wczuwając się w sytuację królewskich państwo młodych (a czasem mocno podstarzałych). Będą też akcenty polskie – jak noc poślubna Ludwika XV, króla Francji, i ślicznej jak obrazek Marii Leszczyńskiej, córki eks-króla Polski Stanisława (i to jak raz była i udana noc, i początkowo całkiem udane małżeństwo).

Mam tylko jeden zarzut, nie do treści, a do układu książki – noce uszeregowano tematycznie, niemniej kolejność chronologiczna wydaje mi się łatwiejsza do ogarnięcia i bardziej naturalna. Ale to drobiazg zaledwie, nie przeszkadza zanadto w odbiorze. Miłośnicy dworskich opowieści wszelkiej maści – jak Malita – powinni być usatysfakcjonowani.

PS. A książka to prezent od Węża Jadwigi, to jest naprawdę dobra kobieta! Dzięki raz jeszcze ^^

„Ashford Park” Lauren Willig

„Ashford Park” Lauren WilligReklamowany jako połączenie „Pożegnania z Afryką” i „Downtown Abbey”, „Ashford Park” wzbudził we mnie nadzieję na dobrą obyczajową historię rodzinną. Raz na jakiś czas lubię takie, choćby w stylu sagi rodziny Whiteoaków (hoho, kiedy to było). Ale nie tym razem, niestety.

Oto trzy kobiety: Addie, jej kuzynka Bea i Clemmie, jej wnuczka. Ich zawiła historia wiedzie przez cały wiek XX: od wystawnych bali i otwarcia sezonu towarzyskiego w arystokratycznej Anglii, przez I wojnę światową, międzywojenny Londyn, tętniący jazzem, egzotyczną Kenię, aż po współczesny Nowy Jork. Miłości, rozczarowania, sekrety, rodzinne dramaty. Śledzimy losy trzech dam – przede wszystkim Addie i Clemmie – w różnych momentach ich życia; powieść tworzy mozaikę z przemieszanych planów czasowych (przez co wielki sekret rodzinny można rozszyfrować po kilkudziesięciu stronach).

Wyszło średniej jakości czytadło bez polotu. Muszę jednak oddać sprawiedliwość i przyznać, że takich historii rodzinnych z mroczną tajemnicą w tle czytałam naprawdę multum i przeciętny „Ashford Park” nie robi na mnie wrażenia. Do pasji doprowadzały mnie też przypisy od tłumaczki – ich dobór pozostaje dla mnie zagadką. Na jednej stronie* mamy przypis, tłumaczący, kim byli Robinsonowie szwajcarscy, ale już brak wyjaśnienia, o co chodzi z uprawianiem ogródka w „Kandydzie”, które znajduje się kilka wersów nad Robinsonami. I czułam się trochę nieswojo, kiedy objaśniano mi, że „więcej rzeczy na niebie i ziemi” to cytat z Hamleta **. Smutność.

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Niezbyt przekonujące postaci, mało wciągająca intryga, przewidywalne zakończenie – zwłaszcza jeśli idzie o wątek współczesny. Nie będę więcej czytać takich książek.

* Lauren Willig, Ashford Park, przeł. Agnieszka Zajda, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013, s. 286.
** Tamże, s. 329.

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof Burnetko

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof BurnetkoWyjątkowy moment trafił mi się na spotkanie z Edelmanem – prawie w 70-tą rocznicę powstania w getcie. Wydarzenia, które na zawsze określiło Doktora jako człowieka; tak z zewnątrz, jak i „od środka” (Jacek Kuroń zwykł mawiać, że dla Edelmana powstanie wciąż trwa). Jeszcze w zamierzchłych czasach licealnych czytałam „Zdążyć przed Panem Bogiem”, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak niesłychanie obfite było życie Marka Edelmana. Jego życiorysem można by obdzielić dziesiątki sensacyjnych biografii.

„Życie. Do końca”, rozkosznie gruba książka, to nawet nie tyle biografia, ile wieloaspektowa kronika. Nie tyle opowieść o samym Edelmanie, ale o tym, co to znaczy być Polakiem i co to znaczy być człowiekiem. Prawie połowa książki poświęcona jest II wojnie światowej: Żydowska Organizacja Bojowa, powstanie w getcie, powstanie warszawskie. Potem lata łódzkie, medycyna, opozycja, „Solidarność”… dla mnie było jak wielka lekcja historii XX wieku. Znajdziemy tu i przedruki konspiracyjnej gazety „Za Naszą i Waszą Wolność”, którą Edelman współtworzył w warszawskim getcie. Będą zdjęcia, relacje, fragmenty rozmów, artykułów, listów (w tym wyjątkowo chwytająca za serce korespondencja Jacka Kuronia i jego żony, Gajki). Na kartach książki pojawią się chyba wszystkie znaczące dla Polski i świata postaci ubiegłego stulecia – większość z nich Doktor znał osobiście, a już na pewno miał na ich temat wyrobioną a zdecydowaną opinię. Będą i wypowiedzi samego Edelmana, rozmówcy trudnego, szorstkiego, ale mającego w sobie niebywałą charyzmę. „Głupoty opowiadacie”, zwykł mówić o Autorach niniejszego dzieła.

Marek Edelman – postać legenda, złożona, może i dla niektórych kontrowersyjna, ale nie może zostać zapomniana. Nie tylko jeden z przywódców powstania w getcie, nie tylko wybitny lekarz kardiochirurg, nie tylko opozycjonista, ale po prostu (tylko i aż) przyzwoity człowiek. Taki, który wie, że „nie tylko nie wolno strzelać, ale i nie wolno być biernym. Trzeba stanąć po stronie słabszego”*. I stawał zawsze, od warszawskiego getta po Sarajewo i Czeczenię. Dobrze mieć jego słowa z tyłu głowy, żeby zachować pion w życiu.

Wyznam szczerze, że cieszę, że dostałam „Życie. Do końca” i spędziłam parę wieczorów (nocy też), by je przeczytać. Momentami to była trudna i smutna lektura. Sama z siebie nie jestem pewna, czy bym się do niej zabrała – przynajmniej nie teraz. A tak to wiem, że bardzo bym tego żałowała.

Dodam jeszcze tylko, że Autorzy we wstępie konstruują „kodeks” Edelmana (trzeba przyznać Doktorowi, że miał wybitną zdolność do formułowania swoich myśli w jasne, niekiedy wręcz aforystyczne zasady):

– zawsze, niezależnie od tego, kim jest bity – trzeba być po jego stronie
– nie wolno biernie przyglądać się złu – bierny świadek jest współwinny
– nie chodzi o to, aby iść do celu, ale aby iść po jego słonecznej stronie
– najważniejsze jest życie…

I o to chodzi.

PS. Bardzo bardzo dziękuję za książkę Fundacji Świat Ma Sens, która wspólnie z Agorą wydała poszerzone (o 250 stron!) i poprawione wydanie biografii. A Panom Autorom dziękuję za piękną dedykację.

Marek Edelman i autorzy

Marek Edelman i Autorzy, fot. Fundacja Świat Ma Sens

* Witold Bereś i Krzysztof Brunetko, Marek Edelman. Życie. Do końca, Wyd. AGORA SA i Fundacja Świat Ma Sens, Warszawa 2013, s. 641.

„Opowieść o miłości i mroku” Amos Oz

„Opowieść o miłości i mroku” Amos OzByło tak: odezwał się do mnie kolega, że dawno temu polecałam mu książki Oza i pytał, czy coś szczególnie rekomenduję. Wzbudziło to co nie miara konsternacji, bom w życiu żadnej powieści Oza nie czytałam. Ale za to przypomniałam sobie o autobiografii Autora, która czekała na mnie od dłuższej chwili.

Może autobiografia to nie jest najlepsze słowo – bo Amos Oz tworzy raczej długaśną gawędę o swojej rodzinie, o sobie, o Jerozolimie lat czterdziestych ubiegłego wieku. Nie ma w tym za wiele chronologii, poukładania (wiele opowieści zwykło się powtarzać) – to raczej kolaż wspomnień z lat dziecięcych. Oczytany ojciec i targana niepokojami matka, imigranci z Europy (on z Odessy, ona z Równego); wuj Josef Klausner, wielki intelektualista; obsesyjnie dbająca o higienę babcia Szlomit; kokietujący płeć piękną dziadek Aleksander… to tylko nieliczne z postaci, zaludniające karty „Opowieści…”. Jest też cała plejada jerozolimskich inteligentów (spotkania na szczycie i dyskusje o literaturze to dla małego Amosa prawie że codzienność), różni dalsi i bliżsi krewni, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele, w jednym epizodzie pojawia się nawet sam Ben Gurion. Autor przedstawia czytelnikom coraz to nowe historie, z międzywojnia, z czasów jerozolimskich, z kibucu Chulda: aż trudno spamiętać to wszystko.

Domyślam się, że bardziej doceniłabym erudycję Oza – Autor niemal wychowywał się w bibliotece – gdybym trochę lepiej znała hebrajską literaturę. Oz garściami rzuca cytatami, odwołaniami, nawiązaniami – od Bialika po Agnona. A tak to zauroczyły mnie głównie aforystyczne rozważania dziadka Aleksandra („kobieta jest pod paroma względami zupełnie taka sama jak my. Toczka w toczkę. Ale pod paroma innymi (…) absolutnie niepodobna”*) albo opowieści i marzenia o książkach:

„Gdy byłem chłopcem, miałem nadzieję, że kiedy dorosnę, zostanę książką. Nie pisarzem, tylko właśnie książką. Ludzi można wybić jak mrówki, nawet pisarzy nietrudno jest zabić. W przypadku książki wszakże, nawet gdyby ją niszczyć metodycznie, pozostaje szansa, że jakiś egzemplarz ocaleje i przez wieki całe będzie wiódł swój cichy żywot na regale, na półce w zapomnianej bibliotece”**

Ozowa Jerozolima wydaje się być właśnie taką żywą biblioteką, o klimacie nieco dusznym, przytłoczonym rozlicznymi tragediami i nieszczęściami: Holokaustu, konfliktami z Palestyńczykami, codziennymi rozterkami. Szczególnym dla Autora wydarzeniem – o którym po raz pierwszy w tej książce mówi tak szeroko – było samobójstwo matki. On sam miał wtedy 12 lat i to dramatyczne wydarzenie wniosło w jego życie tytułowy mrok.

Nie jestem zupełnie oczarowana. Owszem, poszczególne opowieści potrafiły mnie zachwycić, ale całość… nie bardzo odpowiada mi taki styl pisania, barwny, ale trochę chaotyczny. Może też dlatego, że przeczytałam książkę dość szybko, a lepiej robić to po kawałeczku, po rozdziale – tak smakować po trochu. Spróbujcie, a nuż Wam spasuje opowieść chłopca z Jerozolimy.

PS. Maciek, dzięki za inspirację!
PPS.  „Z półki – 2013”, wyzwania ciąg dalszy.

* Amos Oz, „Opowieść o miłości i mroku”, orzeł. Leszek Kwiatkowski, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2005, s. 143.
** Tamże, s. 27