Indiana Jones paleolitu, czyli Genevieve von Petzinger o najstarszych symbolach świata

O malowidłach naskalnych w Altamirze uczyłam się jeszcze w podstawówce – ach, sztuka prehistoryczna, magia łowiecka, wielkie polowania uwiecznione tysiące lat temu… niemniej, rozmowa o sztuce prehistorycznej już dawno przestała być rozmową łatwą, pełną oczywistych rozstrzygnięć. To raczej lawirowanie między setkami zagadek, niczym Indiana Jones albo Robert Langdon czasów paleolitu. I właśnie to robi Genevieve von Petzinger w swojej książce „Pierwsze znaki. Najstarsze symbole wszechświata”, wydanej w serii #nauka Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Choć jej książka zawiera więcej pytań niż odpowiedzi, a słowo „prawdopodobnie” pojawia się z wysoką częstotliwością, to podróż w towarzystwie autorki w daleką przeszłość okazuje się fascynującą wyprawą do początków ludzkiej komunikacji. Continue reading „Indiana Jones paleolitu, czyli Genevieve von Petzinger o najstarszych symbolach świata”

Samotna gwiazda, czyli kalejdoskop emocji z Paulliną Simons

Na pewno Wam o tym wspominałam, ale mam bardzo emocjonalny stosunek do tego, co pisze Paullina Simons, z przyczyn rozmaitych. Historia Tatiany i Aleksandra, rozciągająca się na kilka książek, to ważna opowieść mojego czytelniczego życia, chętnie sięgałam również (z różnym, przyznaję, skutkiem) po inne powieści tej autorki. Do jednej z najnowszych należy „Samotna gwiazda”, grubachna opowieść amerykańsko-europejska – i mimo pewnych niedociągnięć zrobiła na mnie duże wrażenie. Continue reading „Samotna gwiazda, czyli kalejdoskop emocji z Paulliną Simons”

Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna

Nie tak dawno zachwycałam się barwną opowieścią o życiu codziennym w czternastym wieku, a tu proszę, kolejna świetna książka na horyzoncie: pasjonujący dziennik początków chirurgii, plasujący się gdzieś między powieścią historyczną a zbeletryzowanym reportażem. Otóż Jürgen Thorwald, niemiecki pisarz i dziennikarz, stworzył fikcyjną postać swojego dziadka, Henry’ego Stevena Hartmanna, i na jego zapiskach oparł „Stulecie chirurgów”, wydane po raz pierwszy w 1956 roku. Wiek współczesnej chirurgii rozpoczał się wydarzeniem ze wszech miar epokowym: 16 października 1846 na sali operacyjnej skutecznie zastosowano opary eteru do uśpienia pacjenta, po czym bezboleśnie usunięto mu guza gruczoły szczękowego. „Oto zlikwidowano ból, pisze Hartmann/Thorwald, najstraszliwszą z przeszkód, bezlitośnie ograniczający zakres chirurgicznego działania – przez tysiąclecia aż do dziś” (s. 164). Innymi słowy – rozpoczęła się epoka narkozy. Continue reading „Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna”

Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie

Każdy tom z innej bajki. Ale  nie wydanie, a zawartość się liczy!

Miałam jakieś czternaście lat, kiedy przeczytałam „Filary Ziemi” Kena Folletta – imponującą powieść historyczną o fikcyjnym miasteczku Kingsbridge, którego mieszkańcy w dwunastowiecznej Anglii przeżywają różne dramaty na tle wydarzeń politycznych epoki, a co najważniejsze, budują wspaniałą, gotycką katedrę. Kilka lat później z przyjemnością wróciłam do Kingsbridge (równie gruba powieść „Świat bez końca”: wiek czternasty, budują most, a do tego wojna stuletnia i Czarna Śmierć). Bardzo ucieszyła mnie zatem wieść o kolejnej części: „Słup ognia” trafił do księgarni kilka tygodni temu, zarówno w oryginalne, jak i w polskim tłumaczeniu. Niezastąpiona Mama-Malita pożyczyła mi ją w zeszłym tygodniu i prawie od razu zabrałam się do czytania – i nie spoczęłam, póki nie skończyłam! Continue reading „Słup ognia, czyli powrót do Kingsbridge, nareszcie”

Tak się żyło w średniowiecznym zamku

Moja zaprzyjaźniona ekspertka od broni i wojowników wszelakich (wikingowie, samurajowie, średniowieczni rycerze, you name it) pewnego letniego wieczoru przywiozła mi na motorze dwa olbrzymie albumy o rycerzach, uzupełniając je lekturą o zamkach. Zaczęłam od tego ostatniego, czyli od książki „Życie w średniowiecznym zamku”, popularnonaukowego, historyczno-kulturoznawczego przewodnika po wczesnośredniowiecznych warowniach pióra pary mediewistów, Frances i Josepha Giesów. Nie trzeba było mnie zachęcać do czytania hasłem „Poznaj świat, który zainspirował Geroge’a R. R. Martina” (jak stoi na okładce), bo od zawsze historie o życiu codziennym dawnych czasów czytam chętnie, zwłaszcza średniowieczne, zwłaszcza angielskie (pamiętacie dzień z życia Tudora?). Continue reading „Tak się żyło w średniowiecznym zamku”

W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów

Należę do tego grona zwiedzaczy świata, którzy bardzo lubią chodzić do muzeów – więc z reguły podczas podróży muszę się udać na jakąś wystawę. Szczególnie zaś lubię chodzić do muzeów związanych z życiem codziennym: zwiedzać dawne rezydencje, przechadzać się po skansenach i tym podobne. Niebagatelną rolę w tym zwiedzaniu pełnią stroje (pamiętacie lamenty o czepku z czasów Jane Austen?) – nie na darmo w dzieciństwie zaczytywałam się takim książkami, jak Continue reading „W cieniu koronkowej parasolki, czyli studium mody i obyczajów”

Szach-mat, Napoleonie?

SzachistaWstęp do historii „Szachisty” ma trzy oblicza. Oblicze pierwsze to wspomnienie z liceum: Łysiakowy „Flet z mandragory”, z którego pamiętam tylko to, że zrobił na mnie duże wrażenie. Oblicze drugie to też wspomnienie z liceum, kiedy to przed maturą zaklinałam los, żeby tylko Łaskawa Komisja Układająca Testy zaproponowała temat wypracowania z czasów przed Napoleonem, bo po nim bieda i lęk i stres (zawsze mnie ciągnęło do mroków historii, czytaj średniowiecze i nowożytność). Trzecie oblicze to polecanki książkowe od Bartka-zwanego-Gordianusem, który mi przynosi do redakcji książki, czasem okołorzymskie, czasem napoleońskie.

Po trzech obliczach i skojarzeniowym strumieniu świadomości przejdźmy do rzeczy. Otóż było tak: trzydzieści lat temu bez mała, za sprawą tajemniczego Hiszpana, Łysiak wszedł w posiadanie Memoriału, dokumentu traktującego o operacji „Chess-player 1806”.  Zanim rzeczony Hiszpan ulotnił się bez śladu razem z Memoriałem, Łysiak zdążył tekst przepisać, potem opracować i opublikować w formie „beletryzowanej opowieści dokumentalnej”, jak sam to określa. Ile w całokształcie fikcji, ile faktów, to rozstrzygamy we własnym zakresie, polecam.

Rzecz dzieje się w 1806 roku, przy poziomie tajności tak wysokiej, że Secret Service wysiada. Otóż Anglicy (a dokładniej, kilku wybitnych członków torysowskiej opozycji brytyjskiej Izby Gmin z lordem Castlereagh na czele) podejmują próbę pozbycia się Napoleona w sposób zuchwały i szalenie niebezpieczny: chcą podstępem podmienić cesarza na jego sobowtóra, zakonnika z Gostynia (sic!). Bowiem gdy Francuzi utracą swego umiłowanego dowódcę, los Europy nareszcie odmieni się na korzyść Anglii (Waterloo jeszcze długo przed nami). Tak śmiałego czynu może dokonać tylko ekipa złożona z mocno szemranych postaci – proces ich rekrutacji to jeden z moich ulubionych fragmentów książki – a dowodzi nią Benjamin Bathurst, postać ze wszech miar historyczna (notabene rozpłynął się w mrokach historii w 1809 roku, podejrzewa się morderstwo… ale kto go tam wie). Finał skomplikowanej intrygi rozegra się w Szamotułach koło Poznania, a niebagatelną rolę odegra w nim legenda o czarnej księżniczce i android grający w szachy…

Mechaniczny Turek, czyli android „grający” w szachy, kluczowy dla operacji „Chess-player”

Uczciwszy Napoleona i Łysiaka (na marginesie – nie znam jego bardziej współczesnej twórczości, ergo nie wypowiadam się), Malitowe serce skrywa osobne miejsce dla szczególnego typu bohaterów: aroganckich, namiętnych w swej pasji geniuszy, którzy upodobanie znajdują nie w zbrodni, ale w maestrii zaplanowania przekrętu. Którzy są brawurowi, bezczelni i pełni przekornego uroku. Modelowym przykładem urokliwego łobuza jest Locke Lamora. Ale Benjamin Bathurt, który strzela z taką samo precyzją, z jaką cytuje „Hamleta”, plasuje się na liście przykładów całkiem wysoko. Odkąd Bathurst wkroczył na scenę – na plan szachownicy, chciałoby się rzec – „Szachista” stał się zupełnie inną książką. Jej finał podobał mi umiarkowanie, za to pościg za zrealizowaniem szaleńczego pomysłu już ogromnie. Widać, tak jak Benjamina, najbardziej zachwyca mnie sama gra – „gra, ze swoim ruchem w przestrzeni, drżeniem serca, napięciem i przymusem nieomylności, poza którą gubi się nić”*.

PS. Bartkowi dziękując za pożyczenie!

 * Waldemar Łysiak, Szachista, Kraków 1989, s. 69.