Haruki Murakami, powieściopisarz umniejszający

Genji Monogatari dopełnia obrazka.

Jest taka scena w jednym z moich ukochanych filmów, „To właśnie miłość”, kiedy premier Wielkiej Brytanii (golden oldie Hugh Grant) przemawia na konferencji prasowej z okazji wizyty prezydenta USA. O relacjach między krajami mówi „I love that word relationship. Covers all manner of sins, doesn’t it?”. I właśnie to jest bardzo dobre określenie na moją własną relację z prozą Harukiego Murakamiego. Relationship. Covers all manners of sins. Continue reading „Haruki Murakami, powieściopisarz umniejszający”

Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet

Instytucja #dziełzebranych to chyba jeden z moich ulubionych pomysłów (prawo autorskie do tytułu cyklu posiada Król Małżonek), bo pozwala na zestawienie tego, co przeczytałam, a o czym chcę opowiedzieć raczej krótko. Więc dziś zestaw japońsko-dziennikarsko-felietonowy tudzież historyczno-wojenny. Continue reading „Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet”

Dzieła zebrane #19

Wybrałam się jakiś czas temu na slajdowisko, zorganizowane przez moją znajomą podróżniczkę – rzecz poświęcona była jej niedawnej wyprawie do Japonii, było mnóstwo pięknych zdjęć i wspomnień, co automatycznie uruchomiło moje własne dalekowschodnie tęsknoty. Wróciłam do domu i wiedziona tymi tęsknotami, w tempie błyskawicznym wygrzebałam dwie książki okołojapońskie, które Continue reading „Dzieła zebrane #19”

Jhumpa Lahiri o intymnej miłości do języka

Jhumpa Lahiri właściwie nie posiada języka ojczystego. Owszem, jej rodzice pochodzą z Kalkuty, ale jeśli idzie o bengalski, zatrzymała się na poziomie mówienia i rozumienia dziesięcioletniego dziecka, właściwie nie pisze i nie czyta w tym języku. Choć urodziła się w Londynie, a wychowywała w Stanach Zjednoczonych, angielski od zawsze stanowił język nabyty, ten drugi, ten dodatkowy, język szkoły, literatury. Lahiri perfekcyjnie opanowała mowę Szekspira (czy może raczej Twaina) – wszak jest uznawana przede wszystkim za amerykańską pisarkę – niemniej żaden język nie wzbudził w niej takich emocji, jak włoski.

Zestaw wieczorny, idealny.

I właśnie „In other words” to pierwsza książka autorki, napisana w całości po włosku, a przetłumaczona na angielski przez Ann Goldstein (to bardzo świadoma decyzja Lahiri, która na ponad dwa lata zrezygnowała z pisania po angielsku w ogóle, łącznie z osobistymi notatkami). Więcej, jest dość specyficznie wydana, jako że tekst oryginalny i przekład płyną równocześnie obok siebie: na stronach parzystych po włosku, na nieparzystych po angielsku. Lahiri opowiada o początkach fascynacji językiem włoskim, o pierwszej podróży na Półwysep, o dość topornych początkach nauki. Snuje historie pełne bardzo trafnych metafor, przywołując choćby Wenecję z jej tysiącem mostów – otóż przekraczanie mostów, przechodzenie w chwilowy stan zawieszenia bardzo jej się kojarzy z pisaniem:

In the middle of every bridge I find myself suspended neither here nor there. Writing in another language resembles a journey of this sort. My writing in Italian is, just like a bridge, something constructed, fragile. It might collapse at any moment, leaving me in danger. English flows under my feet (…) Like water in Venice, it remains the stronger, more natural element, the element that threatens to swallow me. Paradoxically, I could survive without any trouble in English; I wouldn’t drown. And yet, because I don’t want any contact with the water, I build bridges (ss. 97-99).

Na „In other words” składają się prawie same autobiograficzne historie (wyjąwszy dwa krótkie opowiadania, ale bardzo metaforycznie znaczące), w większości dotyczące pobytu we Włoszech. Jhumpa Lahiri przeprowadziła się do Rzymu z mężem i z dziećmi, chcąc zanurzyć się w języku włoskim na co dzień, odczuwać go zupełnie inaczej niż poprzez sporadyczne lekcje z lektorką czy czytanie włoskich powieści. To przyniosło wiele konsekwencji, Lahiri wspomina choćby o tym, że jej wygląd powoduje, że zawsze biorą ją za cudzoziemkę (w przeciwieństwie do jej męża, absolutnie nie-Włocha, ale o włoskiej aparycji), co przynosi uczucie rozżalenia i wyobcowania. Tożsamość, jej poszukiwanie i konstruowanie to też ważny element opowieści, wszak język jest szalenie istotnym elementem nas samych (znów wracamy do Wittgensteina, prawda?). Co wtedy, gdy nie mamy właściwie żadnego języka ojczystego, gdy zawsze byliśmy zawieszeni między dwoma, a teraz między trzema?

O książce Lahiri parę miesięcy temu opowiedziała mi Natalia (która chadza po Krakowie), potem mnie w książkę wyposażyła, a ja prawie pół roku zbierałam się do lektury – i żałuję, że tak długo. Bo jest to rzecz szalenie interesująca i po prostu przepiękna. Dodatkowo cieszy mnie to, że mogłam prawie bez problemów cieszyć się oryginałem – mój włoski nieco przyrdzewiał, ale Lahiri pisze prosto (i pisze, że pisze prosto, zasadniczo ogrom autoanalizy pisarskiej znajdziemy w tym dziełku), a potencjalne wątpliwości rozstrzygałam, zerkając na przekład Goldstein na stronie obok.

Żeby przekonać Was do tej opowieści, przedstawię rzecz z jeszcze innej, chyba tej najważniejszej strony: ponad dwustu stronach dostajemy bardzo osobistą opowieść o miłości do języka – miłości zupełnie nieoczekiwanej, niespodziewanej, mało racjonalnej, ale szczerej i pełnej pasji. Czasem bywa tak, że osobiste wynurzenia autorów powodują lekkie poczucie zażenowania u czytelnika, ale u Jhumpy Lahiri próżno szukać takich emocji. Owszem, „In other words” to jest rzecz bardzo intymna, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

PS. Dziękując przepięknie Natalii za opowieść o i za pożyczenie książki!
PPS. Cztery „amerykańskie” książki Lahiri, w tym nagrodzony Pulitzerem debiut z 2000 roku, „Tłumacz chorób”, zostały przetłumaczone na polski, muszę się rozejrzeć w tej kwestii książkowo.

Słowa zapomniane.

Zacznijmy od zachwytu, jak bardzo adekwatny okazał się tytuł tegoż zbiorku – kupiłam tę książkę rok temu na Targach… i kompletnie o niej zapomniałam. Pun intended.

A teraz do rzeczy. „Zapomniane słowa” pod redakcją Magdaleny Budzińskiej to zbiór krótkich wspominek różnych znanych polski osobistości kultury, sztuki, literatury – wspominki o słowach, które kiedyś były w modzie, w użyciu, w mowie, a teraz jakoś się o nich zapomniało. Ot, jak „statki”, czyli, mówiąc oględnie, gary do umycia (opowiada o nich Michał Głowiński, a ja natychmiast wędruję w myślach do „Lata leśnych ludzi” Rodziewiczówny, gdzie Żuraw cierpliwie zmywał statki). Albo „nakastlik”, czyli nocna szafka (podwójna wspominka Jana Gondowicza i Andrzeja Franaszka, dla mnie o tyle zabawna, że w domu mym to normalnie używane słowo – ale w końcu eks-Galicja). Są przedmioty i miejsca, których już nie ma, wśród nich „szmizetka” Janusza Deglera czy „gwiazdopatrznia” Joanny Bator. Trafiają się też słowa mniej oczywiste – jak czasowniki, a nawet formy gramatyczne (żal czasu zaprzeszłego, zgadzam się) – albo rzeczowniki… górnolotne, chciałoby się powiedzieć. Jak „braterstwo” Karola Modzelewskiego (tu opowieść polegała na tym, że jako słowo „braterstwo” wciąż funkcjonuje, ale duch braterstwa w narodzie już zginął). Można wymieniać i wymieniać, ale zupełnie nie o to chodzi.

Bo teraz będę marudzić.

Prawie za każdym razem, kiedy gdzieś pojawia się opowieść o czasach minionych, gdy zwiedzam jakieś majestatyczne ruiny, czytam (nawet i fikcyjną) historię mitycznego, zaginionego królestwa, no zasadniczo napotykam przeszłość, która już nigdy nie powróci – czuję ukłucie w serduszku. Kłuje trochę tęsknota, trochę żal, że się czegoś nie doświadczy i jeszcze parę innych emocji. Taka konstrukcja Mality.

To nie jest tak, że cała ta książeczka taka jest. I to właściwie nie jest explicite powiedziane za często. Ale co kolejne słowo, co kolejna opowieść, to cały czas mam wrażenie, że gdzieś w podświadomości płynie przekaz „no tak, dawniej było tyle tego, dawniej było lepiej, teraz to nie ma takich a takich słów, desygnatów, zagubiliśmy to, to i tamto, no a za moich czasów…”. Wiem, trochę przesadzam, ale w ilości hurtowej robi to przygnębiające wrażenie.

Fukam i fukam, opowiadając to Mamie-Malicie, a ona, z czarującym uśmiechem, rzecze: „Dziecko. Będziesz robić dokładnie to samo w swoim czasie”.

Dzięki, Mamo.

Co nie zmienia faktu, że jednak o „Zapomnianych słowach” warto pamiętać. Pun znów intended.

PS. W Trójce można było posłuchać o rozmaitych zapomnianych słowach!

Gniew, furtka i kiksy. Sir Terry Pratchett

„Kiksy klawiatury” Terry PratchettOd pamiętnego wpisu na Twitterze świat jest troszkę inny, przyznajmy. Zawsze się zmienia, gdy ktoś odchodzi ze dobrotliwym Śmiercią pod rękę, gdzieś, do innego wymiaru. Dobrze mieć furtkę do świata sprzed tej zmiany – choćby i furtkę książkową. Taką, jak „Kiksy klawiatury”.

Zbiór wybranych, niebeletrystycznych tekstów ukazał się w Polsce już po śmierci Pratchetta. Są w nim artykuły z czasów dawniejszych (łącznie z listem 15-letniego Terry’ego do magazynu „Vector” na temat lektur szkolnych), przedruki z informatorów rozmaitych konwentów oraz pełne pasji przemyślenia na temat świata wokół – od obrony orangutanów po spory o granice godności ludzkiej. Pałętają się też dywagacje mocno genderowe (czemu czarodzieje w fantasy to faceci, czemu nie ma męskich czarownic?), wspomnienie babci Pratchettowej oraz historia pierwszego kapelusza. Terry Pratchett pokazał mi (nie po raz pierwszy, skądinąd), że inspirację można czerpać ze wszystkiego. I że w każdym zakątku wszechświata można znaleźć coś ciekawego: nieważne, czy będzie to widok księżyców Jowisza za dnia czy meandry biografii konstruktora wychodków.

To jest świetna książka dla tych wszystkich, którzy mówią „aaa, nie będę czytał jakiejś dowcipnej fantastyki o smokach”. Etykieta – w niekoniecznie złym tego słowa znaczeniu – pisarza humorystycznego to jedna z kwestii, którą mistrz Terry często podnosi w „Kiksach”. Równie często pisze o swojej chorobie, potężnym gniewie, dokumencie BBC o wspomaganym samobójstwie („Terry Pratchett: Choosing to Die” z 2011 roku) i walce o spokojną śmierć, we własnym domu, w otoczeniu najbliższych.

Wszystko podane, jak to u mistrza, ze swadą. Zarówno, gdy pisze o sprawach pozornie błahych (vide skrzat w elektrowni jądrowej), jak i sprawach ostatecznych. Można być zabawnym, będąc poważnym – jak przypomina sir Pratchett, te dwie rzeczy się nie wykluczają. Przeciwieństwem poważnego nie jest zabawne, tylko niepoważne.

Kiksy Klawiatury
I nie tylko o takie cytaty mi chodzi.

„Kiksy klawiatury” można przeczytać na jeden kiks, wielki chaps, ale lepiej – i owocniej – czytać po kawałku i pozwolić prowadzić się do kolejnych lektur. Zanotować coś na marginesie, podkreślić trafny cytat (tak po prawdzie, to zakreślić ¾ książki), zamówić sobie trzy książki w bibliotece, pójść je odebrać, przekartkować i wrócić znów do „Kiksów”. Dokładnie tak, jak w otwierającym zbiór eseju sir Terry opisywał swój proces pisania: trzeba wstać, zjeść śniadanie, spojrzeć w ekran… i zająć się zupełnie czymś innym. Ot, sprawdzić coś o żółwiach, Które Się Ruszają (dziesięć minut na znalezienie książki o żółwiach), przeczytać w niej przypis o sławnym greckim filozofie… jak on się nazywał? (dwadzieścia minut na sprawdzenie, że to chodziło o Ajschylosa). Po drodze parę notatek o młynkach modlitewnych i Williamie Blake’u. Uczciwie przepracowany ranek, pora na obiad.

Ja na razie zanotowałam, że chciałabym czytać tyle, co on. Wiedzieć tyle, co on.
Pora się za to zabrać.

PS. A przedmowę napisał Neil Gaiman.
PPS. Podziękowania ślę w stronę wydawnictwa Prószyński i S-ka!

Dzieła zebrane #4

W czwartej odsłonie dzieł zebranych (przypominam: chodzi o krótkie refleksje nad tymi lekturami, które dobrze opisuje się w formie pigułkowej) dwa powroty, jeden antropologiczny, drugi starożytno-rzymski. Tak się składa, że obydwa powroty są pożyczone – więc od razu kieruję strumień dziękczynień do Magdy (vide Barley) oraz Bartka (zwanego Gordianusem).

Plaga gąsienicPrimo, niewinny antropolog powraca do Kamerunu, czyli Nigel Barley i jego „Plaga gąsienic”. Ów powrót obliczony jest na to, żeby Barley – który miał okazję spędzić ładnych parę miesięcy wśród Dowayów – mógł zaobserwować ceremonię obrzezania, arcyważny moment w życiu plemienia (pierwotnie chciałam napisać „wziąć udział”, ale niespecjalnie dobrze to brzmi w tym kontekście). Cała rzecz dzieje się raz na kilka lat i randomowemu badaczowi nie zawsze udaje się trafić w kalendarz. Czy tym razem się uda – o, to już zupełnie inna kwestia. Niemniej, raz jeszcze dostajemy opowieści interesujące i pisane z polotem. Może nie czyta się już tak świetnie, jak części numer jeden – efekt pierwszego wrażenia nieco przyblakł – ale wciąż jest zacnie. I coraz mocniej wiem, że wolę być badaczem terenowym w miejskiej dżungli.

„Zagadka Katyliny” Stephen SaylorSecundo, „Zagadka Katyliny” Stephena Saylora. Tu powrót uosabia Gordianius Poszukiwacz – choć zdawałoby się, że wiedzie życie ustatkowanego obywatela Rzymu i żadnych ekscesów nie widać na horyzoncie zdarzeń. Oto małżonka, trójka dzieci (w tym dwóch adoptowanych synów), piękne gospodarstwo na wsi, cisza, spokój… ech, właśnie nie do końca. Choć Gordianus stara się odciąć od rzymskiej polityki, to polityka (w pakiecie z intrygami, spiskami i walką o władzę) osobiście zastuka do jego drzwi. A wszystko przez Lucjusza Sergiusza Katylinę, jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtych czasów. Jego konflikt z Cyceronem stał się kanwą wielu dzieł (nie mówiąc o samych mowach Cycerona przeciwko Katylinie), a Saylor podsuwa ujęcie trochę… z innej strony. Nie będzie to moja ulubiona powieść z cyklu, ale dobrze znów było spotkać Gordianusa.

Z ogłoszeń parafialnych – skoro już mamy okazję: Malita czyta teraz nieco mniej, z braku czasu i z uwagi na brak dostępu do świeżych dostaw książek analogowych (tj. w papierku). Ale za to będzie okazja więcej korzystać z mego umiłowanego czytnika, a tam czają się rozmaite klasyki literatury (łącznie z Tołstojem, którego obiecuję sobie od lat). Bądźcie czujni!